Renáud Camus. You Will Not Replace Us! Nie zastąpicie nas!

Frederick W. Taylor, Zasady naukowego zarządzania Zastępowanie jest centralnym gestem współczesnych społeczeństw.

Na dobre i na złe wszystko jest zastępowane czymś innym: czymś prostszym,

wygodniejszym, bardziej praktycznym, łatwiejszym do wyprodukowania,

bardziej pod ręką i oczywiście tańszym. Las Vegas pokazuje fałszywą Wenecję w Nevadzie,

Hiszpania tworzy atrapę Las Vegas w Kastylii, Chiny mają swój Paryż w pobliżu Pekinu

— znacznie bezpieczniejsze miejsce niż prawdziwe zarówno dla podróżnika, jak i dla miejscowego mieszkańca.

 

 

Renáud Camus

©Renaud Camus,

Chez l'auteur, 32340 Plieux
Tous droits rezerwy dla tous pays

ISBN 979-10-91681-57-5
Legalność składu: październik 2018 r.


do Afcbine Davoudi i Francis Marche, z wyrazami wdzięczności za poprawienie mojego angielskiego; pozostałe błędy są wyłącznie mojego autorstwa, niektóre zostały dodane w ostatniej chwili.


W przeszłości pierwszy był człowiek, w przyszłości pierwszy musi być system.

Frederick W. Taylor, Zasady naukowego zarządzania

Zastępowanie jest centralnym gestem współczesnych społeczeństw. Na dobre i na złe wszystko jest zastępowane czymś innym: czymś prostszym, wygodniejszym, bardziej praktycznym, łatwiejszym do wyprodukowania, bardziej pod ręką i oczywiście tańszym. Las Vegas pokazuje fałszywą Wenecję w Nevadzie, Hiszpania tworzy atrapę Las Vegas w Kastylii, Chiny mają swój Paryż w pobliżu Pekinu — znacznie bezpieczniejsze miejsce niż prawdziwe zarówno dla podróżnika, jak i dla miejscowego mieszkańca.

Parki rozrywki, świątynie rozrywki, centra handlowe substytucji, ucieleśniają samo fałszerstwo. Tam odwiedzający znajdą średniowieczne zamki z wieżami, lochy, sale tortur, sale bankietowe i duchy; ale także saloonów Dzikiego Zachodu, wiktoriańskich rezydencji Nowej Anglii, plantacji Południa, wież Eiffla, by zadowolić wszystkie gusta. Wszystkie te urządzenia rozrywkowe na jarmarku muszą wyglądać mniej więcej jak oryginał, przynajmniej dla niewprawnego oka. Jeśli już, to jak wszystkie imitacje, muszą wykazywać więcej oznak bycia tym, co imitują, niż rzeczywisty obiekt, który imitują, który, będąc prawdziwą rzeczą, nie musi dostarczać dodatkowych znaków lub potwierdzających dowodów swojej tożsamości. Tożsamość zawsze jest już sposobem opłakiwania rzeczy lub bytu, sposobem uznania ich straty. Bycie identycznym oznacza bycie dokładnie takim jak coś lub ktoś inny: to znaczy, niebycie tym. To jest właśnie powód, dla którego, chociaż mam dla nich wiele sympatii i podziwu, nie jestem „tożsamo- tarystą” (Identitaire). Poilusowie, francuscy żołnierze z I wojny światowej, nie byli tożsamościowi. Byli po prostu Francuzami. Gdyby mnie zapytano, co to znaczy być Francuzem, odpowiedziałbym:

„Nie zadawanie (sobie) pytania (sobie). Nie zastanawianie się nad tym.”

Naturalnie, oczekuje się, że imitacje przyniosą inwestorom zysk pieniężny lub przynajmniej zaoszczędzą im pewnych wydatków.

W wyniku masowej turystyki świat sam w sobie szybko staje się kolejnym parkiem rozrywki, podczas gdy oryginalna rzecz sama w sobie, oryginalne miasto, zabytek, miejsce, choć bardzo chce wyglądać bardziej jak to, czego turyści spodziewają się znaleźć, niż gdyby było to naturalne, ma tendencję do naśladowania swoich imitacji, do przesadnego odgrywania i nadmiernego oznaczania swojego bytu, przyczyniając się w ten sposób do pokrywania świata chętnymi znakami tego, czego jest coraz mniej – to, co nazywam przesadnym oznakowaniem, zastępowaniem rzeczy jej nazwą, jej przeznaczeniem, wyjaśnieniem, czym jest, była lub chciałaby być, jest jednym z głównych drobnych problemów: jest to jedna z głównych przyczyn ogólnego oszpecania krajobrazu, oszpecania widocznej przestrzeni, która znajduje się w przełomowym procesie zmiany w uniwersalne przedmieście, przedmieście życia.

Podróbka, podobieństwo, imitacja, ersatz, symulakrum, kopie, podróbki, falsyfikaty, podróbki, przynęty, imitacje – to kluczowe słowa nowoczesnego doświadczenie ludzkie. Murarstwo kamienne zastępowane jest żelbetem, beton tynkiem, marmur kruszywem wiórowym, drewno PCV, miasto i wieś uniwersalnym przedmieściem, ziemia cementem i smołą, wybrzeże kurortami nadmorskimi, góry ośrodkami narciarskimi i wyciągami narciarskimi, ścieżki szlakami turystycznymi, natura planowaniem zagospodarowania przestrzennego w oczekiwaniu na ekonomiczne korzyści, prawdziwi ludzie gospodarzami B&B, klienci przyjaciółmi, przyjaciele klientami, kultura rozrywką i przemysłem rozrywkowym, ćwiczenia sportem, sport igrzyskami olimpijskimi, igrzyska olimpijskie wielkim biznesem, biznes korupcją, korupcja dopingiem, literatura dziennikarstwem, dziennikarstwo informacją, wiadomości fake newsami, prawda fałszem, nazwisko imieniem, nazwisko i imię pseudonimami, intymność poufałością, serca sztucznymi sercami, każda część ciała częściami zamiennymi, historia ideologią, losy narodów zwykłą polityką, polityka ekonomią, ekonomia finansami, doświadczenie patrzenia i życia socjologią, smutek statystykami, mieszkańcy turystami, tubylcy obcokrajowcami, Europejczycy przez Afrykanów, biali Anglosasi przez Afroamerykanów i Latynosi nos, matki przez matki zastępcze, mężczyźni przez kobiety, kobiety przez nadmuchiwane lalki, mężczyźni i kobiety przez roboty, roboty przez ludzi przypominających roboty, ludzie przez inne narody i społeczności, ludzkość przez postludzkość, humanizm przez transhumanizm, człowiek przez niezróżnicowaną materię ludzką (UHM).

Demokratyzacja twierdzi, że daje każdemu to, co kiedyś było wyłącznym przywilejem nielicznych, i ogólnie rzecz biorąc, trzeba przyznać, że tak właśnie jest, czy to podróże, edukacja czy rozrywka. Aby osiągnąć ten cel, musi zapewnić i zaoferować tańsze wersje wszystkiego — łososia, bilety lotnicze, dyplomy, pokoje hotelowe. Hotele są pod tym względem szczególnie znaczące. Na całym świecie pojawiło się mnóstwo nowo wybudowanych, ekskluzywnych lokali, z których większość ma cztery, jeśli nie pięć gwiazdek i oferuje większość usług tradycyjnego cztero-, jeśli nie pięciogwiazdkowego hotelu. Są prawdziwe, z wyjątkiem ceny. Niestety, to cena była prawdziwą, prawdziwą rzeczą. To, co płacisz, to dostajesz. Cena była warunkiem rzeczywistości hotelu pałacowego, choćby dlatego, że stawka za pokój niosła ze sobą dodatkową korzyść w postaci trzymania na dystans ludzi takich jak ty. Jeśli możesz sobie na to pozwolić, to nie jest tego warte; przede wszystkim, jeśli ty i ja możemy sobie na to pozwolić, to nie jest to prawdziwa rzecz. Nie może być. Słynne stwierdzenie Groucho Marxa okazuje się głębsze i bardziej słuszne każdego dnia, a jego autor jest niemal tak wielkim ekonomistą, filozofem i metafizykiem jak jego bardziej znany imiennik:

„Nie zależy mi na przynależności do żadnego klubu, który będzie mnie miał jako członka”.

To jest dokładnie jak Europa dla Afrykanów: to, co czyniło ją dla nich pożądaną, to fakt, że ich tam nie było. Zazdroszczą porządku, dobrobytu, poczucia hojności w odniesieniu do świadczeń socjalnych i sieci bezpieczeństwa, dobrego funkcjonowania instytucji, które zostały osiągnięte przez wieki wysiłków pielęgnacyjnych, prób i udręk, przekazu kulturowego, dziedziczenia, poświęceń i rewolucji. To, co sprawia, że ​​kraje, kontynenty, kultury i cywilizacje są tym, czym są, co podziwiamy lub czego żałujemy, to ludzie i elity, które je ukształtowały i nadal ucieleśniają ich stworzoną przez człowieka istotę. Z innymi narodami i innymi elitami byłyby to, i rzeczywiście są, inne kraje, inne kontynenty, inne cywilizacje. Chociaż jest to dokładnie to, czego wiele interesów przemysłowych i finansowych chciałoby, aby był, człowiek nie jest, lub na szczęście nie jest jeszcze, jakąś niezróżnicowaną materią, którą można rozprowadzać bez rozróżnienia, jak masło orzechowe lub Nutellę, gdziekolwiek na powierzchni Ziemi. Gdyby i kiedy Europa była zamieszkana przez Afrykanów, czy to z Afryki Północnej czy Czarnej Afryki, byłaby po prostu kolejną Afryką, z kilkoma interesującymi ruinami jako wartością dodaną. W takiej perspektywie i w takim przypadku nasuwa się myśl, że Afrykanie nie mają większego sensu w podejmowaniu tej podróży. Niemniej jednak nadal przybywają. Ale w chwili, gdy osiągają swój cel, powody, dla których do niego dążą, rozpływają się. Są jak mężczyźni, którzy odczuwaliby pożądanie tylko do dziewic.

Biedni zostali oszukani przez demokrację, a jeszcze bardziej przez tak zwaną demokratyzację. W końcu uzyskali dostęp do wielu rzeczy, które bogaci do tej pory trzymali poza swoim zasięgiem, ale w chwili, gdy je zdobyli, te rzeczy zamieniły się w popiół, przez sam fakt, że je zdobyli. Stąd piękno świata przyrody, na ogół zepsute przez masową turystykę: wystarczy pomyśleć o Lazurowym Wybrzeżu, kiedyś tak wykwintnym na obrazach Renoira lub Bonnarda, a teraz tak brzydkim, zniszczonym i zbezczeszczonym przez przeludnienie i popularność. Ale najbardziej istotnym przypadkiem jest edukacja. Edukacja to selekcja, dziedzictwo i nierówność — przede wszystkim dla samego siebie. Zapewnienie wykształcenia wyższego każdemu jest równoznaczne z niedostarczaniem niczego, ponieważ samą istotą tej konkretnej rzeczy, która jest zapewniana, jest to, że nie jest ona dla każdego. Dyplom ukończenia studiów wyższych przyznany osiemdziesięciu procentom populacji oznacza dziesięć razy mniej wiedzy i zrozumienia świata dla każdego absolwenta niż wtedy, gdy przyznawano go tylko ośmiu procentom. Albo, odwracając sprawę w drugą stronę, oznacza to ten sam stopień wiedzy i kompetencji kulturowych, jaki mogło posiadać osiemdziesiąt procent populacji, gdy nikomu nawet nie przyszło do głowy, że warto zdobyć dyplom.

Ukułem termin Wielka Wymiana (po francusku Grand Remplacement), aby określić brutalną zmianę populacji, która miała miejsce we Francji (i w Europie) od początku ostatniej ćwierci ubiegłego wieku; i która od tamtej pory nabiera rozpędu. Nazwa przyszła mi do głowy, gdy podróżowałem, aby napisać coś w rodzaju przewodnika literackiego po departamencie l'Herault w Langwedocji, w południowej Francji, gdy odkryłem, że tysiącletnie wioski miały swoją populację w dużej mierze przekształconą, a kobiety noszące islamskie welony gromadziły się przy fontannie z XVIII wieku, a inne pojawiały się przy gotyckich bliźniaczych oknach. Długo przyzwyczaiłem się do istnienia dużych nowoczesnych banlieues zamieszkanych niemal w całości przez imigrantów, ale to było zupełnie inne doświadczenie. Nazwa, którą mu nadałem, została mi prawdopodobnie podyktowana mniej lub bardziej świadomymi historycznymi wspomnieniami Wielkiego Powstania Akadyjczyków w Kanadzie z XVIII wieku. W moim wyborze słów nie było nic ściśle celowego. Nie jest to absolutnie trafne i nigdy nie twierdziłem, że tak jest, ponieważ ściśle rzecz biorąc, nie ma natychmiastowego zastąpienia. Ludność poddana masowej migracji i etnicznemu zanurzeniu nie jest zabijana ani wydalana, z wyjątkiem kilku nieszczęsnych wyjątków, które stają się coraz liczniejsze. Faktem pozostaje, że całe ulice, dzielnice, miasta, regiony, nie wspominając o szkołach, które przez stulecia miały daną populację, nagle mają zupełnie inną. Oblicze kraju zostało przekształcone w niewyobrażalnym stopniu. Podobnie jak jego ciało, a także jego umysł i dusza. To sprowadza nas z powrotem do nieśmiertelnego pytania Georga Lichtenberga: czy nóż, którego rękojeść została zmieniona, a następnie ostrze, nadal jest tym samym nożem?

Great Replacement, dobór słów okazał się w każdym razie przydatny, ponieważ replacement i to replace mają, przynajmniej w języku francuskim, wiele bardzo wygodnych derywatów, nawet jeśli trzeba je trochę zmusić do niespotykanego dotąd istnienia: replace.cers, replacists, replaces, replacism, antireplacism.

W Europie Zachodniej sytuację można opisać jako mającą trzech protagonistów: replacistów, którzy chcą zmiany ludzi i cywilizacji, którą skłonni są nazywać multikulturalizmem lub „vivre ensemble” (życiem razem), a którą promują lub narzucają wszelkimi dostępnymi im środkami (a te są ogromne, ponieważ replaciści są i mają władzę, rząd, wszystkie duże partie polityczne, sędziów i, w praktyce, całość mediów); replaceers, głównie z Afryki i bardzo często muzułmanów; i replacees, rdzenną ludność, której samo istnienie jest często zaprzeczane, nawet z perspektywy czasu (nie tylko nie istnieją, ale nigdy nie istniały). Replacees istnieją, nawet jeśli sami siebie za takich nie uważają. Dzielą się oni jednak na dwie grupy, co zwiększyłoby liczbę osób dramatu do czterech: zastępców wyrażających zgodę, którzy albo odmawiają przyznania, że ​​ma miejsce coś takiego jak zastępstwo, albo nie widzą nic przeciwko temu, albo uważają to za coś doskonałego; oraz zastępców niechętnych, opornych, którzy uważają, że wspomniane zastępstwo jest absolutnym monstrum, uosobieniem tego, czego ich przodkowie byli gotowi unikać przez stulecia, za cenę wszelkich poświęceń.

Na szczęście lub nieszczęście nemesis Replacismu jest to, że replaciści zostaną zjedzeni, pożarci, wchłonięci, zastąpieni przez swoich samych zastępców. Replacists zastępują jagnięta wilkami. Zastępują potulnych zastępców, dobrze przygotowanych do własnego zastąpienia przez zbyt wiele wygody, zbyt wiele cywilizacji, zbyt mało kultury i ciągłą propagandę, przez raczej agresywnych zastępców, młodszych, liczniejszych, testosteronicznie wyższych, dobrze odżywionych przez swoich zastępców i zaciekle identyfikujących się (szczególnie muzułmanów wśród nich). Replacists zostaną pochłonięci jako pierwsi. To marne pocieszenie. Ale wynik tego szybkiego przeglądu jest taki, że gdy wszystko zostanie powiedziane i zrobione, na scenie są tylko dwa typy postaci; i że jedyną linią demarkacyjną, która naprawdę ma znaczenie, jest ta, która oddziela replacists, aktywnych lub biernych zwolenników Wielkiej Zastępstwa, od antireplacesists, którzy woleliby umrzeć, niż pozwolić procesowi, tak dobrze zaawansowanym, jak jest, trwać do końca.

Liczba ludności Francji uległa niewielkim zmianom w czasie między okresami określanymi mianem Wielkich Inwazji (Hunów,

Goci, Wizygoci i tym podobni), w VI i VII wieku , a na drugim końcu osi czasu, w ostatnich dekadach XX wieku. Rzeczywiście, to, co obecnie nazywa się imigracją, to proces, który rozpoczął się pod koniec XIX wieku . Ale była to imigracja o zupełnie innym charakterze niż ta, której doświadczamy obecnie. Po pierwsze , była całkowicie europejska, składająca się z Belgów na północy Francji, Polaków, szczególnie we wschodniej i północnej części kraju, Włochów na południu, później Hiszpanów, Portugalczyków, Żydów uciekających przed pogromami w Polsce, na Ukrainie lub w Rosji i oczywiście późniejszych prześladowaniach nazistowskich. Ponadto liczba nowo przybyłych nie miała żadnego związku z liczbą osób przywiezionych w ramach współczesnej imigracji, co, nawiasem mówiąc, sprawia, że ​​termin ten jest całkowicie nieaktualny, chociaż nadal jest szeroko używany: napływ migrantów przybrał takie rozmiary, że imigracja stała się określeniem niewłaściwym: bardziej przypomina inwazję, tsunami migracyjne, zalewającą falę substytucji etnicznej.

„Takie liczby? Jakie liczby?” – możesz zapytać, na co mógłbym odpowiedzieć tylko: „Nie wiem”, a ponadto czuję się bardzo skuszony, aby dodać: „I nie obchodzi mnie to”. Pozostawiam to czytelnikowi, aby zdecydował, czy nie wiem, ponieważ mnie to nie obchodzi, czy nie obchodzi mnie to, ponieważ nie wiem.

We Francji, co jest bardzo wygodne dla tych, którzy chcą i popierają Wielką Wymianę, państwo zabrania obliczania i publikowania statystyk etnicznych. Jednak nawet gdyby takie statystyki były generowane i upubliczniane, wątpię, czy zrobiłbym z nich jakikolwiek użytek.

Po pierwsze, ponieważ nie wierzę, że nauka i naukowcy powinni oceniać i ogłaszać, jakie są okoliczności i jaką niedolę przeżywają i cierpią ludzie danego narodu w danym momencie. Nigdy w historii tak się nie działo. Kiedy Joanna d'Arc przybyła do Chinon, aby odwiedzić króla Karola VII w 1428 r., aby powiedzieć mu, że trzeba coś zrobić z Francją okupowaną przez Anglików, jak można sobie wyobrazić, w jakimkolwiek stopniu, odpowiedź króla brzmiała mniej więcej tak:

„Okupowani przez Anglików? Co pozwala ci tak twierdzić? Masz dokładne liczby? Bez wiarygodnych statystyk nie możemy zrobić nic, do cholery...”?

Czy można sobie wyobrazić Jeana Moulina, gdy w 1942 r. stanął na czele francuskiego ruchu oporu wobec niemieckiej okupacji na francuskiej ziemi i zażądał naukowych dowodów, aby zdecydować, czy określenie „niemiecka okupacja” jest właściwe do opisania ówczesnej sytuacji we Francji:

„Niemiecka okupacja? Bez wiarygodnych danych, jak możesz być pewien...?”

Nigdy nie było zadaniem nauki, aby stwierdzić, czy w Ameryce w 1776 r. toczyła się prawdziwa wojna o niepodległość, w 1789 r. rewolucja francuska, w 1914 r. pierwsza wojna światowa, w 1929 r. wielki kryzys i później. W istocie mamy tu do czynienia z kolejnym przypadkiem substytucji generycznej, tj. nauki zastępującej doświadczenie, zastępującej konfrontację z dowodami i pogodzenie się z nimi, zastępującej i uśmierzającej żal po stracie kraju i narodu:

„Nie płacz! Nie żałuj tego, co myślisz, że się dzieje. Nauka mówi ci, że to się nie dzieje. Nie ufaj swoim oczom, nie ufaj swojemu sercu, nie słuchaj swojego bólu: miej wiarę tylko w nasze liczby».

Oczywiście każdy, kto w tym momencie odniesie się do Galileusza, będzie miał rację, ponieważ mniej więcej to mówił on opinii publicznej, a okazało się, że miał rację. Obawiam się jednak, że dyscypliny, które tym razem wzywa się do zeznań przeciwko naszemu subiektywnemu doświadczeniu, a mianowicie socjologia, statystyka, demografia, nie są naukowe w takim samym stopniu jak astronomia i matematyka. Co więcej, niezliczoną ilość razy udowodniono ich niedokładność. Istnieje nawet silne podejrzenie, że mogli się nie tylko mylić, ale także kłamać, z jakim stopniem przebiegłości lub bezpośredniości nie mogę powiedzieć. We Francji rok po roku twierdzi się, odnosząc się do edukacji szkolnej, że ogólny poziom nauczania stale rośnie, co doprowadziło do zaskakującego wniosku, że obecnie system szkolnictwa jest powszechnie uznawany za totalny chaos i rozpadającą się ruinę, ponieważ profesorowie uniwersyteccy muszą próbować wykonywać pracę dydaktyczną, której nie wykonywano w szkole średniej, a ponadto muszą stawiać czoła większości studentów studiów licencjackich, którzy nie są w stanie wyciągnąć żadnych korzyści z wyższego wykształcenia (choć są w stanie uniemożliwić swoim kolegom czerpanie jakichkolwiek korzyści).

Przez wieki inni socjologowie, lub ci sami, mówili francuskiej opinii publicznej, że nie ma żadnego związku między imigracją a rosnącą przestępczością; posunęli się nawet do udawania, że ​​przestępczość w ogóle nie rośnie, a statystyki przestępczości w rzeczywistości wykazują tendencję spadkową. Jeśli wierzyć tym ekspertom, szerząca się przestępczość i wykroczenia istniały tylko w umyśle opinii publicznej, były wytworem naszej wyobraźni, stronniczym punktem widzenia, wynikiem jakiegoś stronniczego sposobu doświadczania doświadczenia. Niepewność była percepcją, fałszywym wrażeniem, złym uczuciem (złym we wszystkich możliwych znaczeniach tego słowa: fałszywym i powodującym zło, niezręcznym i niewłaściwym, i złym, złym, złym...).

Socjologia nie tylko nie ostrzegła Francuzów i innych Europejczyków przed nadchodzącym największym zamieszaniem w ich historii, czyli masową imigracją, zatopieniem etnicznym, wymianą ludności, „Wielką Wymianą”, ale także nieustannie zaprzeczała, że ​​miało to miejsce dokładnie w tym samym czasie i przez cały okres, w którym w rzeczywistości miało to miejsce na ich oczach.

Stanowisko zajmowane przez odpowiednich socjologów nawiązuje do „logiki czajnika” Freuda, cytowanej przez Derridę: oskarżony o zwrot pożyczonego czajnika z widoczną dziurą, mężczyzna mówi, po pierwsze, że czajnik był nieuszkodzony, gdy go zwracał; po drugie, że był już uszkodzony, gdy go pożyczał; i po trzecie, że nigdy go nie pożyczał. W kwestii imigracji socjologia we Francji zazwyczaj mówi lub mówiła, po pierwsze, że jest jej coraz mniej, ponieważ cudzoziemców było znacznie więcej w latach 30. i że prawie dobiegła końca (oczywiście, obywatelstwo przyznano milionom cudzoziemców — Wielka Wymiana jest kompletna, gdy nie ma już żadnych cudzoziemców); po drugie, że Francja zawsze była krajem imigracji, że cudzoziemcy i imigranci zawsze tu napływali, że nie dzieje się tu absolutnie nic nowego, o czym warto byłoby wspomnieć; i po trzecie, że w każdym razie jest już za późno, aby cokolwiek z tym zrobić, że zmiana ludzi jest oczywistym i obiektywnym faktem, że była zbyt masowa, aby odwrócić jej bieg tak późno w grze i że najrozsądniejszą rzeczą do zrobienia teraz jest próba i pokochanie jej, ponieważ nowa populacja, etykietowana i gloryfikowana jako różnorodność, jest tutaj, aby pozostać. Jeśli nie jesteśmy zadowoleni z tego nowego stanu rzeczy, zgodnie z którym my, rdzenny tłum, jesteśmy zobowiązani do integracji z nowomodnym wielokulturowym i wieloetnicznym społeczeństwem, cóż, mamy (jak dotąd) pełne prawo do wyjazdu i udania się gdzie indziej, aby sprawdzić, czy moglibyśmy dostosować się do społeczeństwa, które bardziej by nam odpowiadało.

I to, ten żałosny żart, jest „nauką”, na której powinniśmy polegać, aby zdecydować, czy jesteśmy krajem najechanym, czy nie? To są dyscypliny naukowe, do których powinniśmy się odwołać, aby dowiedzieć się, czy jesteśmy, czy nie jesteśmy skolonizowanym narodem? Czy doświadczenie i wynik eksperymentów nie są najwyższym testem prawdy naukowej? Jeśli tak, to socjologia, statystyka i demografia, lub przynajmniej ich dworskie awatary, te, które prosperują w bezpośrednim sąsiedztwie i pod ścisłą kontrolą dwóch głównych potęg — obecnych i przyszłych rządów z jednej strony, sieci medialnych z drugiej strony — są współczesnym negacjonizmem. Niestety, konwencjonalny negacjonizm jest daleki od wyginięcia, ale został całkowicie zastąpiony przez swój współczesny awatar, ten, który twierdzi, że Wielka Wymiana nie ma miejsca.

Z przykrością należy zauważyć, że ten awatar krąży pod nazwą i maską nauki. Taki był prestiż tej nazwy, nauki, że została ona przejęta przez wiele dyscyplin niewiele bardziej naukowych niż astrologia na dworze Walezjuszy lub medycyna w czasach Moliera. Bardzo dobrze może być tak, że zwrot „nauki humanistyczne” był aporią lub oksymoronem od samego początku, a człowiek i ludzkość opierają się sprowadzeniu do samych metryk. Jednoczesny upadek religijnych i literackich koncepcji świata

pozostawili społeczeństwu błędne wrażenie, że nauka jest ostatecznym sędzią prawdy, a nie że prawda jest ostatecznym sędzią nauki; i bardziej niż w czymkolwiek innym pokładali wiarę w liczbach, które są właśnie tym, co jest najbardziej błędne lub kłamliwe. Postrzegają naukę jako ostatecznego posiadacza i dystrybutora prawdy. Niestety, eksperci naukowi pokazali przy niezliczonych okazjach, że ich nauka, przynajmniej, nie była w stanie utrzymać rzeczywistości w swoich ramionach.

Nie krytykuję nauki jako takiej, wręcz przeciwnie, chciałbym, aby większość nauk, szczególnie „nauki humanistyczne”, była o wiele bardziej naukowa i stale korygowała swoje liczby lepszymi liczbami. Tymczasem, dopóki statystyki pokazują, że nie ma czegoś takiego jak Wielka Wymiana, to nie Wielka Wymiana staje się pośmiewiskiem, tylko statystyką. Co więcej, zastępczy negacjoniści wymiany mogą wyczarowywać prawdziwą naukę przy każdej okazji, najprawdopodobniej byliby przerażeni i przerażeni, gdyby hipotetyczna „prawda naukowa” odpowiedziała na ich wezwanie i pojawiła się na dobre na ich szańcach, ponieważ natychmiast rozbiłaby ich świat na kawałki: nie tylko autentyczne ustalenia naukowe są zupełnie niezależne od ideologii, ale także całkowicie ignorują moralność; i, jak robot, ujawniliby nieprzyjemne prawdy, które byłyby czystą katastrofą w odniesieniu do cnotliwych i politycznie poprawnych pragnień.

Narracja, zgodnie z którą Francja zawsze była krajem imigracji (jak, powiedzmy, Stany Zjednoczone) jest oczywiście fałszywa i absurdalna: przez około piętnaście stuleci populacja francuska była zadziwiająco stabilna, przynajmniej pod względem składu etnicznego. Potem nadeszła, jak przypomniano powyżej, właściwa imigracja. Ale masowa migracja, która rozpoczęła się w połowie lat siedemdziesiątych, jest zjawiskiem całkowicie odrębnym. Istnieją uderzające różnice między tymi dwoma trendami migracyjnymi, nie tylko w ich odpowiednich rzędach wielkości, od tysięcy do milionów ludzi, ale również dlatego, że imigranci pod koniec XIX wieku i w pierwszych dwóch trzecich XX wieku w swojej ogromnej większości podzielali wiarę chrześcijańską, a dokładniej wyznanie rzymskokatolickie, tj. dominującą religię, Francuzów, i praktycznie wszyscy z nich byli pochodzenia europejskiego; podczas gdy imigranci z końca XX wieku i XXI wieku byli niemal wszyscy Afrykanami i najczęściej muzułmanami. Ich afrykańska kultura i mahometanizm sprawiają, że integracja z francuską kulturą i cywilizacją jest dla nich o wiele trudniejszym wyzwaniem, tym bardziej że większość z nich nie wykazuje żadnego pragnienia osiągnięcia takiej integracji, czy to jako jednostki, czy jako społeczności.

Tam, gdzie integracja jest sprawą, ilość, jak zawsze, jest istotą. Francja, w toku swojej historii, zawsze wspaniale integrowała jednostki — Mazarín, Lully, Zola, Gambetta, Marie Curie, Beckett, Ionesco, Cioran i tym podobni, którzy odegrali znaczącą rolę w jej polityce i kulturze; i wielu innych, mniej znanych, którzy stali się znakomitymi Francuzami i Francuzkami i być może spłodzili równie znakomite nowe pokolenia obywateli francuskich. Zupełnie inną sprawą jest integrowanie narodów, narodów ustanowionych, z ich własną kulturą, cywilizacją, sposobem życia i Weltanschauung, których nie chcą porzucać. I dlaczego mieliby to robić, skoro są wystarczająco liczni, aby tworzyć własne społeczności, używać własnych języków, modlić się do własnych bogów, mieć własne sposoby ubierania się, jedzenia, kochania, mieszkania, pracy i zachowania jako obywatele? Słowo integracja zostało porzucone, ze wszystkich praktycznych względów. I to z dobrego powodu: gdyby miało to dotyczyć kogokolwiek w dzisiejszych czasach, to rdzennej ludności, Francuzów, powołanych do przyłączenia się do nowego, wielokulturowego i wieloetnicznego społeczeństwa, w którym są postrzegani jedynie jako część, niekoniecznie dominująca.

Jakkolwiek nie spojrzymy na problem, faktem pozostaje, że jeden naród miał kraj, który mógł nazwać swoim, i tak też zrobił; a teraz musi się nim dzielić z innymi narodami, niekoniecznie przyjaznymi, które wyglądają tak, jakby same miały go nazwać swoim, jak tylko będą w stanie zgromadzić wystarczająco dużo sił i przyjąć wystarczająco dużo sił, aby zgłosić swoje roszczenia do niego. W każdym innym kraju i w każdym innym momencie historii osoby odpowiedzialne za tę stratę i upokorzenie zostałyby oskarżone o zdradę. Słowo to wydaje się wyjść z mody — nie wiadomo, co zdradzić.

Twierdzenie, że Francja zawsze była krajem imigracji, wraz z dodatkowym twierdzeniem, że francuska kultura i sztuka są w większości dziełem zagranicznych artystów — podczas gdy w rzeczywistości zagraniczni artyści napłynęli do Francji, szczególnie pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku, ze względu na międzynarodowy prestiż jej własnej sztuki i kultury — jest tylko jednym i pierwszym z serii bardzo silnych mitów historiograficznych, które rozkwitają wraz z przyspieszającą zmianą ludzi, aby ułatwić akceptację lub utrudnić odrzucenie przez rodzimych Francuzów, ich ofiary. Drugi z tych mitów, również bardzo popularny, i nie tylko wśród imigrantów i ich potomków, głosi, że Francja podczas II wojny światowej została wyzwolona spod okupacji niemieckiej przez żołnierzy z Afryki Północnej i Środkowej przybyłych z ówczesnego Imperium Afrykańskiego i zwerbowanych przez Wolnych Francuzów. Bardzo popularny film zatytułowany Indigenes, jeden z wielu filmów fabularnych lub programów telewizyjnych nieustannie produkowanych w celu przekonania Francuzów do zaakceptowania kolonizacji i substytucji etnicznej, został wydany z ostentacyjnym celem opowiedzenia tego historycznego epizodu. Jednak, jak wszyscy wiedzą, Francja została wyzwolona głównie, i słynnie, przez amerykańskie wojska lądujące na wybrzeżu Normandii 6 czerwca 1944 r. z dużą liczbą Anglików i kilkoma żołnierzami pochodzącymi z każdej części Imperium Brytyjskiego. Kilka tygodni później nastąpiło również lądowanie w Prowansji, z francuskimi wojskami przybywającymi z Afryki Północnej, które posuwały się wzdłuż Włoch z Aliantami i wyzwoliły Korsykę po drodze. Około jednej trzeciej tych sił stanowili żołnierze regularnej armii francuskiej, kolejna (duża) jedna trzecia Francuzów z Afryki Północnej, później znanych jako „Pieds Noirs” (Czarne Stopy), a rzeczywiście jedna trzecia wojsk „rdzennych”, również z Afryki Północnej, szczególnie z Maroka.

Nie mam najmniejszego zamiaru minimalizować wkładu tych ostatnich w to drugie lądowanie wojskowe. Byli to dzielni żołnierze, którzy odegrali znaczącą rolę w wyzwoleniu Korsyki i Prowansji. Należy być im bardzo wdzięcznym, czcić ich pamięć i okazywać szczególny szacunek grobom tych, którzy stracili życie w akcji. Nie brakuje jednak szacunku, przypominając czytelnikowi, że front południowo-wschodni, w tym momencie historii, był, choć ważny, stosunkowo drugorzędny; i że te wojska „tubylcze” (których najbardziej rzucającą się w oczy cechą było właśnie to, że nie byli tubylcami we Francji metropolitalnej) były jedynie mniejszością wśród francuskich wojsk posuwających się naprzód na tym froncie, które same w sobie nie były istotną częścią sił wyzwoleńczych. Można je opisać jedynie jako cenne siły pomocnicze do zwycięstwa. Nie sposób jednak nie wspomnieć, choć wielu historyków zachowało w tej kwestii zadziwiające milczenie, że wielu z tych dzielnych żołnierzy, zwłaszcza Marokańczyków, pozostawiło po sobie we Włoszech niesławny szlak barbarzyństwa i gwałtu, marokański — echa tego strasznego epizodu pojawiają się w filmie Vittorio De Sici, La Ciociaria, nakręconym na podstawie powieści Alberto Moravii, a także w książce Malapartego, La

Pelle, The Skin. Ale we Francji te okrucieństwa popełnione w drodze, które do dziś dnia poważnie traumatyzują Włochów i które w innym, mniej korzystnym kontekście, zostałyby wymienione wśród najgorszych zbrodni wojennych w historii, są prawie nigdy nie wspominane: najpierw ludzie, którzy je popełnili, byli po właściwej stronie gigantycznej walki Dobra ze Złem; a następnie byłoby uważane za rasistowskie i bardzo niewdzięczne, aby badać tę sprawę lub nadawać jej zbyt duże znaczenie. Istnieją fale mody i zmienne przysługi, jeśli chodzi o okrucieństwa i ludobójstwa. Obecne cierpienia białych południowoafrykańskich farmerów również nie są tego rodzaju, które wzbudzają współczucie lub zainteresowanie opinii międzynarodowej.

Trzeci mit historiograficzny głosi, że imigranci, zwłaszcza ci z Afryki Północnej, a zwłaszcza ci z Algierii, „odbudowali” Francję po katastrofie II wojny światowej. Ta reprezentacja również, nie trzeba dodawać, jest czystą fantazją. Masowa migracja rozpoczęła się dopiero w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku . Wtedy „odbudowa” Francji została osiągnięta już jakiś czas temu. Formalnie ogłoszono jej ukończenie w 1960 roku. Oczywiście, kilku wczesnych imigrantów wzięło udział w powojennych wysiłkach na rzecz odbudowy, ale nie było ich wystarczająco wielu, wręcz przeciwnie, aby być rodzicami lub dziadkami milionów współczesnych imigrantów. Poza tymi kilkoma pracownikami nie pracowali za darmo, byli opłacani, oczywiście, i z pewnością nie jest powszechną praktyką, aby robotnicy lub rzemieślnicy, którzy otrzymali pensję lub odszkodowanie jako pracownicy zatrudnieni przy budowie lub rekonstrukcji budynku, wieżowca biurowego w Niort lub zabytkowej farmy w Normandii, twierdzili później, że nieruchomość jest ich własnością lub częściowo ich własnością, na wątpliwych podstawach, że w niej pracowali. Jeśli Algierczycy byli tak skuteczni w odbudowie Francji, jak można wytłumaczyć, że w niepodległej Algierii radzili sobie tak słabo i wydają się, nawet przy wysokich krajowych przychodach z ropy naftowej, bardzo niezdolni do zarządzania własnym krajem i utrzymywania infrastruktury, którą znienawidzony kolonizator zostawił po sobie?

Nienawiść do byłego kolonizatora z pewnością jest, ale ta nienawiść wydaje się w dużej mierze zaprojektowana, artefakt, którego manifestacja została długo opóźniona w stosunku do jej domniemanej przyczyny i który przybiera teraz bardziej zaciekłą ekspresję niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli ta nienawiść była szczera i uzasadniona namacalnymi wyrządzonymi krzywdami, jak można wytłumaczyć miliony Afrykanów, zarówno z północy, jak i południa Sahary, którzy nie wydają się pielęgnować żadnego planu bardziej drogo i nie mają wyższych ambicji niż przyjazd do Francji i życie z Francuzami? Prezydent Algierii Abdelaziz Bouteflika, który ma zwyczaj wywoływać „ludobójstwo” rzekomo popełnione przez Francję w Algierii w epoce kolonialnej („ludobójstwo”, które pomnożyło populację dwudziestokrotnie...), spieszy do francuskich szpitali, gdy tylko czuje się źle lub wyobraża sobie, że jest ofiarą strasznego schorzenia. Czy można sobie wyobrazić Żydów decydujących po Holokauście, że to w Niemczech i z Niemcami najbardziej chcą żyć? A co z rodzinami ofiar nazistowskich obozów koncentracyjnych, które po wojnie pędzą do Brazylii lub Paragwaju, przekonane, że tylko doktor Mengele jest wystarczająco dobry, żeby zająć się ich zdrowiem?

Afrykanie wyrażają swoje prawdziwe zdanie na temat kolonializmu francuskiego i europejskiego nogami, biegnąc do Francji i Europy, aby osiedlić się tutaj z Francuzami i Europejczykami, gdy tylko pomyślą, że nadarzy się okazja. Myślą, że pędzą do raju, przynajmniej w porównaniu. Natrafiają na mur złudzeń, ponieważ to, co uczyniło Europę tak pożądaną dla nich, to, jak wspomniałem wcześniej, prosty fakt, że ich tam nie było. Gdy tylko pojawią się w wystarczającej liczbie, Europa jest stracona dla Europejczyków, ponieważ są zastępowani, i stracona dla Afrykanów, ponieważ staje się po prostu kolejną Afryką, nękaną tymi samymi problemami, czy to religijnymi, politycznymi, czy związanymi z ogólnym wyzwaniem, jakie stwarzają rozbieżne społeczności, które muszą znosić się w jednym miejscu. Dla nich cały kontynent europejski jest jak jeden z tych legendarnych alchemicznych traktatów, w których tekst na każdej stronie znika, gdy tylko otworzy się na nim książkę.

Kiedy mówię, a mówię to bardzo otwarcie i wielokrotnie, że Francja i Europa są obecnie o wiele bardziej skolonizowane przez Afrykę, niż kiedykolwiek same ją skolonizowały, Europejczycy doskonale rozumieją tę ideę, nawet jeśli zdarza im się nie zgadzać z tym stwierdzeniem. Afrykanie natomiast i ludzie pochodzenia afrykańskiego w ogóle tego nie rozumieją. Są oburzeni, oszołomieni, wątpią w to, co właśnie ode mnie usłyszeli lub przeczytali; ale przede wszystkim nie pojmują sensu tego wszystkiego. Ich odpowiedź rzadko się zmienia. Zazwyczaj polega na sporządzeniu długiej listy zbrodni Europejczyków rzekomo popełnionych w Afryce w okresie kolonialnym i postawieniu pytania: jak do cholery można porównywać takie okrucieństwa z zachowaniem Afrykanów w Europie? Ponieważ nie jest to punkt, który chcę poruszyć w argumentacji, zwykle nie zawracam sobie głowy kwestionowaniem treści takiej listy, ale wolałbym zwrócić uwagę czytelnika na wadliwą logikę ich repliki. Kiedy mówię, że Europa jest o wiele bardziej skolonizowana przez Afrykę niż ona kiedykolwiek ją skolonizowała, nie mam na myśli ani przez sekundę, że Afrykanie w Europie popełniają więcej przestępstw niż Europejczycy kiedykolwiek w Afryce. Wcale nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że afrykańska kolonizacja Europy jest gorsza i poważniejsza niż europejska kolonizacja Afryki, ponieważ wiąże się ze zmianami demograficznymi i ponieważ przebiega poprzez masowe transfery ludności, których celem jest osiedlenie się na docelowym kontynencie — krótko mówiąc, afrykański kolonializm w Europie mieści się w kategorii „kolonializmu osadniczego”. Od czasów starożytności, Grecji i Wielkiej Grecji, transfery ludności stanowiły istotę kolonializmu. Greckie miasta zakładały osady ludnościowe na Sycylii lub w południowych Włoszech, wysyłając część swojej populacji za granicę, czasami ponad połowę, aby uzyskać przyczółek na odległej ziemi. W tym klasycznym znaczeniu tego słowa Francja prawie nigdy nie kolonizowała ani nie zasiedlała żadnych terytoriów: robiła to w Kanadzie w XVII i XVIII wieku , w Algierii w XIX wieku . Wszędzie indziej, w Indochinach, międzyzwrotnikowej Afryce, a nawet w Maroku i Tunezji, podbijało więcej terytoriów, niż zakładało społeczności osadnicze.

Afrykanie we Francji są obecnie co najmniej dziesięć razy liczniejsi niż Francuzi w Afryce w okresie rozkwitu francuskiego imperializmu. W określeniu Imperium Kolonialne (I'Empire colonial) kluczowym słowem jest Imperium. Podbój miał charakter militarny, administracyjny, polityczny, kulturalny i ekonomiczny, ale nie był realizowany poprzez żaden większy napływ obcej populacji. Nie skupiam się na tym konkretnym punkcie, aby całe przedsięwzięcie imperialistyczne wyglądało na łagodniejsze, niż było w rzeczywistości. To wcale nie jest tutaj problemem: łagodny ani niewinny nie był. Jednak ten typ kolonializmu, rozwijany w ramach politycznych, jest o wiele łatwiejszy do zakończenia przez którąkolwiek ze stron niż kolonializm osadniczy. Podbój militarny można odwrócić z dnia na dzień — wystarczy, że armie zdobywcy się wycofają. Jeśli mocarstwo kolonizujące utrzymuje w swojej kolonii tylko kilku lub wielu żołnierzy, trochę policji, urzędników państwowych, garstkę przemysłowców i sklepikarzy, może spakować się i opuścić kolonię w ciągu kilku tygodni lub dni. Okres kolonialny uznaje się zatem za zakończony i tak jest, chociaż pozostałości struktur kolonialnych mogą przetrwać jeszcze przez jakiś czas.

Zalewanie ludnością lub „inwazja demograficzna” to zupełnie inna sprawa. Podważa ona samą tożsamość narodu lub ludzi, których dotyczy zalewanie. Największym zagrożeniem z tym związanym jest to, że może być nieodwracalne. Jedynym sposobem na zakończenie tego procesu i zniesienie kolonializmu osadniczego jest remigracja, czyli odejście sił okupacyjnych, składających się ze społeczności osadniczych. Ci sami obserwatorzy, którzy postrzegają ideę remigracji jako niewykonalny program i niemożliwe do osiągnięcia osiągnięcie, twierdzą, że w nadchodzących latach Europa będzie potrzebowała czterdziestu milionów przybyszów, a czasami posuwają się nawet do podniesienia tej liczby do dwustu milionów. Jeśli tak ogromna liczba osób przybywających do Europy z Afryki i Azji jest przez nich uważana za realistyczną propozycję; jeśli nie widzą żadnych praktycznych i ludzkich problemów w tak masowej migracji, a jednocześnie wierzą, że będzie ona dobra dla wszystkich zainteresowanych stron, to nasuwa się pytanie, dlaczego mniejszy przepływ migracyjny w przeciwnym kierunku, przeprowadzony w sposób uporządkowany i ułatwiony nie przez przemytników, ale odpowiedzialne rządy, miałby być taką katastrofą.

W historii było wiele remigracji, w tym syjonizm, ale ta, która jest najściślej związana z historią Francji, to przymusowa remigracja ludności francuskiej z Algierii po uzyskaniu przez ten kraj niepodległości od Francji w 1962 r. Rząd nowo niepodległej Algierii uważał — a tak zwany „koncert narodów” podzielał ten pogląd i nie wniósł do niego żadnych poważnych zastrzeżeń — że kraj nie będzie tak wolny, jak powinien, jeśli utrzyma w swojej populacji dziesięć procent ludzi o zupełnie innym pochodzeniu, rasie, religii, kulturze i cywilizacji w stosunku do dominującego profilu obywateli Algierii. Francuzi musieli odejść, chociaż wielu z nich było tam przez pięć lub sześć pokoleń, od początku francuskiego podboju w 1830 r.; a wraz z nimi ludzie pochodzenia hiszpańskiego lub włoskiego, i oczywiście Żydzi, chociaż wielu z nich mieszkało na tej ziemi przez znacznie dłuższy okres czasu niż Francuzi lub Arabowie.

Gdy Europejczycy stali się niechcianymi obywatelami w Algierii, zostali zmuszeni do opuszczenia kraju w bardzo krótkim czasie; i pokazano im drzwi wyjściowe, a raczej morze, z oszałamiającą przemocą, wielu z nich straciło życie w tym procesie, podobnie jak tysiące skazanych na zagładę „harkis”, tych arabskich i berberyjskich żołnierzy, którzy popełnili błąd, stając po stronie Francuzów podczas konfliktu, na podstawie zaufanej obietnicy, że ich francuscy odpowiednicy nigdy nie opuszczą kraju, ale dotrzymają zobowiązania zapewnienia ochrony przed wrogiem. Te masakry z 1962 r. należą również do tej kategorii masowych zbrodni, które nie wydają się wzbudzać większego zainteresowania ani historyków, ani opinii publicznej. Ofiary mogły spodziewać się bardzo niewielkiego współczucia, a sprawcy nie musieli się zbytnio martwić o jakiekolwiek publiczne oburzenie, jakie ich działanie mogłoby wywołać. Nie trzeba dodawać, że konwencja pokojowa podpisana w Evian w marcu 1962 r. nie przewidywała tak pospiesznych masowych deportacji, a na pewno nie takiego rozlewu krwi. Traktat oferował pokojowe współżycie różnych społeczności, mianowicie Francuzów (do których asymilowano Włochów, Hiszpanów i miejscowych Żydów) i Arabów (do których asymilowano Berberów w sposób dość brutalny). To właśnie ta kombinacja, na dobre i na złe, funkcjonowała przez sto trzydzieści lat pod francuską administracją, choć na bardzo nierównych zasadach; a ten precyzyjnie dostrojony układ tragicznie upadł w ciągu kilku tygodni pod nowymi rządami arabskimi.

Do tej pory Algierczycy, niezależnie od tego, czy posiadają obywatelstwo francuskie, czy nie, stanowią zdecydowanie największą społeczność imigrantów we Francji. Algieria z kolei wyróżnia się jako bardzo wymowny model sposobu radzenia sobie z imigracją i osiedlaniem się na ziemi obcych społeczności. Państwo algierskie jest niezwykle surowe w odmowie przyjmowania migrantów na swoim terytorium, a Afrykanie subsaharyjscy, którym udało się nielegalnie przekroczyć granice Algierii, są słynnie zmuszani do powrotu tam, skąd przybyli, w dość nagły sposób. I, jak właśnie opisaliśmy, obcy osadnicy w Algierii, nawet po długim pobycie, znacznie dłuższym niż pobyt ich obecnych odpowiedników we Francji, byli zmuszani w 1962 r. w sposób najbardziej bezwzględny i skuteczny do powrotu do swojej ojczyzny — Francji, jaką była. W istocie państwo algierskie jest światowym ekspertem w zakresie wdrażania polityki remigracyjnej. Co jest równie dobre, ponieważ znaczna część ludzi, którzy będą musieli zostać reemigrowani z Francji, jeśli nasze własne wyzwolenie kiedykolwiek nastąpi, a ja z pewnością mam taką nadzieję, pochodzi właśnie z Algierii. Daleki jestem od tego, aby opowiadać się za tym, abyśmy naśladowali ekstremalną brutalność algierskiego sposobu postępowania w takich sprawach. Wręcz przeciwnie, będzie to dobra okazja, aby pokazać różnice między cywilizacjami.

Bez remigracji nie będzie wyzwolenia. Wyzwolenie (podbitej ziemi, okupowanego kraju, skolonizowanych ludzi) i remigracja (zdobywcy, sił okupacyjnych, kolonialnych osadników) to jedno i to samo. Istnieją cztery główne typy precedensów dla obecnej sytuacji krajów Europy Zachodniej i ponieważ te cztery dostarczają cennych wzorców dla oporu i walki o niepodległość, co najmniej trzy z nich ewidentnie implikują, że siły obce, o ile potwierdzają swoją dominującą władzę nad danym społeczeństwem narodowym, a z definicji, obcą potęgę, będą musiały odejść, jeśli ziemia i jej rdzenni mieszkańcy mają żyć wolni i powrócić do biegu swojego niezależnego przeznaczenia.

Najwcześniejszy i najważniejszy typ szablonu okupacji zagranicznej i model walki wyzwoleńczej zapewniają te kraje europejskie, które w XIX wieku musiały dążyć do odzyskania niepodległości spod dominacji imperialnej lub podboju sąsiednich krajów: Grecja, Belgia, Włochy, Polska, Węgry, Serbia, Rumunia, Bułgaria i oczywiście Irlandia. Gdybyśmy mieli przekroczyć granice Europy i XIX wieku, moglibyśmy dodać Stany Zjednoczone do tej krótkiej, niekompletnej listy; jednak przypadek amerykańskiej wojny o niepodległość jest nieco sprzeczny z tymi, ponieważ angielscy wrogowie amerykańskich powstańców nie różnili się etnicznie ani kulturowo: walczący po obu stronach byli tej samej populacji — ten konflikt bardziej przypominał wojnę domową niż wojnę mającą na celu położenie kresu kolonialnemu uciskowi przez mocarstwo całkowicie obce uciskanym.

Perspektywa pełnowymiarowej wojny domowej jest coraz częściej wyczarowywana jako najbardziej prawdopodobny wynik obecnych okoliczności panujących i rozwijających się we Francji i kilku innych krajach Europy. Życie razem, niesławny vivre ensemble („pomiędzy życiem a byciem razem, trzeba dokonać wyboru...”), pokazuje każdego dnia coraz wyraźniej swój całkowicie iluzoryczny charakter.

Nie ma życia razem, poza stałą agresją i powtarzającymi się agresjami, przemocą, powtarzającymi się masakrami, aktami terrorystycznymi, serią drobnych przestępstw i atakami na dużą skalę, które można określić za pomocą ogólnego terminu, który ukułem: nocence, tj. przeciwieństwo m-nocence, lub, mówiąc dokładniej, to, czego in-nocence jest dokładnym przeciwieństwem. Oczywiste jest, że w języku, a prawdopodobnie w czasie, chronologii, logice, psychologii, nocence, uciążliwości, działanie wyrządzania krzywdy, bycia szkodliwym, jest pierwsze, jest pierwotnym pojęciem, a in-nocence jest jego przeciwieństwem, sposobem na przeciwstawienie się mu, na uzyskanie nad nim kontroli.

Przeszedłem przez wiele kłopotów i nie raz byłem postawiony przed sądem z powodu konferencji z 2010 r. lub przemówienia publicznego, dziwnie zatytułowanego, muszę przyznać, „No-cence, narzędzie Wielkiej Wymiany” („La nocence, instrument du Grand Remplacement”). W tym przemówieniu odpowiadałem tym, którzy twierdzą, że nie ma podboju, kolonizacji, podporządkowania, ponieważ nie było żadnej agresji militarnej, żadnej armii podboju, żadnych żołnierzy inwazyjnych. Ale byli — są. Delikwentami są żołnierze. Nocence to sposoby i środki obecnej kolonizacji. Utrudniając życie rdzennej ludności lub czyniąc ją nie do zniesienia, czy to poprzez to, co media śmiesznie nazwały „nieuprzejmością”, agresywne spojrzenia, apodyktyczną postawę mającą na celu zmuszenie przechodniów do zejścia z chodnika, nocny hałas w miejscach publicznych, irytujące i obelżywe włóczęgostwo w holu wejściowym lub na klatce schodowej budynków mieszkalnych, hałaśliwe akrobacje samochodowe lub motocyklowe, nogi na siedzeniach w transporcie publicznym, stanowcze demonstracje obywatelskiej obojętności i braku szacunku dla spokoju i wygody przeciętnego obywatela, tworzenie wśród obywateli ogólnego uczucia strachu, niepewności, wywłaszczenia i wyobcowania; lub poprzez działania przestępcze bardziej standardowych kategorii, takie jak kradzież torebki starszej pani, brutalne porwanie samochodu lub domu, napady na banki i tym podobne, niespotykane formy hiperprzemocy aż do pełnowymiarowych aktów terrorystycznych i masakr, przestępcy wśród przybyszów, których stanowią zaskakująco wysoki odsetek, wywołują trafnie zwaną Białą Ucieczkę i w tym procesie zabezpieczają pod swoimi rządami dodatkowe kawałki terytorium dla siebie, swoich krewnych i partnerów w przestępstwie. Nie ma żadnej rozpoznawalnej luki między ich przestępstwami prawa zwyczajowego a ich przestępstwami motywowanymi politycznie lub religijnie w serii ich działań wymierzonych w społeczeństwo. Każdy skazany terrorysta, praktycznie bez wyjątku, zaczynał swoją karierę jako drobny przestępca, handlarz narkotyków, rabuś lub rabuś bankowy. Dzisiejszy podbój kolonialny przybrał rzeczywiście niespotykane formy, ale byłoby błędem twierdzić, że nie jest to podbój jako taki i nie jest to proces kolonialno-osadniczy na podstawie błędnego założenia, że ​​nie jest on napędzany agresją. Jest rzeczywiście agresywny do granic możliwości. Jego agresywność polega na setkach indywidualnych ataków, które są dokonywane. A te są coraz bardziej militarne w najbardziej konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. Ta nowa rasa kolonialnych osadników trzyma broń w pokaźnych zapasach. I wielu z nich nie ma żadnych skrupułów, aby atakować posterunki policji, używając rodzajów broni powszechnie używanych w otwartej wojnie.

Ktokolwiek rozpocznie ten nadchodzący konflikt, w każdym razie nie będzie miał on nic wspólnego z tak zwaną „wojną domową”. Wojna domowa rozdziera tkankę jednego narodu, jednego ludu. We Francji dzisiaj, jak w większości krajów Europy Zachodniej, nie ma tylko jednego ludu. Twierdzenie, że jest inaczej, jest po prostu „her-mogeńskim” (patrz poniżej), nominalistycznym, legalistycznym, „republikańskim” (we Francji) złudzeniem. Są zdobywcy i podbici, kolonizatorzy i kolonizowani, okupanci i okupowani. I bez względu na liczbę zdrajców i kolaborantów (sił okupacyjnych), wojna wyzwoleńcza, wojna antykolonialna, nigdy nie będzie wojną domową.

Ludzie, którzy nie chcą, aby termin kolonizacja był używany do nazywania obecnego zatopienia demograficznego Francji i Europy, nie chcą również, aby słowo okupacja zyskało popularność. Okupacja jest rzeczywiście szczególnie silnym i sugestywnym słowem w języku francuskim, ponieważ jego użycie bez żadnego atrybutu lub kwalifikatora odnosi się do niemieckiej okupacji Francji w latach 1940-1945. Ludzie zostali surowo skazani za to, że ośmielili się dokonać porównań między tym, co nazywam pierwszą okupacją (1940-1945)

i druga okupacja (1975-___ )—Les

Trente Glorieuses, La Thirty Glorious (Lata chwały), nazwa pochodzi od tytułu słynnej książki Jeana Fourastie i jest metaforyczną nazwą określającą okres rozkwitu i dobrobytu gospodarczego, który przypadł na okres pomiędzy tymi dwiema okupacjami.

Ci, którzy sprzeciwiają się terminowi okupacja lub sformułowaniu Druga okupacja, podnoszą ten sam sprzeciw, co w przypadku terminu kolonizacja — brak obecności wojskowej. Właśnie zobaczyliśmy, co o tym myśleć. Bardzo ważne jest również zauważenie i zapamiętanie, że siły okupacyjne są teraz czterdzieści do pięćdziesięciu razy liczniejsze niż wtedy, w czasie Pierwszej Okupacji. I sprzeciw, że te siły nie noszą munduru, również nie jest uzasadniony — chociaż mają tendencję do noszenia go przez swoje kobiety, których welony, nikaby i burki mają ogromne znaczenie w obecnej wojnie podboju, jako środka do zajmowania już podbitych terytoriów, rozmieszczania placówek na mapach i obniżania morale podbitej ludności poprzez codzienne konfrontowanie ich z niepokojącym pokazem ich szybkiego postępu w kierunku poddania się.

Oczywiście, tym razem nie ma Gestapo, nie ma więzień ani obozów dla przeciwników obcej obecności, nie ma aktów tortur przeprowadzanych w piwnicach — chociaż młody żydowski kupiec Ilan Halimi był w rzeczywistości torturowany w piwnicy przez tygodnie i pozostawiony umierający, ponieważ był Żydem, a więc bogatym, według jego oprawców; a piwnice są znane jako miejsca wybierane do notorycznych gwałtów zbiorowych. Poza tym, chociaż nie mamy Gestapo, mamy terroryzm, który już zabił setki obywateli. Ale, szczerze mówiąc, mam poważne wątpliwości, czy słowo terroryzm jest naprawdę adekwatne do opisania tej sytuacji.

Podobnie jak wierzę, o czym wspomniałem wcześniej, że masowa przestępczość obcego pochodzenia nie powinna być traktowana jako czysto kryminalna lub jako kwestia wyłącznie dla wymiaru sprawiedliwości, sprawa dla policjantów i sędziów, ale że ma wszystkie cechy politycznej, historycznej i militarnej konfrontacji między ludźmi, państwami i cywilizacjami, przy czym niektóre społeczności są zaangażowane w proces podboju jednej lub kilku innych (i właśnie tak jest za pomocą przestępczości i zakłócania pokoju), jestem również skłonny sądzić, że określanie regularnych masowych morderstw mianem terroryzmu jest mylące (i często celowe), ponieważ takie podejście stwarza nam błędne wrażenie, że masowi mordercy to po prostu nadmiernie podekscytowane jednostki, które są z zasady odizolowane lub, w najgorszym przypadku, są członkami małych grup ekstremistycznych, które można odizolować od ogólnego procesu historycznego i od ogółu obywateli.

To jest standardowa wizja, podtrzymywana i wszechobecna w kręgach kolaboracyjnych, tj. wizja niewielkiej mniejszości („radykałów”) z jej nieuniknionym odpowiednikiem — ogromną większością (doskonale „zintegrowanych” dobrych obywateli). Nie wątpię ani przez chwilę, że „dobrze zintegrowani” cudzoziemcy lub byli cudzoziemcy istnieją; ale wierzę, że jaśniejszy obraz ogólnej sytuacji pokazałby, że tak zwani „terroryści” to nic innego, jak ultraagresywna włócznia sił podbijających i ludu podbijającego, którzy już okupują ziemię. Zgodnie z tym podejściem, wyjątkowo różniącym się od standardowej wizji, nie ma terrorystów. Jest armia okupacyjna ludu podbijającego, która od czasu do czasu, gdy jest w nastroju, tak by rzec, łapie i zabija kilku zakładników, tak jak zawsze robiły to wszystkie siły okupujące i podbijające.

Choć, co prawda, jest wiele różnic między dwiema niedawnymi okupacjami Francji — krótszą niemiecką w latach 40. i dłuższą afrykańską w ciągu ostatnich czterdziestu lat — to jednak dwie kolaboracje służące odpowiednim siłom okupacyjnym są do siebie idealnie podobne. Muszę przyznać, że od dawna niechętnie używam terminu kolaboracja do określania kolejnych rządów Francji w czasach współczesnych i obecnych, ale wynikało to właśnie z wyraźnych różnic między tymi dwiema okupacjami. Umieszczenie obok siebie tych dwóch okresów i nazwanie ich jedną identyczną nazwą, ale różnymi liczbami porządkowymi, jakoś trąciło groteską i wydawało się mocno przesadzone. Obecni okupanci nie są nazistami, chociaż często należą do islamu, dość systemowej, wszechogarniającej wiary i totalistycznej, jeśli nie totalitarnej cywilizacji, niezbyt przyjaznej Żydom, z przeszłością bliskiej przyjaźni z Hitlerem i nazistami. Jednak wkrótce stało się jasne, że jeśli chodzi o termin „kolaboracja”, to wydaje się on zdecydowanie uzasadniony i stosowny w odniesieniu do kolejnych rządów francuskich, które po rządzie Vichy podczas poprzedniej okupacji, stale wykazywały typową dla siebie chęć wyprzedzania i spełniania życzeń i kaprysów okupantów, a także nigdy nie omieszkały przypodobać się im wbrew interesom własnego narodu w każdym konflikcie pomiędzy interesami sił okupacyjnych i ludu okupowanego, zdobywców i podbitych.

Współpraca nie dotyczy tylko działań rządów. Termin ten byłby równie odpowiedni, gdy komentowano rolę mediów lub systemu sądowniczego. Wystarczy rozważyć ogromną różnicę w traktowaniu przez media dziwnego, nieistotnego ataku na meczet (takiego jak rzucanie kawałkami mięsa wieprzowego na jego próg) z jednej strony i niezliczonych przypadków profanacji kościołów chrześcijańskich z drugiej. Osoby profanujące katolickie miejsca kultu rzadko są wspominane w mediach, aresztowane przez policję, ścigane lub poważnie skazane; podczas gdy młodzi mężczyźni i kobiety z Generation Identity Group, którzy w 2012 r. w ramach protestu rozwinęli transparent na dachu niedokończonego i jeszcze niekonsekrowanego Wielkiego Meczetu w Poitiers (bardzo symboliczne miejsce, ponieważ Poitiers to miejsce, w którym inwazyjne siły muzułmańskie zostały zatrzymane przez Karola Młota w 732 r.), zostali oskarżeni i bardzo surowo skazani. Tysiące młodych ludzi spoza Europy może zamieszczać okropne i bardzo niepokojące wiadomości na Twitterze lub Facebooku o Europejczykach lub białych ludziach w ogóle bez najmniejszego zagrożenia zawieszeniem ich kont w mediach społecznościowych lub przesłuchaniem przez policję; podczas gdy przeciwnicy masowej migracji, do których zalicza się przede wszystkim ten autor, są stałym celem najbardziej wybrednej cenzury. Każde słowo uznane za „niewłaściwe” lub niewłaściwe, często błędnie, może spowodować zawieszenie lub zamknięcie ich kont w mediach społecznościowych lub postawienie ich przed sądem, gdzie są traktowani jak niebezpieczni przestępcy. Cywilizacja zachodnia jest nie tylko pierwszą w historii, która wyczerpała własne zasoby, aby upewnić się, że jej własna kolonizacja jest należycie ukończona, ale także pierwszą, która jest pobłażliwa dla tych, którzy chcą jej wytępienia, podczas gdy bezlitośnie prześladuje tych, którzy podejmują wysiłki, aby ją bronić i pracować na rzecz jej zbawienia.

Jest dość ironiczne i w pewnym sensie zabawne, że współcześni kolaboranci – którzy w najmniejszym stopniu przyczynili się do inwazji, okupacji zagranicznej, substytucji etnicznej – mają tendencję do postrzegania i przedstawiania współczesnych bojowników ruchu oporu, dysydentów i sceptyków jako osób kontynuujących polityczne dziedzictwo dawnych kolaborantów, jeśli nie jako współczesnych awatarów nazizmu, podczas gdy oni sami wyobrażają sobie – tylko Bóg wie, przez jaką niezwykłą przemianę – że są reinkarnacjami członków francuskiego ruchu oporu z czasów pierwszej okupacji i nosicielami samego ducha ruchu oporu. Ten zuchwały, podwójnie oskarżycielski system odwrócenia w kształcie litery X, stawiający wysokich na niskich, a prawicę na lewicowych, to to, co nazywam politycznym chiazmem: dla replacystów jest to oczywiście o wiele łatwiejsze ze względu na okazjonalną i (z antyreplascistycznego punktu widzenia) katastrofalną obecność na antyreplascistycznych uliczkach i demonstracjach prawdziwych aktywistów neonazistowskich, antysemitów, zwolenników białej supremacji i tym podobnych: są oni rzeczywiście tak cenni dla replacystów i ich mediów, że obecność tych aktywistów na tych wydarzeniach

jest powszechnie rozdmuchiwane do szalonych rozmiarów, co sprawia, że ​​stają się one centrum uwagi opinii publicznej za pośrednictwem obiektywów kamer, a w kilku przypadkach nawet fałszują sam fakt ich udziału.

Podczas gdy termin współpraca stosowany do naszych własnych władców od dawna był dla mnie niestosowny, zanim wydał się, niestety, odpowiedni, wydaje się, że stał się słaby i niewystarczający, aby objąć proces, który ma miejsce obecnie. Współpraca jest właściwym terminem oznaczającym sytuację, w której rząd najechanego lub okupowanego kraju, przyznawszy się do porażki, dokłada wszelkich starań, aby zaprzyjaźnić się z najeźdźcą, zwykle z niewielkim powodzeniem (po prostu dlatego, że najeźdźca nim gardzi, tak jak każdy zastępca gardzi zastępcą). Ale tak jest tylko częściowo we Francji i Europie Zachodniej. Rządy rzeczywiście starają się zaprzyjaźnić z najeźdźcami i są przez nich rzeczywiście gardzone; ale chociaż przyznają się do porażki, nie nazywają tego w ten sposób, ani nie nazywają najeźdźców najeźdźcami — nazywają ich uchodźcami lub migrantami. Co najważniejsze, i dlatego w końcu nie są kolaborantami, lub nie tylko, nie próbują po prostu jak najlepiej wykorzystać trudnej sytuacji, jak to robiły poprzednie rządy kolaboracyjne. Są oni głównymi odpowiedzialnymi agentami procesu prowadzącego do tego żałosnego stanu rzeczy, szybko zamieniającego się w tragedię; ich rola i odpowiedzialność nie są mniejsze niż najeźdźców, którzy właśnie wpadają przez otwarte drzwi do otwartego sklepu, otwartego kontynentu, kuszącego Raju, który szybko zamieniają w żywe Piekło.

Rządy — i nie tylko rządy: prasa, media, intelektualiści, sędziowie — nie radzą sobie z tym sas conjunktivum tylko tak, jak radziliby sobie zwykli kolaboranci. Stworzyli je, albo dlatego, że uważają je za słuszne, albo dlatego, że uważają je za nieuniknione, albo dlatego, że zinterpretowali je jako instrument służący ich własnym interesom. I najprawdopodobniej uważają je za słuszne, ponieważ uważają (niesłusznie, na dłuższą metę, jak prawdopodobnie zobaczymy), że jest to zarówno nieuniknione, jak i w ich interesie. Nie są kolaborantami, są sprawcami (przestępstwa substytucji etnicznej). I taka właśnie jest tragiczna sytuacja w dzisiejszej Europie, gdy kontynent ten poddany jest inwazji, chaosowi, islamizacji i najgorszej ze wszystkich manipulacji genetycznych – zmianie ludzi. Wszystkie słowa, które próbują opisać to, co się dzieje, przechodzą przez te same trzy fazy, przez które przeszła kolaboracja, okupacja i kolonizacja: na początku wydają się mocno przesadzone, potem smutno wystarczające, a na końcu okazują się boleśnie niedopowiedziane, żenująco gorsze od rzeczywistości horroru, winy i żalu, które rzekomo oznaczają.

>

W każdym razie, podczas gdy bojownicy o niepodległość uciskanych narodów, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Wenezueli, Kolumbii, Argentyny, Grecji, Polski, Węgier, Włoch itd., są, w porządku chronologicznym, pierwszymi modelami buntu przeciwko obecnemu stanowi Europy i Ameryki Północnej stawiających czoła inwazji z reszty świata, ci, którzy przychodzą nam na myśl, to bojownicy Ruchu Oporu, którzy stawili czoła niemieckim i nazistowskim rządom okupacyjnym i kolaboracyjnym, takim jak Państwo Vichy we Francji; są nam bliżsi i bardziej znani. Opór, czy to wewnętrzny opór kierowany przez Jeana Moulina, czy też ogólny opór zainicjowany przez Charlesa de Gaulle'a — lub Winstona Churchilla, jeśli o to chodzi, chociaż dla Churchilla, a w dużej mierze dzięki niemu, inwazja była tylko groźbą, choć śmiertelną — jest rzeczywiście centralną koncepcją. A de Gaulle, przynajmniej w oczach Francuza, jest w tym wszystkim postacią centralną: nie tylko dlatego, że w 1940 r. był uosobieniem wielkiej odmowy, odmowy narodu, by utracić honor i zniknąć, ale również dlatego, że jego koncepcja Francji pozostaje w pełni słusznym punktem widzenia, pozwalającym przeciwstawić się obecnej sytuacji inwazji i etnicznej substytucji:

„To bardzo dobrze, że są Francuzi, którzy są żółci, Francuzi, którzy są czarni, Francuzi, którzy są brązowi. Pokazują, że Francja jest otwarta na wszystkie rasy i że ma uniwersalne powołanie. Ale to tylko tak długo, jak pozostają małą mniejszością. W przeciwnym razie Francja nie byłaby już Francją. Kiedy wszystko zostanie powiedziane i zrobione, jesteśmy europejskim narodem białej rasy, greckiej i łacińskiej kultury oraz chrześcijańskiej religii. Nie należy tracić kontaktu z rzeczywistością! Muzułmanie, czy byłeś i ich widziałeś? Czy naprawdę ich widziałeś, z ich turbanami i dżelabasami? Łatwo zauważyć, że nie są Francuzami. Ci, którzy opowiadają się za integracją, nawet jeśli są bardzo dobrze poinformowani, mają mózgi kolibra. Wystarczy spróbować wymieszać oliwę z octem. Wstrząsnąć butelką. Po chwili znów się rozdzielą. Arabowie są Arabami, Francuzi są Francuzami. Czy naprawdę wierzysz, że francuskie ciało może wchłonąć dziesięć milionów muzułmanów, których jutro będzie dwadzieścia milionów, a pojutrze czterdzieści milionów? Gdybyśmy mieli ich zintegrować, jeśli wszyscy Arabowie i Berberowie w Algierii mieliby być uważani za Francuzów, jak moglibyśmy im przeszkodzić w przybyciu i osiedleniu się w ojczyźnie, gdzie standard życia jest o wiele wyższy? Moja wioska nie nazywałaby się już Colombey-Dwa-Kościoły, ale Colombey-Dwa-Meczety” [1] !

Wysoką ironią jest fakt, że w eksperymencie myślowym, w którym de Gaulle

założyciel V Republiki Francuskiej, która nadal jest nazwą oficjalnego reżimu we Francji, mającego teraz partię gaullistowską jako główną siłę opozycyjną, powstałby z grobu i znów żył, zostałby ostro skrytykowany, oskarżony, postawiony przed sądem i napiętnowany jako rasista za takie stwierdzenia, jak to właśnie zacytowane. Właśnie gdy piszę ten krótki esej po angielsku, francuski parlament postanowił usunąć słowo rasa ze wszystkich tekstów Prawa Podstawowego, zaczynając od (gaullistowskiej) Konstytucji. Tymczasem ten sam parlament zakazuje wszelkich prawnych rozróżnień opartych na płci. Zawsze uważałem, że zniesienie ras było tylko preludium do zniesienia płci — zasadą działającą w tym procesie była nienawiść do rozróżnienia, tej niegdyś wysoko cenionej jakości społecznej, moralnej i estetycznej; a dokładniej nienawiść do dyskryminacji.

Niezwykle znaczące jest to, że słowo dyskryminacja, które przez stulecia było nazwą najbardziej pożądanej jakości umysłu, najwyższej cnoty filozoficznej, bycia dyskryminującym w stosunku do otaczającego świata, tj. posiadania szczegółowego osądu rzeczy, które składają się na rzeczywistość, stało się nazwą najgorszej zbrodni. Jeśli wszystko ma zostać wymienione i zastąpione, włączając w to samego człowieka, istotne jest, aby wszystko, każdy człowiek, wyglądał jak najbardziej jak kolejna rzecz, kolejny mężczyzna, kolejna kobieta. Dyskryminacja, tj. akt dyskryminowania, jest najgorszym wrogiem zastępowalnego człowieka, który uosabia komercyjny i przemysłowy paradygmat Global Replacism — ideologię, system, trend, trop i zjawisko, które promują zastępowanie jako centralny gest Modern Times x .

Jestem głęboko przekonany, że zakończenie koncepcji rasy, przynajmniej we Francji, w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku , było kluczowym momentem, który umożliwił wszystko, co nastąpiło później; a co jeszcze bardziej decydujące, uczyniło (prawie) niemożliwym jakikolwiek opór [2] wobec tego, co miało się wydarzyć — masowej imigracji, masowej migracji, inwazji, kolonizacji, substytucji etnicznej, krótko mówiąc, Wielkiej Wymiany.

Ludzie często mówią, że to koszmary II wojny światowej — ludobójstwo Żydów, obozy koncentracyjne i zagłady — sprawiły, że jakiekolwiek odniesienie do ras stało się niemożliwe. To nieprawda, albo przynajmniej nie wprost. Minęło trzydzieści lat od upadku rasizmu państwowego w Europie do pojawienia się antyrasizmu jako głównej siły politycznej i ideologicznej na kontynencie. Coś się wydarzyło mniej więcej w połowie lat siedemdziesiątych, co sprawiło, że pilne i niezbędne stało się ogłoszenie dogmatu, że rasy nie istnieją. Wydaje mi się, ale nie jestem ekspertem, że nauka była pod tym względem niezwykle uległa, tak jak była i byłaby uległa, zaprzeczając rzeczywistości upadku systemu edukacyjnego lub rzeczywistości masowej imigracji. Różnica polega na tym, że w obu ostatnich przypadkach nauki, których to dotyczyło, były naukami o bardziej elastycznej naturze, z wynikami w jakiś sposób dyskusyjnymi — „słabszymi” naukami, „miękkimi” naukami (socjologia, statystyka, demografia) — podczas gdy w odniesieniu do ras i tego, czy istnieją, czy nie, nauką poddaną testowi była biologia, nauka twarda niemal par excellence. Jednak nie jesteśmy pod wrażeniem osiągnięcia polegającego na zinterpretowaniu terminu „rasa” w tak ograniczonym i wąsko zdefiniowanym sensie, że później byłoby dziecinnie łatwo zdecydować i ogłosić, że rasy (w tym absurdalnie wąskim biologicznym rozumieniu tego słowa) nie istnieją. Ci, którzy wykonywali tę pojęciową sztuczkę, mogli być dobrymi naukowcami (muszę przyznać, że mam wątpliwości nawet w tej kwestii, a czyści naukowcy nie wydają się już tak pewni swoich ustaleń), ale z pewnością nie byli dobrymi językoznawcami (a językoznawstwo jest także pewnego rodzaju nauką, mimo wszystko). Decyzja i ogłoszenie, że rasy nie istnieją, jest mniej więcej tak samo inteligentne, jak decyzja i ogłoszenie, że jednorożce, mity lub klasy społeczne nie istnieją. Te rzeczy mogą nie mieć naukowego istnienia, cokolwiek to znaczy, ale są społecznymi, literackimi, poetyckimi lub taksonomicznymi tworami o tak znacznym wpływie, że ogłoszenie, że nie istnieją, jest równoznaczne z poważnym testowaniem znaczenia czasownika istnieć.

Niestety, w retoryce ideologicznej i represjach ideologicznych lub politycznych bardzo powszechną praktyką jest twierdzenie, że rzeczy, kategorie lub koncepcje nie istnieją z tego tylko powodu, że mają nieprecyzyjne granice lub są trudne do zdefiniowania. Podtrzymywano podobne argumenty, że Europa nie istniała, że ​​cywilizacja europejska nie istniała, że ​​nie istniała coś takiego jak kultura francuska, że ​​nie istniało coś takiego jak Francuzi — nic innego, to znaczy, tylko ludzie z francuskim paszportem. W społeczeństwach przemysłowych i postindustrialnych, zwłaszcza tych, w których głównym przemysłem jest przemysł niezróżnicowanej materii ludzkiej, gdzie człowiek jest jednocześnie producentem, produktem i konsumentem, nie istnieje coś takiego jak prawdziwy produkt. Produkt jest tym, co przemysłowcy mówią, że jest na opakowaniu. Nazwa jest wszystkim. A jeśli nazwa zniknie, to rzecz, która została nazwana, również zniknie.

W rzeczywistości można by argumentować równie przekonująco, wbrew wszystkiemu, że rzeczy, koncepcje, zjawiska i rzeczywistości istnieją tym bardziej, im trudniej je zdefiniować, lub im więcej definicji potrzeba, aby spróbować wyjaśnić, czym są. Definicje nie są pierwsze, a rzeczy lub koncepcje nie są wzywane do posłuszeństwa temu, co ich definicja mówi, że każde z nich jest. Z wyjątkiem może neologizmów, a nawet one trwają długo, jest odwrotnie. Rzeczy są, a ich definicje biegną za nimi i starają się podążać najlepiej, jak potrafią. Im trudniej jest przykleić definicję do zjawiska lub rzeczywistości, tym intensywniej i bardziej przenikliwie jest to widoczne.

Pamiętam audycję radiową, w której miałem godzinną dyskusję z Herve Le Bras, znanym francuskim demografem, który po latach bardzo nieprzychylnego nastawienia do tzw. „teorii” Wielkiej Wymiany, teraz uważa, że ​​pewnego rodzaju wymiana rzeczywiście ma miejsce i że ma ona ogromne rozmiary, ale że nie powinno się jej tak nazywać, Wielka Wymiany, co jest określeniem zbyt dramatycznym. Ogólna atmosfera między nami nie była szczególnie ciepła.

W pięćdziesiątej dziewiątej minucie naszej rozmowy, gdy oczywiście nie miałem już czasu, aby mu odpowiedzieć, profesor Le Bra zapytał mnie:

„Czym dla ciebie jest lud?”

Oczywiście nie było sposobu, abym mógł odpowiedzieć właściwie, wymagałoby to kolejnego godzinnego programu. People, peuple (ale oczywiście tłumaczenie jest tylko częściowo poprawne i bardzo niewystarczające), to właśnie jedno z tych wysoce złożonych i starożytnych słów, głęboko osadzonych w bogatej strukturze języka, które mogłyby wypełnić dwadzieścia definicji bez ścisłego pokrywania się z żadną z nich. Wszystko, na co byłem w stanie odpowiedzieć Pr Le Bras, to raczej niespójnie:

„Głęboki pomruk”.

Bardziej lub mniej świadomie myślałem o jednym z najpiękniejszych, moim zdaniem, zdań w literaturze francuskiej, autorstwa Georges’a Bernanosa – prawdopodobnie wiele traci ono w tłumaczeniu:

„Niestety, wokół małych francuskich chłopców pochylonych nad zeszytami ćwiczeń, z piórem w ręku, uważnych i trochę pociągających za język, jak wokół młodych mężczyzn upojonych pierwszym spacerem pod kwitnącymi kasztanowcami, z piękną młodą dziewczyną u boku, było kiedyś to niejasne i zaczarowane wspomnienie, ten sen, ten głęboki pomruk, którym rasa kołysze swe dzieci” (La Grande Pear des bien-pensants [Wielki strach przed dobroczyńcami], wstęp).

Głęboki pomruk wydaje mi się jedną z najlepszych możliwych definicji tego, czym może być naród. Oczywiście Bernanos używa tego wyrażenia w związku ze słowem rasa, a nie słowem ludzie, ale to, co próbuję powiedzieć, to właśnie to, że te dwa słowa, w ważnej części ich odpowiednich znaczeń, są mniej lub bardziej zamienne. Georges Pompidou, o ile mi wiadomo, jest ostatnim prezydentem Francji, który rzeczowo użył słowa rasa w tradycyjnym i wysoce nieprecyzyjnym, niezdefiniowanym, to znaczy głębokim, znaczeniu tego słowa. Jeszcze w 1972 r., w przemówieniu w Szkole Nauk Politycznych z okazji jej setnej rocznicy, oświadczył, nie wzbudzając ani jednego uniesienia brwi wśród publiczności:

„Szok porażką [w 1940 r.], niezwykła przygoda generała de Gaulle’a i prawdopodobnie głęboko zakorzeniona reakcja wśród naszej rasy przywróciły nam witalność, pewną skłonność do ryzyka, a nawet ambicje”.

I dalej w dół:

„Druga przeszkoda jest prawdopodobnie najtrudniejsza do pokonania. Wynika ona, jak wiemy aż za dobrze, z charakteru naszej rasy, z tej wszechstronności, którą Cezar zauważył u Galów i wykorzystał przeciwko nim, a która sprawia, że ​​naród francuski, naród stronniczy, jeśli w ogóle istnieje, do spokoju, pokoju i stabilności, odczuwa okresowo i w kryzysach niewyrażoną i niekontrolowaną potrzebę zmiany, i to takiej zmiany, która podważa wszystko, nie tylko ludzi, ale same zasady, jak również instytucje”.

W tekście, który jest częścią nigdy przez niego nienapisanej książki Wspomnienia, a który został opublikowany w zbiorze esejów bez tytułu Le Desir et le Destin (Pożądanie i przeznaczenie), pisze również, wciąż z wielką życzliwością:

„Mój ojciec i moja matka głęboko należeli do rasy francuskiej. Pracowici, oszczędni, wierzyli w zasługi, w cnoty umysłu, w cechy serca”.

Głęboka reakcja wśród naszej rasy? Sam charakter naszej rasy? Rasa francuska? Biedny Georges Pompidou byłby bardzo zaskoczony, gdyby dowiedział się, że mniej niż pół wieku później, tymi samymi słowami, zostanie uznany za przestępcę, postawiony przed sądem i, kto wie, poddany impeachmentowi.

W tym momencie może okazać się przydatne zauważenie, że sam fakt, iż ktoś mówi o „naszej rasie” w odniesieniu do Francuzów, jest wystarczającym dowodem na to, że nie jest rasistą w tradycyjnym znaczeniu tego terminu: Francuzi, jak prawie wszyscy się zgadzają, mają na początek bardzo mało charakteru etnicznego. Jeśli są rasą, a ja bardzo w to wierzę, to jest ona tego samego rzędu co rasy niedzielnych malarzy, królewskich notariuszy lub skąpców.

Myśl, żeby nazwać siebie rasistą, nigdy nie przyszłaby mi do głowy, ponieważ słowo to było już w dużej mierze zajęte przez coś zupełnie innego, coś raczej nieprzyjemnego. Ale gdybym nim był, a muszę przyznać, że pokusa ta staje się silniejsza z dnia na dzień, nie byłbym rasistą jak Chamberlain, Va-cher de La Pouge czy Rosenberg; ale raczej jak Malherbe, Racine, Proust, Bernanos, de Gaulle czy Georges Pompidou: ludzie, którzy używali tego słowa z największą naturalnością, którzy nie byliby w stanie podać mu precyzyjnej definicji, ale mogliby podać dwadzieścia bez problemu. To rasiści, ze swoimi pseudonaukowymi pretensjami, ograniczyli rasę do nieudolnie wąskiego znaczenia, samo w sobie pseudonaukowego, które obejmowało zaledwie pięć procent jego semantycznego łuku lub wachlarza. A tragedią jest to, że antyrasiści, po sukcesie w walce z rasistami w 1945 r., niecierpliwi, jak bardzo chcieli raz na zawsze pozbyć się swojego wroga, potraktowali to słowo dokładnie w tym samym absurdalnie wąskim sensie, w jakim je potraktowali, zadowalając się odwróceniem całej ideologicznej atmosfery pod każdym względem. To jest, znowu, to, co nazwałem

Druga kariera Adolfa Hitlera [3] . To Hitler do góry nogami. Ale to nadal Hitler.

Marx (tym razem nie Groucho) mówi, że Historia powraca jako farsa. Powinien dodać, że ta farsa może być tragedią. Siła antyrasizmu została ufundowana na gruzach rasizmu i zawdzięcza swoją niepodważalną legitymację oczywistemu i nieskazitelnemu okrzykowi Nigdy więcej!, który podniósł się z nazistowskich obozów zagłady. Ruchy antyrasistowskie istniały oczywiście wcześniej, ale społeczeństwa antyrasistowskie, w których antyrasizm jest sednem ideologii konstytutywnej państwa i głównym celem edukacji publicznej i prywatnej (do takiego stopnia, że ​​publiczne i prywatne systemy edukacyjne, w swojej degeneracji, wydają się czasami do niej sprowadzać), powstały z przerażonej reakcji na ludobójstwo Żydów. W zamian za to, w ciągu siedemdziesięciu lat, stały się społeczeństwami, w których, przez sam efekt antyrasizmu i masowej imigracji, którą tylko antyrasizm mógł umożliwić, a nawet wymagać, i po zatoczeniu pełnego koła w spirali znaczenia i spirali faktów, historia Holokaustu, w wielu szkołach, nie może być nauczana, ponieważ uczniowie nie chcą jej mieć i są przekonani, że jest niczym innym, jak czystą propagandą syjonistyczną; podczas gdy Żydzi muszą uciekać z kraju tysiącami, ponieważ czują, że ich dzieci i oni sami nie są bezpieczni na jego terytorium — i rzeczywiście nie są. Taka jest zasadnicza ironia generowana przez społeczeństwo antyrasistowskie: jest ono wielkim dostawcą rasizmu.

Rasizm zamienił Europę w pole ruin. Antyrasizm zamienia ją w hiper-brutalną dzielnicę slumsów.

Znaczenie słowa antyrasizm samo w sobie przybrało tak ostry obrót, że jest niemal tak, jakby zostało całkowicie odwrócone. Dawniej oznaczało wrogość wobec rasizmu; zaczęło oznaczać, a to znaczenie mogło być w równym stopniu, jeśli nie większym stopniu sugerowane przez samo ukształtowanie słowa, wrogość wobec (istnienia) ras. Antyrasizm, po II wojnie światowej, był doktryną i moralnym żądaniem, po którym pewne rasy, zwłaszcza Żydzi, Cyganie, Indianie i Murzyni, musiały skorzystać z pewnego rodzaju dodatkowej ochrony, ponieważ stawały w obliczu szczególnych niebezpieczeństw. Antyrasizm, po ogłoszeniu nowego dogmatu, ok. 1975 r., był doktryną wspólnie wskazującą na dwa pozornie niekompatybilne twierdzenia: po pierwsze, że rasy nie istnieją, po drugie, że wszystkie są równe.

Ta doktryna, moim zdaniem, nigdy w pełni nie odzyskała pierwotnej wady logicznej — nigdy nie odzyskała logicznie, to znaczy intelektualnie — jednak jako siła, a prawdopodobnie jako główna siła ideologiczna na Zachodzie w dzisiejszych czasach, nigdy nie była silniejsza, pod każdym względem. Ale twierdzenie, że rasy nie istnieją, było zdecydowanie najważniejszym punktem. Oczywiście, jest to kolejny paradoks, taki dogmat można było utrzymać (wbrew wszelkim dowodom z życia), tylko jeśli ktoś miał trzymać się wąskiej, nieistotnej koncepcji ras ras; ale nawet wtedy trzeba było być wystarczająco silnym, aby narzucić definicję rasy specjalnie zaprojektowaną tak, aby nie była w stanie stanąć na własnych nogach przeciwko „nauce”. Tylko w takich warunkach rasy mogłyby nie istnieć. Ale im mniej istnieją, oficjalnie, „naukowo”, tym bardziej dają odczuć swój wpływ. Nigdy ludzie nie śpiewali tak głośno i tak wysoko o swoim drzewie genealogicznym, ani nie byli tak ukształtowani przez swoje pochodzenie oraz swoje kulturowe i etniczne poczucie przynależności, jak od dnia, w którym ogłoszono, że rasy już nie istnieją (i że nigdy nie istniały, jak sądzę, ponieważ nic nie jest bardziej retrospektywne niż współczesne deklaracje nieistnienia — rdzenni Francuzi, rdzenni Brytyjczycy, ludy, rasy itd.); a mimo to nigdy rasy nie miały tak dużego wpływu na opinie ludzi i ich reakcje na wydarzenia, a także na same wydarzenia.

Jednak najbardziej wpływowym wydarzeniem ze wszystkich było ogłoszenie dogmatu — oficjalne ogłoszenie, że nie ma czegoś takiego jak rasy. Kiedy ludzie wiedzą tylko jedną rzecz, co zdarza się coraz częściej, zwłaszcza wśród uczniów, wiedzą, że to właśnie wiedzą. A im bardziej nie wiedzą nic innego, tym bardziej są przekonani o prawdziwości tego. System edukacyjny radykalnie się załamał, transmisja kulturowa jest w rozsypce, ale jeśli jest tylko jedna rzecz, której szkoła wciąż uczy, to jest to, że rasy nie istnieją (i że wszystkie są równe). Bez tego przekonania mocno zakorzenionego w umyśle każdego, masowa migracja nigdy nie mogłaby mieć miejsca, substytucja etniczna nigdy nie mogłaby mieć miejsca, kolonizacja byłaby niemożliwa: współczesna kolonizacja, mam na myśli kolonizację Europy przez Afrykę. Podczas gdy kolonizacja Afryki przez Europę była najprawdopodobniej rasistowska, kolonizacja Europy przez Afrykę jest bez wątpienia antyrasistowska. Nigdy nie mogłaby mieć miejsca bez tych dwóch fundamentalnych (i sprzecznych) zasad antyrasizmu: że rasy nie istnieją i że wszystkie są równe.

Antyrasizm w końcu przyjął znaczenie, jakie pierwotnie sugerowała jego nazwa, oznaczając stanowisko przeciwko (istnieniu) ras i chęć ich zniknięcia. Jest to projekt o silnych konotacjach ludobójczych, przynajmniej w przypadku ludobójstwa przez substytucję. Ale jeśli znaczenie antyrasizmu uległo radykalnej zmianie, a tak się stało, znaczenie rasizmu również powinno zmienić się symetrycznie. Powinno być doktryną ludzi, którzy kochają rasy, wszystkie z nich, i modlą się o ich równe zachowanie. Niestety, stare znaczenie jest nadal zbyt silne, aby można było zrozumieć nowe, a jednak niewiele osób będzie miało odwagę nazwać siebie rasistami w nowym znaczeniu, które sugeruję, biorąc pod uwagę ryzyko bycia postrzeganym jako rasista w klasycznym, choć stosunkowo nowoczesnym, znaczeniu tego słowa.

Dogmat o nieistnieniu ras, ogłoszony w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku , jest credo quia absurdum zarówno antyrasizmu (w jego drugiej fazie), jak i globalnego zastąpienia. Ma wiele wspólnego z rzymskokatolickim dogmatem o Niepokalanym Poczęciu (Maryi Panny), który również został ogłoszony na dość późnym etapie przez katolicyzm. Oba mają sens tylko w dość naciąganym teologicznym porządku znaczeniowym i są oczywistym wyzwaniem dla zdrowego rozsądku. Ale ten nowszy i bardziej świecki miał szersze konsekwencje niż starszy, czysto teologiczny. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że ​​sprowokował kolonizację Europy (i zbliżającą się Wielką Wymianę w Ameryce Północnej), ale z pewnością był warunkiem umożliwiającym jej nadejście. Paradoksalnie, bez nieistnienia ras, zmiana rasy nie byłaby możliwa. Albo, bardziej na temat: nie byłaby akceptowalna i nieakceptowana. Jednakże, ponieważ nie ma ras, jak nam powiedziano, nie może być żadnej substytucji ras. To takie proste. Zmiana była oczywista i raczej nieprzyjemna, ale nie zachodziła. Jak mogła nastąpić, skoro była naukowo niemożliwa?

To nie jest miejsce, aby raz jeszcze omawiać znaczenie słowa kolonializm lub kolonizacja w odniesieniu do tego, co obecnie dzieje się w Europie. Na ten temat powiedziałem, nawet w tej małej książce, to, co uważałem, że muszę powiedzieć, i nie będę tego więcej rozwijał, poza powtórzeniem, że moim zdaniem Europa jest nieskończenie bardziej skolonizowana przez Afrykę i w o wiele głębszy i poważniejszy sposób, niż kiedykolwiek skolonizowała samą siebie. To przekonanie oczywiście prowadzi do trzeciego i, dla niektórych, bardziej nieoczekiwanego wzorca oporu wobec Wielkiej Wymiany i Globalnej Re- lokacji — po różnych wojnach o niepodległość i opór przeciwko nazizmowi — mianowicie wszystkich ruchów i bohaterów antykolonialnych i antykolonialnych, zaczynając od Gandhiego, jeśli nie wcześniej. Nadszedł czas, aby położyć kres zarówno kolonializmowi, jak i kontrkolonializmowi, aby zakończyć erę kolonialną w historii ludzkości. Pomiędzy Europą a Afryką najlepszym miejscem do zatrzymania wahadła byłoby Morze Śródziemne.

Francuzi wśród moich czytelników nie zawsze są gotowi uważać algierską rewolucję antykolonialną lub ludzi takich jak Ahmed Ben Bella za możliwe wzorce do naśladowania w działaniu lub po prostu za odniesienia: te walki i bojownicy toczyli się i walczyli przeciwko Francji, i zadali Francuzom rany, które nawet dzisiaj są dalekie od zagojenia. Niemniej jednak w dziwnej symetrii między tymi dwoma krajami, Algierią około 1960 roku, Francją dzisiaj, jest wiele lekcji do nauczenia się i nauczenia, szczególnie w odniesieniu do reemigracji, nawet jeśli wtedy występowała pod innymi nazwami i z niemożliwą do naśladowania brutalnością — „Walizka czy trumna” było raczej ponurym mottem avant-la-lettre algierskich reemigrantów, zwracających się do Francuzów w ówczesnej Algierii Francuskiej.

Zawsze jestem zdumiony, gdy obserwuję, jak trafnie kanoniczne eseje pisarzy antykolonialnych odnoszą się, z bardzo małą potrzebą transpozycji, do obecnej sytuacji skolonizowanej Europy. Dotyczy to w szczególności Frantza Fanona, na przykład, słynnego czarnego teoretyka Trzeciego Świata. Posłuchajmy jego wykładu „Rasizm i kultura”, który wygłosił na Kongresie Czarnych Pisarzy i Artystów w Paryżu 20 września 1956 r.:

« Aby zniewolić, w najściślejszym tego słowa znaczeniu, rdzenną ludność, należy spełnić pierwszy warunek.

« Aby to osiągnąć, należy rozbić jego społeczny system odniesienia. Wywłaszczanie, grabież, najazdy, zwykłe morderstwa idą w parze z plądrowaniem systemów kulturowych lub przynajmniej stwarzają warunki umożliwiające takie plądrowanie. Krajobraz społeczny zostaje zakłócony; wartości są lekceważone, miażdżone, wybebeszane. .. »

A trzy lata później w Rzymie:

„Kultura narodowa pod kolonialną dominacją jest kulturą sporną, której zniszczenie jest realizowane w sposób systematyczny. Bardzo szybko staje się kulturą skazaną na tajność. Tę ideę tajnej kultury można natychmiast dostrzec w reakcjach władzy okupacyjnej; która rozumie przywiązanie do tradycji jako wierność duchowi narodu i jako odmowę poddania się. Ta wytrwałość w przestrzeganiu nawyków kulturowych, które są już skazane na wyginięcie, jest już demonstracją narodowości; ale jest to demonstracja, która jest powrotem do praw bezwładności. Nie ma podejmowania ofensywy i redefinicji relacji. Jest po prostu wycofanie się do twardego jądra kultury, które staje się coraz bardziej skurczone, bezwładne i puste” (podkreślenie moje).

Oczywiście, nie ma dwóch takich samych kolonizacji, a ta, której poddana jest Europa, jest bardzo szczególna, z kilkoma bezprecedensowymi aspektami. Jej główną cechą jest to, że jest dwoista. Czy można powiedzieć po angielsku, a jednocześnie mieć sens, że kolonizator i kolonizator to nie te same osoby? Czy mam wyrazić się jaśniej, pisząc, że mamy tu do czynienia z delegowaną formą kolonizacji, kolonizacją przez pełnomocnika, a siły, które jej chcą i które ją organizują, nie są siłami, które faktycznie ją realizują, nawet jeśli te ostatnie są bardzo chętne i nie trzeba ich było dwa razy prosić?

Ta, ta podwójna kolonizacja, jednocześnie od góry i od dołu, że tak powiem, przez bardzo bogatych i przez bardzo biednych, jest szczególnie łatwa do zaobserwowania w odniesieniu do kultury, trzymając się obserwacji Fanona zacytowanej powyżej. To nie migranci z Afryki, na przykład, niszczą zachodnią kulturę i cywilizację, chociaż wydają się coraz bardziej chętni do zburzenia tego, co z nich zostało, do obalenia ich ruin, albo robią to nawet nie myśląc o nich, nawet nie zauważając, że te smutne pozostałości są lub były zachodnią kulturą i cywilizacją.

Nie tylko zniszczenie zaczęło się przed niedawnym podbojem, obecną okupacją zagraniczną, obecną kolonizacją: było to, wraz z dogmatem nieistnienia ras, warunkiem ich zaistnienia. Żaden naród, który zna własne klasyki, nie zaakceptowałby bez ociągania i wahania wyrzucenia na śmietnik historii (jeśli nie gorzej). To otępienie musiało zostać stworzone, zorganizowane — niekoniecznie przez ludzi nastawionych na osiągnięcie takiego celu, bardziej prawdopodobnie przez potężne mechanizmy generowane przez ideały, interesy lub kombinację obu, z których jeden służy jako atrapa drugiego. Głównym ideałem jest równość. Głównym interesem w pracy jest normalizacja!, standaryzacja, podobieństwo, jednakowość — nie trzeba dodawać, że równość jest warunkiem dla tych.

Gdyby w tym momencie można było wymienić tylko jedno nazwisko, byłoby to bez wątpienia, zwłaszcza oczywiście w kontekście francuskim, ale nie tylko, nazwisko Pierre'a Bourdieu. Pierre Bourdieu, dla mało prawdopodobnego czytelnika, który nie zna jego nazwiska i pracy, jest francuskim socjologiem, filozofem, myślicielem politycznym i teoretykiem, którego analizy skupiają się wokół zauważalnej nierówności w zdolnościach uczenia się wśród uczniów otrzymujących takie samo nauczanie w tej samej klasie, w zależności od ich społecznego, ekonomicznego i kulturowego pochodzenia: krótko mówiąc, uczniowie, których rodzice są w dobrej kondycji finansowej i kulturowo wyczuleni, czytają, podróżują z nimi, zabierają ich do muzeów, na koncerty i przedstawienia teatralne, tacy uczniowie mają o wiele więcej szans na skorzystanie z edukacji, jaką otrzymują w szkołach i szkołach średnich; mają większe szanse na odniesienie sukcesu w nauce i pójście do lepszych college'ów i uniwersytetów niż uczniowie z mniej uprzywilejowanych środowisk ekonomicznych i kulturowych.

Oczywiście, nie było to wcale odkrycie, a każda rodzina we Francji, w Europie, na Zachodzie i w reszcie świata wiedziała od zawsze, że najlepszym sposobem na zapewnienie dziecku dobrego wykształcenia jest zapewnienie mu wykształconych rodziców. To był jeden z głównych powodów, jeśli nie zasadniczy, dla których ludzie chcieli piąć się w górę społecznie. Historia społeczna Ancien Regime pokazuje jednoznacznie długą i upartą pracę rodzin, aby poprawić swój status społeczny z pokolenia na pokolenie i zapewnić swoim dzieciom lepsze wykształcenie, które jest zarówno środkiem, jak i celem, procesem i ideałem. Jeśli ktoś bada dominację wielkich francuskich postaci kulturalnych z XVII i XVIII wieku , ma bardzo poważną szansę na zaobserwowanie postępu społecznego, który jest zadziwiająco podobny w wielu przypadkach, a którego archetypowa struktura wyglądałaby, z pokolenia na pokolenie: oracz, kupiec, kupiec, „królewski notariusz” (liczba „królewskich notariuszy”, notaires royaux, wśród dominacji wielkich francuskich postaci kulturalnych jest absolutnie oszałamiająca), sędzia (lub „prevot des marchands”, provost kupca), członek (lokalnego) parlamentu. Zwykle potrzeba około siedmiu pokoleń, aby wykształcić to, co nazwalibyśmy, bardzo anachronistycznie, intelektualistą lub dżentelmenem, lub jednym i drugim. Po rewolucji francuskiej proces jest mniej więcej taki sam, ale wydaje się, że stał się szybszy — powiedzmy, trzy pokolenia: kupiec, (wielki) lekarz, (wielki) pisarz (mam na myśli przypadek Marcela Prousta).

Nikt nie lubi złych wiadomości, ale nowoczesność czuje absolutną nienawiść do złych ideologii

wiadomości. Może wytrzymać złe wiadomości polityczne, złe wiadomości ekonomiczne, nawet złe wiadomości ekologiczne, chociaż są one bardzo nieprzyjemne; ale złe wiadomości ideologiczne przekraczają jego zdolność do cierpienia i akceptacji. Kiedy się z nimi mierzy, natychmiast decyduje, że są fałszywe, a ci, którzy je przynoszą, są przestępcami. Te osoby nie są przestępcami, ponieważ ich wiadomości są fałszywe, ich wiadomości są fałszywe, muszą być, ponieważ ich nosiciele są przestępcami, a także ich wiadomości. Te wiadomości są fałszywe i przestępcze, ponieważ wszystko musiałoby zostać zmienione w ogólnym (i ideologicznym) systemie percepcji i oceny, gdyby były prawdziwe. Po prostu nie mogą być. Byłoby to zbyt surowe dla zbyt wielu osób.

Wyobraź sobie na przykład, i tylko dla samej dyskusji, że młody naukowiec odkryłby — a to bardzo mało prawdopodobne wydarzenie byłoby jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogłyby się zdarzyć — odkryłby, powiedzmy, że kobiece zdolności intelektualne są gorsze o 17, 44 procent od zdolności mężczyzn. Czy uważasz, że takie odkrycie odniosłoby wielki sukces? Czy uważasz, że prestiżowe czasopisma naukowe konkurowałyby o zaszczyt zaprezentowania go światu? Czy uważasz, że młodemu lekarzowi zaoferowano by lepsze i większe laboratorium i więcej osób do pracy pod jego kierownictwem w celu lepszego poznania praw kobiet?

Bardziej prawdopodobne jest, że zostałby wysłany do jakiegoś odległego laboratorium, z silnym, choć niemym, zaproszeniem do milczenia, jeśli tylko mógłby. Nauka, podobnie jak historia i informacja, jest kwestią wyboru, selekcji. Prawdopodobnie istnieje mnóstwo ważnych odkryć, o których nikt nigdy nie słyszał. Po prostu nie były zgodne z duchem epoki. Lucien Febvre, wielki historyk renesansu, uważał, że Erazm nie mógł być ateistą, ponieważ aparat pojęciowy tamtego okresu po prostu nie pozwalał na takie stanowisko. Nie było na to słów. Aparat pojęciowy naszych czasów nie pozwala, przez przypadek, na przekonanie, że mężczyźni i kobiety nie są równi, ani, co za tym idzie, że istnieje jakakolwiek ustawowa lub naturalna nierówność. Nie sposób myśleć, że tak samo jak nie można dojechać samochodem do wioski rybackiej, która nie jest połączona z zapleczem żadną drogą. Taka opinia jest

po prostu nie do wyrażenia, ani nawet pomyślenia. Nie jest nim również stwierdzenie, że siedem pokoleń, lub co najmniej trzy, są niezbędne, aby wykształcić kulturalnego mężczyznę, lub dżentelmena. Żadna idea nie jest bardziej odrażająca dla obecnego sposobu myślenia. To nie może być prawdą. Kto w ogóle chce dżentelmenów?

Pierre Bourdieu uważał za niezwykle niesprawiedliwe, że uczniowie pochodzący z uprzywilejowanego kulturowo środowiska mieliby przewagę w klasie nad uczniami, którzy nie byli. I rzeczywiście tak było. Tak jest. To jest to, co zwykle nazywam „złymi wiadomościami ideologicznymi”, chociaż nie było to niczym nowym. Było to przestępstwem, jako stan rzeczy, ale Bourdieu nie mógł być tak nazwany, ponieważ, mimo że nadawał tej raczej nieprzyjemnej informacji pozór (socjologicznej) nauki, był oczywiście bardzo przeciwny sytuacji, którą tak trafnie opisywał. On przynajmniej, i, jak sobie wyobrażam, większość niezliczonych uczniów, których miał we Francji — gdzie od czterdziestu lat rządzą systemem edukacji — i na świecie, chciał, aby przywilej dzieci z wykształconymi rodzicami został ukończony jako przywilej, poprzez zaoferowanie go wszystkim dzieciom.

To, jak wszyscy wiedzą, wcale nie jest tym, co się wydarzyło. To nie jest tym, co się wydarzyło i nie mogło się wydarzyć, ponieważ złe wieści o korzyściach płynących z posiadania dzieci wykształconych rodziców są nie tylko złe, są prawdziwe, co jest jeszcze gorsze. Są nawet czymś w rodzaju odwiecznej prawdy. Tę prawdę można by ująć w bardzo nieprzyjemny sposób: najlepszym sposobem na zapewnienie dzieciom dobrego wykształcenia jest zapewnienie im rodziców z dobrym wykształceniem. Co nie jest nawet nieomylną metodą, ponieważ nie zawsze działa. I nie jest to, dzięki Bogu, jedyna możliwa metoda: istnieją przykłady sukcesu osiągniętego innymi sposobami postępowania. Ale jest to najlepsza i najbezpieczniejsza metoda, a to jest wysoce niesmaczna prawda. Dziedzice kulturowi (Les He'ritiers, od tytułu słynnej książki Bourdieu et Passeron, 1970) są najcenniejszymi częściami każdego społeczeństwa: należy ich chronić z wielką troską, a ich liczba, kiedy tylko jest to możliwe, powinna być powiększona. Kultura, aby się rozwijać, potrzebuje wykształconej klasy. Kultura jest w bardzo ważnej części (ale oczywiście nie wyłącznie) dziedziczna, ta klasa kulturalna musi być częściowo, ale w znacznej części, dziedziczna (czyli: musi być klasą). Jej przywilej, mianowicie kultura, nie zawsze będzie przekazywany: zawsze będą niepowodzenia w przekazywaniu. Z tego powodu musi być częściowo odnawiana z każdym pokoleniem: linie zanikają, linie przychodzą. Ale musi pozostać częściowo dziedziczna.

Bourdieuzjanie i pedagodzy we francuskich i innych systemach edukacyjnych, cokolwiek by chcieli zrobić, w rzeczywistości działali dokładnie na odwrót. Ponieważ nie mogli zapewnić, że spadkobiercy [4] odziedziczą, upewnili się, że spadkobiercy nie odziedziczą. Można by podać dziesiątki przykładów. Najważniejszy i ten, który pomoże mi być zrozumianym, myślę, to „kultura ogólna”.

Kultura ogólna, o ile jest dość niezależna od programów nauczania w szkołach lub na uczelniach, ponieważ nie można jej nauczać jako konkretnej dyscypliny, ponieważ nie można jej nawet zdefiniować, nie ma precyzyjnych granic i jest w pewnym sensie zawieszona (lub nie) w powietrzu, którym się oddycha (lub nie), jest postrzegana zarówno przez burżuazyjnych, jak i pedagogów (często są jednym i tym samym) jako przywilej (jak rzeczywiście jest, chociaż można go również nabyć siłą woli), i jako taka niesprawiedliwa, niesprawiedliwa, antydemokratyczna. Tak więc, w ich umyśle, musi odejść, lub przynajmniej nie może być brana pod uwagę w klasie, przy ocenianiu prac, podczas egzaminów. Pewien Richard Descoings, niegdyś sławny (we Francji) dyrektor niegdyś prestiżowego Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu („Sciences Po”), stał się jeszcze bardziej sławny dzięki swojej decyzji o usunięciu wszystkich egzaminów z „kultury ogólnej” w Science-Po. Co znamienne, opracował również specjalne programy przyjęć dla uczniów pewnej liczby szkół średnich w zaniedbanych (tj. zamieszkanych w dużej mierze przez imigrantów) częściach terytorium (podmiejskiego).

Jeśli nie możesz przyciągnąć ludzi do kultury, ani przyciągnąć kultury do nich, najprostszą rzeczą do zrobienia jest nazwanie kultury tym, co mają. Jeśli nie ma kultury, kultura będzie nazwą tego, co jest. Wszystko to sprowadza się do gry słowami. Na przykład słowo muzyka całkowicie zmieniło swoje znaczenie, jeśli nie zostało odwrócone. To piękny, choć melancholijny hołd dla centralnego miejsca muzyki w tradycji kulturalnej Zachodu, że słowo muzyka było miejscem, w którym po raz pierwszy nastąpiło całkowite odwrócenie odniesień kulturowych. Muzyka, przynajmniej w języku kultywowanym, była nazwą dla uczonej tradycji artystycznej, która rozciąga się od Hildegardy z Bingen, powiedzmy, do Eliota Cartera, Ligetiego, Pierre'a Bouleza, Ferney'hougha i dalej. Nikt nigdy nie udawał, że muzyka popularna, którą Francuzi nazywają lub zwykli nazywać varie'te's, rozmaitością, nie jest muzyką [5] ani częścią muzyki; ale zdecydowanie nie było to to, co mieli na myśli kulturalni ludzie, gdy mówili o muzyce i używali słowa muzyka. Dzisiaj odwrócenie jest całkowite: większość ludzi, gdy wspomina muzykę, ma na myśli muzykę pop, a jeśli chcą powiedzieć słowo o muzyce w starym znaczeniu, muszą określić muzykę klasyczną lub „grande musique”. Kwalifikacja zmieniła stronę. Po muzyce parzystej / muzyce popularnej (lub różnorodnej) nastąpiła muzyka parzysta / muzyka klasyczna, ta ostatnia będąca jedynie zanikającą specjalizacją.

Zmiana znaczenia słowa muzyka oznacza ogromną zmianę odniesienia geograficznego. Muzyka w nowym znaczeniu — muzyka pop, rock, rap itp. — jest w dużej mierze anglosaska w swoich korzeniach i wyrazie, a szczególnie amerykańska. Nawet francuscy lub inni śpiewacy z kontynentalnej Europy chętnie śpiewają po angielsku w amerykańskich rytmach. Te rytmy, na ogół binarne, wojskowe, natarczywe i niepokojące jak uparty dźwięk (bum-bum, bum-bum, bum-bum) sztucznego serca w sali operacyjnej szpitala, są w dużej mierze inspirowane, choćby tylko poprzez jazz, afrykańskimi tradycjami muzycznymi. One również manifestują swój wpływ bezpośrednio, w Europie, bez objazdów przez Stany Zjednoczone, ale niestety przez filtry komercyjne, które są tak samo filisterskimi adaptacjami, jeśli nie wręcz zdradą, tego, co byłoby, będąc równymi, afrykańską muzyką „klasyczną”. Jednak w tym przypadku trudno oddzielić muzykę od tańca, w przeciwieństwie do tradycji europejskiej: mało kto kiedykolwiek pomyślał o tańcu przy kwartetach Beethovena czy Bartóka albo próbował go wykonać, nawet jeśli niektóre ruchy były inspirowane popularnymi tańcami.

Muzykę w nowym znaczeniu, połączoną z tańcem, można postrzegać, poprzez jej ogromny sukces we wszystkich klasach i we wszystkich grupach wiekowych, jako odradzający się tył Afryki w europejskim ciele. Taki awans jest oczywiście ułatwiony przez bardzo zauważalną infantylizację, która została wywołana przez ogólną dekulturację [6] ; i która tak ciekawie pokrywa się ze wzrostem przemocy i brutalności w codziennych relacjach społecznych. Wydaje się, że im więcej ludzi nazywa siebie po imieniu przy pierwszym spotkaniu, używa języka dziecięcego nawet w kontekście politycznym lub oficjalnym (ministrowie lub inni urzędnicy mówiący o mamach i tatusiach, les mamans et les papas, nawet w przemówieniach publicznych lub oficjalnych wystąpieniach), zwraca się ku wiotkiemu i ckliwemu sposobowi wyrażania siebie, zastępuje maniery ekspansywnym wyrazem nie mniej konwencjonalnej dobrej woli — krótko mówiąc, skraca, jeśli nie znosi dystansów między nimi (przynajmniej tak im się wydaje), tym bardziej wspólna przestrzeń staje się miejscem ciągłych agresywnych i często przestępczych rywalizacji.

Obecnie można zobaczyć ludzi po siedemdziesiątce, jeśli nie starszych, traktujących bardzo poważnie taniec jako część zajęć grupowych, które dla ich rodziców lub dziadków byłyby odpowiednie tylko dla dwunastoletnich dzieci. Ale to, podobnie jak rozprzestrzenianie się tatuaży lub zamiłowanie do zbiorowych przyjemności, wycieczek, gier, wędrówek, lekcji tai chi lub samby, wszystkich tych towarzyskich zabawnych zajęć, jest również bardzo reprezentatywne dla plemienności lub re-plemienności istnienia, po upadku granic klasowych, podziałów rasowych i granic państwowych, pod rządami republiki i dyktaturą drobnomieszczańską.

Wspomniana dyktatura i Mała Zastępowalność (wysokiej kultury przez kulturę popularną) nigdy nie jest tak widoczna jak w dniach, gdy umiera gwiazda popu, nawet ta drugoplanowa: krajowe programy telewizyjne są w całości poświęcone im, wszystkie inne wiadomości znikają, a ogólna opinia jest taka, że ​​zmarły artysta, który mógł nie mieć żadnego znaczenia w życiu swoich kulturalnych współczesnych, był towarzyszem życia całego ludu. Nigdy więcej nie zdarza się to wielkim kompozytorom, ani zresztą wielkim pisarzom, poetom, malarzom, filozofom i tym podobnym. „Kultura” i show-biznes stały się mniej lub bardziej synonimami. Gdy w 2016 roku zmarł jeden z największych poetów literatury francuskiej, Yves Bonnefoy, wydarzenie to nie było nawet tematem wiadomości w telewizji. Chwałę zastąpiła zwykła sława, a estetyczne uznanie — zwykła ocena ilościowej popularności. Śmierć

Pierre Boulez otrzymał sto razy mniej uwagi niż Charles Aznavour. Kiedy wielki kompozytor Henri Dutilleux miał nieszczęście (prawdopodobnie nie przejąłby się tym...) umrzeć tego samego dnia co raczej mało znany piosenkarz popowy Georges Mous-taki, francuski minister kultury postanowił wziąć udział w pogrzebie tego ostatniego, prawdopodobnie uważanym za ważniejszy lub przynajmniej bardziej opłacalny wyborczo. Kiedy Paul Claudel zmarł w 1955 roku, odbyły się jego pogrzeby narodowe, a ceremonia była wszędzie w wiadomościach. Dziś poświęcano mu pięć minut uwagi w programach „kulturalnych”. To, co kiedyś było postrzegane jako kultura, jest teraz uważane za dość podejrzane hobby wymarłej klasy społecznej. Nowego ministra kultury, jesienią 2018 roku, opisuje się jako szczególnie odpowiedniego na to stanowisko, ponieważ jest świetnym specjalistą od „przemysłów kulturalnych”. Kultura stała się zwykłym przemysłem, podobnie jak człowiek. To jedyne przemysły, które przetrwały.

Muzyka, w starym, klasycznym sensie, była normalnym dźwiękiem kultury, również w starym, klasycznym sensie tego słowa. Zmiana znaczenia słowa muzyka (w języku kultywowanym) z pewnością nie jest przyczyną, ale może być uważana za emblemat, symbol, herb w herbie, zmiany znaczenia słowa kultura. Kultura była kiedyś głównie dziedzictwem, korpusem tego, co najlepsze w ludzkości, a także jego kultywowaniem, praktykowaniem i produkcją tego, co można było do niego dodać. Ale dziedziczenie było czymś złym, było niesprawiedliwe i niedemokratyczne, ponieważ mniejszość ludzi je otrzymywała, a większość nie, jak Bourdieu przypominał wszystkim. Dziedzictwo musiało zostać przeniesione, lub przynajmniej musiało zostać zredukowane, do sfery kultury, tak bardzo, jak to możliwe. Oczywiście kultura z coraz mniejszym dziedzictwem nie byłaby prawdziwą kulturą, tylko rozrywką, show-biznesem, przemysłem filmowym, rozrywką i wszystkimi sposobami na wypełnienie wolnego czasu. Ale nazwa kultura została zachowana, ponieważ była w jakiś sposób prestiżowa; i tak samo jak została zachowana, z muzyką, koncertem, recitalem, lub, co jeszcze bardziej niespodziewane, z bardzo wysokim dziełem, które musi być bardzo zaskoczone swoim nowym otoczeniem. Najgorsze zmiany to nie zmiany nazw, najgorsze zmiany to zmiany treści, gdy stara nazwa jest zachowywana, aby stworzyć iluzję: kultura, muzyka, koncert, dzieło, francuski...

Kultura umarła, albo przynajmniej została pozbawiona znaczenia, ponieważ była zbyt mieszczańska. I rzeczywiście była mieszczańska. Kultura, jako pojęcie i jako nazwa relacji do sztuki, myśli, piękna świata i wrażliwej przestrzeni, jest dość łatwo datowana i bardzo ściśle powiązana z okresem mieszczańskim w historii świata zachodniego: mniej więcej od drugiej połowy XVIII wieku do drugiej połowy XX wieku . W przypadku Francji można by być jeszcze bardziej precyzyjnym i zasugerować lata 1789–1968. Ludzie ze starożytności, ze średniowiecza, z renesansu lub okresu klasycznego nie byli „kulturalni”, nawet jeśli byli tacy według naszych standardów. Nie zrozumieliby słowa kultura. Szlachta w okresie swojego rozkwitu nie była „kulturalna”. To było, w najlepszym razie, co zawsze było oczywiście mniejszością, no cóż, czerwoną, w zażyłych stosunkach z klasykami, bardzo obeznaną z naukami humanistycznymi, głęboko przywiązaną do sztuk i chętną do posiadania dzieł sztuki. Jej ideałem był człowiek utalentowany, I'homme accompli, nie człowiek kulturalny, który byłby postrzegany jako kładący zbyt duży nacisk na rzeczy bluźniercze i drugorzędne.

Okres burżuazyjny zmienił wszystko. Kultura była bronią dla burżuazji w jej rywalizacji z arystokracją. Burżuazja nie miała przodków, jej relacje z przeszłością były o wiele krótsze niż te szlachty, jej maniery nie zostały wypolerowane przez stulecia; ale miała pieniądze, które dawały jej możliwość kupienia linii, zamków, godności, szacunku, prestiżu. Arystokracja była — oczywiście w idealnym przypadku, ale ten ideał wpływał na zachowanie i oficjalne wartości nawet jednostek, które nie były do ​​niej zdolne... —klasą honoru: kultura (w bardzo podobnych warunkach) byłaby honorem wyższej klasy średniej.

System klasowy oczywiście różni się w zależności od społeczeństwa, choćby między Europą a Ameryką: granice nie są takie same, tłumaczenia nigdy nie są do końca wierne. Stany Zjednoczone nie znają arystokracji, oficjalnie, ani przynajmniej szlachty, klasy, która, jeśli nic innego, zbudowała tę istotną część europejskiego dziedzictwa kulturowego, zamki, rezydencje, les chateaux, i wypełniła je sztuką — oczywiście lewicowcy, marksiści lub po prostu opinia publiczna uważają, że les chateaux zostały zbudowane zasadniczo przez siłę roboczą, która je zbudowała, jeśli nie za pieniądze wydobyte lub skradzione tym samym robotnikom lub chłopstwu, z którego się wywodzą. Francuska burżuazja nie jest dokładnie klasą średnią, chociaż podział haute bourgeoisie, bourgeoisie, petite bourgeoisie może pokrywać się mniej więcej dokładnie z wyższą klasą średnią, klasą średnią, niższą klasą średnią. Drobna burżuazja, słusznie czy nie, wydaje mi się bardziej charakteryzowana, ma więcej osobowości, przynajmniej więcej „wizerunku”, choćby w literaturze, niż niższa klasa średnia. W każdym razie moim zdaniem („et je la partage”, i podzielam je, słowami Monsieur Prud'homme, komicznej postaci francuskiego dramatu burżuazyjnego z XIX wieku ) , podczas gdy Związkowi Radzieckiemu nie udało się, pomimo krótkiego wieku terroru i tyranii, narzucić dyktatury proletariatu, Francji, Europie, Zachodowi

Światu, a prawdopodobnie całemu światu, udało się w sposób chwalebny, bez terroru, bez widocznego przymusu, bez rewolucji, narzucić dyktaturę niższej klasy średniej, la dictature de la petite bourgeoisie [7] .

We Francji, a w mniejszym stopniu także w innych częściach świata, rzeczywiście miała miejsce pewnego rodzaju rewolucja, rewolucja symboliczna, ale w charakterystyczny dla drobnomieszczaństwa sposób była to imitacja rewolucji, rewolucja pozorowana, rewolucja dla śmiechu i seksu: maj 1968 r. — wystarczający jednak, aby odesłać do antykwariatu burżuazyjną narodową Francję, którą generał de Gaulle i jego dostojna małżonka tak energicznie próbowali przywrócić.

Podziwu godny pomysł – prawdopodobnie nigdy niesformułowany, nawet przez jego nieświadomych twórców – drobnej burżuazji, który miał zapewnić jej powszechny sukces, jeśli

tylko dlatego, że było to głęboko zgodne z naturą Global Replacism i masowej migracji, miało obejmować wszystko i wszystkich zamiast ich wykluczać, jak to robiły wszystkie poprzednie klasy rządzące. Szlachta bardzo chciała za wszelką cenę uniknąć tego, aby ludzie z burżuazji stali się szlachcicami. Większość dramatów i literatury XIX wieku opowiada o rodzicach burżuazyjnych robiących wszystko, co w ich mocy, aby uniemożliwić uwodzicielom z niższych klas żenienie się z ich rodzinami. Zrobiono wszystko, aby uniknąć międzyklasowych kontaktów społecznych i seksualnych (z wyjątkiem prostytucji), tak aby uprzywilejowane klasy nie musiały dzielić się swoimi przywilejami ze zbyt wieloma przybyszami. Drobna burżuazja jest o wiele sprytniejsza. Daleko od uniemożliwiania ludziom z innych klas przyłączania się, wręcz przeciwnie, sprawia, że ​​jest to dla nich obowiązkowe. Dzięki jednolitemu systemowi edukacyjnemu, dzięki telewizji, która przez co najmniej dwa pokolenia pod koniec XX wieku była praktycznie taka sama dla wszystkich, dzięki podatkom i wzrostowi kosztów pracy, które uniemożliwiły ludziom ze starych klas rządzących kontynuowanie sposobu życia


swoich przodków i rodziców (na przykład przez posiadanie służących, charakterystycznej cechy zarówno świata burżuazyjnego, jak i arystokratycznego; lub przez utrzymywanie domów rodzinnych, rezydencji, okazałych domów, które stały się zbyt kosztowne i trudne do utrzymania, zwłaszcza bez służby), stało się zupełnie niemożliwe, aby nie być drobnomieszczaninem. Nawet rodzice z burżuazji, którzy sprzeciwiliby się temu procesowi, byli zmuszeni posyłać swoje dzieci do szkół należących do systemu powszechnego lub działających na podstawie umowy z systemem powszechnym, a ci mieszczańscy rodzice nieuchronnie znajdowali w swoich dzieciach, na końcu swojego procesu edukacyjnego, doskonałego drobnomieszczanina, w nawykach społecznych, sposobach ubierania się i, przede wszystkim, języku. Ludzie, którzy nalegaliby, aby ich dzieci były kształcone w sposób tradycyjny, z tradycyjną składnią i tradycyjnymi słowami, a także nawykami społecznymi, które im towarzyszą, uczyniliby z nich całkowitych wyrzutków społecznych. Wychowywanie dziecka oznacza uczynienie z niego wyrzutka.

Nawet jeśli dzięki jakiemuś niezwykłemu zbiegowi okoliczności lub uporowi uda się uciec, całe życie będąc drobnomieszczaninem, drobnomieszczaństwo i tak by cię dopadło, najprawdopodobniej, w ostatniej chwili, w szpitalu, gdzie nie ma sposobu, by uciec od pielęgniarek, które mówią do ciebie jak do dziecka i chcą delikatnie (w najlepszym wypadku) wiedzieć, czy nasz kochany mały dziadziuś zrobił siku do syta. Śmierć jest nieubłaganie drobnomieszczańska i odwrotnie.

Wszystkie inne klasy społeczne zbiegły się i połączyły z ogromną klasą centralną, drobną burżuazją. W dużym stopniu wspomagana przez ideał równości i politykę wszechogarniającą, o której właśnie wspomniałem, drobna burżuazja stała się wyjątkową klasą dyktatorską, której granice mniej więcej pokrywają się z samym światem; i która w konsekwencji praktycznie nie zna żadnego świata zewnętrznego. Nie może sobie nawet wyobrazić ani pojąć, że go ma, ani przyznać, że prawdziwi ludzie mogliby poważnie używać innych słów, mieć inne zwyczaje społeczne, widzieć świat z zupełnie innej perspektywy. Nie można od tego uciec. Na zewnątrz nadal jest tym. Z tego powodu nie może mieć przeciwników ani adwersarzy, ludzi takich jak ona, którzy po prostu nie myślą ani nie czują tak jak ona. Ludzie, którzy nie są z nią, nie są jej częścią, muszą być potworami, aberracją natury, niesławnym „ohydnym zwierzęciem” Brechta. Tymczasem, jak mawiał włoski filozof Gorgio Agamben, „drobna burżuazja jest prawdopodobnie formą, pod którą ludzkość zmierza obecnie ku własnej zagładzie .

Jest to prawdopodobnie tym bardziej istotne, że egzystencja (samo słowo pokazuje to wystarczająco wymownie) jest selekcją, dyskryminacją, wykluczeniem, granicą. Nic nie może zostać stworzone bez tych działań, bez rozróżnienia tego, co będzie częścią rzeczy stworzonej, od tego, co nią nie jest: a rzeczy, które już istnieją, zostają zniszczone przez usunięcie tych warunków. Brak selekcji oznacza zniszczenie dla uniwersytetów, ludzi, narodów i kultur. Oczywiście to samo można powiedzieć o równości, która jest niczym innym, jak brakiem selekcji lub dyskryminacji ustanawiającym się jako cnota; [8] lub o ukochanym przez Francuzów świeckości (laickości), która jest, że tak powiem, równością w sprawach religijnych. Osobiście nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, w jaki sposób równość jest zgodna z moralnością, nie mówiąc już o estetyce. Jaka równość istnieje między Vaclavem Havlem a Muammarem Kaddafim? Między Beethovenem a Hummelem? Między Henrim Dutilleux a Georgesem Moustakim? Jeśli ci ludzie są równi, to życie nie jest warte przeżycia, ani żadnego wysiłku wartego narzucenia sobie, aby stać się lepszą osobą z ciekawszym życiem. Ludzie są równi tylko wobec prawa, jeśli tak postanowiło prawo i w tym, co w nich jest najmniej wyjątkowe. Są równi wobec śmierci, choroby, nędzy, upokorzenia, skrajnego cierpienia; są równi wobec wszechmocnych bogów i tyranów tak wysoko i daleko, że różnice między żyjącymi rozpuszczają się, czyniąc ich wszystkich takimi samymi, a zatem wymiennymi, zastępowalnymi, czystą niezróżnicowaną materią ludzką (UHM). To właśnie sprawia, że ​​równość, a także antyrasizm, są tak cenne dla globalnego replacyzmu, dla powszechnej drobnej burżuazji, dla przemysłu człowieka i dla davokracji; i to właśnie wyjaśnia, dlaczego tak łatwo jest hiperklasie znaleźć porozumienia, tajne lub jawne, z lewicą egalitarną i wspierać ją, finansowo lub w inny sposób.

Wierzę w równość niczego — poza przypadkiem lub czasami uzasadnionym zamachem stanu prawa. Równość, gdy tylko opuści swoje prawne i polityczne łoże, niszczy wszystko, czego się dotknie — naczynia, mury obronne, miasta, ludzi — tak jak /Eschylos powiedział, że Helena Trojańska to zrobiła. Równość między rodzicami a dziećmi zniszczyła rodzinę, przekazywanie, cywilizację. Równość między nauczycielami a uczniami, lub między dobrymi uczniami a złymi uczniami zniszczyła szkoły, nauczanie, wiedzę. Równość między wysoką kulturą a rozrywką zniszczyła kulturę. Równość między obywatelami a nieobywatelami niszczy obywatelstwo, państwa, narody. Równość między stuletnimi lokalnymi tradycjami i obyczajami a importowanymi sposobami życia i obcymi tradycjami nie pozwoli, aby cokolwiek stało lub było warte stania, z jakiegokolwiek narodu. We Francji i w Europie równość między chrześcijaństwem a islamem oznacza śmierć dla francuskiej kultury i europejskiej cywilizacji.

Oczywistym zarzutem wobec tego opisu wyjątkowej klasy jest to, że dla większości socjologów nierówności się pogłębiają. Nauczyliśmy się już traktować twierdzenia socjologów z pewnym poziomem sceptycyzmu. Bogactwo jest o wiele mniej oczywiste niż kiedyś: większość dużych rezydencji i domów szeregowych wszędzie została zniszczona, podzielona na mieszkania lub sprzedana bankom; prywatne parki w środowiskach miejskich lub podmiejskich zniknęły lub zostały przekształcone w projekty mieszkaniowe; z wyjątkiem bardzo pożądanych miejsc turystycznych wielkie hotele zostały zamknięte z powodu braku praktyki; eleganckich kobiet w drogich strojach praktycznie nigdzie nie widać na ulicach miast, którym nadały reputację wyrafinowania i uroku. Bardzo bogaci mogli stać się jeszcze bogatsi, to bardzo prawdopodobne; ale „normalni” bogaci, jako klasa, ucierpieli z powodu poważnego ograniczenia swojej widocznej obecności, a ich wpływ na geografię i topografię świata został znacznie ograniczony, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie proletaryzacja jest bardziej uderzająca, w większości przypadków, niż gentryfikacja — jest to zresztą dość mylące określenie, ponieważ obejmuje raczej rozprzestrzenianie się triumfującej, zamożnej drobnej burżuazji niż mało prawdopodobny powrót szlachty.

Oczywiście fakt, że niegdyś bogate kraje, takie jak kraje Europy Zachodniej, importują miliony nowej ludności z najbiedniejszych krajów świata, może tłumaczyć wzrost nierówności, przynajmniej między niegdyś zamożnymi mieszkańcami Europy a ich nowymi współobywatelami lub tymi, z którymi dzielą wspólną przestrzeń, lub najeźdźcami, w zależności od punktu widzenia; tłumaczy to również rosnące ubóstwo, które zaskakująco i regularnie zaskakuje ekonomistów, socjologów i dobroczyńców: jeśli kraj lub kontynent przyjmuje miliony bardzo biednych ludzi, to nikogo nie powinno dziwić, że staje się on coraz biedniejszy, a średni poziom dochodów osobistych gwałtownie spada.

Jeśli chodzi o drugi, górny koniec spektrum ekonomicznego i politycznego, myślę, że media i ludzie nie poświęcili wystarczającej uwagi niewinnej uwadze byłego prezydenta Francisa Hollande'a na temat jego bardzo krytykowanego następcy Emmanuela Macrona. Zapytany, czy Macron był prezydentem bogatych, Holland warknął:

„Nie, on nie jest prezydentem bogatych [Długa, zdziwiona cisza]. On jest prezydentem bardzo bogatych”.

Macron jest moim zdaniem rzeczywiście najlepszym lokalnym przedstawicielem na ziemi tego, co nazwałem Davocracy, rządem planety przez Davos, szwajcarski kurort narciarski, gdzie Wielcy Płatnicy świata, bankierzy i giganci finansów, zbierają się raz w roku, aby decydować, jak planeta powinna być zarządzana zgodnie z jej najlepszym interesem i ich własnym. Macron jest nawet, moim zdaniem, najlepszym przykładem rzeczywistości bezpośredniej Davocracy, przejęcia przez Davos zarządzania, bez pośredników, parkiem ludzkim, aby mówić jak Peter Sloterdijk. Oznacza to neutralizację warstw politycznych, które były interfejsem między ludźmi a wysokimi finansami: teraz Davos czuje się wystarczająco silne, aby obejść się bez tego pośredniczącego ciała, jak zawsze było zawodne. I właśnie tę neutralizację robi Emmanuel Macron, z najwyższą determinacją i konsekwencją: pokonał i wyrzucił z domu większość popularnych postaci, Hollanda, Sarkozy'ego, Juppe, Villepina, Bayrou, a nawet w pewnym stopniu Marine Le Pen, która odgrywała centralną rolę na francuskiej scenie politycznej przez ostatnie trzydzieści lat; dosłownie doprowadził do eksplozji trzech głównych partii politycznych, które cieszyły się względami organu wyborczego w tym samym okresie; utworzył rząd złożony z nikogo, kto kilka tygodni wcześniej był całkowicie nieznany opinii publicznej; doprowadził do wyboru do parlamentu, pod swoim osobistym sztandarem, niewiarygodnej grupy najbardziej zrozpaczonych i niekompetentnych ludzi, jacy kiedykolwiek zaszczycili francuskie Zgromadzenie, tłumu, który wszystko mu zawdzięcza, a którego liczbę, prawa do interwencji i uprawnienia natychmiast zaczął znacznie zmniejszać; w tym samym czasie uchwalił prawo, które drastycznie ograniczyło finansowanie wszystkich lokalnych władz, na każdym szczeblu, do tego stopnia, że ​​burmistrzowie, którzy teraz nie mogą zarządzać swoim miastem lub wsią i robić tego, do czego zostali wybrani, rezygnują setkami; ministerstwa są wysyłane do przedmieść, gdzie będą miały okazję lepiej doświadczyć, jak czuje się nowa Francja, podczas gdy ich historyczne siedziby są oddawane migrantom; wiele najbardziej prestiżowych lub symbolicznych nieruchomości państwa jest wystawianych na licytację, w tym lotniska dla Chińczyków, podczas gdy paryskie pałace są sprzedawane Saudyjczykom, a drużyny piłkarskie Katarczykom. Coraz większe części niegdyś ukochanej „służby publicznej” są przekazywane prywatnym interesom, a ludzie coraz częściej muszą płacić za to, co kiedyś było bezpłatne. Jeśli na przykład gminy organizują festiwale, muszą płacić za własne bezpieczeństwo, usługę, której policja nie chce lub nie jest w stanie zapewnić. Podobnie osoby prywatne nie mogą już liczyć na to, że organy ścigania zapewnią im codzienne bezpieczeństwo i spokój; chyba że ktoś ci poderżnął gardło, co na szczęście zdarza się coraz częściej, nie powinieneś składać skargi, która może ci przynieść więcej kłopotów niż satysfakcji,powinieneś oskarżyć daną grupę ludzi. Policjanci i policjanci wydają się być najczęściej wykorzystywani jako pomocniczy poborcy podatkowi, zajęci gromadzeniem stale rosnących kar nakładanych na kierowców lub próbami, bez większego powodzenia, na froncie etnicznym, zapewnienia pokojowego przekazywania władzy z jednego ludu do drugiego.

Jeśli chcesz być sam, lepiej bądź przestępcą. Funkcjonariusze policji wolą kontrolować uczciwych obywateli, którzy okazują im szacunek, boją się ich i nie strzelają do nich przy pierwszej złości. Bardzo niebezpieczny przestępca, który uciekł z więzienia i jest pierwszy na liście najbardziej poszukiwanych zbiegów, niedawno spokojnie zajmował się swoimi sprawami w mieście, nosząc burkę, strój zakazany we Francji — wiedział, że dopóki stanowczo łamie prawo, nikt mu nie będzie przeszkadzał.

W takich warunkach człowiek zastanawia się, dlaczego nadal powinien przestrzegać kodeksów i płacić podatki. Pakt społeczny został ewidentnie złamany. Jaką lojalność jesteśmy winni władzy, która nie tylko nie chroni nas przed inwazją, ale wzywa do niej, zaprasza ją i wysyła łodzie, aby ją szybciej przywieźć; i która nie broni indywidualnego obywatela przed rosnącym poczuciem niepewności bardziej niż broni kraju przed obcą inwazją? Problem polega na tym, że ludzie, nieświadomie, z powodów atawistycznych, nadal wierzą, nawet gdy stają w obliczu oczywistych dowodów na coś przeciwnego, że ich rządy są po to, aby ich chronić — te rządy są w rzeczywistości bardzo zdeterminowane, aby ich zniszczyć, aby stopić ich w niezróżnicowanej materii ludzkiej. Francuzi są jak stary, wierny pies, który pomimo otrzymanych ciosów i wielkiego kamienia, który jest właśnie przymocowany liną do jego obroży, po prostu nie może pomyśleć o swoim panu, który zamierza go utopić. Z pewnością tak to wygląda, ale nie może to być prawdą.

Można by tu zaprotestować, że władza lub władze, które chcą takiego stanu rzeczy, Wielkiej Wymiany, Globalnej Wymiany, przemysłu zastępowalnego człowieka i które wybrały Macrona na swojego przedstawiciela we Francji, lokalnego gubernatora Davokracji, są prawdopodobnie najbogatszymi ludźmi na świecie i trudno je nazwać drobnomieszczańskimi. Niemniej jednak tacy właśnie są. Należałoby wcześniej sprecyzować, że dyktatura drobnej burżuazji, oczywiste odniesienie do Lenina i Związku Radzieckiego, jest o wiele bardziej kulturowa niż militarna czy ekonomiczna. Drobna burżuazja stała się tak ogromna i tak totalna, tak globalna, tak ściśle pokrywająca się ze światem, że w jej wnętrzu wszystkie stare hierarchie ekonomiczne odrodziły się i są teraz bardziej bezwzględne niż kiedykolwiek. Ale są one czysto ekonomiczne, finansowe, pieniężne. Jak mawiał nieśmiertelny Nicolas Gomez Davila, dziś między bogatymi i biednymi jedyną różnicą są pieniądze. Drobna burżuazja decyduje, co myślisz, co czujesz, co mówisz i, bardziej niż cokolwiek innego, jak to mówisz. Różnice klasowe w języku erodowały szybciej niż lodowiec w la Mer de Glace, w Chamonix. I za każdym razem, gdy dochodziło do konfliktu między dwoma sposobami mówienia, sposobem burżuazyjnym i drobnomieszczańskim, klasycznym i nowoczesnym, to sposób drobnomieszczański wygrywał, a ten pierwszy przegrywał i zanikał.

Na przykład umieszczanie nazwiska osoby po Monsieur lub Madame, gdy zwracamy się do niej bezpośrednio, Monsieur Dumas, Madame Fouilloix, co uważano (oczywiście poza sytuacjami, gdy trzeba było odróżnić daną osobę od innych osób w pokoju) albo za amerykańskie, albo za parodię chłopstwa, i po prostu nie wolno tego robić, chyba że ktoś był recepcjonistą w hotelu i uważał, że ludzie będą zaszczyceni, gdy ich nazwisko zostanie zapamiętane, stało się powszechną praktyką — z ważnym zastrzeżeniem, że nazwiska są szybko zastępowane imionami, które o wiele lepiej pasują do globalnego zastąpienia, które musi odciąć ludzi od przeszłości, od historii, od czasu i od wszystkiego, co odziedziczono, w tym od nazwiska rodowego; i o wiele bardziej pasuje do drobnej burżuazji, która nie ma przodków, nie zna nazwiska panieńskiego swojej babci i nie chce, aby inni ludzie cieszyli się takimi arystokratycznymi przywilejami, jak stare nazwisko. Nic dziwnego, że banki, sieci hotelowe, gafas, petenci proszący o podpisanie petycji lub agenci handlowi doradzający zorganizowanie pogrzebu w odpowiednim czasie lub skorzystanie z cudownego leczenia problemów z prostatą, wszyscy zachowują się jak nadmiernie spoufaleni, niewykształceni młodzieńcy, używający twojego imienia przy pierwszej wymianie zdań i zakładając, że jesteś chętny, aby zrobić to samo z nimi („twoje konto zostanie sprawdzone przez Erica”). We Francji ta ogólna tendencja na rzecz imion [9] idzie w parze ze stopniowym porzucaniem tradycyjnego vous na rzecz znanego tu, które może być dość agresywne, gdy nie jest wymagane — ostatni raz było obowiązkowe we francuskim społeczeństwie w okresie terroru w latach 1793–1794, najkrwawszej fazie rewolucji francuskiej. Jeśli jednak mężczyźni i kobiety mają być przygotowani na powszechną zmienność, odległości między nimi muszą zostać zniesione w jak największym stopniu, a jednostki muszą zostać pozbawione wszelkich zabezpieczeń społecznych, jakie etykieta, gramatyka, własność prywatna, rasa, płeć i narodowość mogłyby im zapewnić przed globalną wymianą.

Podobnie, bon appetit, kiedyś typowe dla niższej klasy średniej, jest teraz powszechnym użyciem werbalnym, częściowo dzięki cudzoziemcom, którzy błędnie myśleli, że jest to typowo francuskie i którzy poczuliby się urażeni, gdyby tego nie usłyszeli, podczas gdy w dawno minionych kręgach kulturalnych uważano to za absolutne nie-nie. Można by podać setki takich przykładów. Wszędzie dyktatorska i wszechobecna drobna burżuazja narzuciła swój własny język. Jeśli we Francji go nie używasz i nie zaczynasz swoich listów lub wiadomości elektronicznych od Bonjour, a kończysz je na Cordially (co w tamtych czasach było zarezerwowane dla pisania do swoich służących, rolników lub rzemieślników), jesteś wyrzutkiem — ja i tak jestem wyrzutkiem, więc mnie to nie obchodzi.

Drobna burżuazja była jedyną klasą, która doszła do władzy, władzy kulturowej, bez kultury, którą mogłaby nazwać swoją, lub przynajmniej uważać za taką przez inne klasy. Będąc klasą niedziedziczenia, nie miała nic do zaoferowania w kwestii dziedziczenia, którego bardzo nie lubiła i uważała za niesprawiedliwe i upokarzające dla ludzi, którzy nie mieli żadnej. Ale to nie miało większego znaczenia. Kiedy nie ma kultury, wystarczy nazwać kulturę tym, co jest. A drobnomieszczaństwo, z braku kultury lub czegoś, co wcześniej nazywano kulturą, gdy inne klasy były u władzy, miało gusta, preferencje, uprzedzenia, zwyczaje społeczne, ulubione sposoby spędzania sobotnich wieczorów, niedziel i innych wolnych chwil. Nic nie było dla niego łatwiejsze niż nazywanie tych zwyczajów kulturą, ponieważ jeśli jesteś u władzy, jeśli jesteś klasą rządzącą, choćby tylko kulturalną klasą rządzącą, jeśli jesteś światem, jeśli zajmujesz całą dostępną przestrzeń, możesz w zasadzie nazwać wszystko, co chcesz, jak chcesz. Tak więc drobnomieszczaństwo nazwało kulturę rzeczami, które lubiła, a konkretnie rzeczami, które, słusznie lub niesłusznie, nie były nazywane kulturą przed tą główną rewizją terminologiczną: podrzędne gatunki, kreskówki, kryminały, przeboje; tak samo jak nazywa muzykę tym, czego słowo muzyka nie oznaczało w poprzednim, kultywowanym języku.

Kultura i muzyka, w tym nowym, drobnomieszczańskim sensie – kultura popularna, muzyka popularna – stały się uniwersalne i są samą istotą dyktatury, ponieważ nie można od nich uciec. Klasa, dla której oznaczają kulturę i muzykę, jest wyjątkową i jedyną klasą, kulturowo, muzycznie, ponieważ są kulturą i muzyką mas, tak jak są kulturą i muzyką najbardziej wyrafinowanych elit społecznych i ekonomicznych. Królowie, książęta, bankierzy, multimiliarderzy, davokraci mogą być idealnymi drobnomieszczanami, ponieważ tacy są kulturowo. Księżna Diana była kwintesencją drobnej burżuazji, podobnie jak dynastia Monako. Naturalne środowisko prezydentów, ministrów i dyrektorów korporacyjnych to nie poeci ani filozofowie, jak renesansowi czy władcy XVIII wieku, ale drugorzędni aktorzy komicy, piosenkarze popowi i właściciele klubów nocnych: spotykają się tak często, jak pozwalają im na to ich kariery, i spędzają razem wakacje. Jednostki mogą być nadal bardzo kulturalne w starym, przeddrobnomieszczańskim, sensie tego słowa; ale nie wolno im tworzyć klasy, kulturalnej klasy, która jest niezbędna dla kultury (nadal w starym sensie tego słowa); i muszą działać i mówić po drobnomieszczańsku, jeśli chcą być zrozumiani i tolerowani wśród żyjących, ponieważ nie ma innego języka i innego akceptowanego zachowania. W każdym razie nie są problemem, ponieważ powoli zanikają, tak jak powoli zanika cywilizacja zachodnia, lub Europejczycy, lub biali ludzie, którzy przez kilka stuleci byli, na dobre i na złe, uprzywilejowaną klasą świata, jego arystokracją, jego burżuazją. Teraz rządzi drobnomieszczaństwo.

To, że rządzi społeczeństwem oddanym powszechnej wymianie, jest zupełnie normalne, albo powinienem powiedzieć, naturalne — to jest, oczywiście, kulturowe. Drobna burżuazja jest par excellence klasą wymiany. Zastępowanie jest jej istotą. Jest to jedyna klasa, która nie ma własnej nazwy. Mówi się arystokracja, szlachta, burżuazja, proletariat, drobna burżuazja jest burżuazją, która tak naprawdę nią nie jest, jest jej niewielką odmianą, jej fałszywą wersją. Mogłaby też być, podczas gdy naśladuje burżuazję, proletariatem, który nie ośmiela się wypowiedzieć jej nazwy, jak z pewnością by się wydawało, a jej rządzenie światem ewidentnie pokrywa się z szybką proletaryzacją. W każdym razie imitacja, substytucja, mimikra są sednem jej bytu, ponieważ są podstawą globalnego zastąpienia — te dwie rzeczy zostały stworzone dla siebie.

Dokładniej rzecz biorąc, drobnomieszczaństwo, będąc samo w sobie globalne, koniecznie implikuje, kraj po kraju, Wielką Wymianę i czyni ją nieuniknioną. Będąc jedyną możliwą klasą, de facto znosi hierarchię społeczną (sprowadzoną do samych różnic dochodów), a wraz z nią społeczny podział pracy. Nadal pozostaje do wykonania ta sama liczba zadań społecznych, a te nie są równe pod względem prestiżu, atrakcyjności lub generowanych dochodów: są równe tylko pod względem konieczności. Społeczeństwo zawsze będzie potrzebowało zamiataczy ulic i gramatyków, którzy są w każdym razie tylko zamiataczami języka, ale potrzebują znacznie więcej czasu, aby się wyszkolić. Jeśli podziału pracy nie można przeprowadzić lub objąć hierarchią społeczną klas, będzie musiała przeprowadzić go hierarchia społeczna ludów lub ras, która jest strukturalnie bardzo podobna do tej pierwszej, z Europejczykami i Amerykanami Północnymi, nie mówiąc o ludziach białych, którzy przez dwa lub trzy stulecia, na dobre i na złe, byli arystokracją wojskową świata, a następnie jego burżuazją kupiecką. Jeśli dane społeczeństwo lub kraj chce, aby dziewięćdziesiąt procent jego populacji miało otwartą drogę do college'u i uniwersytetu, szybko będzie miało czterdzieści procent migrantów, imigrantów lub potomków migrantów. To jest automatyczne, nawet jeśli moje liczby są, jak zwykle, całkowicie przybliżone. Posiadanie dziewięćdziesięciu procent ludzi z dyplomem takim jak francuski „baccalaureat”, z akademickim dostępem do szkolnictwa wyższego, nie przyniesie żadnego postępu w wiedzy, kulturze i cywilizacji (wręcz przeciwnie, będzie oznaczać kulturowy upadek wszystkich instytucji kulturalnych, jak widzimy codziennie), ale nieuchronnie doprowadzi do zmiany ludzi, wymiany etnicznej, ludobójstwa przez substytucję: jeśli każdy będzie miał dyplom college'u, z definicji nie będzie już „ludzi”; a amfibologia między dwoma znaczeniami świata wkrótce pokaże swoje granice — nie ma ludzi, nie ma ludzi; nie ma klasy robotniczej, nie ma narodu (ale to samo dotyczy klasy wykształconej, la classe cultive'e).

Jeśli dany naród zauważy, że w wyniku swojego systemu społecznego lub edukacyjnego niektóre istotne zadania nie są już wykonywane wśród jego obywateli, to musi zmienić swój system społeczny i edukacyjny, a nie skład etniczny. Kraje takie jak Japonia, Korea, Węgry, Polska, które były wystarczająco mądre, aby chronić swoją rasową i kulturową jednorodność, nie wiedzą, jak bardzo są szczęśliwe (a może wiedzą). Powinny zostać wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Nie tylko są stosunkowo chronione przed najgorszymi formami przemocy i konfliktów wewnętrznych, ale także bronią różnorodności i najcenniejszej formy bioróżnorodności, bioróżnorodności ludzkiej. Jedynymi spójnymi ekologami są ci, którzy walczą o szczęśliwe zachowanie wszystkich ras, ludów, kultur, języków, grup etnicznych i cywilizacji, a także o bioróżnorodność zwierząt i roślin; i którzy są przekonani o absolutnej konieczności pilnego przynajmniej zmniejszenia demograficznego. Najbardziej rozwinięte narody są dobrze świadome, jeśli nie zawsze na poziomie świadomym, tej pilności; i pozostawione same sobie, chętnie zmniejszyłyby swoją liczebność, dla dobra Ziemi. Ale siły replacistowskie nie chcą o tym słyszeć i zastąpią je populacjami o wyższym współczynniku dzietności, zakładając, że wzrost demograficzny przyniesie wzrost gospodarczy lub przynajmniej finansowy: często tak się dzieje przez jakiś czas; ale nie może trwać wiecznie, żaden wzrost nie może, zwłaszcza ten, ponieważ przynosi również nędzę, przemoc, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, zmianę klimatu, katastrofę bioróżnorodności, zniszczenie tradycyjnych krajobrazów, zanik naturalnego piękna, sztuczną uprawę ziemi i powszechną dzielnicę slumsów.

Frazę ludobójstwo przez substytucję ukuł francuski poeta czarnoskóry Aime Ce-saire, komunistyczny burmistrz, przez pięćdziesiąt sześć lat, Fort-de-France, na wyspie Martynika, na francuskich Karaibach: odnosił się do przesadnego (jego zdaniem) napływu ludzi z kontynentalnej Francji na archipelag. Ale fraza ta odnosi się bardziej rygorystycznie do tego, co dzieje się obecnie z rdzennymi mieszkańcami Europy i białą populacją Ameryki Północnej. Wielka Wymiana jest ludobójstwem przez substytucję. Pierwsze ludobójstwo, ludobójstwo Żydów, ze względu na swój horror i ogrom, wprowadziło język i myślenie w takie zamieszanie i nieład na Zachodzie, że nie oferują one żadnej ochrony przed drugim, przyznaję, bardzo różnym, ludobójstwem Białych. Obecna „karawana” Hiszpanów, czyli w większości Indian — tych, których dziwnie nazywano czerwoną rasą, w starożytnej i naiwnej klasyfikacji — wyraźnie pokazuje, jak dwie przeciwstawne koncepcje świata rywalizują ze sobą, gdy ci ludzie idą przez Meksyk w kierunku Stanów Zjednoczonych, gdzie zamierzają się osiedlić. Jeśli polegać na sposobie myślenia, który skierował tych wędrowców na ich drogę, nie ma już narodów, państw, granic, które by się liczyły. To są rzeczy z przeszłości. Kraje, które są lepiej administrowane, bardziej wolne, ekonomicznie zdrowsze i bardziej hojne w pomocy publicznej i społecznej, są do dyspozycji krajów i narodów, które nie są tak dobrze zorganizowane, nie są tak uporządkowane w swoich procedurach politycznych, rządzone przez tyranów i cynicznie eksploatowane przez ich własnych władców. Narody, które zbudowały prosperujące i uporządkowane cywilizacje i które przez stulecia kierowały swoją historię w tym kierunku, nie są niczym więcej, jak prawem tych, które nie zadały sobie tyle trudu, tych, które nie miały woli, rozumu, odwagi czy cierpliwości, by kształtować swój własny los.

Do możliwości zmiany ludzi, dla rządów, które uważają swoje za zbyt drogie, zbyt niepokorne, niewystarczająco zróżnicowane lub niewystarczająco chętne do reprodukcji i rozmnażania się — słynnej zmiany ludzi przez ich niezadowolony rząd, żartobliwie zasugerowanej Niemcom Wschodnim przez Bertolta Brechta, która stała się tak smutną rzeczywistością dla wielu krajów w Europie... — należy teraz dodać możliwość zmiany kraju dla ludów, które nie są zadowolone ze swojego rodzimego otoczenia lub ze swojego środowiska społecznego i kulturalnego (nawet jeśli jest to wynik ich własnych działań lub ich braku). Obie zmiany, ludzi przez niezadowolone rządy, kraju przez niezadowolone ludy, są pracowicie organizowane przez Davokrację, zarządzanie finansami świata i zarządzanie przemysłowe człowiekiem przez Davos i wysokie finanse. Do antycznego szkolnego podziału ludzkości na cztery rasy, nienaukowego jak był, Davocracy ma tendencję do zastępowania go nowym, ogromnie niezrównoważonym, ale znacznie prostszym, Davocrats i resztą świata. Spośród reszty świata, Biali (oprócz Davocrats wśród nich) powinni być pierwsi do odejścia: najwyraźniej wszystkie inne rasy już widzą ich jako białą stronę, pustą plamę na mapie, nieobecność, pustkę, coś, czego można się pozbyć i zająć, podbić, zastąpić; w oczach wielu nie-Białych są już martwi, wymazani, wymazani.

Wielokrotnie mówiłem, że Wielka Wymiana nie była ani teorią, ani koncepcją. Chciałbym, żeby to było to i nic innego, zamiast być okropną tragedią, potworną zbrodnią przeciwko ludzkości, katastrofą ekologiczną i bioróżnorodnościową. Wielka Wymiana nie jest teorią, jest przerażającym faktem i nazwą dla niego, adekwatną do stopnia, jak Wielka Zaraza, Wielki Pożar,

Wielka Wojna lub Wielki Kryzys. Replacism, z drugiej strony, a dokładniej Global Replacism, może być teorią, próbą interpretacji systemu i, z drugiej strony, nazwą nadaną mu przez teorię, jako interpretacja. Global Replacism jest, moim zdaniem, jednym z dwóch totalitarnych systemów, które obecnie rywalizują o dominację na Zachodzie — drugim jest oczywiście Islam. Na razie te dwa systemy, Replacism i Islam, są sojusznikami i wykorzystują się nawzajem, aby robić postępy i zdobywać punkty, a także aby pozbyć się pomniejszych przeciwników, takich jak istniejące narody. Niewypowiedziany pakt między nimi jest dość podobny do paktu nazistowsko-radzieckiego z lat 1939-1941, między nazistowskimi Niemcami a komunistyczną Rosją. Tylko że trwa on znacznie dłużej, tak jak Druga Okupacja, 1975-20..., trwa znacznie dłużej niż pierwsza, 1940-1945. Ale pakt islamo-replascistowski nie może trwać wiecznie, ponieważ replacyzm i islam są naturalnymi wrogami. Replacyzm jest raczej rażąco materialistyczny, a islam, chociaż dostarcza replacyzmowi swoich największych zastępczych kontyngentów, nie jest wcale replacistowski: wręcz przeciwnie, jest żarliwie tożsamościowy (i to właśnie czyni go tak silnym).

Kilkakrotnie próbowałem podsumować (poprzez tweety!) genealogię Replacism i jej obecny stan cywilny. Mogłoby to wyglądać mniej więcej tak: Replacism, syn Antyrasizmu i Wysokich Finansów (sami, odpowiednio syn Egalitaryzmu i Antyfaszyzmu, a córka Tayloryzacji i Ultraliberalizmu, wnuczka Rewolucji Przemysłowej i Kapitalizmu) poślubia Drobną Burżuazję, córkę Demokratyzacji i Państwa Dobrobytu, wnuczkę Rewolucji Francuskiej i Proletariatu. Kilka z tych nazw to nazwy dynastii, które trwają od kilku pokoleń. Jest to szczególnie przypadek Rewolucji Przemysłowej, której posag zapewnia bogactwo całemu plemieniu. Centralnym punktem drzewa genealogicznego jest tutaj Taylorizacja, a przedtem zwykły Taylorizm.

Frederick Winslow Taylor jest centralną postacią historii Replacism, lub pre- Replacism. Chociaż z pewnością nie jest postacią o porównywalnym zakresie intelektualnym, jest dla Replacism tym, czym Marks jest dla Komunizmu.

To oczywiście ogromna odpowiedzialność. Jak pisze jego najnowszy redaktor, „Frederick Taylor ma krew na rękach”. Zdecydowanie się z tym zgadzam: nie tylko krew, ale także pot, łzy, UHM (Undifferentiated Human Matter), nie wspominając o szalonych krowach i śmierciach przez utonięcie, po drugiej stronie Morza Śródziemnego. I jak sam napisał, „W przeszłości człowiek był pierwszy; w przyszłości maszyna musi być pierwsza”. Innymi słowy, człowieka zastąpią maszyny (roboty, elektronika, komputery, liczby, statystyki). Z punktu widzenia kinomana Global Replacism to Metropolis + Modern Times + Soylent Green.

Centralną koncepcją Taylora jest normalizacja lub standaryzacja. Produkty, przedmioty, instrumenty, części maszyn będą kosztować mniej czasu i pieniędzy, a odtąd będą przynosić większe zyski, jeśli będą takie same i będzie można je łatwo wymieniać. Tayloryzacja jest zawsze procesem zmierzającym do tego samego, identyczności świata, jego wyglądu samego siebie (ale w konsekwencji nie bycia nim). Standaryzacja jest podobieństwem, ale to słowo ma dwa znaczenia, których, choć bardzo podobne, nie należy mylić. Upodobnianie rzeczy, przedmiotów, produktów do siebie oznacza, że ​​będą wyglądać i mogą być takie same, ale oznacza to również, że nie będą dokładnie tym, czym były, że aby wyglądać lub być jak inne przedmioty, instrumenty, części mechaniki lub produkty, będą musiały być podobieństwami, kopiami, imitacjami, takimi samymi jak inne, ale przez sam ten fakt, różnymi od swojej oryginalnej wersji. Imitacja, reprodukcja, sztuczność są w samym sercu rewolucji Taylora, która sprowadza się do niczego innego, jak drugiej rewolucji przemysłowej. Naśladownictwo w celu masowej produkcji, zapoczątkowujące erę masowej reprodukcji, tak dobrze zaobserwowaną i przeanalizowaną przez Waltera Benjamina (i tak dobrze wykorzystaną przez Andy'ego Warhola, Pop Art i muzykę pop), sprawiło, że tayloryzm stał się szczególnie odpowiedni i stosowny dla nadejścia drobnej burżuazji jako nowej klasy rządzącej, do czego z pewnością się przyczynił.

Brak autentyczności, fałsz, podróbki, imitacje i niskie koszty są kluczowe dla globalnego replacyzmu, podobnie jak, choć w mniejszym stopniu, dla jego bliskich krewnych,

Tayloryzm i drobnomieszczaństwo. Drobnomieszczaństwo miało wyjątkowe szczęście, aby zobaczyć swoje dojście do władzy jako kulturalna klasa rządząca zbiegające się z potężnym i bezprecedensowym rozwojem technik wpływu, sugestii i kontroli umysłu. Żadna inna klasa rządząca przed nią nie miała do dyspozycji nawet zdalnie porównywalnych środków, aby dyktować narrację, którą chciała narzucić. Ta narracja mogła być zarówno negatywna, jak i pozytywna. Mogła wpoić w umysły społeczeństwa fikcję, że to, co się faktycznie działo, nie działo się, a także nie mniej fikcyjną perswazję, że to, co się nie działo, faktycznie się działo. Mogła również kłamać o powodach tego, co się działo, a nawet o powodach tego, co udawała, że ​​się nie dzieje.

Głównym polem kłamstwa w Europie, a zwłaszcza we Francji w ciągu ostatnich trzech lub czterech dekad jest oczywiście najważniejsze zjawisko, jakie miało tam miejsce w tym okresie, a prawdopodobnie w ciągu piętnastu wieków historii kraju: masowa imigracja, zatopienie etniczne, zmiana ludzi i cywilizacji, mianowicie Wielka Wymiana. Została ona całkowicie zaprzeczona, i to z wielkim powodzeniem, w chwili, gdy miała miejsce, i tak samo jak zaprzeczano nie mniej oczywistemu upadkowi francuskiego systemu edukacyjnego lub dramatycznemu i oczywistemu upadkowi, zarówno we Francji, jak i za granicą, francuskiej kultury. Współczesny negacjonizm jest negacją Wielkiej Wymiany: oszałamiającym udawaniem, że najbardziej ogromne i oczywiste wydarzenie naszych czasów, zmienność tak gigantyczna jak wojna secesyjna lub pierwsza wojna światowa, w rzeczywistości nie ma miejsca.

Immigration, który dawno temu został kupiony jako dekoracyjna jaszczurka, stał się w międzyczasie ogromnym krokodylem zajmującym połowę salonu, ale ogólną konwencją jest udawanie, że się tego nie zauważa i zajmowanie się swoimi sprawami dokładnie tak, jakby bestia nie istniała. Od czasu do czasu, gdy jest w nastroju, a zdarza się to coraz częściej, odrywa i pożera nogę lub ramię, ale ludzie dalej bawią się filiżankami do herbaty i dyskutują o rozkładach jazdy pociągów lub o celowości zmiany tapety na nim, jakby był jakimś rodzajem rozmontowanej sofy, pomimo krwi na krzesłach i dywanie. W istocie wszelkie dyskusje na jakikolwiek temat, czy to przeludnienie więzienne, niepewność, równowaga deficytów publicznych, nieuprzejmość w klasie czy kryzys mieszkaniowy, są całkowicie daremne, puste i bezsensowne, ćwiczenie w nicości, dmuchanie gorącego powietrza, dopóki nie biorą pod uwagę, a nigdy tego nie robią, zanurzenia etnicznego, które jest zdecydowanie głównym czynnikiem warunkującym je wszystkie, a w porównaniu z którym, bez względu na to, jak poważne by one nie były — światowy kryzys finansowy czy bezrobocie — mają drugorzędne znaczenie. Wielka Wymiana jest całkowicie zaprzeczana. Fikcyjne porozumienie jest takie, że nic takiego się nie dzieje (i że upieranie się, że tak jest, jest tylko „teorią spiskową”).

Jeśli chodzi o przykład fikcji pozytywnej, nie jest trudniej go znaleźć. Jednym z pierwszych, które przychodzą na myśl, jest wynalezienie postaci „uchodźcy”. Władza dzisiaj to w zasadzie władza wymyślania i narzucania historii. Setki tysięcy Afrykańczyków zalewają południowe wybrzeża Europy, miliony już tam zamieszkały, a słowem używanym do ich określenia jest słowo uchodźcy. W Afryce obecnie nie toczą się żadne wojny, tylko drobne lokalne konflikty, a ogromna większość migrantów nie ucieka przed nimi. W rzeczywistości ogromna większość migrantów wcale nie jest uchodźcami, ale z powodu rażącej niekompetencji, niedbalstwa i korupcji większości ich rządów oraz z ich własnej niechęci do wzięcia w swoje ręce, zbiorowo, tak jak zrobiły to wszystkie inne narody przed nimi, historycznego losu swoich narodów. Łatwiej im iść i korzystać z wygodniejszych cywilizacji, nie zdając sobie sprawy, że dobrobyt i względny porządek, którego zazdroszczą, są wynikiem długich zbiorowych wysiłków, ograniczeń, wyrzeczeń i zostaną zredukowane do zera przez samo ich przybycie, ponieważ nie są częścią tej historii i nie uczono ich przez pokolenia, jak się zachowywać, aby to konkretne społeczeństwo przetrwało i rozkwitło. Prawdą jest, że to, co się dzieje, to przemieszczenie jednego kontynentu na drugi, a to ma bardzo mało wspólnego, jeśli w ogóle, z uchodźcami lub azylem. Nie ma absolutnie żadnych wspólnych proporcji między wielkim kataklizmem Global Replacement a lokalnymi tragediami humanitarnymi, które tworzą prawdziwych uchodźców. Zastępcy nie są uchodźcami. Najeźdźcy nie są azylantami. Azyl jest dla jednostek, a nie dla całych narodów lub, praktycznie, dla populacji całego kontynentu. A gdyby ktoś potrzebował dalszego dowodu na to, że masa migrantów wcale nie jest uchodźcami ani osobami ubiegającymi się o azyl, ale importowanym materiałem ludzkim, populacją zastępczą, zastępcami, istnieje szeroko głoszona konieczność, przez tych, którzy sprawiają, że przybywają, aby nauczyli się języka, znaleźli pracę, krótko mówiąc, aby stopili się z ogółem społeczeństwa i zostali zintegrowani. Nigdy nie mówi się ani słowa o ich powrocie tam, skąd przybyli, choćby po jakimś czasie. Czyż nie na tym polega bycie uchodźcą? Czyż nie na tym polega sam gest ubiegania się o azyl? Przyjęcie uchodźcy oznacza zaoferowanie mu miejsca do odpoczynku na określony czas, szansę na ucieczkę przed prześladowaniami, okazję do odbudowy sił przed powrotem do walki o wolność, godność i normalne życie we własnym kraju.

Nigdy nie ma najmniejszej wzmianki o takim procesie w dyskursie różnych mocarstw repla- stycznych. Według nich zastępcy są tutaj, aby zostać i zgromadzić się z nami, aby utworzyć nowy naród, a nawet nowy rodzaj ludzi, wielokulturowych i pluri-etnicznych. A jeśli nie jesteśmy zadowoleni z tego scenariusza, jaki nam narzucono, to my powinniśmy odejść, ponieważ jesteśmy faszystami, rasistami lub poszukiwaczami spisków; a na pewno nie oni, zastępcy, którzy są lepszymi Francuzami, Anglikami lub Niemcami niż my, ponieważ są bardziej otwarci na zmiany, zwłaszcza na zmiany ludzi.

Fikcja, zarówno negatywna, jak i pozytywna, represyjna, tłumiąca rzeczywistość lub kreująca mity, kłamstwa i fake-newsy, jest tak istotna dla społeczeństwa republikańskiego, że musiałem wymyślić słowo false al (lub fake alt), le faussel, symetryczny i przeciwstawny rzeczywistości, aby opisać i uwzględnić świat fałszywej rzeczywistości, odwróconej rzeczywistości, ogólnego fałszu, w którym żyjemy.

Fałszem jest nieustanna twórczość Przemysłów Otępienia, kolosalnego konglomeratu, który działa w trzech głównych obszarach: szkoły i system edukacyjny w ogóle, który nieustannie uczy zapominania, uczy niepamięci; masowe ogłupianie, którego sprawcą są media, prasa, telewizja, show-biznes, przemysł reklamowy, który chętnie oferuje, podobnie jak filmy i seriale, stałe przeinaczanie wszystkiego, w szczególności relacji rasowych, o wiele intensywniejsze w swoich obrazach niż są w rzeczywistości, przy czym krzyżowanie ras jest obsesyjnym przykładem, którego wszechobecność sprowadza się, jak wszystko inne, do nieprzerwanej propagandy; i wreszcie narkotyki, o których warto zauważyć, że jeśli pozostałe dwa działy są nadal w dużej mierze w rękach zastępców, to ten, przynajmniej jeśli chodzi o dystrybucję, jest już zarezerwowaną domeną zastępców.

Żyjemy w świecie, w którym wszystko jest fałszywe, podrobione, nieprawdziwe: nie tylko frazy, stwierdzenia, fakty, statystyki, obrazy, gesty, ale same przedmioty i działania, materiały, domy, jedzenie, substancje, podróże, bycie, wszystko to podlega wpływowi wszechświata przemysłowej reprodukcji i niskich kosztów; chociaż należy pamiętać, że niski koszt dla producenta niekoniecznie oznacza niski koszt dla konsumenta. Niski koszt pojawia się najpierw jako tania odmiana dla biednych, substytut prawdziwej rzeczy dla potrzebujących; ale szybko staje się normą, normą taylorowskiej normalizacji. W tym momencie musi tylko, aby imitacja była kompletna, powrócić do ceny oryginalnego przedmiotu — chyba że oczywiście producent uzna za opłacalne utrzymanie tego przedmiotu na niskim poziomie, aby przyciągnąć więcej klientów. W każdym razie proletaryzacja świata postępuje, powodowana, jak na ironię, dyktaturą drobnej burżuazji, sprawowaną ekonomicznie i politycznie (ale polityka jest coraz częściej zastępowana zwykłym zarządzaniem) przez drobnomieszczańską hiperbogatą, drobnomieszczańską hiperklasę.

Turystyka, mylona z jednej strony z kulturą, a z drugiej strony coraz bardziej z wypoczynkiem i zwykłą rozrywką, stała się w wielu przypadkach błędnie widzącym to, co w wyniku tego fałszywego badania zostało zafałszowane.

Najgorsze przypadki fałszu, podróbek, fałszerstw itp. zdarzają się, gdy imiona pozostają takie same.

Rzeczy, istoty, uczucia całkowicie się zmieniły lub zostały obrócone w swoje przeciwieństwo, ale zachowały swoje stare nazwy, nazwy tego, czym już nie są, francuskie, kultura, informacja, ale którą ktoś, osoba, grupa, państwo, partia polityczna, koalicja interesów, postanowiła nadać nowemu bytowi, który będzie musiał się nim podzielić ze starym, tworząc w ten sposób wiele zamieszania i dodając do ogólnego poczucia oszołomienia. Jesteśmy tutaj w centrum mojego pierwotnego zainteresowania politycznego, które omówiłem w grubej książce bez tytułu Du sens, O znaczeniu, moim centralnym laboratorium wszelkich dalszych osobistych refleksji.

Moim zdaniem, centralną debatę w Kratyle Platona, która zasadniczo dotyczy języka, słów i etymologii, można znacznie rozszerzyć i objąć nią cały świat, opisując nasze postrzeganie i interpretację tego świata.

Hermogene, rywal Cratyle'a, uważa, że ​​słowa są po prostu słowami. Nie mają własnego znaczenia ani wolnej woli. Oznaczają to, co ich zwykli użytkownicy postanowili, że będą oznaczać, i nic więcej; a jeśli ci sami zwykli użytkownicy lub inni zdecydują się zmienić to znaczenie, to ono zostanie zmienione, niezależnie od tego, czy podoba się to mówiącym, czy nie. Znaczenie jest tylko czystą konwencją, kontraktem, rozważaniem, paktem, porozumieniem.

Dla Cratyle’a przeciwnie, słowa są tak samo wieloma ocalałymi z czasu, a ich litery i sylaby mają wiele do powiedzenia na temat ich znaczenia i długiej podróży przez wieki. To, czym są i co oznaczają, nie zależy od jakiejś arbitralnej decyzji, ale od ich pochodzenia i pochodzenia tego pochodzenia oraz od ich niekończącego się biegu pod górę w nerwowym nurcie historii, niczym łosoś płynący pod prąd w stronę śpiewającego źródła. Czy słowa takie jak francuski lub brytyjski odnoszą się do pieczątki administracyjnej na jakimś dokumencie prawnym, czy do przodków, długiego doświadczenia, wspólnej historii, krwi, rasy, miłości, kultury, cywilizacji?

Rzeczowniki i przymiotniki odnoszące się do narodowości są prawdopodobnie najlepszym i najprostszym dowodem na to, że każde słowo toczy niemą i zaciekłą rywalizację między jego hermogeńskim znaczeniem – powierzchownym, administracyjnym, urzędowym, prawnym, naukowym, triumfującym, z dokumentami tożsamości zawsze w idealnym porządku – a jego kratyliańskim znaczeniem – rzeczywistym, głębokim, gruntownym, trudnym do wyjaśnienia, poetyckim i literackim.

Hermogene, mistrz stemplowania, który ma łatwiejsze, prostsze, bardziej autorytatywne (czy to autorytet prawa, czy słowników) sposoby gry lub prowadzenia wojny, zawsze wygrywa. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że nigdy nie wygrał więcej niż wygrywa teraz, choćby dlatego, że taylorowski świat normalizacji, standaryzacji, ogólnej substytucji, bardzo potrzebuje mocy nazywania rzeczy i ludzi w sposób, jaki mu się podoba. Przemysłowo przetworzone, liofilizowane danie z truflowych ravioli będzie zawierało 0,2% trufli lub wcale, ale nadal będzie nazywane truflowymi ravioli, jeśli normy handlowe na to zezwolą, a nawet czasami, jeśli nie. Nominalizm jest niezbędny dla fałszu. Jest dla niego niezwykle ważne, aby rzeczy, nie będąc tym, czym są, nosiły nazwę tego, czym nie są. W ten sposób język staje się całkowicie zepsuty. Quartiers- pulaires, po francusku dzielnice popularne, odnoszą się do dzielnic, z których pierwotni, rdzenni mieszkańcy zostali wypędzeni:

„Moktar Ben Moktar, to będzie brzmiało dobrze na liście [wyborczej]. Takie nazwisko przyciągnie głosy z les quartierspopulaires”.

Des jeunes, youngsters, nie ma oznaczać, że przestępcy są młodzi, chociaż są, ale że nie są pochodzenia europejskiego. Gdyby tacy byli, ale nigdy tacy nie są, gazeta napisałaby de jeunes Europeens, young Europeans. Jeśli ludzie w Genewie będą musieli narzekać na bandy chuliganów zza (francuskiej) granicy, francuska prasa nazwie ich de jeunes Hauts-Savoyards, co ma oznaczać, że pochodzą z sąsiedniego departamentu de Haute-Savoie, dzięki czemu każdy czytelnik zrozumie, że nie pochodzą z Sabaudii. Dziennikarze zmieniają nawet imiona i strony przestępców, ze strachu przed tworzeniem uprzedzeń rasowych; i ze znacznie większego strachu przed byciem nazwanym rasistami.

«Wszędzie, gdzie nie ma nic, czytaj, że cię kocham», pisał Diderot do swojej kochanki, Sophie Volland. Wszędzie, gdzie nie ma imienia, czytaj, że przestępca nie jest Europejczykiem: taka jest konwencja między prasą a jej abonentami; gdyby nim był, podano by jego imię.

W każdym razie czytelnicy i słuchacze radia lub telewizji we Francji i, jak sądzę, wszędzie w Europie — poza Europą Wschodnią, która nie żyje pod tyranią odwróconego języka — wszyscy stali się siłą groźnymi kryptologami. Wszyscy czytają, słyszą i rozumieją słowa pod słowami, pod lukami i milczeniami. Ale bardzo często boją się przetłumaczyć je nawet do swoich umysłów i uparcie odmawiają zrozumienia tego, co rozumieją.

Hermogenes zawsze wygrywa, ale Cratyle nigdy nie przegrywa całkowicie. Co więcej, zawsze powraca, powstając z grobu. Ma wiele wspólnego z Łazarzem, którego wskrzesił Chrystus. W prawdziwych Atenach żył filozof o imieniu Cratyle, w czasach Platona. Niektórzy uważają, że pochodził z Jerozolimy. Jak często mówiłem, mam lazarusowe pojęcie ojczyzny.

Francja, co najmniej dwa razy w swojej historii, w czasach Joanny d'Arc i Charles'a de Gaulle'a, mogła zostać uznana za zmarłą klinicznie i powrócić do żywych. Język hebrajski został przywrócony do życia po wiekach. Kto powiedział, że nie można tego samego zrobić z francuską kulturą i cywilizacją? Nie jesteśmy nawet martwi.

Najsłynniejszym i najbardziej utytułowanym uczniem Fredericka Taylora, tym, który stosował jego poglądy z najwyższą surowością i wydajnością, był oczywiście Henry Ford. Ford miał jednak własny genialny pomysł, produkując samochody, które były wystarczająco tanie — to znaczy wystarczająco znormalizowane — aby ci sami pracownicy, którzy je produkowali, dla niego, kupowali je od niego. Producenci i konsumenci stapiali się w jedno, producenci stawali się konsumentami. Dzisiaj Global Replacism poszedł o krok dalej, producent-konsument stał się produktem. Jak głosi popularne powiedzenie: „Jeśli nie płacisz za produkt, jesteś produktem”. Ale w rzeczywistości możesz być produktem, nawet płacąc za niego.

Wiele mówiono o tym, że masowa imigracja została zaplanowana i sprowokowana przez przemysłowców i innych pracodawców, którzy chcieli taniej siły roboczej i sposobu na powstrzymanie wzrostu płac żądanego przez rodzimych pracowników i związki zawodowe. To było w dużej mierze prawdą i nadal jest, częściowo, ale od wielu lat to nie tyle pracownicy, co konsumenci, których Global Replacism importuje w milionach. Czytelnicy będą protestować, że ci zastępcy nie mają pieniędzy: jak mogliby być konsumentami? I rzeczywiście nie mają pieniędzy, chociaż często wydają się być zadziwiająco dobrze wyposażeni w gadżety technologiczne i urządzenia komunikacyjne. Nie mają pieniędzy, ale będą potrzebować mieszkań, dróg, mostów, szpitali dla swojego zdrowia, szkół dla swoich dzieci, stadionów i teatrów dla swojego czasu wolnego, meczetów dla swojej wiary i przynależności do społeczności, samochodów, urządzeń domowych i elektronicznych itd. Nie mają pieniędzy, ale to nie jest problem, ponieważ będą mieli pieniądze zastępców, rdzennej ludności — przez co nie mam na myśli, że je im ukradną, chociaż może się to zdarzyć; ale że tak zwane korzyści społeczne są w rzeczywistości korzyściami rasowymi, od ludu kolonizowanego dla ludu kolonizującego, za pośrednictwem kolonizatorów; od zastępujących do zastępujących, za pośrednictwem zastępców.

We Francji, co jest absurdalne, tylko czterdzieści osiem procent obywateli musi płacić podatek dochodowy, podczas gdy pięćdziesiąt dwa procent nie musi. Interesujące byłoby poznanie odpowiednich proporcji zastępców i zastępców w obu grupach. Prawdopodobnie można by odkryć, że to zastępcy w dużej mierze płacą za swojego zastępcę.

Ekonomia Global Replacism, w istocie, ma kilka oryginalnych lub prawie oryginalnych cech: tak jak niewolnictwo przed nim, jest trójkątna, na przykład — tak jak ludzie, którzy chcą i organizują Wielką Wymianę, nie są ludźmi, którzy ją realizują, konsumenci nie są płatnikami. Społeczne jest kolejnym dobrym przykładem tych kłamliwych słów, słów substytucji, do których nawiązywałem wcześniej. Tak jak świadczenia socjalne są w rzeczywistości świadczeniami rasowymi, tak mieszkalnictwo socjalne jest w rzeczywistości mieszkalnictwem rasowym. Davocracy zawsze nalega na budowę mieszkań socjalnych, tak jakby budowała je dla biednych i potrzebujących wśród rdzennej ludności. Miasta, które nie zapewniają wystarczającej liczby mieszkań socjalnych, muszą płacić bardzo wysokie grzywny. Niektóre, jeśli mogą sobie na to pozwolić, zapłacą te grzywny, zamiast pozwolić na transformację swojej populacji. Dzielnie stawiają opór kolonizacji, podbojom, ludobójstwu przez substytucję. Ale nie mogą długo się opierać. Władza replacistowska chce multikulturalizmu, dekulturacji, etnicznego zanurzenia i chce ich wszędzie, aż do najbardziej odległych wiosek. Nowa ludzka Nutella musi być równomiernie rozłożona na całym terytorium — zapomniane zakątki, bieguny oporu i galijskie wioski nie będą tolerowane.

Henry Ford był oczywiście wielkim antysemitą i wielkim sympatykiem nazistowskich idei i ideałów. Ten podziw był całkowicie odwzajemniony, a Adolf Hitler miał portret Forda w swoim biurze w kancelarii. Kiedy Chaplin ostro krytykował Forda i fordyzm w Modern Times, a Hitlera i hitleryzm w The Dictator, w rzeczywistości walczył z tym samym wrogiem, pod różnymi postaciami. Fabryki Forda w Niemczech sąsiadowały z obozami koncentracyjnymi, a między nimi odbywały się wymiany zespołów zadaniowych i metod przemysłowych. Zawsze postrzega się wszechświat koncentracyjny jako główny destrukcyjny atak na Żydów i oczywiście ma się całkowitą rację. Ale nadszedł już najwyższy czas, aby rozważyć go również jako główny atak na samego człowieka, na człowieczeństwo istoty ludzkiej.

„Środki do niszczenia stają się z każdym dniem bardziej perfekcyjne, napisał Bernanos w 1948 r., a współczesny świat, w swojej niezwykłej nieświadomości, staje się coraz bardziej podatny. Dzieje się tak, ponieważ chce słyszeć tylko o Technice, a Technika zna tylko wysokie zainteresowanie. Ponieważ koncentracja jest dobra dla wysokiego zainteresowania, współczesny świat, czy nam się to podoba, czy nie, będzie koncentracyjny [10] ”.

Jesteśmy w samym sercu ponurej debaty między moim przyjacielem, a może raczej byłym przyjacielem, niestety, Alainem Finkielkrautem,

i ja o obozach śmierci i eksterminacji Żydów. Oba stanowiska wydają mi się całkowicie honorowe i nie powinny, moim zdaniem, wpływać na godność i przyjaźń. Żadne z nich, nie trzeba dodawać (mam nadzieję), nie zmniejsza grozy popełnionej zbrodni ani odpowiedzialności kata w najmniejszym stopniu. Dla jednego, dla Finkielkrauta, obozy śmierci są unicum, jedyną w swoim rodzaju tragedią, która musi pozostać całkowicie odizolowana podczas analizy i nie należy jej porównywać z niczym innym. Dla drugiego, mojego, jest epicentrum, Jądrem Ciemności, najgorszym epizodem historii, która rozpoczęła się dużo wcześniej i która jest daleka od zakończenia. W górę rzeki: rewolucja przemysłowa, Taylor, Ford, Metropolis, czasy nowożytne (i oczywiście rasistowskie dziedzictwo). W dół rzeki: rewolucja technologiczna, rewolucja kulturalna, Pol-Pot, Mała Wymiana, Zieleń pożywki (i oczywiście ideologia antyrasistowska).

Na związek między koncentracją, zastępowaniem i przestrzenią, a zwłaszcza podziałem przestrzeni, zwraca uwagę także francuski filozof i metafizyk Georges

Gusdorf, którego myśl chwilami przypomina myśl współczesnego mu Gunthera Andersa, wielkiego teoretyka Przestarzałości człowieka, któremu moja własna refleksja jest bardzo wdzięczna:

„Można by nawet powiedzieć, że jedną z tragedii naszych czasów jest rosnąca dyskwalifikacja przestrzeni ludzkiej. Naturalne środowisko jest coraz bardziej zacierane, przekreślane przez osadnictwo nowego środowiska techniki. Struktury przestrzenne stają się coraz bardziej jednorodne, różnice między miejscami zacierają się przez rosnącą monotonię i jednolitość sposobów życia. Wszystkie miasta wydają się wyglądać podobnie, podobnie jak wszystkie domy, wszystkie mieszkania, wszystkie życia, a także wszystkie reżimy polityczne. Współczesne wyrywanie z korzeniami sprawia, że ​​ludzie stają się wymienni. Co więcej, wartość jednostek wydaje się spadać w tym samym czasie, co wartość miejsc, a współczesny człowiek zastanawia się z udręką, czy wkrótce nie będzie nic poza ludźmi wypieranymi w koncentracyjnym wszechświecie. lM

W Hong Kongu robotnicy z kontynentalnych Chin mieszkają w boksach, w których nie mogą stać, aby być blisko pracy, która przynosi im akurat tyle pieniędzy, aby zapłacić za klatkę. Wszędzie, pod presją przeludnienia i wzrostu demograficznego, takiego jak zysk, przestrzeń staje się coraz rzadsza i cenniejsza, i jest dzielona i dzielona ponownie, nie tylko przestrzennie, jako przestrzeń, i to w absurdalnym stopniu, ale także w czasie, jako czas: ludzie, którzy dzielą mieszkanie, dzielą jego powierzchnię i pokoje między siebie, ale mogą również dzielić czas przydzielony każdemu z nich: jeden współlokator może korzystać z pokoju lub łóżka od 20:00 do 8:00, powiedzmy, a drugi współlokator od 8:00 do 20:00. Jak wspomniano wcześniej, z powodu migrantów gromadzących się wszędzie, najpiękniejsze miasta na świecie zamieniają się w slumsy, dzielnice slumsów, nieużytki, zdewastowane [11] przez otępienie i hiperprzemoc. Oczywiście, nie chodzi o porównywanie hongkońskich skrzyń na ludzi z łóżkami w Auschwitz; chodzi tylko o stwierdzenie, że są one częścią tej samej historii: historii odczłowieczenia człowieka, sprowadzenia go do statusu lub braku statusu przedmiotu – złota, skóry zamiast okularów, niezróżnicowanej materii ludzkiej.

Miasta, wielkie stolice, metropolie takie jak Babilon, Rzym, Paryż czy Londyn były przez tysiąclecia domem wyrafinowania, delikatności manier, życia intelektualnego i kultury, do tego stopnia, że ​​słowo cywilizacja pochodzi od ich nazwy, tak jak sama rzecz od ich murów, ulic, placów, pałaców, rezydencji, kawiarni, teatrów, ogrodów i salonów; ale dziś wydaje się, że jest odwrotnie. Metropolie „wielokulturowe” wydają się być centrami, z których hiperprzemoc rozprzestrzenia się na cały świat; stają się bardzo brudne, podupadłe i niebezpieczne, a podróżnych i ich mieszkańców inspirują coraz mniej pożądania, z wyjątkiem tych, którzy praktykują wszelkie formy niewinności. Cywilizacja wydaje się wycofać w głąb ostatecznych lasów i do wnętrza ostatnich książek, a jeśli tak jest, powinna zmienić swoją nazwę — ruralisatiori? sylvanisation}

To, co czyni Replacism tak silnym, to jego sojusz z antyrasizmem — to znaczy z dobrem, z imperium Dobra. Doświadczenie nazizmu, które obserwował z bliska, a nawet od środka, jak właśnie przypomniał nam Ford (choć można by wymienić wiele innych nazwisk), nauczyło go, że ludobójstwo, a tym bardziej gatunkowobójstwo, aby było w pełni udane!, musi być dokonane nie w imię zła, ale w imię dobra, cnoty, ludzkiego braterstwa. Zbrodnia przeciwko ludzkości, która nie przyznaje Pokojowej Nagrody Nobla, nie została przeprowadzona zgodnie ze współczesnymi standardami.

High Finance była starszą panią o praktycznie nieograniczonych środkach, ale o podłej reputacji. Była w pełni świadoma, że ​​w społeczeństwie panmedialnym, w którym „wizerunek” danej osoby jest wszystkim, jest zobowiązana do próby zbudowania lepszego wizerunku dla siebie. Ktoś zapoznał ją z antyrasizmem, popularnym młodym mężczyzną o nienagannych (w tamtym czasie) referencjach, licznych relacjach, wysokich ambicjach i niewielkich pieniądzach. Wbrew temu, co można by pomyśleć, ci dwoje szybko odkryli, że mają wiele wspólnego, zwłaszcza nienawiść do segregacji, dyskryminacji, granic, pograniczy i tym podobnych, wszystkiego, co mogłoby prowadzić do rozróżnienia między ludźmi. Byli również bardzo komplementarni. Antyrasizm zapewnił parze dobre imię i absolutną ochronę przed wszelką krytyką: jak ktokolwiek mógłby krytykować cnotę, dobroć, hojność, równość, braterstwo między ludźmi ze wszystkich środowisk? Finanse zapewniły mu pieniądze, władzę i całkowitą kontrolę nad mediami – tym bardziej, że dzięki temu nieoczekiwanemu połączeniu pieniądze i władza miały po swojej stronie cnotę, która pewnego dnia mogła się przydać, co się zresztą zdarzyło, by złagodzić obawy kilku idealistycznych lub wyjątkowo naiwnych dziennikarzy.

Moim zdaniem to wyjątkowe połączenie pieniędzy i cnoty (lub jej wizerunku), władzy i prawości, tradycyjnych interesów biznesowych prawicy i nie mniej tradycyjnych ideałów moralnych lewicy sprawia, że

Replacism jest tak groźnym wrogiem, tak groźnym, że często zastanawiamy się, czy jest sens próbować z nim walczyć, tak silnym, jak się wydaje — jakby bezwzględna władza w górnym dystrykcie Metropolis miała, co gorsza, zdolność do projekcji światu łagodnego obrazu miękkiego porządku społecznego, jaki można znaleźć na alpejskich pastwiskach w The Sound of Music. Nazwa, którą mu nadałem, Replacism, Global Replacism, jest mojego autorstwa i stanowi ważną różnicę w stosunku do poprzednich politycznych totalitaryzmów, komunizmu, nazizmu, faszyzmu, które wybrały własne określenie. Niemniej jednak Replacism wydaje mi się trafnym opisem i dobrze nadaje się do pokazania, dlaczego i w jaki sposób ta ideologia, poświęcona promowaniu zastępowalności wszystkiego, w tym człowieka, jest rzeczywiście totalitaryzmem, którego jedynym rywalem jako takim, o panowanie nad światem dzisiaj, jest islam.

Proponowanie nazwy i opisu dla społeczeństwa, które nie zostało inaczej określone, bardzo naraziło mnie na oskarżenie o promowanie teorii spiskowej. Teoria teorii spiskowej jest jednym z najskuteczniejszych, najbardziej chwytliwych i błyskotliwych wynalazków władzy ideologicznej i jej kliki wykonawczej, mediów, mającym na celu zniechęcenie do jakiejkolwiek refleksji nad jej własnymi działaniami, naturą jej władzy i zbrodniami, które mogła popełnić. Teoria i oskarżenie, którego jest nazwą, łączą wszystkie teorie spiskowe w jedną, której modelem są najbardziej ekscentryczne poglądy na temat ataków z 11 września na wieże World Trade Center i Pentagon. Ale tak jak bycie paranoikiem nie oznacza, że ​​nie masz wroga, jak głosi nadużywane, ale prawdziwe powiedzenie, oskarżanie każdego, kogo poglądy różnią się od twoich, o bycie adeptem jakiejś teorii spiskowej nie oznacza, że ​​nie ma spisku i spisku.

Osobiście nigdy nie wyobrażałem sobie, że grupa ludzi ze złymi intencjami zebrałaby się pewnego dnia w jakimś dużym luksusowym pokoju dyrektorskim i postanowiła zmienić populację Europy na tańszą, która będzie rosła szybciej. Uważam, że to jest bardziej złe. Niektórzy oskarżają Żydów, inni Unię Europejską, niektórzy uważają, że Wall Street lub MFW ponoszą całkowitą odpowiedzialność. W każdym z tych założeń może być ziarno prawdy, ale wolałbym pomyśleć o jakichś ogromnych, dziwacznych i złożonych procesach, tak zawiłych, że nikt nie jest w stanie doskonale zrozumieć, jak one działają i dlaczego, i nikt nie jest w stanie ich opanować i zatrzymać, gdy już się rozpoczną. Są już bardzo rozpoczęte. To my musimy rozbić maszyny, które produkują ludzi tak, jak inni produkują ciasteczka, Nutellę czy surimi. Problem, jak to widzę, nie polega tyle na zastępowaniu ludzi robotami, co na zastępowaniu robotów ludźmi, oszołomionymi maszynami z ciała, pokrytymi dyplomami, niezwykle agresywnymi wobec siebie, ale zasadniczo posłusznymi ogólnemu planowi.

Zaskakujące byłoby, gdyby Żydzi byli głównymi odpowiedzialnymi za zjawisko, Wielką Wymianę, której są pierwszymi ofiarami. Zmiana populacji w Europie przyniosła ogólne i rosnące poczucie niepewności, które sprawia, że ​​codzienne życie jest bardzo trudne, jeśli nie wręcz niemożliwe, dla wielu Żydów, którzy są niemal stale narażeni na bardzo silną muzułmańską agresję, nowoczesny anty-syjonizm kwitnie zarówno jako forma irytacji, jak i jako wymówka, bardziej przyzwoita przykrywka dla bardzo klasycznego arabskiego i muzułmańskiego antysemityzmu. Jeśli chodzi o klasyczny zachodni europejski antysemityzm, jest on jak opuszczony sklep w podupadłym historycznym centrum, teraz całkowicie wyparty z biznesu i mody przez ogromne centra handlowe, na przedmieściach, złowieszczo faworyzowane przez władzę zastępczą lub „antyrasistowską”. Wiele społeczności żydowskich w Europie, które przetrwały Holokaust, nie przetrwało Wielkiej Wymiany. Tysiące francuskich Żydów opuszcza kraj każdego roku, decydując się na alyah, ponieważ czują, że nie mają wyboru. To, oprócz osobistych odczuć, jest jednym z powodów, dla których byłem głęboko zszokowany, gdy dowiedziałem się, że podczas niesławnej antyrepublikatywnej demonstracji w Charlottesville w 2017 roku, obok ludzi, którzy krzyczeli Nie zastąpicie nas/, co oczywiście całkowicie i entuzjastycznie popieram, jako samo wołanie przeciwko posthumanizmowi, niektórzy, mniejszość i mam nadzieję, że bardzo mała — jestem bardzo przyzwyczajony do sposobu działania prasy głównego nurtu i wiem, że lubią wspominać jako centralne, w działaniach swoich adwersarzy, to, co było w rzeczywistości całkowicie marginalne — krzyczeli/ Nie zastąpicie nas! To nie Żydzi was zastępują. Taylor nie był Żydem. Ford nie był Żydem i rzeczywiście, jak widzieliśmy, był bardzo antysemicki. Soros jest, co prawda, Żydem i odgrywa istotną rolę w Global Replacism, tak jak na mniejszą skalę i przy znacznie bardziej ograniczonych środkach, wielu żydowskich intelektualistów, dziennikarzy, felietonistów lub pisarzy, gorących promotorów w czasach masowej imigracji lub masowej migracji. Ale to zauważalnie się zmieniło, na szczęście (z mojego punktu widzenia); a proporcje Żydów remplacystów i Żydów antyremplacystów są teraz niemal odwrócone. W każdym razie Żydzi są bardzo podzieleni w tej kwestii, co nie odróżnia ich od żadnej innej społeczności.

Do tego należy dodać, że Izrael należący do narodu żydowskiego, z Jerozolimą jako stolicą, jest modelem i zasadniczym punktem odniesienia, przynajmniej w kulturze i cywilizacji Zachodu, do wszelkiego poczucia przynależności. Gdyby te trzy nie należały do ​​siebie, byłby to koniec wszelkiej przynależności. To konkretne powiązanie jest tak istotne, że jest, by tak rzec, złotym standardem wymiany wszystkich innych powiązań. Gdyby Jerozolima nie była żydowska, nie byłoby powodu, aby Paryż lub Saint-Denis były na zawsze francuskie; aby Londyn lub Winchester były angielskie, a Waszyngton lub Concord były amerykańskie — przynajmniej nie w świecie kratylijskim [12] , to jest, według mojego sposobu myślenia, w świecie sztuki, literatury, języka, pamięci, kultury, sensu, porządku, niewinności i cywilizacji.

Jeśli chodzi o Unię Europejską, to oczywiście w dużej mierze odpowiada ona za katastrofalny stan kontynentu, najeżdżanego i okupowanego przez obce mu narody, które zamieniają jego terytorium w slumsy. Zdradziła ona rzeczywiście wiele. Pytanie brzmi, czy zdradziła i nadal zdradza ze względu na samą swoją strukturę, a zatem czy zrobiłaby to samo z innymi ludźmi, którzy nią rządzili, czy też zdrada jest po prostu naturalnym rezultatem pewnego rodzaju rządu i pewnego rodzaju ludzi, którzy nią rządzili. W końcu wiele osób ma tendencję do myślenia, że ​​ich własny rząd narodowy, zwłaszcza we Francji, zdradził ich lub sprzedał równie bezczelnie: chcieliby go zmienić na inny, bardziej chroniący to, kim są i co kraj

jest, ale nie chcą, tylko z tego powodu, stłumić Francji ani jej organizacji politycznej. Dlaczego ktoś miałby chcieć stłumić Unię Europejską lub przynajmniej sprawić, by jego kraj ją opuścił, tylko dlatego, że nie podoba mu się jej polityka? Trzeba być bardziej ambitnym, chcieć przejąć władzę w jej wnętrzu i radykalnie zmienić jej sposoby i tryby zarządzania rzeczami. Europę, należy przejąć

go, a nie opuszczać go. Należy wypędzić z niego Afrykę, a nie z niego wychodzić. Osobiście byłem bardzo zasmucony Brexitem, ponieważ uważam, że Europa bez Wielkiej Brytanii, która jest głównym i niezbędnym składnikiem jej cywilizacji, w ogóle nie jest Europą. Napadnięty kontynent, narody, które są jego częścią, powinny trzymać się razem i stawiać opór, a nie próbować znaleźć zbawienie jeden po drugim, w rozproszeniu i izolacji. Właśnie gdy piszę tę krótką książkę, Włochy odmawiają przyjęcia większej liczby tak zwanych „migrantów”, co całkowicie popieram, ale walczą z innymi krajami europejskimi o ich sprawiedliwy podział. Nie ma czegoś takiego jak „sprawiedliwy podział” ich. Jeśli najeźdźcy odnoszą się do tego, kim naprawdę są, a tak właśnie jest, nie powinni być rozdzielani między kraje europejskie, ale odesłani tam, gdzie ich miejsce. To pokazuje, że problem, będący kwestią życia i śmierci dla kontynentu i jego cywilizacji, nie może i nie zostanie rozwiązany w jednym kraju lub pojedynczo. Jest to kwestia cywilizacji na skalę kontynentalną. Tak zwani „suwereniści” tracą mnóstwo czasu i energii, nie wspominając o wyborach, koncentrując swoje ataki na Brukseli i zaniedbując inwazję. Są jak bojownicy ruchu oporu podczas pierwszej okupacji Francji, którzy byliby tak zajęci walką z Vichy, że całkowicie zapomnieliby o Niemcach.

Oczywiście, Vichy nie powinno zostać zapomniane, wcale nie o to mi chodzi — i Bruksela również nie powinna. W rzeczywistości Bruksela jest nowym Vichy, Vichy Europy, Vichy Drugiej Okupacji: jej nazwa jest tak silnie kojarzona ze zdradą, kolaboracją, replazizmem, że uważam, że miasto powinno zostać zastąpione jako stolica, po wyzwoleniu terytorium i remigracji. Osobiście jestem zwolennikiem Europy Narodów, Konfederacji, z wyraźnym podziałem atrybucji między państwami narodowymi a władzą konfederacyjną, ze stolicą w Wiedniu i wybranym prezydentem w Schönbrunn. Wiedeń jest miastem imperialnym, od dawna pozbawionym Imperium, i jest idealnie położony w centrum kontynentu, dokładnie na skrzyżowaniu Europy Północnej, Południowej, Wschodniej i Zachodniej. Byłby wspaniałym symbolem woli tej części świata, by ponownie wziąć udział w historii.

Kiedy zaczęło go opuszczać? ​​Po koszmarach II wojny światowej — słynnego „Nigdy więcej, znowu”. Podczas gdy główne państwa na kontynencie, zwycięzcy, pokonani lub pośrednicy (większość była pośrednikami), powoli traciły status mocarstw drugiej kategorii, sama Europa, która mogła być potęgą główną, decydowała się przeciwko temu i wolała, haniebna i wyczerpana, być duchem, żywą nieistotą, bezpieczną w podstępnej, pretensjonalnej myśli, że nie będzie historii, dopóki nie będzie brać w niej udziału [ 13] . Wschodnia Europa była okupowana przez Sowietów. Przyznaję, że jestem w szoku, gdy tak wielki pisarz jak Pascal Quignard mówi w imieniu Francji i Europy Zachodniej w ogóle o L'Occupation americaine, amerykańskiej okupacji. To jest niesprawiedliwe wobec naszych wyzwolicieli. Ale prawdą jest, że zostaliśmy skolonizowani kulturowo i że amerykanizacja życia była ważną częścią tworzenia La Dictature de la petite bourgeoisie – Stany Zjednoczone, będąc przynajmniej na początku swojego istnienia bez historii i dziedzictwa kulturowego, były od samego początku drobnomieszczańskim, wysoce egalitarnym społeczeństwem; i większość (choć oczywiście nie wszyscy: Dickinson, Whitman, James, Ives, Faulkner,

Twombly...) jego (ogromnego) wkładu w kulturę europejską mieści się w rozdziale kultury popularnej, show-biznesu lub rozrywki. Wkład ten był tak rozległy, że ktoś kiedyś żartem powiedział, że kiedy my, Europejczycy, zaczęliśmy być poddawani kolejnej, bardziej brutalnej i bardziej bezpośredniej kolonizacji, zostaliśmy poddani islamizacji naszej amerykanizacji. Było w tym wiele prawdy. Bylibyśmy o wiele mniej podatni na islamizację i afrykanizację, gdybyśmy byli mniej amerykanizowani (i drobnomieszczańscy, ale to jest częściowo to samo).

Amerykańska kolonizacja Europy, choć znacznie mniej dotkliwa niż afrykańska, ponieważ nie jest demograficzna, nie jest tylko kulturowa: jest również militarna — ale za to Stany Zjednoczone są znacznie mniej odpowiedzialne niż sama Europa, która z chciwości, tchórzostwa, lenistwa i tej woli ucieczki od historii, o której właśnie wspomniałem, pozostawiła swojemu amerykańskiemu sojusznikowi i protektorowi troskę o własną obronę, rezygnując w tym procesie ze statusu i godności w pełni niepodległego kontynentu lub wolnej unii narodów. Nie jestem zbyt zagorzałym zwolennikiem Trumpa, ale jest kilka punktów, w których całkowicie zgadzam się z Donaldem Trumpem, a jednym z najwyraźniejszych jest to, że Stany Zjednoczone nie muszą być wiecznie odpowiedzialne za bezpieczeństwo Europy, której różne państwa powinny jak najszybciej wystawić nową, konkurencyjną armię.

Stany Zjednoczone, zwłaszcza pod rządami Baracka Obamy, okazały się bardzo przychylne zmianom ludzi i cywilizacji w Europie i niemal niecierpliwie czekały na to, aż staną się nieodwracalne. We Francji ambasada amerykańska jest w bliskim kontakcie z tak zwanymi „kwartiers populates” i ustanowiła system grantów i stypendiów, których laureaci byli niemal wyłącznie pochodzenia afrykańskiego, co pokazuje, kogo Stany Zjednoczone uważają za najbardziej prawdopodobnych przywódców Francji jutra. Ale wraz z Donaldem Trumpem Ameryka zaczęła zdawać sobie sprawę, że sama jest tak samo zagrożona przez przerażającą Wielką Remplacement jak Europa. Stąd okrzyki „Nie zastąpicie nas” w Charlottesville i gdzie indziej. Prawdą jest, że Europa i Atlantyk są zastępowane w sercach, oczach i interesach Amerykanów przez Azję i Ocean Spokojny, a to w dużej mierze jest wynikiem przesunięcia populacji na samym terytorium amerykańskim. Dla coraz większej liczby Amerykanów Europa nie jest już Starym Krajem, ziemią przodków. Zastępców można zastąpić, faktycznie są zastępowani, a jeśli nie są, to wkrótce zostaną. Jeśli chodzi o zastępowanie, Ameryka jest co najmniej tak ofiarą, jak i winowajcą.

Inni wspominają ONZ i MFW, a to są z pewnością organizacje remplacistowskie, całkiem otwarcie w przypadku ONZ, które obecnie używają słowa „zastępstwo”, z korzystnymi konotacjami, i regularnie zwracają uwagę na konieczność zastąpienia starzejącej się i malejącej populacji. Postawa tych instytucji w tej sprawie może wydawać się dziwna, ponieważ zdecydowana większość ich krajów członkowskich nie jest wcale remplacistowska i uznałaby za potworne zastąpienie własnej populacji. Ale wcale nie uważają za potworne, wręcz przeciwnie, zastąpienie własnej populacji innych krajów, co dla nich sprowadza się do osiągnięcia podboju lub kolonizacji: jawny podbój Niemiec przez Turcję, błyskotliwe samonarzucenie się Belgii przez Maroko, szaleńcza kolonizacja Francji przez Algierię itd. A kraje w ten sposób podbite i skolonizowane, mianowicie głównie kraje europejskie, a także kraje Ameryki Północnej, szczególnie Kanada, nie widzą nic przeciwko temu, ponieważ są żarliwie replacistowskie. To rzeczywiście godna podziwu kombinacja: kraje antyreprodukcyjne i repozycyjne są zgodne co do promowania Wielkiej Wymiany i wszyscy są z tego zadowoleni, z wyjątkiem być może zastąpionej populacji, która powinna brzydzić się tym procesem, gdyż dla niej oznacza on niewolę i ludobójstwo przez zastępowanie; ale która tego nie robi, ponieważ przez lata była poddawana ciągłej propagandzie i kontroli umysłu za pośrednictwem szkół i mediów.

Zdecydowana większość obywateli nawet nie wie, że to się dzieje, mimo że dzieje się to w sposób doskonale widoczny tuż pod ich nosem i na ich oczach. A nawet gdy zaczynają coś podejrzewać, to oni sami podejrzewają się jako pierwsi, na wypadek gdyby mogli zostać nazwani rasistami, lub co gorsza, sami nim być. Wolą pozostać ślepi, niż stawić czoła tak strasznemu ryzyku, które zniszczyłoby całe ich istnienie i ich relacje z ich duszą, nie wspominając o ich relacjach z otoczeniem, żoną, mężem, kochankiem, pracodawcą, pracownikami, sąsiadami. Fałsz jest silniejszy od faktów. Ale na dłuższą metę Fałsz niekoniecznie jest silniejszy od prawdy.

W tym krótkim eseju wymieniłem trzy modele, które moim zdaniem powinny nas inspirować w walce z afrykańską inwazją, okupacją islamską, zmianą ludów i cywilizacji, ludobójstwem przez substytucję, krótko mówiąc, z Wielką Wymianą i z Globalnym Wymianą, która jest jej matrycą: walka o niepodległość uciskanych narodów, głównie w XIX wieku , w imię prawa narodów do samostanowienia; opór wobec okupacji niemieckiej i nazistowskiej w czasie II wojny światowej,

II wojna; antykolonialna walka skolonizowanych ludów i krajów, głównie w XX wieku . Istnieje czwarty model, który daje najwięcej nadziei, nie tylko dlatego, że był skuteczny, jak pozostałe trzy w większości przypadków (choć nie dla Tybetańczyków, Kurdów czy Berberów...), ale dlatego, że sytuacja, do której się odnosi, jest pod wieloma względami najbardziej podobna do tej, której doświadczamy. Mam na myśli dysydencję i dysydentów w ich walce ze Związkiem Radzieckim i innymi totalitarnymi krajami komunistycznymi, takimi jak Czechosłowacja, Węgry czy Polska. Dysydenci stawali w obliczu potężnego wroga i mieli tylko jedną broń, oprócz odwagi, inteligencji i determinacji: prawdę. Ale ta prosta i prymitywna broń okazała się wszechmocna, ponieważ stanęli w obliczu samego fałszu, świata, w którym wszystko było fałszem: kłamstwa scementowane przez fałsz. Taki świat może stawiać opór przez długi czas. Ale każda prawda wstrząsa nim niewidocznie, a jedna ostateczna prawda sprawia, że ​​rozpada się on naraz, jak trąby rozbrzmiewające w Jerychu siódmego dnia. Praktycznie nic nie zostało ze Związku Radzieckiego, ale jednym z niewielu żywych dziedzictw jest kommunalka, niesławne wspólne mieszkanie w Moskwie, Leningradzie i innych miastach, z jedną kuchnią dla kilku rodzin, jedną wspólną łazienką i regularnymi awanturami na korytarzu: tylko kommunalka wyemigrowała na Zachód, gdzie każdy kraj jest dużą kommunalką, z tą różnicą, że to nie osoby czy rodziny, ale narody zostały zmuszone do wspólnego życia i dzielenia wspólnej przestrzeni.

Muszę przyznać, że jest jeden punkt, który pogarsza naszą sytuację od sytuacji dysydentów antyradzieckich, mianowicie to, że nasz obecny fałsz, czy też podróbka, jest o wiele silniejszy, bardziej wyrafinowany, nowocześniejszy i bardziej lubiany niż ogólne złudzenie okresu sowieckiego. Jak powiedział nasz członek Narodowej Rady Europejskiego Oporu, Vaclav Klaus, ekonomista i były prezydent Republiki Czeskiej, „w ostatnich latach rządów komunistycznych więcej ludzi wierzyło w komunizm na jakimkolwiek amerykańskim kampusie niż w całej Czechosłowacji”. Ponieważ nie mieli wyboru, ludzie w świecie komunistycznym żyli i zachowywali się tak, jakby zasady komunistyczne były jakimś odwiecznym prawem wszechświata, ale praktycznie nikt tak naprawdę nie wierzył, że są prawdziwe, ani nikt nie uważał, że są sprawiedliwe.

Niestety, jesteśmy w zupełnie innej sytuacji. Znaczna liczba ludzi w Europie i Ameryce Północnej wierzy, że Wielka Wymiana nie ma miejsca, że ​​nie ma kolonizacji, podbojów zagranicznych, zmian populacji; a wielu innych, lub tych samych, wierzy, że gdyby takie rzeczy faktycznie miały miejsce, nie byłoby to żadnym problemem, że byłoby to nawet dobre, zarówno z ekonomicznego, jak i moralnego punktu widzenia. Liczba osób z takim przekonaniem wydaje się powoli zmniejszać, ponieważ są świadkami niepokojącej rzeczywistości zjawiska lub bezpośrednio doświadczają horroru vivre ensemble; ale liczba ta pozostaje zadziwiająco wysoka, szczególnie w jej przekładzie wyborczym, który pozostawał uparcie korzystny, wybory po wyborach, jak dotąd, przynajmniej we Francji i w innych głównych krajach europejskich, albo dla samych partii politycznych opowiadających się za masową migracją, albo dla partii, o których powszechnie wiadomo, niezależnie od ich oficjalnej platformy, że nic przeciwko temu nie zrobią. Jak ludzie mogą akceptować, z entuzjazmem lub niechęcią, to, co dla ich przodków było najgorszym możliwym koszmarem: nie mieć już kraju, który mogliby nazwać swoim, być zmuszonym do dzielenia się nim z innymi narodami, które nie są szczególnie przyjazne i z którymi łatwo się żyje, powoli lub nie tak powoli zastępowanymi przez najeźdźców innych ras, innych kontynentów, innych kultur, innych religii lub poglądów religijnych, innych cywilizacji i o zupełnie innych obyczajach?

W tym roku obchodzimy we Francji, w Zjednoczonym Królestwie, w Belgii setną rocznicę Zwycięstwa z 1918 roku, którego nie ośmielamy się już nazywać Zwycięstwem. Co pomyśleliby żołnierze I wojny światowej, po ich straszliwych poświęceniach, w istocie oddając młodość, zdrowie, wygodę, a często i życie, gdyby mogli zobaczyć, czym Francja, Belgia czy Wielka Brytania stały się dzisiaj, krajami, które są brutalne, brudne, rozpadające się, terytoriami trzeciego świata z populacją trzeciego świata, polami bitew dla bardzo nieśmiałych obcych ludów? Czy uważaliby to za godne ich wysiłków?

Akceptacja nieakceptowalnego jest całkowitą tajemnicą, chyba że uświadomimy sobie, że postęp technologiczny uczynił przemysł iluzji i produkcję oszołomienia nieskończenie bardziej wydajnymi niż kiedyś, nawet w stosunkowo niedawnym okresie radzieckiej dyktatury. Kontrola umysłu poprawiła się w niewyobrażalnych proporcjach. Informacje są wszędzie; przenikają do naszej najwyższej intymności; nawet sami je produkujemy, dla siebie nawzajem, a w dyktaturze drobnej burżuazji, jak widzieliśmy wcześniej, każdy jest dyktatorem wszystkich innych. A informacja w każdej chwili jest wyborem, jeśli nie wynalazkiem, w każdym razie wpływem, propagandą. To, co się dzieje lub nie dzieje, jest dla mediów kreacją każdej chwili. Demonstracja dwunastu osób może być wiadomością, jeśli interesy represyjne tego wymagają, demonstracja dwunastu tysięcy może równie dobrze nie mieć żadnego istnienia, nawet jeśli ma miejsce, jeśli nie zgadza się na zmianę ludzi lub może być podatna na ten proces. To samo dotyczy jednostek: pozytywne odniesienia do substytucji etnicznej i „różnorodności” wystarczą, aby zrobić karierę, czy to w sztuce, biznesie czy administracji, podczas gdy każda wzmianka o tym, o czym nie wolno wspominać, mianowicie o Wielkiej Wymianie, strąci ich w nicość i niewidzialność. Jak powiedział Tocqueville, który najwyraźniej przewidział tyranię dokładnie podobną do naszej:

« Pozostaniesz wśród ludzi, ale utracisz swoje prawa do człowieczeństwa. Gdy zbliżysz się do swoich bliźnich, odlecą jak od nieczystej istoty; a ci, którzy uwierzą w twoją niewinność, nawet oni cię opuszczą, ponieważ zostaliby opuszczeni, gdyby nie uwierzyli. Idź w pokoju: życie nie zostanie ci zabrane, ale będzie gorsze niż śmierć » [14] .

Oficjalne sympatie polityczne mediów, które są głównym narzędziem represji ideologicznych – dziennikarze grający wszystkie role naraz, informator, policjant, komisarz, prokurator, sędzia, kat – Policji Myśli, nie mają żadnego znaczenia: wszystkie należą do hiperbogatych, a to, czego hiperbogaci chcą i potrzebują, aby pozostać tym, kim są, to nieprzerwana masowa produkcja fabryk, które produkują niezróżnicowaną materię ludzką (UHM). Nic innego nie ma dla nich znaczenia.

Mimo wszystko. Sama perfekcja maszyn, które produkują Fakeal, takich jak te, które produkują filmową imitację życia na wyspie w Wynalazku Morela Bioy Casaresa, może być ich słabością, ich piętą achillesową. Bernanos już zauważył i wskazał, jak skrajna techniczność współczesnego świata, w którym człowiek jest stopniowo zastępowany przez maszyny, czyni go o wiele bardziej kruchym, o wiele łatwiej narażonym na niebezpieczeństwo przez najmniejszy incydent. Wszyscy mamy na myśli niedawne przykłady, w których drobna usterka spowodowała całkowity chaos trwający dni lub tygodnie, na przykład w transporcie kolejowym lub lotniczym, w szpitalach lub w systemie bankowym. Usterka, którą sugeruję, promuję i polecam, wcale nie jest drobna. Prawda ma piorunujący wpływ, zwłaszcza na organizm, który codziennie i od lat jest konfrontowany, tak jak ideał wspólnego życia, z miażdżącymi i często krwawymi zaprzeczeniami jego najdroższych przekonań. Kiedy dziecko w swojej niewinności mówi, że cesarz jest nagi, w Nowych szatach cesarza Andersena, wszyscy, po chwili osłupienia, przyznają, że widzą to, co wszyscy widzą, ale zaprzeczają temu od miesięcy lub lat: mianowicie, że władca jest nagi. Zmiana opinii w takim przypadku może być bardzo szybka. Te same entuzjastyczne tłumy, które oklaskiwały generała de Gaulle'a po jego przybyciu do Paryża z alianckimi siłami wyzwoleńczymi pod koniec sierpnia 1944 r., były równie zachwycone kilka tygodni wcześniej, kiedy osiemdziesięcioośmioletni marszałek Pétain złożył im krótką wizytę z Vichy.

Prawdą jest, że pomiędzy życiem a byciem razem, z siłami okupacyjnymi, trzeba dokonać wyboru; i że nie ma innego rozwiązania, jeśli ma być zachowana zmiana na rzecz pokoju, że wrócą tam, skąd przyszli. Przyznać jako ustalony fakt, że Wielka Wymiana, etniczna substytucja, zmiana ludzi i cywilizacji, jest zdecydowanie największym i najpilniejszym problemem, z jakim muszą zmierzyć się kraje zachodnie, w porównaniu z którym wszystkie inne, jakkolwiek poważne by nie były, są mało istotne; i że nie może być innego sposobu rozwiązania tego problemu niż remigracja: to są dwa punkty, i tylko dwa punkty, na które trzeba się zgodzić, aby zostać członkiem Narodowej Rady Europejskiego Oporu. Sama rada, której jestem przewodniczącym, jest dla liderów partii, prezesów stowarzyszeń i ruchów, liderów opinii, twórców opinii lub niezależnych aktywistów. Grupa wsparcia nazywa się „Partizanci CNRE” i jest otwarta dla wszystkich patriotów, przeciwników Globalnej Restytucji, przeciwników kolonizacji, bojowników ruchu oporu, dysydentów. Gdyby ludzie, a w szczególności czytelnicy tej książki, byli gotowi wesprzeć ją, zarówno finansowo, jak i fizycznie, gdy zajdzie taka potrzeba, mogłaby się stać punktem zbornym wszystkich patriotów w Europie, Ameryce Północnej i gdzie indziej – i odwrócić bieg historii.


Słowniczek

Davocracy (Davocratie). Davos to kurort narciarski w Szwajcarii, gdzie wielcy finansiści świata, bankierzy, prezesi międzynarodowych firm, dyrektorzy instytucji finansowych, zwykli miliarderzy, zbierają się raz w roku, aby debatować nad sprawami świata i swoimi własnymi. Davocracy to ich sposób zarządzania „parkiem ludzkim” (Sloterdijk), rządem przez i za pośrednictwem Davos Club.

Bezpośrednia Davokracja (Davocratie directe). Bezpośrednia Davokracja to zarządzanie parkiem ludzkim bez pośredników, szczególnie poprzez neutralizację władzy politycznej.


warstw społecznych i personelu politycznego. Makronizm jest zdecydowanie najlepszym przykładem, uosobieniem Direct Da-vocracy.

Fałszywy (Faussel). Odwrócona rzeczywistość prawdziwa, fałszywa lub fakee (możliwe alternatywy: falseal lub fakkreal). Medialna inwencja świata sfałszowanego osiągnięta poprzez tłumienie i tworzenie z prawdziwego. Działanie tak, jakby Wielka Wymiana nie miała miejsca, udawanie, że tak nie jest, jest istotą fałszu.

Global Replacism (Remplacisme global). Cały zbiór środków, mechanizmów, ideałów i interesów, które promują i narzucają substytucję wszystkiego wszędzie dla dobra ogólnej zamienności i zysku. Równość i antyrasizm są najlepszymi sojusznikami Global Replacism.

Wielka Wymiana (Grand Remplacement). Zmiana ludzi i cywilizacji poprzez masową migrację.

Przemysły hebetudy (Industries de I'he-betude). Wszystkie instytucje, które zgadzają się na trwałe stworzenie Fałszywego i powszechnego przyjęcia Wielkiej Zastępczej

i globalnego replacyzmu. Przemysły hebetudy obejmują trzy główne gałęzie: system edukacyjny, który zapewnia nauczanie zapomnienia; kompleks masowej imbecylacji (media, telewizja, show-biznes, muzyka); i narkotyki. Nauczanie zapomnienia i masowej imbecylacji jest nadal prowadzone głównie przez replacystów, podczas gdy handel narkotykami i podgałęzie detaliczne są już kontrolowane przez samych zastępców (zapewniając tym samym sprawiedliwy wkład do ogólnego funduszu na podbój i zastępowanie).

In-nocence (In-nocence) to sposób zapisu słowa innocence, aby podkreślić fakt, że jest to negatywny odpowiednik lub usunięcie nocence i że nocence pojawia się jako pierwsza w sekwencji. Niewinność to to, co zwykle tracimy poprzez doświadczenie; in-nocence to to, co czasami zyskujemy dzięki doświadczeniu. Niewinność to żal, in-nocence to aspiracja, ideał.

Little Replacement (Petit Remplacement). Zmiana kultury i klasy społecznej, która jest dla niej punktem odniesienia. Zastąpienie „wysokiej” kultury kulturą popularną, show-biznesem, rozrywką, zarządzaniem i wypełnianiem wolnego czasu. Little Replacement nigdy nie jest tak jaskrawe, jak wtedy, gdy gwiazda popkultury odchodzi.

Nocence (Nocence). Nocence to to, czemu przeciwstawia się niewinność lub niewinność. Nocence to fakt wyrządzania szkody, wyrządzania krzywdy (od łacińskiego nocere), zarówno naturze, kulturze, ziemi, powietrzu, pięknu, dobrom, osobom. Rozciąga się od kładzenia stóp na siedzeniach podmiejskich pociągów do masowego terroryzmu. „Nocence, narzędzie Wielkiej Wymiany” (przemówienie wygłoszone przez autora w Paryżu w 2010 r., które kosztowało go wiele występów w sądach).

Replacees (Remplaces). Rdzenni mieszkańcy danego kraju, gdy ich terytorium jest najeżdżane, okupowane, kolonizowane, a oni są zastępowani przez replaceers w tym procesie.

Zastępcy (Remplafants). Migranci, imigranci, tzw. „uchodźcy”, najeźdźcy, kolonialni osadnicy, okupanci.

Replacyzm (Remplacisme. System ideologiczny i ekonomiczny zmierzający do narzucenia 1/ Wielkiej Wymiany, zmiany ludzi i cywilizacji (szczególnie we Francji i Europie) 2/ globalnego replacyzmu, uniwersalnego taylorystycznego paradygmatu substytucji.

Replacists (Remplacistes). Aktywni lub bierni agenci, promotorzy i orędownicy Wielkiej Wymiany i globalnego replacyzmu. Replacists zastępują owce wilkami — zostaną zjedzeni jako pierwsi.

Niezróżnicowana materia ludzka (UHM) (Matiere Humaine Indifferenciee (MHI)). Mężczyzna (i kobieta) traktowani przemysłowo przez globalny replacyzm, egalitaryzm, antyrasizm. Bez ras, bez płci, bez kultur, bez narodowości, bez pochodzenia, bez dyskryminacji i bez definiowania granic, krótko mówiąc, ogólny powrót do historii i ewolucji społeczeństwa ludzkiego do tego, co biolodzy nazywają „Pierwotną Zupą”.


 

 

 


 

 



Tego samego autora (po francusku)

Książki oznaczone gwiazdką są dostępne w różnych mediach poprzez stronę internetową autora: www.renaud-camus.net

Eklogi

  1. Przejście, Flammarion (1975)
  2. Echange (Denis Duparc), Flammarion (1976)
  • Przemierzać
  1. Travers (Renaud Camus i Tony Duparc), Hachette (1978)
  2. Ete (Travers FI) (Jean-Renaud Camus et Denis Duvert), Hachette (1982)
  3. L'amour I'Automne (Travers III) (JRG Le Camus et Antoine du Parc), POL (2007)
  4. Travers coda, Index & Divers (Travers IV) (J.-R.-G. du Parc et Denise Camus), POL (2012)

* Index des Eglogues et des Vaisseaux bruits, Chez l'auteur

(2012-...)

Elegie

  1. Elegie pour quelques-uns, OL (1988)
  2. L'Elegiede Chama/ieres, Sables (1989) i POL (1991)

*III. L'Elegie de Budapest w Le Voyage a les, ouvrage collectif, Balland et La Maison des ecrivains (1990), Chez l'auteur (2018)

  1. Le Borddes Larmes, OL (1990)
  2. Jezioro Caresse, OL (1991)
  3. Życie psa Horla, OL (2003)

Mowy

Eloge du paraitre, Sables (1995) i Eloge du paraitre, POL (2000, 2016)

Syntaxe ou /'autre dans la langue, suivi de Eloge de la honte et de Voix Basse ou I'autre dans la voix, POL (2004)

Kroniki

Tricks, Mazarine (1978), Persona (1982) i POL (1988) Journal d'un voyage en France, Hachette/POL (1981) Incomparable (przez Farid Tali), POL (1999)

  • Journal de I'affaire Camus suivi de quelques textes rebutes, Impressions Nouvelles (2000) i Chez l'auteur (2012)
  • Journal d'un autre (Duane McArus), Chez l'auteur (2012)

Dziennik

Journal de Travers (1976-1977), podwójne tomy, Fayard (2007)

  • Dziennik Romain (1985-1986), OL (1987); wydanie nowe, Chez l'auteur (2017)

Vigi/es. Dziennik 1987, POL (1989)

Aguets. Dziennik 1988, POL (1990)

Fendre /'powietrze. Dziennik 1989, POL (1991)

L'Esprit des terrasses. Dziennik 1990, POL (1994)

La Guerre de Transy/vanie. Dziennik 1991, POL (1996)

Le Chateau de Seix. Dziennik 1992, POL (1997)

Graal-Plieux. Dziennik 1993, POL (1998)

La Campagne de France. Journal 1994, Fayard (wydanie oryginalne: kwiecień 2000; wydanie revue avec « avant-propos de l'editeur assorti de quelques materiaux et reflexions pour une etude społeczno-mcdiologique de „I'affaire Camus” »: czerwiec 2000)

La Salle des pierres. Dziennik 1995, Fayard (2000)

Les Nuits de Tame. Dziennik 1996, Fayard (2001)

Derniersjours. Dziennik 1997, Fayard (2002)

Mag rogu au carre. Dziennik 1998, Fayard (2002)

Powrót do Canossy. Dziennik 1999, Fayard (2002)

K.310. Dziennik 2000, POL (2003)

Sommeil de personae. Dziennik 2001, Fayard (2004)

Outrepas. Dziennik 2002, Fayard (2005)

Rannoch Moora. Dziennik 2003, Fayard (2006)

Coree / „nieobecny” Dziennik 2004, Fayard (2007)

Le Royaume de Sobrarbe. Dziennik 2005, Fayard (2008) L'Iso/ation. Dziennik 2006, Fayard (2009)

Jedna szansa na napełnienie temps. Dziennik 2007, Fayard (2009)

Pod pseudonimem Vancouver. Dziennik 2008, Fayard (2010)

Krdkmo. Dziennik 2009, Fayard (2010)

Część ceny. Dziennik 2010, Fayard (2011)

absolutny wrzesień. Dziennik 2011, Fayard (2012)

Vue d'oeil. Dziennik 2012, Fayard (2013)

  • Dziennik 2013, Chez l'auteur (2014)
  • Dziennik 2014, Chez l'auteur (2015)
  • La Tour. Dziennik 2015, Chez l'auteur (2016)
  • Dziennik 2016, Chez l'auteur (2017)
  • Juste avant apr'es. Dziennik 2017, Chez l'auteur (2018)
  • L'Etai. Dziennik 2018, Chez l'auteur (2019)
  • Journal2019, publie en ligne au fur et a mesure de son ecriture

Powieści

Król rzymski, POL (1983)

Roman furieux (Roman roi II), POL (1987)

Voyageur en automne, POL (1992)

Le Chasseur de lumieres, POL (1993)

L'ilpuisant Desir de ces Chooses, POL (1995)

L\Inauguracja de la salle des Vents, Fayard (2003)

Polędwica, POL (2009)

Historie

El (dessins de Francois Matton), POL (1996) Repertuary

Itp. (abecadło), POL (1998)

Repertoire des delikatesy dufran;ai$ contemporain, POL (2000) i Seuil (2009)

  • Lettres odmawia, Chez l'autcur (2012-...)
  • Dictionnaire des delikatesy du franfais contemporain, ouvrage en cours don't une wersja ewolucyjna jest dostępna pod adresem renaud-camus. sieć/biblioteka/
  • Le mot „race”, opon a part de Particle race, tel qu'il figure dans le Dictionnaire des delikatesy du franfais contemporain, Chez l'auteur (2018)
  • Le mot „musique”, tyre a part de Particle race, tel qu'il figure dans le Dictionnaire des delikatesy dufranfais contemporain, Chez Pauteur (2018)

Antologie

  • Antologiegenerate, Chez Pauteur (2012-...)

Różnorodny

  • Park Buena Vista, Hachette (1980); Park Buena Vista. Fragments de Bathmologie quotidienne, drugie wydanie rozszerzone, Chez Pauteur (2014), Chez Pauteur (2019)

Notatki achriennes, POL (1982)

Chroniques achriennes, POL (1984)

Notes sur les manieres du temps, POL (1985)

Estetyka samotności, POL (1990)

Masz poczucie, POL (2002)

Topografia

Sept site Minurs pour des promenades d'arriere saison en Lomagne, Sables (1994) i Onze site mineurs pour des promenades d'arriere saison en Lomagne, POL (1997)

Departament Le Lozere, POL (1996)

Le Department du Gers, POL (1997)

Le Department de I'Herault, POL (1999)

Demeures de /'esprit. Grande-Bretagne I, Fayard (2008) Demeures de /'esprit. Francja I, Południowy Zachód, Fayard (2008)

Demeures de /'esprit. Grande-Bretagne II, Ecosse, Irlandia, Fayard (2009)

Demeures de /'esprit. Ramka II, Nord-Ouest, Fayard (2010) Demeures de /'esprit. Danemark, Norvege, Fayard (2010) Demeures de l 'esprit. Francja III, Nord-Est, Fayard (2010) Demeures de l 'esprit. Zamsz, Fayard (2011)

Demeures de l'esprit. Francja IV, Południowy Wschód, Fayard (2012) Demeures de l 'esprit. Włochy I, Nord, Fayard (2012)

Demeures de /'esprit. Francja V, Ile-de-France, Fayard (2014)

Co?

Quitn'ypas deprobleme de l'emploi, POL (1994)

Spalone naczynia

  • (małe ogłoszenie), POL (1997)
  • Brules Vaisseaux, Chez l'auteur (1997-...)
  • Ne lisez pas ce livre! ( Brules Vaisseaux 1),OL (2000)
  • Killalusimeno (Vaisseaux brules 2),OL (2001)
  • Est-ce que tu me souviens? (Brule Vaisseaux 2-2-37-1),OL

(2002)

Eseje o sztuce

Discours de F/aran, POL (1997)

Nightsound (sur Josef Albers) suivi de Sześć modlitw, POL (2000) Commandepublique, POL (2007)

Eseje polityczne

  • Le Communisme du XXI'siecle, poprzedzające La Deuxieme Carriere d'Adolf Hitler, suivi de Que va-t-ilsepasser? et de Fire que le mat, Xenia (2007); wydanie nowe sous le titre La Seconde Carriere d'Adolf Hitler, Chez l'auteur (2016)
  • La Grande Dekulturacja, Fayard (2008), Chez l'auteur (2018)
  • De I'ln-nocence. Abecedaire, wydania Davida Reinharca (2010); wydanie nouvelle sous le titre De I'ln-nocence, Chez l'auteur (2017)
  • Decywilizacja, Fayard (2011), Chez l'auteur (2018)
  • Le Grand Remplacement, wyd. David Reinharc (2011); Le Grand Remplacement suivi de Discours d'Orange, drugie wydanie augmentee, chez l'auteur (2012); Le Grand Remplacement, wydanie troisieme tres augmentee, Chez l'auteur (2015); Le Grand Remplacement”, wydanie quatrieme, augmentee, Wprowadzenie au remplacisme global, Chez l'auteur (2017)

' L'Homme remplafab/e, Chez l'auteur (2012)

  • Les Inheritiers, Chez l'auteur (2012-2013)
  • Le Changement depeup/e, Chez l'auteur (2013)

Francja: Naród samobójców, Mordicus (2014)

  • Dyskusje a la XVII' chambre, Chez l'auteur (2014); Discours de chambre, drugie wydanie rozszerzone, Chez l'auteur (2015); wydanie troisieme augmentee, Chez l'auteur (2019)
  • La Civilization desprenoms, Chez l'autcur (2018)
  • Drop (un conte retrouve Hansa Christiana Andersena), Chez l'auteur (2015)
  • Revoltez-vous!, Chez l'auteur (2015)
  • Le Petit Remplacement, Chez l'auteur (2018), wydania Pierre-Guillaume de Roux (2019)

Instrukcje

Komentarz Massacrer eficacement une maison de campagne en dixhuit lefons, Privat (2006)

Wywiady

L'Etrangerete (entretiens avec Emmanuel Carrere et Alain Finkielkraut), suivi de La Mort d'ai/leurs, ekstrakty tekstów inedits, Tricorne (2003)

La Dictature de la petite bourgeoisie (entretiens avec Marc du Saune), Privat (2005) ct Chez l'auteur (2016)

Teatr

Theatre ce soir, wydania Jean-Paula Bayola (2008)

Fotograficzny

  • Le Jour ni I'Heure, 2003-2008, 214 fotografii, przykłady numeruje, oznakuje i opiera się, Chez l'auteur (2009)
  • Le Jour ni I'Heure, 2003-2007, 76 fotografii, papier luxe, references numerates,signes et relies, Chez l'auteur (2009)
  • Le Jour ni I'Heure, 2008, 76 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates,signes et relics, Chez l'auteur (2009)
  • LeJour ni I'Heure, 2009, 75 fotografii, papier luxe, egzemplarze numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2010)
  • LeJour ni I'Heure, 2010, 76 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2011)
  • Le Jour ni I'Heure, 2011, 75 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2012)
  • Lejour ni I'Heure, 2012, 75 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2013)
  • LeJour ni I'Heure, 2013, 75 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2014)
  • LeJour ni I'Heure, 2014, 75 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2015)
  • Lejour ni I'Heure, 2015, 75 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2015)
  • LeJour ni I'Heure, 2016, 75 fotografii, papier luxe, exampleaires numerates, Signes et Relies, Chez l'auteur (2017)
  • Le Portrait de Mme L., 50 fotografii, wielki format, wydanie uwolnione, une photographie par double page, papier special —Chez l'auteur, 2017
  • En Lomagne, 75 fotografii, wielki format, wydanie relive, une photographie par double page, papier special —Chez l'auteur, 2017
  • Chateaux, 75 fotografii, wielki format, wydanie zwolnione, une photographie par double page, papier special —Chez l'auteur, 2017
  • Paysages preposthumes, 75 fotografii, wielki format, wydanie relive, une photographie par double page, papier special —Chez l'autcur, 2017
  • Chateau de Plieux, 75 fotografii, wielki format, wydanie zwolnione, une photographic par double page, papier special —Chez l'auteur, 2017
  • Plieux, 75 fotografii, wielki format, wydanie zwolnione, une photographic par double page, papier special —Chez l'auteur, 2017
  • Autoportrety, 75 fotografii, wielki format, wydanie zwolnione, une photographic par double page, papier special —Chez l'auteur, 2018
  • LeJour ni/'Heure, 2017, IS fotografie, papier luxe, exemplaires numerotes, Signes et Relies, Chez l'auteur (2019)

Tweety

  • Zespół entre vivre, ilfaut choisir, Tweety 2013-2016, Chez l'auteur (2016)
  • Tweety, 2013–2017, Chez l'auteur (2019)

Site Internet de Renaud Camus
wwvv.renaud-camus.net
czasopismo en ligne, livres et tekstes en ligne (dont
l'hypertexte Vaisseaux brules), chronologie
quotidienne Le Jour ni l'Heure (ilustracje
fotografii nombreuses), indeks ogólny,
biografia, bibliografia, librairie en ligne, galerie
de peinture, artykuły, wpisy, teksty krytyki,
dokumenty na zamek w Plieux, dokumenty
dotyczące „1'afFaire Camus” itp.

Galerie photographique de Renaud Camus
www.flickr.com/photos/renaud-camus

Societe des lecteurs de Renaud Camus
www.renaud-camus.org
forum, biografia, wyciągi, dokumenty,
fotografie itp.

Parti de l'ln-nocence
www.in-nocence.org

program, komunikaty, forum, dokumenty, itp.

Conseil National de la Resistance Europeenne

www.cnre.eu


       
 

 

 
   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Wyprodukowano w USA
Pieniądze. IL
22 lutego 2020 r.


 

 

 


22180705R00114

 

 

 



 

 
   

 


Napisana bezpośrednio po angielsku, You Will Not Replace Us! jest próbą podsumowania w krótkiej książce, dla anglojęzycznej i międzynarodowej publiczności, takich dzieł jak Le Grana Remplacement (Wielka wymiana), Le Petit Remplacement (Mała wymiana), Du sens (O znaczeniu), La Seconde Carriere d'Adolf Hitler (Druga kariera Adolfa Hitlera), itp. Jest to wprowadzenie do refleksji Renauda Camusa, francuskiego pisarza i dysydenta, który spopularyzował takie koncepcje jak wielka wymiana, nocence czy davocracy. Książka na ostatnich stronach oferuje krótki słownik tych i innych pojęć.

Renaud Camus jest przewodniczącym Krajowej Rady Europejskiego Ruchu Oporu (Conseil National de la Resistance Europeenne).


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


           
 

Couv.: Renaud Camus

Koperta 60x60 nr 75

{Le Clair de tune au Casse, 30.V1II.2015)

huile sur toile, zb. część.

www.renaud-camus.net

 
     

90000

 

 

 

 

 

 

 

[1] Cyt. za: Alain Peyrefitte, That was de Gaulle, t. 1, de Fallois/Fayard, 1994, s. 2. 52.

[2] „L'homme rempla^able” (Człowiek, którego można zastąpić) to tytuł konferencji zorganizowanej w Paryżu 8 marca 2012 r. dla France-Israel. Znajduje się ona w zbiorze Le Grand Remplacement.

[3] La Seconde Carriere d Adolf Hitler, po raz pierwszy opublikowana jako Le Communisme du XXV siecle, Xenia, Vevey, 2007. Chez l'auteur / Amazon, 2018.

[4] Les Inheritiers (Dziedzice), pierwotnie „Bourdieu do góry nogami”, wykład wygłoszony w Playfair Library Hall na Uniwersytecie Edynburskim 13 kwietnia 2012 r., Chez l'auteur, 2013, nowe wydanie, 2018. Ten esej, wraz z pięcioma innymi, został zebrany w zbiorze Le Petit Remp/acement, Chez l'auteur, Amazon, 2018 i Editions Pierre-Guillaume de Roux, 2019.

[5] Le Mot „musique”, Chez l'auteur / Amazon, 2018. Ten krótki esej został także zebrany w obu wydaniach Le Petit Remplacement.

[6] La Grande Deculturation, Fayard, 2008, Chez l'auteur, 2018. Esej zebrano w Le Petit Remplacement, Chez l'auteur, 2018, Pierre-Guillaume de Roux, 2019.

[7] La ​​Dictature de la petite bourgeoisie, Privat, 2005, Chez l'Auteur, 2014, nowe wydanie, Amazon, 2018. Esej ten, wraz z pięcioma innymi oryginalnymi książkami, zebrano w zbiorze Le Petit Remplacement, Chez l'auteur / Amazon, 2018.

[8] La Communit'a che viene, Giulio Einaudi, 1990, La Communauti qui vient, Seuil, s. 10-10. 66.

[9] La Civilization des prenoms (Cywilizacja pierwszych imion), Chez l'auteur, 2014, wydanie nowe, 2018. Esej ten znalazł się w zbiorze LePetit Remplacement (The Little Improvement), Chez l'auteur, 2018.

[10] Franfais, si vous saviez [Francuzi, gdybyś tylko wiedział...], Essais et ecrits de Combat II, Bibliotheque de la Pleiade, Gallimard, s. 23-35. 1209, 9 marca 1948).

[11] Mythe et Metaphysique, 1953, przedruk CNRS, 2012, s. 2012. 238.

[12] por. wyżej, s.

[13] Crop, opowieść dla dzieci Hansa Christiana Andersena, Chez l'auteur, 2014. Ta polityczna opowieść dla dzieci przypisywana Andersenowi została zebrana w najnowszych wydaniach Le Grand Remplacement, Chez l'auteur / Amazon.

[14] Demokracja w Ameryce, I.II.vii.

 

Renaud Camus

You Will Not
Replace Us!

 

©Renaud Camus,

Chez l’auteur, 32340 Plieux
Tous droits reserves pour tous pays

ISBN 979-10-91681-57-5
Depot legal : octobre 2018

to Afcbine Davoudi and Francis Marche, with all my gratitude for correcting my English; the remaining mistakes are entirely mine, some have been added at the last minute.


In the past man has been first; in the future the system must befirst.

Frederick W. Taylor, The Principles of Scientific Managemen

Replacing is the central gesture of contemporary societies. For better or worse, everything is being replaced by something else: something simpler, more convenient, more practical, easier to produce, more at hand and, of course, cheaper. Las Vegas dis­plays a fake Venice in Nevada, Spain esta­blishes a mock Las Vegas in Castilla, China has its own Paris near Pekin—a much safer place than the real one for the traveller and for the local dweller alike.

Amusement parks, those temples of di­version, the shopping malls of substitution, epitomise fakeness itself, There, visitors will find medieval castles, complete with towers,


dungeons, torture chambers, banquet rooms and ghosts; but also Wild West saloons, New England Victorian mansions, Southern plan­tations, Eiffel towers to placate all tastes. All these fairground amusement devices have to look more or less like the original thing, though, at least to the unsophisticated eye. If anything, like all imitations, they have to display more signs of being what they imitate than the actual object they imitate, which, being the real thing, does not have to pro­vide extra signs or confirming evidence of its identity. Identity, always, is already a way of mourning the thing or the being, a way of acknowledging their loss. Being identical is being exactly like something or somebody else: that is, not being it. Such is precisely the reason why, although I have much sympathy and admiration for them, I am not an “Iden- titarian" (Identitaire). The Poilus, the French soldiers of First World War I, were not iden- titarian. They just were French. If asked what it is to be French, I would answer:

“Not asking (oneself) the question (to oneself). Not wondering about it.”

Naturally, imitations are expected to yield a cash return for their investors, or, at least, spare them some expenditures.

As a consequence of mass tourism, the world itself is fast becoming just another amusement park, while the original thing it­self, the original town, monument, site, keen as it is to look more like what the tourists expect to find than it would naturally, tends to imitate its imitations, to overact and over­signify its beingness, thus contributing to the covering of the world with eager signs of what is less and less—what I call oversign­posting, the replacement of the thing by its name, by its designation, by an explanation about what it is, or was, or would like to be, is one of the major minor problems: it is one of the main causes of general landscape de­facing, the disfiguration of the visible space, which is in the momentous process of chan­ging into a universal suburb, the suburb of li­ving.

Faux, simili, imitation, ersatz, simula­crum, copies, counterfeiting, fakes, forgeries, lures, mimics, are the key words of modern

human experience. Stone masonry is being replaced by ferroconcrete, concrete by plaster, marble by chip aggregate, timber by PVC, town and countryside by the universal sub­urb, earth by cement and tar, seaside by sea­side resorts, mountains by ski resorts and ski lifts, paths by hiking trails, nature by land-use planning in expectation of economic spinoffs, real people by B&B hosts, clients by friends, friends by clients, culture by entertainment and the leisure industry, exercise by sport, sport by the Olympic Games, the Olym­pic Games by big business, business by cor­ruption, corruption by doping, literature by journalism, journalism by information, news by fake news, truth by fallacy, last name by first name, last name and first name by pseu­donyms, intimacy by familiarity, hearts by artificial hearts, every part of the body by spare parts, history by ideology, the destiny of nations by plain politics, politics by eco­nomics, economics by finance, the experience of looking and living by sociology, sorrow by statistics, residents by tourists, natives by non-natives, Europeans by Africans, White Anglo-Saxons by Afro-Americans and Lati­


nos, mothers by surrogate mothers, men by women, women by inflatable dolls, men and women by robots, robots by robot-like hu­mans, peoples by other peoples and commu­nities, humanity by post-humanity, huma­nism by transhumanism, man by Undifferen­tiated Human Matter (UHM).

Democratisation claims to give to every­body what once was the exclusive privilege of the few, and, all in all, one has to admit that it does so, be it travelling, education, or entertainment. To reach that aim, it has to provide and offer cheaper versions of every­thing—salmon, plane tickets, diplomas, ho­tel rooms. Hotels are particularly significant in this respect. All over the world there has been a bounty of newly-built, upper-range establishments, most of them displaying four if not five stars, and providing most of the services of a traditional four- if not five-star hotel. They are the real thing, except for the price. Unfortunately, it was the price which was the real real thing. What you pay is what you get. The price was the condition of the reality of a palace hotel, if only because a hi­


gher room rate carried the extra benefit of keeping at bay people like you. If you can af­ford it, it is not worth it; above all, if you and me can afford it, it is not the real thing. It can’t be. The famous statement by Groucho Marx is proven deeper and righter every day, and its author almost as great an economist, philosopher and metaphysician as his more famous namesake:

“I don’t care to belong to any club that will have me as a member.”

This is exactly like Europe for Africans: what made it desirable for them was that they were not there. They envy an order, a prospe­rity, a sense of generosity in terms of social benefits and safety nets, the sound functio­ning of institutions which have been achie­ved through centuries of nurturing efforts, trials and tribulations, cultural transmission, inheritance, sacrifices and revolutions. What make countries, continents, cultures and ci­vilisations what they are, what we admire or regret, are the people and the elites who have fashioned them and continue to embody their man-made essence. With other peoples, and other elites, these would be, and in­deed are, different countries, different conti­nents, other civilisations. Even though that is exactly what a lot of industrial and financial interests would like him to be, man is not, or not quite yet, fortunately, some undifferen­tiated matter that one can spread indiscrimi­nately, like peanut-butter or Nutella, anyw­here on the surface of the Earth. If and when populated with Africans, be they from North Africa or Black Africa, Europe would be just another Africa, with a few interesting ruins as added value. Under such prospect and in such an event, it springs to mind that there is not much point for Africans in undertaking the trip Nevertheless, they still do come. But the moment they reach their target, their reasons for aiming at it dissolve. They are like men who would feel desire for virgins only.

The poor have been fooled by demo­cracy, and even more so by the so-called democratisation. They finally have had access to many of the things the rich had hitherto kept out of their reach, but the instant they grasp them those things turned into ashes, by the very fact that they grasped them. Thus the beauty of the natural world, generally spoilt by mass tourism: suffice is to think of the French Riviera, once so exquisite in the paintings of Renoir or Bonnard, and now so ugly, destroyed and defiled by overpopulation and popularity. But the most relevant case is education. Education is selection, heri­tage, and inequality—first of all to oneself. Providing college education to everybody is tantamount to not providing anything at all, since the very essence of that particular thing being provided is that it is not for everybody. A college degree granted to eighty per cent of the population implies ten times less knowledge and understanding of the world for each graduate than it did when granted to eight per cent only. Or, to turn it the other way, it implies the same degree of knowledge and cultural competency that eighty per cent of the population could claim when no one dreamt of considering it worth a diploma.

I have coined the phrase Great Replace­ment (in French Grand Remplacement) to de­note the brutal change of population which has been taking place in France (and in Eu­rope) since the beginning of the last quar­ter of the last century; and which has been gaining momentum ever since. The name came to me as I was travelling to write a sort of literary guidebook about the departe- ment of l’Herault, in Languedoc, Southern France, when I discovered that thousand- year-old villages had their population largely transformed, with women wearing the Isla­mic veil gathering at the 18th-century foun­tain and other appearing at gothic twin win­dows. I was accustomed for long to the exis­tence of large modern banlieues almost enti­rely populated by immigrants, but this was an altogether different experience. The name I gave it was probably dictated to me by more or less conscious historical memories of the Great Upeaval of the Acadians, in 18th- century Canada. There was nothing strictly deliberate in my choice of words. It is not absolutely apt, and never claimed to be so, because there is no immediate replacement, strictly speaking. The population submitted to mass migration and ethnic submersion is not being killed or expelled, save for some unfortunate exceptions, which are becoming more and more numerous. The fact remains that entire streets, districts, towns, regions, not to mention schools, which had had for centuries a given population, suddenly have an entirely different one. The face of the country has been transformed to an unima­ginable extent. So has its body, and so has its mind, and soul. This brings us back to the immortal question of Georg Lichtenberg: is a knife whose handle has been changed, and then the blade, still the same knife?

Great Replacement, the choice of words proved handy, in any case, because replace­ment and to replace have, at least in French, a lot of very convenient derivatives, even if one may have to force them a little into an unheard of existence: repla.cers, replacists, re­places, replacism, antireplacism.

In Western Europe the situation could be described as having three protagonists: the replacists, who want the change of people and civilisation, which they are prone to call mul- ticulturalism, or “vivre ensemble” (living to­gether), and which they promote or impose with all the means they master (and those are enormous because replacists are and have the power, the government, all the big political parties, the judges and, for all practical pur­poses, the totality of the media); the repla­cers, mostly from Africa, and very often Mus­lims; and the replacees, the indigenous popu­lation, whose very existence is frequently de­nied, even in retrospect (not only do they not exist, but they have also never existed). Re­placees do exist, though, even if they don’t see themselves as such. But they are divided into two groups, and that would make the number of the dramatis personnae rise to four: consenting replacees, either because they refuse to admit that any such thing as replacement is taking place, or because they don’t see any ob­jection to it, or think it is an excellent thing; and unwilling replacees, the refractory ones, who think the said replacement is an absolute monstrosity, the epitome of what their ances­tors had been willing to avoid for centuries, at the cost of any sacrifice.

Fortunately or unfortunately the nemesis of Replacism is that replacists will be eaten, devoured, absorbed, replaced by their very replacers. Replacists replace lambs by wolfs. They replace docile replacees, well prepared to their own replacement by too much com­fort, too much civilisation, too little culture and constant propaganda, by rather agressive replacers, younger, more numerous, testoste- ronically superior, well fed by their replacees and fiercely identitarian (especially the Mus­lims amongst them). Replacists will be gob­bled up first. That is a meagre consolation. But the result of this quick survey is that, when all is said and done, there are only two types of characters on the stage; and that the only demarcation line which really matters is the one which separates replacists, active or passive supporters of the Great Replace­ment, from antireplacists, who would rather die than let the process, well advanced as it is, carry on to its full term.

The population stock of France had ex­perienced little variations in time between what is termed the Great Invasions (by Huns,

Goths, Wisigoths and the like), during the 6th and 7th centuries, and, at the other end of the timeline, the last decades of the 20th cen­tury. Indeed what is now referred to as immi­gration is a process that started in the close of the 19th century. But this was immigration of an entirely different character from the one we are now experiencing. For one thing it was entirely European, being composed of Bel­gians in the north of France, Poles, specially in the eastern and northern parts of the coun­try, Italians in the South, later on Spaniards, Portuguese, Jews fleeing the pogroms of Po­land, Ukraine or Russia and, of course, Nazi persecutions later on. Also, the number of newcomers bore no relation whatsoever with those brought in by present day immigra­tion—which, incidentally, renders this term totally obsolete, although it is still very much in use: the flow of migrants has taken such proportions that immigration has become a misnomer for what it is: it is more akin to an invasion, a migratory tsunami, a submerging wave of ethnic substitution.

“Such numbers? What numbers?” you may ask, to which I could only answer: “I don’t know”, and further feel very much tempted to add: “And I don’t care”. I leave it to the reader to decide whether I do not know because I do not care or I do not care because I do not know.

In France, very conveniently for those who want and favour the Great Replacement, the State forbids the calculation and publi­shing of ethnic statistics. However, even if such statistics were generated and made pu­blic, I doubt I would make much use of them.

Firstly, because I do not believe it is for science and scientists to assess and declare what the circumstances are and what plight the people of a given nation is experiencing and suffering from at a given moment. It has never happened that way in history. When Joan of Arc came to Chinon to visit king Charles VII, in 1428, to tell him something had to be done about France being occupied by the English, how could one envision, by any stretch of imagination, the king’s retort to be something like this:

“Occupied by the English? What allows you to say so? Do you have the exact num­bers? Without reliable stats we can’t do a damn thing... ”?

Can one imagine Jean Moulin, when he became the head of the French Resistance to German occupation on French soil in 1942, requesting scientific evidence to decide whe­ther German occupation was the appropriate phrase to describe the situation of France at that moment:

“German occupation ? Without reliable fi­gures, how can you be sure... ?”

It has never been for science to tell whe­ther or not there was an actual Indepen­dence War taking place in America in 1776, a French Revolution in 1789, a First World War in 1914, a Great Depression in 1929 and after. Indeed here we are faced with one more case of generic substitution, i.e. science stan­ding as a substitute for experience, as a re­placement for facing evidence and coming to terms with it, as an ersatz and palliative for grief over the loss of one’s country and one’s people:

“Don’t cry! Don’t be sorry for what you think is happening. Science is telling you it is not happening. Do not trust your eyes, do not trust your heart, do not listen to your pain: have only faith in our figures ».

Of course anyone who will refer to Ga­lileo at this stage will have a point, for that is more or less what he was telling the public, and he has been proven right. But I am afraid the disciplines which are being called upon, this time, to testify against our subjective ex­perience, namely sociology, statistics, demogra­phy, are not scientific to the same extent as are astronomy and mathematics. What is more, they have been proven inaccurate on count­less occasions. There is even some strong sus­picion that they might have been not only wrong but also actually lying, with what de­gree of slyness or forthrightness is not for me to say. In France they have been claiming year after year, in reference to school educa­tion, that the general standard of education was continually on the rise, with the surpri­sing result that the school system is nowa­days generally acknowledged as being in total shambles, a crumbling ruin, as college profes­sors have to try and do the teaching job not done in high-school and facing a majority of undergraduate students that are totally inca­pable of deriving the slightest benefit from higher education (while being totally capable of preventing their fellow students from de­riving any).

For ages other sociologists, or the same ones, have been telling the French public there was no connexion whatsoever between immigration and growing crime rates; they even went so far as to pretending that crime rates were not growing at all, and that crime statistics were actually on a downward trend. If those experts were to be believed, rampant crime and delinquency only existed in the pu­blic s mind, were a figment of our imagina­tion, a biased point of view, the result of some prejudiced way of experiencing experience. Insecurity was a perception, a false impres­sion, a wrong feeling (wrong in all possible senses of the word: false and evil-inducing, and awkward, and inappropriate, and bad, bad, bad...).

Not only has sociology not warned the French and other Europeans of the upco­ming biggest commotion in their history, na­mely mass immigration, ethnic submersion, change of people, Great Replacement', it has also continually denied it was taking place during the precise and entire period it was ac­tually being deployed right before their eyes.

The stance taken by the relevant socio­logists harks back to Freud’s “kettle logic,” as quoted by Derrida: accused of having re­turned a borrowed kettle with a conspicuous hole in it, a man says, firstly, that the ket­tle was undamaged when he returned it; se­condly, that it was already damaged when he borrowed it; and, thirdly, that he had never borrowed it in the first place. On the subject of immigration, sociology in France typically says, or has said, firstly, that there is less and less of it, foreigners having been much more numerous in the 1930s, and that it has almost come to an end (of course, millions of fo­reigners have been granted citizenship—the Great Replacement is complete when there are no foreigners left); second, that France has always been a land for immigration, that fo­reigners and immigrants have always flooded in, that there is absolutely nothing new hap­pening here that would be worth mentioning; and, thirdly, that in any case it is too late now to do anything about it, that the change of people is an obvious and objective fact, that it has been too massive to reverse its course so late in the game and that the most sen­sible thing to do now is to try and love it, as the novel population, labelled and glori­fied as diversity, is obviously here to stay. If we are not pleased with this new state of af­fairs, according to which we, the indigenous crowd, are required to integrate into the new­fangled multicultural and multiethnic society, well then, we have (so far) full license to leave and go elsewhere to see if we could adjust to a society that would suit us better.

And that, this sorry joke, is the “science” on which we should rely to decide whether we are an invaded country or not? Those are the scientific disciplines we should resort to know if we are or are not a colonised people? Is not experience, and the result of experi­ments, the supreme test for scientific truth? If that is so, then sociology, statistics and demo­graphy, or at least their courtly avatars, those which prosper in the immediate vicinity and under the close control of the two principal powers—present and future governments in the one hand, the media networks on the other hand—are the modern negationism. Conventional negationism is far from being extinct, unfortunately, but it has been totally superseded by its contemporary avatar, the one which claims that the Great Replace­ment is not taking place.

One is sorry to observe that this avatar goes about under the name and the mask of science. Such was the prestige of that name, science, that it has been usurped by many dis­ciplines hardly more scientific than astrology at the Valois Court or medicine in the time of Moliere. It might very well be that the phrase “human sciences” were an aporia or an oxymoron from the start, and that man and humanity resist being reduced to mere me­trics. The simultaneous collapse of the reli­gious and literary conceptions of the world

have left society under the wrong impression that science was the ultimate judge of truth, rather than truth being the ultimate judge of science; and more than in anything else they have put their faith in numbers, which are precisely what has been mistaken or lying the most. They see science as the ultimate pos­sessor and dispensator of truth. Unfortuna­tely, scientific experts have shown on innu­merable occasions that their science, at least, was incapable of holding reality in its arms.

I am not criticizing science per se, quite to the contrary I would wish most sciences, particularly “human sciences”, were much more scientific, and would constantly correct their numbers by better numbers. Meanw­hile, so long as statistics demonstrate that there is no such thing as a Great Replace­ment, it is not the Great Replacement which becomes laughing stock, it is statistics. Mo­reover, replacist denyers of replacement may conjure up real science on every occasion, they would most likely be appalled and terri­fied if the hypothetic “scientific truth” would answer their invocation and appear for good on their ramparts, because it would instantly shatter their world to pieces: not only are au­thentic scientific findings quite independent from ideologies, they also ignore morals alto­gether; and, like a robot, they would expose unpleasant truths which would be shear di­saster with regard to virtuous and politically correct desiderata.

The narrative according to which France has always been a country of immigration (like, say, the United States) is of course false and preposterous: for about fifteen centuries, the French population has been remarkably stable, at least in its ethnical composition. Then came, as reminded above, immigra­tion proper. But mass migration as it star­ted in the mid-seventies is an entirely dis­tinct phenomenon. There are striking dif­ferences between the two migratory trends, not only in their respective orders of magni­tude, from thousands to millions of people, but also because immigrants in the late 19th century and during first two-thirds of the 20th century were in their huge majority sha­ring the Christian faith and more specifically the Roman Catholic denomination, i.e. the dominant religion, of the French, and prac­tically all of them were of European stock; whilst late 20th'century and 21st"century im­migrants have almost all been African and more often than not Muslim. Their African culture and Mahometanism make it a much stronger challenge for them to become inte­grated into French culture and civilisation, all the more so because most of them show no desire whatsoever to achieve any such inte­gration, whether as individuals or communi­ties.

Where integration is the matter, quan­tity, as always, is of the essence. France, in the course of its history, has always splendidly in­tegrated individuals—Mazarin, Lully, Zola, Gambetta, Marie Curie, Beckett, Ionesco, Cioran and the like, who have played a pro­minent role in its politics and culture; and many others, less famous ones, who have be­come excellent Frenchmen and women and may have begotten equally excellent new ge­nerations of French nationals. It is a different matter altogether to integrate peoples, consti­tuted peoples, with their own culture, civilisa­tion, ways of life and Weltanschauung, which they have no wish to relinquish. And why should they, since they are numerous enough to create their own communities, use their own languages, pray their own gods, have their own manners of dressing, eating, lo­ving, dwelling, working and behaving as citi­zens? The word integration has been abando­ned, for all practical purposes. And for a good reason: if it were to apply to anyone these days, it should be to the indigenous popula­tion, the native French, summoned to join in a new multicultural and multiethnic society of which they are regarded only as one por­tion, not necessarily the dominant one.

Whichever way we look at the problem, the fact remains that one people had a coun­try which it could call its own, and so it did; and now it has to share it with other peoples, not particularly friendly ones, and who look like they will in turn call it their own, as soon as they are able to muster enough strength and host enough force to put their claim on it. In any other country, and at any other time in history, those responsible for this loss and humiliation would be indicted as trai­tors. The word seems to have gone out of fa­shion—one would not know what to betray.

The claim that France has always been a land of immigration, along with the an­cillary claim that French culture and French art are for the most part the creation of fo­reign artists—whilst in truth foreign artists flooded into France, especially at the end of 19th century and the beginning of 20th cen­tury, because of the international prestige of its own art and culture—, is but one and the first of a series of very powerful historiogra­phical myths which flourish as the change of people is accelerating, to make it easier to accept, or more difficult to refuse, by the French natives, its victims. The second of those myths, also a very popular one, and not only among immigrants and their des­cendants, propounds that France, during the Second World War, was liberated from the Germans by Northern and Central Africans soldiers coming from its then African Em­pire, and recruited by the Free French. A very popular film entitled Indigenes, one of many a motion pictures or television programmes incessantly produced to persuade the French to accept colonisation and ethnic substitu­tion, was released with the ostentatious pur­pose to narrate that historical episode. Yet, as everyone knows, France was liberated mostly, and famously, by the American troops lan­ding on the Normandy coast on June 6th, 1944 with a good number of Englishmen and some soldiers coming from every part of the British Empire. There was also, a few weeks later, a landing in Provence, with French troops coming from North Africa who had progressed along Italy with the Allies and liberated Corsica on their way. About one third of these forces was made up of soldiers from the regular French Army, another (big) third of Frenchmen from North Africa, la­ter known as “Pieds Noirs” (Black Feet), and indeed one third of “indigenes” troops, also from North Africa, specially Morocco.

I have no intention whatsoever to mi­nimise the contribution of the latter in that second military landing. These were valiant soldiers who had played a significant role in the liberation of Corsica and Provence. One should be very grateful to them, honour their memory and pay special respect to the graves of those who lost their lives in action. There is no lack of respect, however, in remin­ding the reader that the South-Eastern front, at that point of history, was, although im­portant, relatively secondary; and that those “indigenes” troops (whose most conspicuous feature was precisely that they were not in­digenous in Metropolitan France) were only a minority amongst the French troops pro­gressing on that front, which themselves were not the essential part of the liberating forces. They can only be described as valuable auxi­liaries to victory. Yet one cannot fail to re­call, although many historians have been re­markably mute on the subject, that many of those brave sodiers, especially the Moroc­cans, have left behind themselves in Italy an infamous trail of barbarism and rape, the ma- rocchinate —echoes of that terrible episode appear in the film by Vittorio De Sica, La Ciociaria, after the novel of Alberto Mora­via, and also in the book of Malaparte, La

Pelle, The Skin. But in France those atrocities perpetrated on the way, which have severely traumatised Italians to this day, and which, in an other, less favourable context, would have been listed amongst the worst war crimes in history, are hardly ever mentioned: first the people who committed them were on the right side of the giant fight between Good and Evil; and subsequently it would be consi­dered racist, and very ungrateful, to investi­gate that matter or give it too much signifi­cance. There are tides of fashion and shifting favours, in matter of atrocities and genocides. The present-day sufferings of white South- Africans farmers are not, either, of the type which arouses compassion or interest from international opinion.

A third historiographical myth is that immigrants, especially those from North Africa, and more especially those from Alge­ria, “reconstructed” France after the disaster of the Second World War. This representa­tion too, needless to say, is sheer fancy. Mass migration only started in the mid-seventies of 20th century. Bv then the “reconstructuion” of France had been achieved for some time. It had been formally declared completed by 1960. Of course a few early immigrants had taken part in the post-war reconstruction ef­fort, but they were not numerous enough, far from that, to be the parents or grand­parents of the millions of present-day im­migrants. Besides those few workers did not work for free, they were paid, obviously, and it is certainly not common practice for labou­rers or artisans who have received a salary or a compensation as workers employed in the construction or reconstruction of a building, office tower in Niort or antique farmhouse in Normandy, to claim afterwards that the pro­perty is theirs, or partly theirs, on the du­bious grounds that they have worked on it. If Algerians had been so efficient in rebuil­ding France, how could one explain that in independent Algeria they have performed so poorly and appear, even with high-level na­tional oil-revenue, sorely incapable of mana­ging their own country and maintaining the infrastructures that the hated coloniser had left behind with them?

Hated the former coloniser certainly is, but this hatred seems largely engineered, an artifact whose manifestation has long been delayed with regard to its assumed cause, and which is taking on a fiercer expression now than ever before. If this hatred were sin­cere and justified by tangible offences inflic­ted, how could one account for the millions of Africans, from both North and South of the Sahara Desert, who appear to nurture no plan more dearly and cherish no higher ambition than to come to France and live with the French? Algerian President Abdela- ziz Bouteflika, who is wont to conjure up the “genocide” supposedly committed by France in Algeria during the colonial era (a “geno­cide” which has multiplied the population by twenty...), rushes to French hospitals whe­never he feels unwell or fancies himself the victim of a dreaded medical condition. Can one imagine the Jews deciding, after the Ho­locaust, that it was in Germany and with the Germans that they most wanted to live? Or families of Nazi concentration camps vic­tims dashing to Brazil or Paraguay, after the war, firmly convinced that only doctor Men- gele was good enough to take charge of their health?

Their real opinion of what French and European colonialism was about, Africans express it with their feet, as they run to France and to Europe to settle down here with the French and the Europeans as soon as they think an opportunity turns up. They think they are rushing to paradise, at least by comparison. They are running into a wall of illusions, as what made Europe so desi­rable for them was, as I mentioned before, the simple fact that they were not there. As soon as they are present in sufficient numbers, Eu­rope is lost for Europeans, because they are being replaced, and lost for the Africans, be­cause it becomes just another Africa, plagued with the same kinds of problems, be they reli­gious, political, or connected with the general challenge brought about by disparate com­munities having to put up with each other in one place. For them the whole Europe conti­nent is like one of those fabled alchemical treaties where the text on each page vanishes as soon as the book is opened at it.

When I say, and I say this very for­thrightly and repeatedly, that France and Eu­rope are much more colonised by Africa, these days, than they ever colonised it them­selves, Europeans perfectly understand this notion, even when they happen to disagree with the assertion. Africans, on the other hand, and people of African descent, do not understand it at all. They are indignant, flab­bergasted, doubtful of what they have just heard or read from me; but above all they do not grasp the meaning of it all. Their response seldom varies. It usually consists in drawing the long list of Europeans crimes al­legedly committed in Africa during the colo­nial period and to put forward the question: how on earth can one compare such atrocities with Africans’ behaviour in Europe? As this is not the point I want to raise in the argu­ment, I usually do not bother to dispute the contents of such list, but I would rather draw the reader’s attention here to the flawed logic of their rebuttal. When I say that Europe is much more colonised by Africa than it ever colonised it, I don’t mean for a second that Africans in Europe do commit more crimes than Europeans ever did in Africa. That is not my point at all. My point is that the Afri­can colonisation of Europe is worse and more severe than European colonisation of Africa as it involves demographic change, and because it proceeds by massive transfers of popula­tion whose aim is to settle down in the tar­get continent—in short, African colonialism in Europe falls within the category of “Settler Co­lonialism”. Since the Antiquity, Greece and Magna Graecia, transfers of population have been the very essence of colonialism. Greek cities established population settlements in Sicily or Southern Italy by sending off a por­tion of their populations abroad, sometimes more than half of them, to gain a foothold on a distant land. In that classical sense of the word, France hardly ever colonised or set­tled any territories: it did so in Canada during the 17th and 18th centuries, in Algeria in the 19th. Everywhere else, in Indochina, intertro­pical Africa and even Morocco and Tunisia, it conquered territories more than it ever esta­blished communities of settlers.

Africans in France are at least ten times more numerous these days than were the French in Africa during the heyday of French imperialism. In the phrase Colonial Empire (I'Empire colonial), the key word is Empire. The conquest was military, administrative, political, cultural and economic by nature, but not implemented through any major in­flux of alien population. I am not focusing on this particular point to make the whole impe­rialist undertaking look more benign than it was. That is not at all the issue here: benign or innocent it was not. However, this type of colonialism, developed in a political frame­work, is much easier to end by either party than settler colonialism. A military conquest can be reversed overnight—all that is requi­red is for the conqueror’s armies to withdraw. If a colonising power only keeps in its colony a few or many soldiers, some police force, ci­vil servants, a handful of industrialists and shop-keepers, it can pack and leave the co­lony within a few weeks or days. The colonial period is then declared over, and over it is, even though remnants of colonial structures might persist for a while.

Population swamping or “demographic invasion” is a different matter entirely. It un­dermines the very identity of the nation or the people targeted by the swamping. The major threat associated with it is that it might very well be irreversible. The sole method emerging to put an end to the process and do away with settler colonialism is remigration, i.e. the departure of the occupying forces, made up of settler communities. The very same observers who view the remigration idea as an unfeasible programme and impos­sible feat to achieve argue that in the coming years Europe will need forty million newco­mers, and they sometimes go as far as raising this figure to two hundred million. If such a huge number of people coming to Europe from Africa and Asia is regarded by them as a realistic proposal; if they see no practical and human issues with such mass migration, while believing this would be a good thing for all parties concerned, then this begs the ques­tion why a lesser migratory flow going in the opposite direction, conducted in an orderly way and facilitated not by smugglers but res­ponsible governments, would have to be such a disaster.

There have been many remigrations throughout history, Zionism included, but the one most narrowly linked to French his­tory is the forced remigration of the French population of Algeria after that country gai­ned independence from France in 1962. The government of the newly independent Alge­ria believed—and the so-called “concert of nations” shared this view, and made no se­rious objection to it—that the country would not be as free as it should if it kept within its population ten per cent of people having an entirely different background, race, reli­gion, culture and civilization in relation to the dominant profile of Algerian citizenry. The French had to go, although many of them had been there for five or six generations, since the beginning of the French conquest in 1830; and with them people from Spanish stock or Italian origin, and of course the Jews, although many of them had lived on the land for a much longer period of time than either the French or the Arabs.

As Europeans became unwanted citizens in Algeria, they were prompted to leave the country at very short notice; and they were shown the exit door, or rather the sea, with stupefying violence, a large number of them losing their lives in the process, as did thou­sands of doomed “harkis”, those Arab and Berberian soldiers who had made the mis­take of taking sides with the French du­ring the conflict, on the trusted promise their French counterparts would never leave the country but honour their commitment to provide protection against the enemy. Those 1962 massacres also belong to that category of mass crimes which do not seem to draw much interest either from historians or the general public. The victims could expect very little sympathy and the perpetrators did not have to worry much about any public out­cry their action might raise either. Needless to say the peace convention, signed at Evian in March 1962, had made no provision for such hasty mass deportation, and certainly not for such bloodshed. What the treaty offe­red was a peaceful cohabitation between the different communities, namely the French (to which the Italians, Spaniards and local Jews were assimilated) and the Arabs (to which the Berbers were rather abusively assimila­ted). This was the very combination which, for better or worse, had functioned for one hundred and thirty years under French admi­nistration, albeit on a very unequal basis; and this finely-tuned arrangement tragically col­lapsed within a handful of weeks under new Arab rule.

To-date, people from Algeria, whether holding French nationality or not, have been by far the largest immigrant community in France. Algeria, on the other hand, stands out as a very telling model for its way to deal with immigration and land-settling alien communities. The Algerian State is extre­mely strict in its refusal to accept migrants on its own territory, and Sub-Saharians Afri­cans who have succeeded in illegally crossing Algerian borders are famously driven back where they came from in a rather abrupt fashion. And, as we have just described, alien settlers in Algeria, even after a long stay, much longer indeed than the stay of their present day counterparts in France, were coerced most ruthlessly and effectively, in 1962, into getting back to their land of ori­gin—France, as it was. Indeed the Algerian State is a world expert on its own right when it comes to implementing remigration poli­cies. Which is just as well since a significant proportion of the people who will have to be remigrated from France, if our own liberation is ever to occur, as I certainly hope it will, are precisely from Algeria. Far from me to ad­vocate, of course, that we should emulate the extreme brutality of the Algerian way to pro­ceed, on such matters. A good opportunity it will be, quite to the contrary, to show the difference between civilisations.

Without remigration there will be no li­beration. Liberation (of conquered land, oc­cupied country, colonized people) and remi­gration (of the conqueror, occupying forces, colonialist settlers) are one and the same thing. There are four main types of prece­dents to the present-day situation of Wes­tern European countries and, as those four provide precious templates for resistance and struggle for independence, at least three of them evidently imply that alien forces, in­asmuch as they assert their own dominating power over a given national society, and, by definition, a foreign power, will have to leave if the land and its native folks are to live free and resume the course of their independent destiny.

The earliest and foremost type of fo­reign occupation template, and model for li­beration struggle, is provided by those Euro­pean countries which in the 19th century had to strive to regain their independence from imperial domination or conquering neigh­bour countries: Greece, Belgium, Italy, Po­land, Hungary, Serbia, Romania, Bulgaria, and, of course, Ireland. If we were to trans­cend the limits of Europe and the 19th cen­tury we could add the United States to this short, incomplete list; however the case of the American War of Independence is slightly at odds with these since the English ene­mies of American Insurgents were not ethni­cally or culturally different: combatants from both sides were of the same population stock —this conflict was more like a civil war than a war to put an end to colonial oppression by a power entirely foreign to the oppressed.

The prospect of a full-blown civil war is increasingly conjured up as the most li­kely outcome from the current circumstances prevailing and unfolding in France and seve­ral other countries of Europe. Living together, the infamous vivre ensemble (“between living and together, one has to make a choice... ”), is showing every day more clearly its totally illusory character.

There is no living together but perma­nent aggressiveness and repeated aggressions, violence, recurring massacres, terrorist acts, series of minor offenses and large-scale at­tacks which can be denoted by the encom­passing term I have coined: nocence, i.e. the contrary of m-nocence, or, to be more spe­cific, that to which in-nocence is the exact opposite. Obviously, in language, and pro­bably in time, chronology, logic, psychology, nocence, nuisance, the action of doing harm, of being harmful, comes first, is the primeval concept, with in-nocence being its opposite, a way to oppose it, to gain control over it.

I went through lots of trouble, and was more than once arraigned before the courts, because of a 2010 conference, or public speech, oddly entitled, I have to admit, “No- cence, the instrument of the Great Repla­cement” (“La nocence, instrument du Grand Remplacement"). In that speech I was answe­ring those who claim there is no conquest, no colonisation, no subjection, because there have been no military aggression, no conque­ring army, no invading soldiers. But there have been—there are. Delinquents are the sol­diers. Nocence is the ways and means of the present colonisation. By making life impos­sible or an unbearable ordeal to the indige­nous people, be it through what has been ridiculously dubbed “incivilities” by the me­dia, aggressive gazes, overbearing posturing to force passers-by down from the sidewalk, night time racket in public places, obnoxious and abusive loitering in entrance halls or staircases of residential buildings, rumbus­tious car or motorcycle stunts, feet on seat in public transport, emphatic demonstrations of civic indifference and lack of consideration for the peace and comfort of the ordinary ci­tizen, the creation in the citizenry of a general feeling of fear, insecurity, dispossession and estrangement; or through criminal actions of more standard categories such as stealing an old lady’s handbag, violent car-jacking or home-jacking, bank mugging and the like, unprecedented forms of hyper-violence up to full-blown terrorist acts and massacres, the delinquents amongst the newcomers, of which they constitute a surprisingly high pro­portion, trigger the aptly called White Flight and in the process secure under their rule ad­ditional chunks of territory for themselves, their kin and partners in crime. There is no identifiable gap between their common law offences and their politically or religiously motivated crimes in the series of their actions targeting society. Every convicted terrorist, virtually without exception, started his career as small-time delinquent, drug pusher, mug­ger or bank robber. The colonialist conquest of today has indeed assumed unprecedented forms, but it would be mistaken to claim this is not conquering as such and not a settler- colonialist process on the misguided assump­tion it is not being driven by aggression. It is indeed aggressive to the extreme. Its aggressi­veness lies in the hundreds individual assaults that are being perpetrated. And these are in­creasingly military-like in style in the most conventional sense of the word. This new breed of colonialist settlers keeps weapons in sizable stocks. And many of them have no qualms attacking police stations using the types of weaponry that are commonly used in open warfare.

Whoever will start this impending conflict, in any case, it will have nothing to do with a so-called “civil war”. A civil war tears across the fabric of one nation, a single people. In France today, as in most coun­tries in Western Europe, there is not just one people. Claiming it otherwise is just a “her- mogenian” (see infra), nominalistic, legalist, “republicanistic” (in France) delusion. There are the conquerors and the conquered, the colonisers and the colonised, the occupiers and the occupied. And whatever the number of traitors and collaborators (of the occupying forces), a liberation war, an anti-colonial war, will never be a civil war.

People who do not want the term co­lonisation to be used to name the present demographic submersion of France and Europe do not want the word occupation to gain currency either. Occupation is indeed a particularly strong and evocative word in French language since its use without any attribute or qualifier refers to the German occupation of France between 1940 and 1945. People have been heavily sentenced for having dared to make comparisons between what I call the First Occupation (1940-1945)

and the Second Occupation (1975-___ )—Les

Trente Glorieuses, The Thirty Glorious (Years), after the title of a famous book by Jean Fourastie, being the metaphoric name used to denote the economically buoyant and prosperous period wedged between these two Occupations.

Those who object to the term occupation, or to the phrase Second Occupation, raise the same objection as with the term colonisa­tion—the lack of military presence. We have just seen what to think of that. It is also very important to note and remember that the occupying forces are forty to fifty times more numerous now than they were then, at the time of the First Occupation. And the objection that these forces do not wear a uniform is not valid either—although they tend to have it worn by their women, whose veils, niqabs and burqas are of the utmost importance, in the current war of conquest, as a means for staking the territories already conquered, deploying outposts on the maps, and lowering the morale of conquered po­pulations by confronting them on a daily basis with the distressing display of their fast progress to submission.

Of course there is no Gestapo, this time, no prisons or camps for the opponents to the foreign presence, no acts of torture conduc­ted in basements—although the young Je­wish merchant Ilan Halimi was in fact tor­tured in a basement for weeks, and left dying afterward because he was Jewish, hence rich, according to his tormentors; and base­ments have been known to be the venue of choice for notorious gang rapes. Besides, al­though we have no Gestapo we have terro­rism, which has already killed hundreds of ci­tizens. But, to tell the truth, I have strong doubts as to whether the word terrorism is really adequate to describe the situation.

Just as I believe, as mentioned earlier, that mass delinquency of foreign origin is not to be treated as a purely criminal or a mere issue for the judiciary, a matter for police of­ficers and judges to deal with, but has all the features of a political, historical and military confrontation between peoples, nations and civilisations, with some communities enga­ged in the process of conquering one or seve­ral others (and precisely so by means of crime and breach of peace), I am also inclined to think that labelling regular mass murders ter­rorism is misleading (and often deliberately so), as this approach places us under the false impression that mass murderers are but ove­rexcited individuals who are basically isolated or, at worst, who are members of small extre­mist groups which could be isolated from an overall historical process and from the gene­ral citizenry.

This is the standard vision, upheld and ubiquitous in collaborationist circles, i.e. that of the tiny minority (of “radicals”) with its in­evitable counterpart —the huge majority (of perfectly “integrated” good citizens). I do not doubt for a moment that “well-integrated” foreigners or ex-foreigners do exist; but I be­lieve a clearer picture of the general situation would show that the so-called “terrorists” are nothing but the ultra-aggressive spearhead of a conquering force and a conquering people, who are already occupying the land. Under this approach, singularly differing from the standard vision, there are no terrorists. There is the occupying army of a conquering people which, once in a while, when in the mood so to speak, captures and executes a few hostages as all occupying and conquering forces have always done.

While there are, admittedly, many dif­ferences between the two recent occupations of France —the shorter German one in the 1940s and the longer African one of the past forty years —, the two Collaborations ser­ving the respective occupant forces are perfect look-alikes. I must admit a long-standing re­luctance to use the term collaboration to la­bel the succeeding Governments of France in modern and current time, but that was preci­sely because of the marked differences bet­ween the two occupations. Placing side by side the two periods and naming them by one identical name but different ordinal num­bers somehow smacked of the grotesque and appeared grossly exaggerated. The present occupants are no Nazis, although they fre­quently belong to Islam, a rather systemic, all-embracing faith and totalistic if not tota­litarian civilization, not particularly amenable to the Jews, and with a past of close friend­ship with Hitler and the Nazis. However it soon became clear that as far as the term col­laboration was concerned, it appeared to be decidedly legitimate and appropriate to refer to the successive French governments which, after the Vichy government during the pre­vious occupation, constantly displayed a typi­cal eagerness to anticipate and meet the Oc­cupants’ wishes and whims half-way and ne­ver failed to pander to them against their own people’s interests in any conflict arising bet­ween the interests of the occupying force and the occupied people, the conquerors and the conquered.

Collaboration does not apply to the ac­tions of ruling governments only. The term would be equally appropriate when commen­ting the role of the media or the judicial sys­tem. Suffice it to consider the huge diffe­rence in media treatment given to the odd, immaterial attack on a mosque (such as the throwing of lumps of pork meat on its thre­shold) on the one hand and the countless cases of Christian church desecration on the other. Those who profane Catholic places of worship are hardly ever referred to in the media, arrested by police, prosecuted or se­riously sentenced; whilst the young men and women from the Generation Identity Group who, in 2012, by way of protest, unfolded a banner on the rooftop of the unfinished and not-yet-consecrated Great Mosque of Poi­tiers (a highly emblematic site since Poitiers is where the invading Muslim forces were stopped by Charles Martel in 732) have been prosecuted and very heavily sentenced. Non- Europeans youngsters by the thousands can post horrible and very disturbing messages on Twitter or Facebook about European or White people in general without the slightest threat to have their social network accounts suspended or be interrogated by the police; while opponents to mass migration, this au­thor prominently included among them, are the permanent target of the most finicky cen­sorship. Any word deemed “wrong” or inap­propriate, often mistakenly so, can cause the suspension or termination of their social net­work accounts or their arraignment to Court, where they are dealt with as dangerous cri­minals. Not only is Western Civilisation the first in history to drain its own resources to make sure its own colonisation is duly com­plete, it is also the first one to be all leniency for those who want its eradication while it re­lentlessly persecutes those who put up efforts to defend it and work for its salvation.

It is rather ironic and somehow amusing that present-day collaborationists—who are at the very least instrumental to invasion, fo­reign occupation, ethnic substitution—tend to view and are prone to portray present-day resistance fighters, dissidents and the skep­tics, as carrying the political legacy of old days’ collaborationists, if not as the contem­porary avatars of Nazism, while they fancy themselves, God only knows by what extra­ordinary feat of transmogrification, as rein­carnations of members of the French Re­sistance to the First Occupation, and the standard-bearers of the very spirit of Resis­tance. This audacious, x-shaped, double ac­cusatory reversal system, placing high on low and right on left, is what I call the po­litical chiasma: it is of course made much easier, for replacists, by the occasional and (from an anti-replacist point of view) di­sastrous presence, in anti-remplacist street marches and demonstrations, of actual neo­Nazi activists, anti-Semites, white suprema­cists and the like: these are indeed so pre­cious for the replacists and their media that the presence of these activists in these events

is commonly blown out to insane propor­tions, making them the focus of public at­tention through camera lenses and even, in a few cases, possibly forging their very parti­cipation.

While the term collaboration as applied to our own rulers has long been unseemly to me, before seeming, alas, adequate, it appears to have become weak and insufficient to em­brace the process now taking place. Collabo­ration is the proper term denoting a situation where the government of an invaded or oc­cupied country, having admitted defeat, ap­plies its best efforts to befriend the invader, usually with little success (quite simply be­cause the invader despises him, as any repla­cer despises a replacist). But such is only par­tially the case in France and Western Europe. Governments do try to befriend the invaders and are indeed despised by them; but while they do admit defeat, they do not call it so, and neither do they call the invaders invaders —they call them refugees, or migrants. Most importantly, and that is why they are not col­laborators after all, or not only so, they are not just trying to make the best of a diffi­cult situation, as former collaborationist go­vernments used to do. They are the prime responsible agents of the process leading to this sorry state of affairs, fast turning into a tragedy; their role and responsibility are no less than the invaders’, who are only rushing through an open door into an open store, an open continent, an inviting Paradise, which they are promptly changing into a living Hell.

Governments—and not only govern­ments: the Press, the media, intellectuals, judges—are not only coping with this sas conjoncture, as mere collaborators would. They have created it, either because they think it is right, because they think it is una­voidable, or because they have construed it as an instrument serving their own interest. And most likely they think it is right be­cause they feel (wrongly, in the long run, as we shall probably see) that it is both unavoi­dable and in their interest. They are not col­laborators, they are perpetrators (of the crime of ethnic substitution). And such, and so tra­gic, is the situation in Europe today, as the continent is given over to invasion, chaos, is- lamisation and that worst of all genetic ma­nipulations, the change of people, that all the words which try and describe what is hap­pening evolve through the same three phases as collaboration, occupation or colonisation went through: at first they seem widely exaggera­ted, then they appear sadly adequate, and fi­nally they prove sorely understated, embar­rassingly inferior to the reality of the horror, guilt and grief they are purported to denote.

At any rate, while the fighters for the independance of oppressed nations, United States of America, Venezuela, Columbia, Ar­gentine, Greece, Poland, Hungary, Italy, etc., are, in chronological order, the first models for revolt against the present state of Eu­rope and Northern America facing invasion from the rest of the world, those who next come to mind are the Resistants fighters who confronted German and Nazi occupation and domestic collaboration governments, such as the Vichy State in France; they are closer to us, and more familiar. Resistance, be it the interior resistance led by Jean Moulin or the all-over Resistance initiated by Charles de Gaulle—or that of Winston Churchill, for that matter, even though, for Churchill, and largely thanks to him, invasion was only a threat, albeit a deadly one —, is indeed the central concept. And de Gaulle, at least in the eyes of a Frenchman, is the central fi­gure of it: not only because he was in 1940 the very incarnation of a big refusal, the re­fusal by a nation to lose its honour and di­sappear, but because his very conception of France remains a perfectly valid standpoint for resisting the present situation of invasion, and ethnic substitution:

“It is all very good that there are French people who are yellow, French people who are black, French people who are brown. They show that France is open to all the races and that it has a universal vocation. But this is only as long as they remain a small minority. Otherwise, France would not be France any­more. When all is said and done, we are a Eu­ropean people of white race, Greek and Latin culture, and Christian religion. One should not louse touch with reality! The Muslims, have you gone and see them? Have you really looked at them, with their turbans and djella- bas? It is easy to see than they are not French. Those who advocate integration, even if they are very knowledgeable, have the brains of a hummingbird. Just try and mix oil and vi­negar. Shake the bottle. After a while they will separate again. Arabs are Arabs, French people are French people. Do you seriously believe that the French body can absorb ten million Muslims, who will be twenty mil­lion tomorrow and forty million the day af­ter tomorrow? Were we to integrate them, if all the Arabs and Berbers in Algeria were to be considered as Frenchmen, how would we prevent them from coming and settling in the motherland, where the standard of living is so much higher? My village would no longer be called Colombey-the-Two-Churches but Colombey-the-Two-Mosques” [1]!

It is highly ironical to note that in the thought experiment where De Gaulle, the

founder of the Fifth French Republic, which is still the title of the official regime in France now having a Gaullist party as main opposi­tion force, would rise from the grave and be alive again, he would be severely criticized, indicted, arraigned in court and branded a ra­cist for statements such as the one just quo­ted. Just as I am writing this short essay in English, the French Parliament has decided to delete the word race from all Basic Law texts, beginning with the (Gaullist) Consti­tution. Meanwhile the same Parliament pro­hibits all legal distinctions based on gender. Indeed I have always thought that the abo­lition of races was just a prelude to the abo­lition of sexes—the principle at work in the process being the hatred of distinction, that formerly highly regarded social, moral and esthetical quality; and more precisely the ha­tred of discrimination.

It is remarkably significant that the word discrimination, which has been for centuries the name of the most desirable quality of the mind, the supreme philosophical virtue, that of being discriminating about the world around, i.e. having a fine-grained judgment on the things that compose reality, has be­come the name of the worst crime. If every­thing is to be exchanged and replaced, man himself very much included, it is essential that everything, every man, look as much as possible like the next thing, the next man, the next woman. Discrimination, i.e. the act of discriminating, is the worst enemy of the replaceable man, who embodies the commer­cial and industrial paradigm of Global Repla- cism—the ideology, and system, or trend, or trope, and phenomenon wich promotes re­placement as the central gesture of Modern Timesx.

I am deeply convinced that the termi­nation of the concept of race, at least in France, in the mid-seventies of the 20th cen­tury, was the key moment which made every­thing that followed possible; and, even more decisively, made (almost) impossible any re- [2] sistance to what was to happen—mass immi­gration, mass migration, invasion, colonisa­tion, ethnic substitution, in short the Great Replacement.

People often say that it is the hor­rors of Second World War—the genocide of the Jews, concentration and extermination camps—that have made any kind of reference to races impossible. This is not true, or, at least, not directly. There has been a thirty- year time lapse between the collapse of State racism in Europe and the advent of antira­cism as the main political and ideological po­wer on the continent. Something happened, roughly in the mid-seventies, which made it both urgent and indispensable to proclaim as a dogma that races do not exist. It seems to me, but I am no expert, that science has been extraordinary compliant in that respect, just as it was and would be compliant to deny the reality of the collapse of the edu­cational system or the reality of mass immi­gration. The difference is that in both lat­ter cases the sciences concerned were sciences of a more flexible nature, with findings so­mehow debatable —“weaker” sciences, “sof­ter” sciences (sociology, statistics, demogra­phy)—whereas, with regard to races and whether they exist or not, the science put to test was biology, the hard science almost par excellence. However, we are less than impres­sed by the achievement consisting in inter­preting the term race in a sense so limited and narrowly-defined that it would be chil­d’s play, afterwards, to decide and announce that races (in this absurdly narrow biological acceptation of the word) did not exist. Those who performed that conceptual legerdemain may have been good scientists (I must admit that I have my doubts even on this point, and pure scientists do not seem so sure of their findings any more), but they were certainly not good linguists (and linguistics is also a science of sorts, after all). To decide and pro­claim that races do not exist is about as intel­ligent as deciding and proclaiming that uni­corns, or myths, or social classes do not exist. Those things may not have a scientific exis­tence, whatever that means, but they are so­cial, or literary, or poetic, or taxinomic crea­tions of such considerable impact that pro­claiming they do not exist is tantamount to seriously testing the meaning of the verb to exist.

It is unfortunately very common practice in ideological rhetoric, and ideological or po­litical repression, to claim that things or ca­tegories or concepts do not exist for the sole reason that they have imprecise limits or are hard to define. It has been maintained with similar arguments that Europe did not exist, that European civilisation did not exist, that there was no such thing as French culture, no such thing as French people—nothing else, that is, but people with a French passport. In industrial and post-industrial societies, espe­cially those where the main industry is the industry of Undifferentiated Human Mat­ter, where man is the producer, product and consumer at once, there is no such thing as a genuine product. The product is what the in­dustrialists say it is on the package. Name is all. And if the name vanishes, then the thing that was named is bound to vanish too.

In fact one could argue quite as convin­cingly, contrary to all that, that things, concepts, phenomena and realities exist all the more in proportion to the difficulty to de­fine them, or to the number of definitions it takes to try and explain what they are. Defini­tions do not come first and things or concepts are not summoned to obey what their defi­nition tells each of them is. Except may be for neologisms, and even that does last for long, it is the other way round. Things are, and their definitions run after them and try to follow the best they can. The more difficult it is to stick a definition on a phenomenon or reality, the more intensively and pervadingly it is.

I remember a radio program where I had an hour-long discussion with Herve Le Bras, a well-known French demographer, who, af­ter being for years very adverse to the so- called “theory” of the Great Replacement, now thinks that a kind of replacement is in­deed taking place, and that it is of enormous proportions, but that it should not be cal­led that way, Great Replacement, the phrase being overly dramatic. The general atmos­phere between us was not especially warm.

At the fifty-ninth minute of our talk, when there was, of course, no time left for me to answer him, professor Le Bra asked me:

“What is a people, for you?”

Naturally there was no way I could re­ply properly, that would have called for ano­ther one-hour program. People, peuple (but of course the translation is only partially cor­rect, and very insufficient), is precisely one those highly complex and ancient words, deeply set in the rich texture of the language, which could fill in twenty definitions wi­thout strictly coinciding rigorously with any of them. All I was able to answer Pr Le Bras was, rather uncongrously:

“A deep murmur”.

More or less consciously I was thinking of one of the most beautiful sentences, at least to my mind, in French litterature, by Georges Bernanos—it probably loses a lot in transla­tion:

“Alas, around French little boys together bent upon their exercise-books, pen in hand, attentive and pulling their tongue a little, like around young men inebriated by their first walk under the blossoming chestnut- trees, a fair young maid at their arm, there was once that vague and enchanted memory, that dream, that deep murmur with which the race lulls its children” {La Grande Pear des bien-pensants [The Great Fear of the do- gooderr], introduction).

A deep murmur does seem to me one of the best possible definitions of what a people might be. Of course Bernanos uses the ex­pression in connection with the word race, not the word people, but what I am trying to say is precisely that, that the two words, for an important part of their respective si­gnifications, are more or less exchangeable. Georges Pompidou, to my knowledge, is the last French president to have matter-of-factly used the word race in the traditional and highly unprecise, undefined, that is, profound, meaning of the word. As late as 1972, in a speech at the School of Political Sciences for its centennial anniversary, he declared, without having one eyebrow rise in the au­dience:

“The shock of defeat [in 1940], the ex­traordinary adventure of general de Gaulle and probably a deep-set reaction amongst our race, have given us back our vitality, a certain taste for risk and even ambitions”.

And further down:

“The second obstacle is probably the hardest to overcome. It comes, we know it only too much, from the very character of our race, from that versatility that Caesar had no­ticed in the Gauls and used against them, and which has the French people, a people partial if there is one to calmness, to peace and stabi­lity, feel periodically, and by crises, an unex­pressed and uncontrolled need for change, and for a kind of change which sets every­thing into question, not only men but the principles themselves, as well as the institu­tions ”.

In a text which is part of a book of Me­moirs he never wrote, and which has been published in a collection of essays untitled Le Desir et le Destin (Desire and Destiny), he also writes, still with much geniality:

“My father and my mother deeply belon­ged to the French race. Hard workers, frugal, they believed in merit, in the virtues of the mind, in the qualities of the heart”.

A deep set reaction amongst our race? The very character of our race? The French race? Poor Georges Pompidou would have been much surprised to learn that, less than half a century later, with the very same words, he would be considered a criminal, taken to Court, and, who knows, impeached.

It might prove useful to note at this point that the very fact that one speaks of “our race” with regard to the French is proof enough that one is not a racist, in the traditional mea­ning of the term: the French, almost everyone agrees, have very little ethnic character to be­gin with. If they are a race, and I do believe very much they are, it is of the same order that the races of Sunday painters, of royal no­taries, or of miserly people.

The thought of calling myself a racist would never have entered my mind because the word was very much already taken by so­mething else entirely, something rather un­pleasant. But if I were one, and I must ad­mit the temptation gets stronger by the day, 1 would not be a racist like Chamberlain, Va- cher de La Pouge or Rosenberg; but rather like Malherbe, Racine, Proust, Bernanos, de Gaulle or Georges Pompidou: people who were using the word with the utmost natural­ness, who would have been quite incapable of giving it a precise definition, but could have offered twenty without problem. It is the ra­cists, with their pseudo-scientific pretentions, who have limited race to an ineptly narrow signification, itself pseudo-scientific, which covered hardly five per cent of its seman­tic bow, or fan. And the tragedy is that the antiracists, after their success against the ra­cists in 1945, have, impatient as they were to get rid once and for all of their enemy, taken the word in exactly the same absurdly narrow sense they had, being content to invert the whole ideological atmosphere in every res­pect. That is, again, what I have called The

Second Career of Adolf Hitler[3]. It is Hitler up­side down. But it is still Hitler.

Marx (not Groucho, this time) says His­tory comes back as a farce. He should have added that this farce may very well be a tra­gedy. The power of antiracism was founded on the debris of racism, and it owed its in­disputable legitimacy to the obvious and ir­reproachable Never again! outcry which had raised from the Nazi Death Camps. Antira­cist movements existed before that, of course, but antiracist societies, where antiracism is at the core of the State constitutive ideology and is the main focus of public and private education (to such an extent that public and private educational systems, in their degene­racy, seem sometimes reduced to it), stem­med from horrified reaction to the genocide of the Jews. In return for which, within the space of seventy years, they have become so­cieties where, by the very effect of antiracism, and of the mass immigration that only anti­racism could make possible, and even require, and after coming full circle within the spiral of meaning, and the spiral of facts, the history of the Holocaust, in many a school, cannot be taught, because the pupils will have none of it and are convinced it is nothing but pure Zio­nist propaganda; whilst Jews have to flee the country by the thousands because they feel their children and themselves are not safe on its territory—and indeed they are not. Such is the crual irony generated by the antiracist society: it is a great provider of racism.

Racism had turned Europe into a field of ruins. Antiracism turns it into a hyper-violent shantytown.

The meaning of the word antiracism has itself taken such a sharp turn that it is almost as if it was totally reversed. It used to mean hostility towards racism; it has come to mean, and this meaning could in equal if not grea­ter measure be suggested by the very forma­tion of the word, hostility towards (the exis­tence of) races. Antiracism, after World War II, was the doctrine and the moral request after which certain races, notably the Jews, the Gypsies, the Indians and the Blacks, had to benefit from a sort of extra protec­tion, because they were facing special dan­gers. Antiracism, after the proclamation of the new dogma, c. 1975, was the doctrine jointly pointing forward two apparently in­compatible assertions: first, that races did not exist, second, that they were all equal.

This doctrine, in my opinion, never fully recovered from that original logical flaw—never recovered logically, that is, in­tellectually—yet, as a power, and probably as the main ideological force in the West these days, it has, of course, never been stronger, for all intent and purpose. But claiming that races did not exist was by far the most impor­tant point. Of course, an other paradox, such dogma could only be maintained (against all real-life evidence) if one was to adhere to the racists’ narrow, irrelevant concept of what races are; but even then, one had to be strong enough to impose a definition of race speci­fically designed to be unable to stand on its own two feet against “science”. Only on such conditions could races not exist. But the less they exist, officially, “scientifically”, the more they make their influence felt. Never have people sung so much and so high from their genealogical tree, and been modelled by their origins, and by their cultural and ethnic sense of belonging, than since the day when races have been proclaimed not to exist anymore (and to have never existed, I suppose, for no­thing is more retroactive as modern declara­tions of non-existence—native French people, native Britons, peoples, races, etc.); and yet ne­ver have races been more influential on peo­ple’s opinions and reactions to events, and on events themselves.

Still, the most influential event of all was the proclamation of the dogma—the official announcement that there was no such thing as races. When people know only one thing, which is more and more frequent, especially amongst students, they know that, that is what they know. And the more they know nothing else, the more they are convinced of the truthfulness of that. The educational system has radically collapsed, cultural trans­mission is in shambles, but if there is only one thing that school has kept teaching it is that, that races do not exist (and that they are all equal). Without that conviction firmly rooted in everybody’s mind, mass migration could never have happened, ethnic substitu­tion could never have happened, colonisation would have been impossible: contemporary co­lonisation, I mean, the colonisation of Europe by Africa. While the colonisation of Africa by Europe was most probably racist, the co­lonisation of Europe by Africa is without a doubt antiracist. It could never have occurred without these two fundamental (and contra­dictory) principles of antiracism: that races do not exist, and that they are all equal.

Antiracism has finally taken on the mea­ning that its name implied in the first place, denoting the stance against (the existence of) races and the willingness to have them di­sappear. It is a project with strong genocidal connotations, at least for genocide by substi­tution. But if the meaning of antiracism has changed radically, and it has, the meaning of racism should also change symmetrically. It should be the doctrine of people who love races, all of them, and pray for their equal preservation. Unfortunately, the old meaning is still too strong for the new sense to be un­derstood, and but few people will have the courage to call themselves racists in the new sense I suggest, given the risk of being vie­wed as racists in the classic, though relatively modern, meaning of the word.

The dogma of the inexistence of races, proclaimed in the mid-seventies of the 20th century, is the credo quia absurdum of both antiracism (in its second phase) and Global Replacism. It has much in common with the Roman Catholic dogma of the Immaculate Conception (of the Virgin Mary), which was also proclaimed at a rather late stage by Ca­tholicism. Both make sense only in a rather far-fetched theological order of meaning and are an obvious challenge to common sense. But the more recent and more profane one has had vaster consequences than the older, purely theological one. I would not go so far as saying that it provoked the colonisation of Europe (and the impending Great Replace­ment in North America), but it certainly was a enabling condition for its advent. Paradoxi­cally, without the non-existence of races, the change of race would not be possible. Or, more to the point: it would not have been acceptable, and not accepted. However, since there are no races, as we are told, there can be no substitution of races. It is as simple as that. Change was obvious, and rather unplea­sant, but it was not taking place. How could it occur, since it was scientifically impossible?

This is not the place to discuss once again the relevance of the word colonialism or colonisation in respect to what is currently happening in Europe. On the subject I have said, even in this small book, what I belie­ved I had to say, and I will not elaborate on it again, except to repeat that, to my view, Eu­rope is infinitely more colonised by Africa, and in a much deeper and serious way, that it ever colonised it itself. This conviction ob­viously leads to a third, and, to some people, more unexpected template for resistance to the Great Replacement and to Global Re- placism—after the various wars of Indepen­dence and Resistance against Nazism—, na­mely, all anticolonial and anticolonialist mo­vements and heroes, starting with Gandhi, if not earlier. Time has come to put an end to both colonialism and counter-colonialism, to terminate the colonialistic era in human history. Between Europe and Africa the best place to stop the pendulum would be the Me­diterranean.

French people amongst my readers are not always ready to consider the Algerian anticolonial Revolution, or men like Ahmed Ben Bella, as possible role models for ac­tion, or simply as references: those fights and fighters were fought and fighting against France, and they have inflicted to the French wounds which even today are far from hea­led. Nevertheless there are, in the strange symmetry between the two countries, Alge­ria around 1960, France today, many lessons to be taught and learnt, especially with re­gard to Remigration, even if it then went by other names, and with a not-to-be imitated brutality—“The Suitcase or the Coffin” was the rather dire motto of avant-la-lettre Alge­rian remigrationnists, addressing the French in what was then French Algeria.

I am always amazed to observe how fit­tingly canonical essays by anticolonialist wri­ters do apply, with very little transposition needed, to the present situation of colonised Europe. This is particularly true of Frantz Fanon, for instance, the famous black theo­rist of Third-Worldism. Let us hear him on “Racism and Culture”, a lecture he gave to the Congress of Black Writers and Artists, in Paris, on September 20th, 1956:

« To enslave, in the strictest sense of the word, the indigenous population is the first requirement.

« To achieve this, its social reference sys­tem ought to be shattered. Expropriation, spoliation, raids, straight murder are accom­panied by a ransacking of cultural systems, or to the very least make the enabling conditions of such ransacking. The social landscape is disrupted; values are flouted, crushed, gut­ted. .. »

And three years later, in Roma:

“A national culture under colonial domina­tion is a contested culture whose destruction is pursued in a systematicfashion. It very quickly becomes a culture sentenced to clandestinity. This idea of a clandestine culture can im­mediately be seen in the reactions of the occu­pying power,; which understands attachment to traditions as faithfulness to the spirit of the na­tion and as a refusal to submit. This persistence in following cultural habits which are already doomed to extinction is already a demonstra­tion of nationality; but it is a demonstration which is a throw-back to the laws of inertia. There is no taking of the offensive and no re­definition of relationships. There is simply a retreat into a hard core of culture which is be­coming more and more shrunken, inert and empty ” (underlining mine).

Of course no two colonisations are the same, and the one to which Europe is sub­mitted is a very special one, with a few un­precedented aspects. Its main characteristic is that is twofold. Is it possible to say in english, while still making sense, that the coloniser and the colonising are not the same people? Or shall I make myself clearer by writing that what we are dealing with here is a delegated form of colonisation, a colonisation by proxy, and that the forces that want it, and who or­ganize it, are not the forces who actually ac­complish it, even if the latter are very much willing, and did not have to be asked twice?

This, this twofold colonisation, simul­taneously from the top and from the bot­tom, so to speak, by the very rich and by the very poor, is particularly easy to observe as regards culture, to keep to Fanon’s observa­tion just quoted above. It is not the migrants from Africa, for instance, that have been des­troying Western culture and civilisation, even though they seem more and more eager to pull down what’s left of them, to overthrow their ruins, or do it without even thinking of them, without even noticing that those sad vestiges are, or were, Western culture and ci­vilization.

Not only had the destruction started be­fore the recent conquest, the present foreign occupation, the current colonisation: it was, along with the dogma of the inexistence of races, the very condition for them to hap­pen. No people that knows its own classics would accept numbly and without balking to be thrown into the dustbins of history (if not worse). This numbness had to be created, or­ganized—not necessarily by people with their mind set on reaching such an objective, more likely by powerful mechanisms generated by ideals, or by interests, or by a combination of both, the one serving as a dummy for the other. The principal ideal involved is equa­lity. The principal interest at work is nor­malisation!, standardisation, similarity, same­ness—needless to say, equality is the condition to those.

If there was only one name to mention at this point it would be without doubt, es­pecially of course in a French context, but not only, that of Pierre Bourdieu. Pierre Bourdieu, for the unlikely reader who would not be familiar with his name and work, is that French sociologist, philosopher, political thinker and theorist whose analyses resolve around the noticeable inequality in learning abilities amongst pupils receiving the same teaching in the same classroom, depending on their social, economical and cultural back­ground: in short, pupils whose parents are financially at ease and culturally alert, read, travel with them, take them to museums, concerts and theatrical performances, such pupils have many more chances to take ad­vantage of the education they are given in schools and high schools; they are more li­kely to succeed in their studies and to go to better colleges and universities, than pu­pils from less privileged economic and cultu­ral backrounds.

Of course that was hardly a discovery at all, and every family in France, in Europe, in the West and in the rest of the world as well, has known for ever that the best way to give a child a good education is to give him educated parents. That was one of the main reasons, if not the essential one, why people wanted to climb up socially. The so­cial history of the Ancien Regime shows une­quivocally the long and obstinate labour of families to improve their social status from one generation to the next, and to give their children a better education, which is both a means and an end, a process and an ideal. If one studies the ascendancies of great French cultural figures from the 17th and 18th cen­turies, one has a very serious chance to ob­serve a social progression which is amazin­gly similar in many a case, and whose ar­chetypal structure would be, from one ge­neration to another: ploughman, shopkee­per, merchant, “royal notary” (the number of “royal notaries”, notaires royaux, among the ascendancy of French great cultural figures is absolutely stupefying), judge (or “prevot des marchands”, merchant’s provost), member of (local) Parliament. Commonly, it took about seven generations to produce what we would call, very anachronistically, an intellectual, or a gentleman, or both. After the French Revo­lution the process is more or less the same but it seems to have become quicker —three ge­nerations, say: shopkeeper, (great) physician, (great) writer (I am thinking of the case of Marcel Proust).

No one likes bad news but modernity feels an absolute hatred for bad ideological

news. It can withstand bad political news, bad economical news, even bad ecological news, although they are very unpleasant; but bad ideological news are beyond its capa­city for suffering and acceptance. When fa­ced with them, it immediately decides that they are false, and that those who bring them are criminals. These persons are not criminals because their news are false, their news are false, have to be, because the bearers are cri­minals, and so are their news. Those news are false and criminal because everything would have to be changed in the general (and ideo­logical) system of perception and evaluation if they were true. They just cant be. That would be too harsh on too many people.

Imagine, for example, and for the mere sake of discussion, that a young scientist would discover—and that very unlikely event would be one of the worst things which could happen—would discover, say, that women capacities of intellection are inferior by 17, 44 per cent to those of men. Do you think such discovery would have great success? Do you think prestigious scientific magazines would compete for the honour of presenting it to the world? Do you think the young doctor would be offered a better and larger laboratory, and more people to work under his guidance for a better knowledge of womens’s rights?

More likely he would be sent to some fa­raway laboratory, with a strong, if mute, in­vitation to keep quiet, if he could. Science, like history, and like information, is a mat­ter of choice, a selection. There are probably a plethora of important discoveries of which no one has never heard. They were simply not in the spirit of the age. Lucien Febvre, the great historian of Renaissance, thought Erasmus could not be an atheist because the conceptual apparatus of the period simply did not allow for such a stand. There were not the words for it. The conceptual apparatus of our time do not allow, by chance, for the convic­tion that men and women are not equal, or, for that matter, that there is any statutory, or natural, inequality. It is impossible to think that, just as it is impossible to reach by car a fishermen village which is not linked to the hinterland by any road. Such an opinion is

just not to be expressed, or even conceived. Neither is the statement stating that seven generations, or at least three, are necessary to produce a cultivated man, or a gentleman. No idea is more repellent to the present way of thinking. It can’t be true. Who wants gentle­men anyway?

Pierre Bourdieu found it extremely un­fair that pupils coming from a culturally pri­vileged milieu would have an advantage in the class-room over pupils who were not. And indeed it was. It is. It is typically what I have been calling “bad ideological news”, al­though it was hardly anything new. Criminal it was, as a state of affairs, but Bourdieu could not be called that because, as much as he was giving this rather unpleasant piece of infor­mation the veneer of (sociological) science, he was, of course, very much against the si­tuation he was describing so aptly. He, at least, and, I imagine, most of the innume­rable disciples he has had in France—where they have been running the educational sys­tem for forty years —, and in the world, wan­ted the privilege of chidren with educated pa­rents put to an end, as a privilege, by being offered to all children.

This, as everybody knows, is not at all what happened. This is not what happe­ned, and this could not happen, because the bad news of the advantage of children with educated parents are not only bad, they are true, which is even worse. They are even so­mething like an perennial truth. This truth could be put in this very unpleasant way: the best way to give children a good education is to give them parents with a good education. Which is not even an infallible method, as it does not always work. And it is not, thank goodness, the unique possible method: there are exemples of success obtained with other ways of proceeding. But it is the best ans sa­fest method, and this is a highly unsavoury truth. Cultural inheritors (Les He'ritiers, af­ter the title of the famous book by Bour- dieu et Passeron, 1970) are the most precious parts of any society: they should be protec­ted with great care, and their number, whe­never possible, enlarged. Culture, to thrive, needs a cultivated class. Culture being for a very important part (but of course not ex­clusively) an inheritance, this cultivated class must be partly, but for a significant part, he­reditary (that is: must be a class). Its privi­lege, namely culture, won’t always be trans­mitted: there will always be failures in trans­mission. For that reason it has to be partly renewed with each generation: lineages drop­ping out, lineages coming in. But it has to re­main partly hereditary.

Bourdieusians and pedagogists in French and other educational systems, whatever they might have wanted to do, have in fact ope­rated along exactly contrary lines. Since they could not insure that the ininheritors[4] would inherit, they made it sure that the inheritors would not. Dozens of examples could be gi­ven. The most significant one, and the one which will most help me be understood, I think, is that of “general culture”.

General culture, inasmuch as it is fairly in­dependant from school or college syllabuses, as it cannot be taught as a specific discipline, as it can’t even be defined, has no precise bor­ders and is, in a way, suspended (or not) in the air one breathes (or not), is seen by bour- dieusians and pedagogists alike (they are of­ten one and the same) as a privilege (as in­deed it is, even though it can also be acqui­red by strength of the will), and, as such, un­fair, unjust, antidemocratic. This being so, in their mind, it must go, or at least it must not be taken into consideration in the classroom, when marking papers, during examinations. A certain Richard Descoings, the once fa­mous (in France) director of the once pres­tigious Institute of Political Sciences, in Paris (“Sciences Po”), was made even more famous by his decision to remove all “general culture” examinations at Science-Po. Significantly, he also designed special admission schemes for the pupils of a certain number of high schools in underprivileged (that is, largely populated by immigrated) parts of the (suburban) territory.

If you can’t bring people to culture, nor bring culture to them, the simplest thing to do is to call culture whatever they have. If there is no culture, culture will be the name of what there is. It all amounts to playing on words. The word music, for instance, has had its signification totally changed, if not reversed. It is a beautiful, if melancholy, tribute to the central place of music in the West’s cultural tradition that the word mu­sic has been the place where the complete re­versal of cultural references first took place. Music, at least in cultivated language, was the name for the learned artistic tradition which ranges from Hildegarde von Bingen, say, to Eliot Carter, Ligeti, Pierre Boulez, Ferney- hough and beyond. No one has ever preten­ded that popular music, what the French call, or used to call, varie'te's, variety, was not mu- [5] sic, or part of music; but it was emphatically not what cultured people meant when they were speaking about music, and using the word music. To-day the reversal is complete: what most people mean when they mention music is pop music, and if they want to say a word about music in the old sense they have to specify classical music, or "grande musique". Qualification has changed side. To the couple music / popular music (or variety), has succee­ded the pair music / classical music, the latter being but a dwindling specialization.

The change of meaning of the word mu­sic implies a massive change in geographical reference. Music in the new sense—pop mu­sic, rock, rap, etc.—is largely Anglo-Saxon in its origins and expression, and especially American. Even French or other continen­tal European singers willingly sing in En­glish on American rhythms. Those rhythms, generally binary, military, insistent and dis­quieting like the obstinate sound (boum- boum, boum-boum, boum-boum) of an ar­tificial heart in the operation room of a hos­pital, are themselves largely inspired, if only through jazz, by African musical traditions. Those also manifest their influence directly, in Europe, without the detour by the United- States but unfortunately through commer­cial filters which are as many philistine adap­tations, if not downright treasons, of what would be, all things being equal, African “classical” music. But here music is difficult to separate from dancing, contrary of what was the case in European tradition: few people ever thought or tried to dance on Beethoven’s or Bartok’s quartets, even when some move­ments were inspired by popular dances.

Music in the new sense, combined with dancing, can be seeen, through its huge suc­cess in all classes and all ages, as a rising back of Africa in the European body. Such ascent is obviously made much easier by the highly noticeable infantilisation which has been provoked by general deculturation[6]; and which so curiously coincide with the growth of violence and brutality in daily so­cial relations. It seems the more people call themselves by their first names on their first encounter, use baby talk even in a political or official context (ministers or other offi­cials speaking of moms and dads, les mamans et les papas, even in public speeches or official appearances), turn to a flabby and namby- pamby way of expressing themselves, replace manners by the expansive expression of a no less conventional good will—in short shorten if not abolish the distances between them (or so they think), the more the common space is becoming a place of constant aggressive and often criminal rivalries.

These days one currently sees people in their seventies, if not older, taking very se­riously their dancing as part of group activi­ties which to their parents or grand-parents would have been suitable for twelve-year-old children only. But this, like the spread of tattoos or the taste for collective pleasures, trips, games, hikes, tai chi or samba lessons, all these gregariously fun activities, is also very representative of the tribalization or re- tribalization of existence, after the collapse of class frontiers, race partitions and natio­nal borders, under remplacist rule and petit- bourgeois dictatorship.

The said dictatorship and the Small Replacement (of high culture by popular culture) is never so evident as on the days when a pop star, even a minor one, dies: na­tional programs on television are entirely de­dicated to them, all other news disappear, and the general consensus is that the dead artist, who may very well have had no im­portance whatsoever in the life of his cultu­red contemporaries, was a life companion for the entire people. This never happens any more for great composers, nor, for that mat­ter, great writers, poets, painters, philoso­phers and the like. “Culture” and show busi­ness have become more or less synonymous. When one of the greatest poets of French lit- terature, Yves Bonnefoy, died in 2016, the event did not even make the news, on te­levision. Glory has been replaced by mere fame, aesthetic appreciation by mere evalua­tion of quantitative popularity. The death of

Pierre Boulez has received a hundred times less attention that that of Charles Aznavour. When the great composer Henri Dutilleux had the misfortune (he probably would not have cared...) of dying the same day as the rather obscure pop singer Georges Mous- taki, the French Minister of Culture chose to attend the funerals of the latter, probably considered more important or, at least, elec­torally more rewarding. When Paul Claudel died in 1955 he was given national funerals, and the ceremony was all over the news. To­day he would get five minutes attention on “cultural” programs. What used to be seen as culture is now considered as the rather suspi­cious hobby of an extinct social class. A new minister of Culture, in the fall of 2018, is described as particularly fit for the post be­cause he is a great specialist of “cultural in­dustries”. Culture has become a mere indus­try, like man. They are the only industries to survive.

Music, in the old, classical sense, was the normal sound of culture, also in the old, classical sense of the word. The change of meaning of the word music (in cultiva­ted language) is certainly not the cause but might be considered as the emblem, the sym­bol, the escutcheon within the escutcheon, of the change of meaning of the word culture. Culture used to be mostly an inheritance, the corpus of humanity’s best, and the cultivation of it, and the practise and production of what might be added to it. But inheritance was a wrong thing, it was unfair and undemocratic, since a minority of people received it and a majority did not, as Bourdieu had reminded everyone. Inheritance had to go, or at least had to be reduced, inside the realm of culture, as much as possible. Of course culture with less ans less inheritance in it would not really be culture, just entertainement, show busi­ness, the film industry, leisure and all the ways to fill one’s leisure time. But the name culture was kept, because it was somehow prestigious; and just as were kept, with mu­sic, concert, recital, or, even more unexpec­tedly, the very highbrow opus, which must be very surprised by its new environment. The worst changes are not the changes in names, the worst changes are the changes in contents when the old name is kept to create an illu­sion: culture, music, concert, opus, French...

Culture died, or at least was emptied of its meaning, because it was too bour­geois. And bourgeois indeed it was. Culture, as a concept, and as a name for the rela­tionship to art, to thought, to the beauty of the world and to the sensitive space is fairly easily datable and very narrowly linked with the bourgeois period of the history of the Western world: roughly from the second half of the 18th century to the second half of the 20th century. For France one could half­jokingly be even more precise, and suggest 1789 to 1968. People from Antiquity, from the Middle Ages, from the Renaissance or the Classical Period were not “cultured”, even when they were so by our standards. They would not have understood the word culture. Nobility in its heyday was not “cultured”. It was, in the best of cases, which were always, of course, a minority, well red, on intimate terms with the classics, much versed in the humanities, deeply attached to the arts and eager to possess works of art. Its ideal was the accomplished man, I'homme accompli, not the cultivated man, which would have been per­ceived as putting far too much emphasis to things of profane and secondary importance.

The bourgeois period changed all that. Culture was a weapon, for the bourgeois, in its rivalry with the aristocrat. The bourgeois had no ancestors, its relations with the past were much shorter than those of the noble­man, its manners had not been polished by the centuries; but he had money, which gave him the possibility to buy a lineage, castles, dignity, respectability, prestige. Aristocracy had been—ideally, of course, but that ideal was influencing the behaviour and the offi­cial values even of the individuals who were not up to it... —the class of honour: culture (very much in the same conditions) would be the honour of the upper-middle-class.

The class system of course varies from one society to the next, if only between Eu­rope and America: boundaries are not the same, translations are never exactly faithful. The United States have not known aristo­cracy, officially, or at least nobility, the class which, if nothing else, has built that essen­tial part of the European cultural heritage, castles, mansions, les chateaux, and has filled them with art—of course leftist, or Marxist or just popular opinion consider that les cha­teaux have been built essentially by the work force which has constructed them, if not with the money extracted or stolen from those same workers, or from the peasantry from which they came. The French bourgeoisie is not exactly the middle class, although the division haute bourgeoisie, bourgeoisie, pe­tite bourgeoisie might coincide more or less exactly with upper-middle-class, middle-class, lower-middle-class. Petite bourgeoisie, rightly or wrongly, seems to me to be more cha­racterised, to have more personality, at least more of an “image”, if only in literature, than the lower-middle-class. In any case it is my opinion (“et je la partage”, and I share it, in the words of Monsieur Prud’homme, a comic character in French 19th'century bourgeois drama) that, while the Soviet Union fai­led, notwithstanding a short century of ter­ror and tyranny, to impose the dictatorship of the proletariat, France, Europe, the Western

World and probably the world as a whole, gloriously succeeded, without terror, without visible constraint, without revolution, to im­pose the dictatorship of the lower-middle-class, la dictature de la petite bourgeoisie[7].

In France and, to a lesser degree, elsew­here in the world, there has indeed been a kind of revolution, a symbolical revolution, but, in a characteristically petit bourgeois fa­shion, it was the imitation of a revolution, a mock revolution, a revolution for laughs, and sex: May 1968 —enough, though, to send to the antiques store the bourgeois national France that general de Gaulle and his digni­fied spouse had so vigorously been trying to restore.

The admirable idea—probably never formulated, even by its unconscious concei- vers —of the petite bourgeoisie, and the one which was to insure its universal success, if

only because it was deeply in keeping with the nature of Global Replacism, and of mass migration, was to include everything and eve­rybody instead of excluding them, like all the previous ruling classes had done. Nobility was very keen on trying to avoid at all cost that people from the bourgeoisie should be­come noble. Most of 19th-century drama and literature is about bourgeois parents doing everything they can to prevent seducers from the lower orders from marying into their fa­milies. Everything was done to avoid inter­class social and sexual contact (prostitution excepted) so that the privileged orders would not have to share their privileges with too many newcomers. The petite-bourgeoisie is much more clever than that. Far from pre­venting people from the other classes from joining in, it makes it compulsory for them to do so. Thanks to the unified educatio­nal system, thanks to television which, for at least two generations, at the end of 20th- century, was practically the same for every­body, thanks to taxes and the rise of labour costs, which barred people from the ancient ruling classes to carry on with the way of life


of their ancestors and of their parents (for instance by having servants, a characteristic trait of both the bourgeois and the aristocra­tic world; or by keeping their family homes, mansions, stately houses, which became too costly and too difficult to maintain, especially without servants), it became thoroughly im­possible not to be a petit-bourgeois. Even pa­rents from the bourgeoisie who would have resisted the process were forced to send their children off to schools belonging to the ge­neral system or operating on contract with the general system, and those bourgeois pa­rents would necessarily find in their children, at the end if their educational process, per­fect petits-bourgeois, in social habits, ways of dressing and, above all, language. People who would insist on having their children educa­ted the traditional way, with the traditional syntax and the traditional words, as well as the social habits which go with them, would turn them into complete social pariahs. To raise a child is to make an outcast out of him.

Even if with some extraordinary chance or stubbornness one could escape during


one’s entire life being a petit-bourgeois, the petite-bourgeoisie would still catch up with you, in all probability, in the last moment, at the hospital, where there is no way to es­cape nurses who speak to you in baby talk and want to know gently (in the best of cases) if our dear little grandpa has gone wee-wee to satisfaction. Death is relentlessly petit- bourgeois, and vice-versa.

All the other social classes have conver­ged and merged with the enormous central class, the petite- bourgeoisie. Greatly hel­ped by the ideal of equality, and by the all­inclusive policy I just mentioned, the petty bourgeoisie has become a dictatorial classe unique whose limits more or less coincide with the world itself; and which, as a conse­quence, knows practically no outside world. It cannot even imagine or conceive having one, nor admit that actual people might se­riously use other words, have different so­cial habits, see the world from quite ano­ther angle. There is no escaping it. Outside, it is still it. For that reason it cannot have opponents or adversaries, people like it who would just happen not to think or feel like it does. People who are not with it, part of it, have to be monsters, an aberration of nature, Brecht’s notorious “foul beast”. Meanwhile, in the words of Gorgio Agamben, the Italian philosopher, “Petite bourgeoisie is probably the shape under which humanity is presently heading towards its own destruction.ln

This is probably all the more pertinent that ex-istence (the word itself shows it elo­quently enough) is selection, discrimination, exclusion, border. Nothing can be created without those actions, without a distinction being made between what is going to be part of the thing created and what is not: and things that already exist are destroyed by the removal of those conditions. The lack of selection spells destruction for universi­ties, peoples, nations and cultures alike. Of course the same could be said of equality, which is nothing but the lack of selection or discrimination setting itself up as a virtue; [8] or of the French beloved secularism (laicity), which is, so to speak, equality in religious matters. Personnally, I have never been able to understand how equality was compatible with morals, to say nothing of aesthetics. What equality is there between Vaclav Ha­vel and Mouammar Kadhafi? Between Bee­thoven and Hummel? Between Henri Du- tilleux and Georges Moustaki? If those men are equals, then life is not worth being lived, nor any effort worth imposing upon oneself to make one a better person with a more interesting life. Men are equals only before the law, if this is what the law has decided, and in what, in them, is least unique. They are equals before death, illness, misery, hu­miliation, extreme suffering; they are equal before all-powerful gods and tyrants so high up and distant that the differences between the living dissolve, making them all the same, hence interchangeable, replaceable, pure Un­differentiated Human Matter (UHM). That is what makes equality, as well as antiracism, so precious to Global Replacism, to the uni­versal petite-bourgeoisie, to the industries of man, and to Davocracy; and that is what ex­plains that it is so easy, for the hyper-class, to find arrangements, either secret or open ones, with the equalitarian left, and support it, fi­nancially or otherwise.

I believe in the equality of no­thing—except by chance, or by a sometimes legitimate coup d’Etat of the law. Equality, as soon as it leaves its legal and political bed, destroys everything it touches—vessels, ramparts, cities, men—as /Eschylus said Helen of Troy did. Equality between pa­rents and children has destroyed the family, transmission, civilisation. Equality between teachers and pupils, or between good pu­pils and bad pupils, has destroyed schools, teaching, knowledge. Equality between high culture and entertainment has des­troyed culture. Equality between citizens and non-citizens is destroying citizenship, states, nations. Equality between century-old local traditions and mores and imported ways of life and foreign traditions will let nothing standing, or worth standing, of any nation. In France and in Europe, equality between Christianity and Islam spells death for French culture and European civilisation.

An obvious objection to this description of a unique class is that, for most sociologists, inequalities are widening. We have learnt by now to consider sociologists’ claims with a certain level of scepticism. Wealth is much less obvious that it used to be: most big man­sions and townhouses everywhere have been destroyed, divided into flats or sold off to banks; private parks in urban or suburban en­vironments have disappeared or been conver­ted into housing projects; except in much sought after tourist spots great hotels have closed for lack of practice; elegant women in expensive attire are practically nowhere to be seen any more in the streets of the ci­ties to which they had given their reputation of sophistication and charm. The very rich may have become richer, that is very likely; but the “normal” rich, as a class, have suffe­red a severe cutback of their visible presence, and their impact on the geography and to­pography of the world has been considera­bly reduced, especially in large cities, where proletarisation is more striking, most of the time, than gentrification—a rather misleading term, anyway, because what it covers is more the spreading of triumphant well-off petite- bourgeoisie than an unlikely return of gentry.

Of course the fact that formerly rich countries such as those of Western Europe import by the millions a new population from the poorest countries in the world may ac­count for the increase in inequalities, at least between the once prosperous populations of Europe and their new fellow citizens, or those with whom they share some common space, or invaders, depending on the point of view; it also account for the growing po­verty, which surprisingly and regularly seems to surprise economists, sociologists and do- gooders alike: if a country or a continent re­ceives millions of very poor people, it can hardly come as a source of amazement to anyone that it should grow poorer and poo­rer, and that the medium level of personnal income should take a sharp turn to the bot­tom.

As for the other, upper, end of the eco­nomic and political spectrum, I think the me­dia and the people did not pay enough atten­tion to an innocuous remark of ex-president Francis Hollande about his much criticised successor Emmanuel Macron. Asked whe­ther Macron was the president of the rich, Holland snapped:

“No, he is not the president of the rich [Long surprised silence]. He is the president of the very rich”.

Macron is indeed, in my opinion, the best local representative on earth of what I have called Davocracy, the government of the planet by Davos, that Swiss ski resort where the Great Paymasters of the world, bankers and giants of finance, congregate once a year to decide how the planet should be run ac­cording to its best interest and theirs. Ma­cron is even, again in my opinion, the best example of the reality of direct Davocracy, the takeover by Davos of the management, wi­thout intermediaries, of the human park, to speak like Peter Sloterdijk. This implies the neutralisation of the political strata which used to be the interface between the peoples and high finance: now Davos feels strong en­ough do to without this in-between body, unreliable as it always was. And this neu­tralisation is exactly what Emmanuel Ma­cron is doing, with the utmost determination and consistency: he has defeated and send packing most of the popular figures, Hol­land, Sarkozy, Juppe, Villepin, Bayrou, even to some extant, Marine Le Pen, who had played a central part on the French politi­cal scene for the last thirty years; he has lite­rally brought about the explosion of the three main political parties which had shared the favor of the electoral body during the same period; he has formed a government of nobo­dies who were totally unknown to the public a few weeks before; he made for the election to Parliament, under his personnal banner, of an incredible collection of the most distres­sed and incompetent people ever to grace a French Assembly, a crowd which owes every­thing to him and whose number, rights to in­tervene and allowances he immediately pro­ceeded to reduce in considerable proportion; in the same time he passed a law which dras­tically reduced the financing of all local po­wers, at every level, to such an extent that mayors, now unable to run their city or village and do what they have been elected to do, re­sign by the hundreds; ministries are sent off to the banlieues where they will have oppor­tunities to better experience what new France feels like, while their historical seats are given to migrants; many of the most prestigious or symbolical real estate properties of the State are auctioned off, including airports to the Chinese, while Parisian palaces are sold to the Saudis and football teams to the Qata­ris. Growing parts of the once beloved “public service” are handed over to private interests, and people, more and more frequently, have to pay for what used to be free. If townships organize festivals, for instance, they have to pay for their own security, a service the po­lice is no longer willing or able to provide. Individuals, likewise, can no longer count on law-enforcement to ensure their day-to-day safety and quietness; unless you have had, at least, your throat cut open, which fortuna­tely is more and more frequent, you are dis­couraged from lodging a complaint, which could bring you more trouble than satisfac­tion, should you incriminate a given group of people. Police officers and constables seem to be mostly used as auxiliary tax collectors, buzy banking the ever-increasing penalties inflicted on drivers, or trying without much success, on the ethnic front, to ensure a pea­ceful transmission of power from one people to another.

If you want to be left alone you had bet­ter be a delinquent. Police officers prefer to control honest citizens, who show them some respect, are afraid of them and will not shoot them at the first vexation. A very dangerous male criminal, having escaped from prison and first on the list of the most wanted ru­naways, was recently going quietly about his business in town wearing a burqa, a garment prohibited in France—as long as he was em­phatically defying the law, he knew he would not be bothered.

Under such conditions, one is led to wonder why one should continue to abide by the codes and pay taxes. The social pact has been obviously broken. What allegiance do we owe to a power that not only does not protect us from invasion but calls for it, in­vite it and sends boats afloat to bring it fas­ter; and that does not defend the individual citizen from the growing insecurity any more than it defends the country from foreign in­vasion? The problem is that, unconsciously, for atavistic reasons, people still believe, even when confronted with obvious proofs of the contrary, that their governments are there to protect them—those governments are in fact very determined to destroy them, to melt them in undifferentiated human matter. The French are like an old faithful dog who, not­withstanding the blows received and the big stone just being attached by a rope to his col­lar, simply cannot think of his master inten­ding to drown him. It certainly looks like it, but it cannot possibly be true.

One could object here that the power or powers which want this state of affairs, the Great Replacement, Global Replacism, the industries of replaceable man, and who have chosen Macron to be their representa­tive in France, the local governor for Davo- cracy, are probably the richest people in the world, and can hardly been called petit bour­geois. Nevertheless, this is what they are. It should have been specified earlier that the dictatorship of petite-bourgeoisie, an obvious reference to Lenine and to the Soviet Union, is cultural much more than military or econo­mical. The petite-bourgeoisie has become so enormous and so total, so global, so narrowly coinciding with the world itself, that, inside it, all the old economic hierarchies have rees­tablished themselves and are now more ruth­less than ever. But those are purely econo­mical, financiary, peciuniary. In the immor­tal words of Nicolas Gomez Davila, today, between the rich and the poor, the only dif­ference is money. The petite-bourgeoisie de­cides what you think, what you feel, what you say and, more than anything else, how you say it. The class differences in language have ero­ded faster than the glacier at la Mer de Glace, at Chamonix. And every time there has been a conflict between two ways of saying things, the bourgeois way and the petit-bourgeois one, the classical and the modern, it is the petit-bourgeois way which has won, and the former which has lost, and disappeared.

Putting people’s last name after Mon­sieur or Madame, for instance, when speaking to them directly, Monsieur Dumas, Madame Fouilloix, which was considered (except of course when individuals had to be distingui­shed from other persons in the room) either American or a parody of peasantry, and sim­ply not to be done, unless one was a concierge in an hotel, who thinks people will be flatte­red to have their name remembered, has be­come general practice—with the important proviso that last names are being quickly re­placed by first names, infinitely better sui­ted to Global Replacism, which needs to cut people from the past, from history, from time and from anything inherited, family name in­cluded; and much more in keeping with petty bourgeoisie, which has no ancestors, does not know the maiden name of its grandmother and does not want other people to enjoy such patrician privileges as an old name. Unsurpri­singly, banks, hotel chains, gafas, petitioners asking you to sign their petitions or commer­cial agents advising you to set up your fune­rals in due time or to follow a miracle treat­ment against prostate problems, all behave like over-familiar, uneducated youths using your first name on first exchange and assu­ming you are eager to do the same with them (“your account will be followed up by Eric”). In French this general trend in favour of first names [9] goes hand in hand with the gradual abandonment of the traditional vous in favour of the familiar tu, which can be fairly agres- sive when not requested—the last time it was compulsory in French society was during the Terror, 1793-1794, the bloodiest phase of the French Revolution. But if men and women have to be prepared for general interchangea­bility, distances between them must be abo­lished as much as possible, and individuals must be deprived of all the social protec­tions that etiquette, grammar, private pro­perty, race, sex or nationality could offer them against global replacement.

Likewise, bon appetit, once typically lo­wer middle class, is now common verbal usage, partly thanks to foreigners who mis­takenly thought it was typically French, and who would have felt offended by not hearing it, whereas it was considered an absolute no- no in long gone polite circles. One could give hundreds of such examples. Everywhere, dic­tatorial and omnipresent petite-bourgeoisie has imposed its own language. If in France you don’t use it, and don’t start your letters or electronic messages by Bonjour, and end them by Cordially (which, back in the days, was re­served for writing to one’s servants, farmers or tradesmen) you are an outcast—I am an outcast anyway, so I don’t care.

The petite-bourgeoisie has been the sole class to come to power, cultural power, wi­thout a culture it could call its own, or at least considered as such by the other classes. Being the class of the ininheritance, it had nothing to offer in the way of inheritance, which it strongly disliked and regarded as un-

fair and humiliating to people who had none. But this mattered little. When there is no culture, suffice it to call culture whatever there is. And the petite-bourgeoisie, for lack of ha­ving a culture, or something that had pre­viously been called culture when other classes were in power, had tastes, preferences, pre­judices, social habits, favorite ways of spen­ding its Saturday nights, Sundays and other leisure time. Nothing was easier for it than to call those habits culture, because, if you are in power, if you are the ruling class, be it only the cultural ruling class, if you are the world, if you occupy all the available space, you can pretty much call whatever you like whatever you please. Thus the petite-bourgeoisie has called culture the things that she liked, and specifically the things which, rightly or wron­gly, were not called culture before this ma­jor terminological revisionism: minor genres, cartoons, detective stories, blockbusters; just as it calls music what was not meant by the word music in the previous, cultivated lan­guage.

Culture and music, in this new, petit bourgeois, sense—popular culture, popular music—have become universal, and they are the very essence of dictatorship, because there is no escaping them. The class for which they mean culture and music is the unique and only class, culturally, musically, because they are the culture and the music of the masses just as they are the culture and the music of the most rarefied social and econo­mic elites. Kings, princes, bankers, multibil­lionaires, davocrats can be perfect petit bour­geois because that is what they are culturally. Princess Diana was the quintessence of the petite bourgeoisie, and so is the Monaco dy­nasty. The natural milieu of presidents, mi­nisters and corporate managers alike is not poets or philosophers like that of Renaissance or 18th century sovereigns, but second rate comic actors, pop singers and night club ow­ners: they congregate as often as their respec­tive careers allow, and spend their holidays together. Individuals can still be very cultiva­ted in the old, pre-petit-bourgeois, sense of the word; but they are not allowed to form a class, the cultivated class which is indis­pensable to culture (still in the old sense of the word); and they have to act and speak petit-bourgeois if they want to be unders­tood and to be tolerated among the living, because there is no other language and no other accepted behavior. In any case they are not a problem because they are slowly di­sappearing, just like Western civilisation is slowly disappearing, or Europeans, or white people, who have been during a few centu­ries, for better or worse, the privileged class of the world, its aristocracy, its bourgeoisie. Now the petite-bourgeoisie rules.

That it governs a society devoted to ge­neral replacement is perfectly normal, or, should I say, natural—that is, of course, cultural. The petite bourgeoisie is par excel­lence the class of replacement. Substitution is of its essence. It is the only class not to have a name of its own. One says aristocracy, or no­bility, bourgeoisie, proletariat', the petite bour­geoisie is a bourgeoisie which is not really one, a minor variation on one, a fake version of it. It might also well be, while buzy imita­ting the bourgeoisie, a proletariat that dares not speak its name, as it would certainly seem so, its ruling of the world obviously coinci­ding with the fast proletarisation of it. In any case imitation, substitution, mimicry, are at the core of its being, as they are the foun­dation of Global Replacism—those two were made for each other.

More specifically, the petite-bourgeoisie, being global itself, necessarily implies, coun­try by country, the Great Replacement, and makes it unavoidable. Being the only possible class, it de facto abolishes the social hierarchy (reduced to mere differences of income), and with it the social division of labour. Still, the same number of social tasks remain to be ac­complished, and those are not equal in pres­tige, attractiveness or generated income: they are equal only in necessity. Society will always need street sweepers and grammarians, who are only language sweepers anyway, but need much more time to be trained. If the divi­sion of labour cannot be carried out or cove­red by the social hierarchy of classes, it will have to be carried out by the social hierar­chy of peoples, or races, which is structurally very similar to the former, with Europeans and North-Americans, not to say the White people, having been for two or three centu­ries, for better or worse, the military aristo­cracy of the world, then its merchant bour­geoisie. If a given society, or country, wants ninety per cent of its population to have their way open to college and university, it will qui­ckly have forty per cent of migrants, or im­migrants, or descendants of migrants. That is automatic, even if my figures are, as usual, totally approximative. Having ninety per cent of people with a diploma such as the French “baccalaureat’, with academic access to hi­gher education, will bring about no progress whatsoever in knowledge, culture and civi­lisation (quite to the contrary, it will mean the cultural collapse of all cultural institu­tions, as we daily see), but it will inevitably bring about the change of people, ethnic re­placement, the genocide by substitution: if everybody has a college degree, by definition there will be no more “people”; and the am­phibology between the two meanings of the world will soon show its limits—no people, no people; no working class, no nation (but the same is true of the educated class, la classe cultive'e).

If a given people notices that, as a conse­quence of its social or educational system, some essential tasks are not performed any­more, amongst its citizens, what it must change is its social and educational system, not its ethnic composition. Countries such as Japan, Korea, Hungary, Poland, which have been wise enough to protect their racial and cultural homogeneity, do not know how for­tunate they are (or maybe they do). They should be registred in the World Humanity Heritage Site. Not only are they relatively protected from the worst forms of violence and domestic strife, they also defend diver­sity and that most precious form of biodiver­sity, human biodiversity. The only coherent ecologists are those who fight for the happy conservation of all races, peoples, cultures, languages, ethnic groups and civilisations, as well as for animal and plant biodiversity; and who are convinced of the absolute necessity of an urgent demographic, at least, decrease. The most developed peoples are well aware, if not always on a conscious level, of this ur­gency; and, left to themselves, would happily decrease in number, for the greater good of the Earth. But the replacist forces will not hear of it, and replace them with populations with a higher fertility rate, on the assumption that demographic growth will bring about economic or at least financial growth: it often does so for a while; but it cannot last for ever, no growth can, especially this one as it also brings destitution, violence, depletion of na­tural resources, climate change, biodiversity disaster, the destruction of traditional land­scapes, the disappearance of natural beauty, land artificialisation and the universal shan­tytown.

The phrase genocide by substitution was coined by the French black poet Aime Ce- saire, the communist mayor, for fifty-six years, of Fort-de-France, on the island of Martinique, in the French Caribbean: he was referring to the exaggerated (in his view) in­flow of people from mainland France into the archipelago. But the phrase applies more rigorously to what is happening nowadays to the indigenous peoples of Europe and to the white population of North-America. The Great Replacement is a genocide by substi­tution. A first genocide, that of the Jews, be­cause of its horror and enormity, has put lan­guage and thought in such confusion and di­sarray, in the West, that they offer no pro­tection whatsoever against a second one, ad­mittedly very different, that of the Whites. The current “caravane” of Hispanics, that is, for the most part, Indians—those who were strangely enough called the red race, in ancient and naive classification —, plainly show how two opposite conceptions of the world are in rivalry with each other, as these people walk across Mexico towards the United States, where they intend to establish themselves. If one relies upon the way of thinking which has set those walkers on their way, there are no more nations, states, frontiers, that mat­ter. Those are things of the past. Countries which are better administrated, freer, econo­mically sounder and more generous in pu­blic and social assistance, are at the dispo­sal of countries and peoples which are not so well organized, not so orderly in their poli­tical procedures, governed by tyrants and cy­nically exploited by their own rulers. Nations which have built prosperous and orderly ci­vilisations, and which have bent their history towards that end for centuries, are nothing more than a right for those which did not take so much trouble, those which did not have the will, or the brains, or the courage, or the patience, to build up their own destiny.

To the possibility of changing people, for the governments which find theirs too ex­pensive, too unruly, not diversified enough or insufficiently eager to reproduce and multi­ply—the famous change of people by its un­satisfied government, jokingly suggested to East Germany by Bertolt Brecht, and which has become such a sorry reality for so many countries in Europe... —must now be ad­ded the possibility, for the peoples which are not pleased with their native surroundings, or with their social and cultural environment (even if it is the result of their own doing, or lack of), to change country. Both changes, of people by discontented governments, of country by dissatisfied peoples, are busily or­chestrated by the Davocracy, the financial management of the world and industrial ma­nagement of man by Davos and high finance. To the antique school division of humanity in four races, unscientific as it was, Davocracy tends to substitute a new one, enormously unbalanced but much simpler, Davocrats and the rest of the world. Amongst that rest of the world, the Whites (except the Davocrats amongst them) should be the first to go: ap­parently all the other races already see them as a white page, a blank spot on the map, an absence, a hollow, something which can be disposed of and occupied, conquered, repla­ced; in the eyes of many non-Whites they are already dead, obliterated, erased.

I have said time and again that Great Re­placement was neither a theory nor a concept. I wish to God it had been that, and nothing else, instead of being an horrible tragedy, a monstrous crime against humanity, an ecolo­gical and biodiversitarian disaster. The Great Replacement is not a theory, it is a ghastly fact, and a name for it, adequate to a degree, like The tGreat Plague, The Great Fire, The

Great War or The Great Depression. Repla- cism, on the other hand, or more precisely Global Replacism, might be a theory, an at­tempt at interpreting a system and, by the same token, a name given to it by theory, as interpretation. Global Replacism is, to my mind, one of the two totalitarian systems which are currently competing for the mas­tery of the West—the other one being of course Islam. For the time being those two are allies, Replacism and Islam, and they are using each other to progress and score points, and to get rid of minor opponents, such are the existing nations. The unspoken pact bet­ween them is rather similar to Nazi-Soviet pact, from 1939 to 1941, between Nazi Ger­many and Communist Russia. Only it is las­ting for much longer, just like the Second Occupation, 1975-20.., lasts for much lon­ger than the first one, 1940-1945. But the Islamo-Replacist pact cannot last for ever, because Replacism and Islam are natural en- nemies. Replacism is rather grossly materia­listic and Islam, although it supplies to Re­placism its biggest replacing contingents, is not in the least replacist: quite the contrary, it is ardently identitarian (and that is precisely what makes it so strong).

I have tried on several occasions to sum up (through tweets!) the genealogy of Repla- cism and its present marital status. It could run more or less like this: Replacism, the son of Antiracism and High Finance (them­selves, respectively son of Egalitarianism and Anti-Facism, and daughter of Taylorisation and Ultraliberalism, granddaughter of In­dustrial Revolution and Capitalism) marries Petite-Bourgeoisie, daugter of Democratiza­tion and Welfare State, grand-daughter of French Revolution and Proletariat. Several of those names are names of dynasties, that have been running for several generations. It is no­tably the case of Industrial Revolution, whose dowry provides the opulence of the whole tribe. Central here to the family tree is Tay­lorisation, and, before that, plain Taylorism.

Frederick Winslow Taylor is the central figure of the history of Replacism, or pre- Replacism. Although he is certainly not a fi­gure of comparable intellectual scope, he is to Replacism what Marx is to Communism.

That, of course, is an enormous responsibi­lity. As writes his more recent editor, “Fre­derick Taylor has blood upon his hands”. I certainly agree with that: not only blood but sweat, tears, UHM (Undifferentiated Hu­man Matter), not to mention mad cows and deaths by drowning, across the Mediterra­nean. And as he wrote himself, “In the past, the man has been first; in the future the ma­chine must be first”. In other words, man will be replaced by machines (robots, electronics, computers, numbers, statistics). From a mo­vie buff’s point of view, Global Replacism is Metropolis + Modern Times + Soylent Green.

Taylor’s central concept is that of norma­lization, or standardization. Products, objects, instruments, machine parts will cost less, in time and money, and will henceforth yield bigger profits, if they are the same and can be easily exchanged with one another. Taylo- risation is always a process towards the same, the sameness of the world, its looking like it­self (but, consequently, not being it). Stan­dardisation is a similarisation, but this word has two meanings which, although very si­milar, must not be confused. Making things, objects, products similar to each other means that they will look and may be be the same, but it also means that they won’t be exactly what they were, that to look or be like other objects, instruments, piece of mechanics or products they will have to be similis, co­pies, imitations, same as others but, by this very fact, different from their original ver­sion. Imitation, reproduction, factitiousness, are at the very core of the Taylorian revo­lution, which amounts to nothing less than a second Industrial Revolution. Imitation for the sake of mass production, precipitating the era of mass reproduction so well observed and analyzed by Walter Benjamin (and so well ex­ploited by Andy Warhol, Pop Art and Pop Music), is what made Taylorism particularly appropriate and suitable for the advent of the petite-bourgeoisie as the new ruling class, which it certainly helped to achieve.

Lack of authenticity, falseness, coun­terfeiting, imitation, low-cost are central to Global Replacism as they are, although to a lesser degree, to both its close relatives,

Taylorism and the petite-bourgeoisie. Petite- bourgeoisie had the signal luck to see its ac­cession to power as the cultural ruling class coincide with a formidable and unpreceden­ted development of the techniques of in­fluence, suggestion and mind control. No other ruling class before it had had at its disposal even remotely comparable means to dictate the narrative it wanted to impose. This narrative could be negative as well as positive. It could imprint upon the mind of the public the fiction that what was actually happening was not happening, as well as the no less fictitious persuasion that what was not happening was actually happening. It could also lie about the reasons for what was hap­pening, and even about the reasons of what it pretended was not happening.

The main field of lying in Europe and es­pecially in France in the last three or four de­cades is of course the most important pheno­menon to have taken place there during that period, and probably during the fifteen cen­turies of the history of the country: mass im­migration, the ethnic submersion, the change of people and of civilisation, namely The Great Replacement. It was entirely denied, and with great success, at the very moment when it was happening, and just as was de­nied the no less evident collapse of the French educationnal system, or the dramatic and ob­vious downfall, both in France and abroad, of French culture. Contemporary negationism is the negation of Great Replacement: the stupefying pretense that the most enormous and obvious event of our time, a vicissitude as gigantic as Secession War or First World War, is actually not happening.

Immigration, which was bought long time ago as a decorative lizard, has become in the meantime an enormous crocodile oc­cupying half the drawing-room, but the ge­neral convention is to pretend not to no­tice and to mind one’s business exactly as if the beast was not there. Once in a while, when he is in the mood, and that is more and more often the case, he tears off and de­vours a leg or a arm, but people go on hand­ling tea cups and discussing train timetables or the advisability of changing the wallpa­per over him as if he was some kind of dis- constructed sofa, blood all over the chairs and the carpet notwithstanding. As a matter of fact all discussions on any subject, whether it is carceral overpopulation, insecurity, the ba­lance of public deficits, incivility in the class­room or the housing crisis are totally vain, empty and meaningless, an exercice in no­thingness, hot air being blown, as long as they do not take into account, and they ne­ver do, the ethnic submersion, which is by far the main factor conditioning all of them, and compared to which, no matter how se­rious they might be—world financial crisis or unemployment—they are of secondary im­portance. The Great Replacement is entirely denied. The fictitious agreement is that no such thing is happening (and that to insist that it is is but a “conspiracy theory”).

As for an example of positive fiction, it is no more difficult to find. One of the first to come to mind is the invention of the “refugee” figure. Power today is essen­tially the power to invent and impose sto­ries. Hundreds of thousands of Africans are flooding the southern coasts of Europe, mil­lions have already made their home there, and the word used to designate them is that of refugees. There are no wars presently going on in Africa, only minor local conflicts, and the huge majority of migrants are not fleeing them. In truth the huge majority of migrants are not refugees at all, but from the gross in­competence, carelessness and corruption of most of their governments, and from their own reluctance to take in their own hands, collectively, as all other peoples have done before them, the historical destiny of their respective nations. They find it easier to go and take advantage of more comfortable civi­lisations, while not realising, apparently, that that well-being and that relative order they envy is the result of long collective efforts, constraints, self-denials, and will be reduced to naught by their mere arrival, since they are not part of that history and have not been taught for generations how to behave in order to make that specific society last and thrive. The truth of what is going on is the de­canting of one continent into another, and that has very little to do, if anything, with refugees or asylum. There are absolutely no common proportions between the major ca­taclysm of Global Replacement and the local humanitarian tragedies which create real re­fugees. Replacers are not refugees. Invaders are not asylum-seekers. Asylum is for indivi­duals, not for entire peoples or, virtually, for the population of a whole continent. And if one needed further proof that the mass of mi­grants are not refugees or asylum seekers at all but imported human material, substitute population, replacers, there is the much pro­claimed necessity, by those who make they come, that they learn the language, that they find a job, in short that they melt with the general population and be integrated. Never a word is said about their coming back where they came from, if only after a while. Is that not what being a refugee is all about, after all? Is that not what is implied by the very gesture of seeking asylum? Welcoming a re­fugee is offering him a place to rest for a gi­ven period, a chance to escape persecution, an opportunity to reconstitute his forces be­fore going back to his fights for liberty, di­gnity and a normal life in his own country.

There is never the slightest mention of such a process in the discourse of the diverse repla- cist powers. According to them, replacers are here to stay and congregate with us to form a new people, even a new kind of people, mul­ticultural and pluri-ethnic. And if we are not pleased with that script as it is imposed upon us, then it is for us to leave because we are fascists, or racists, or conspiracy seekers; and certainly not for them, the replacers, who are better Frenchmen, or Englishmen, or Ger­mans than we are, anyway, because they are more open to change, especially the change of people.

Fiction, either negative and positive, ei­ther repressive, suppressive of reality or crea­tive of myths, of lies, of fake-news, is so cen­tral to the remplacist society that I had to coin the word false a l (or fake alt), le faussel, symmetrical and opposed to real, to describe and take into account the world of false rea­lity, of the inverted real, of general falsehood we live in.

Falseal is the non-stop creation of the Industries of Daze, a colossal conglome­rate whichs operates in three principal fields: schools, and the educational system in ge­neral, buzy providing lessons in forgetful­ness, the teaching of oblivion; mass dumbing down, operated by the media, the Press, te­levision, the show business, advertising in­dustry, keen to offer, as films and series do, permanent misrepresentations of everything, particularly of races relations, much more in­tense in their images than they are in rea­lity, with crossbreeding given as an obsessive example, its omnipresence amounting, like all the rest, to uninterrupted propaganda; and, finally, drug, of which it is interesting to note that, if the other two departments are still lar­gely in replacists hands, this one, at least as far as distribution goes, is already the repla­cers’ reserved domain.

We live in a world where everything is false, fake, untrue: not only phrases, sta­tements, facts, statistics, images, gestures, but objects and actions themselves, materials, houses, food, substances, travelling, being, all affected by the universe of industrial repro­duction and low-cost; although one must bear in mind that low-cost for the producer does not necessarily mean low-cost for the consu­mer. Low cost first appears as a cheap variant for the poor, a substitute to the real thing for the needy; but it fast becomes the norm, the norm of Taylorian normalisation. At that point it only has, for the imitation to be com­plete, to get back to the price of the origi­nal item—unless of course the producer finds it profitable to keep that item low cost, in order to draw more customers. In any case the proletarisation of the world progresses, brought about, strangely enough, by the dic­tatorship of the petite-bourgeoisie, as exer­ted economically, and politically (but politics are more and more replaced by mere manage­ment) by the petit-bourgeois hyper-rich, the petit-bourgeois hyperclass.

Confused on the one hand with culture and more and more, on the other, with lei­sure and mere entertainment, tourism has be­come, in many a case, falsely seeing what has been made false for this false examination.

The worst cases in falseal, fakeal, fakreal, whatever, occur when the names are kept.

Things, beings, feelings have totally changed or have been turned into their contrary, but they have kept their old names, the name of what they are no more, French, culture, in­formation, but which someone, a person, a group, a State, a political party, a coalition of interests, has decided to give to the new en­tity, which will have to share it with the old, thus creating a lot of confusion and adding to the general sense of daze. We are here at the centre of my original political concern, which I treated in a fat book untitled Du sens, On Meaning, my central laboratory for all ulte­rior personal reflection.

My idea was, and still is, that the central debate in Plato’s Cratyle, which is essentially on language, words, etymology, can be im­mensely enlarged and made to embrace the whole world, and describe our perception and interpretation of it.

Hermogene, Cratyle’s contender, thinks that words are just words. They have no mea­ning of their own and no free will. They mean what their common users have deci­ded they would mean, and nothing else; and if the same common users, or others, decide to change that meaning, then it will be chan­ged, whether that pleases the speakers or not. Meaning is but a pure convention, a contract, a deliberation, a pact, an agreement.

For Cratyle, on the contrary, words are just as many survivors of time, and their let­ters and syllables have much to say about their signification and their long journey throughout the centuries. What they are and what they mean do not depend on some arbi­trary decision, but on their origin, and on the origin of that origin, and on their endless run uphill in the nervous stream of history, like a salmon swimming counter-current towards the singing spring. Do words like French or British refer to an administrative stamp on some legal document, or to an ancestry, a long experience, a shared history, blood, race, love, culture, civilisation?

Nouns and adjectives pertaining to na­tionalities are probably the best and simplest testimonies that for every given word there exists a mute and ferocious rivalry between its Hermogenian meaning—the superficial, ad­ministrative, official, legal, scientific, trium­phant one, with its ID papers always in per­fect order—and its Cratylian meaning, real, deep, profond, hard to explain, poetic and li­terary.

Hermogene, champion of stamping, and who has easier, simpler, more authoritative (be it only the authority of the law, or of dic­tionaries) ways of playing the game, or run­ning the war, always wins. It is highly pro­bable, though, that he has never won more than he is winning now, if only because a Taylorian world of normalization, standar­dization, general substitution, badly needs the power to name things and people pretty much as it pleases. An industrially processed, lyophilized dish of truffle raviolis will have 0,2 % truffle in it, or no truffle at all, but will still be called truffle raviolis if commer­cial norms authorize it, and even, sometimes, if they do not. Nominalism is essential to the fakeal. It is of the utmost importance to it that things, being not what they are, don the name of what they are not. Language, this way, becomes totally corrupted. Quartierspo- pulaires, in French, popular districts, refer to districts from which the original, indigeneous people, have been expelled:

“Moktar Ben Moktar, that will sound good on the [electoral] list. Such a name will draw votes from les quartierspopulaires".

Des jeunes, youngsters, is not supposed to mean that delinquents are young, although they are, but that they are not of European origin. If they were so, but they never are, the paper would say de jeunes Europeens,young Europeans. If people in Geneva have to com­plain about bands of hooligans from across the (French) border, the French press will call them de jeunes Hauts-Savoyards, which is sup­posed to mean they are from the neibour- ghing departement de Haute-Savoie, whereby every reader will understand that they are not from Savoyard stock. Journalists even change the names and sides of criminals, for fear of creating racial prejudice; and for the much greater fear of being called racists.

« In every place where there is nothing, read that I love you », Diderot wrote fa­mously to his mistress, Sophie Volland. I every place where there is no name, read that the criminal is not European: such is the convention between the press and its subscri­bers; if he was, his name would be given.

In any case readers and radio or televi­sion audiences in France and, I suppose, eve­rywhere in Europe—except Eastern Europe, which does not live under the tyranny of in­verted language—have all become, by force, formidable cryptologists. They all read, hear and understand the words underneath the words, and underneath the blanks, and the si­lences. But very often they are afraid to trans­late them even into their minds, and stub­bornly refuse to understand what they un­derstand.

Hermogene always wins, but Cratyle ne­ver loses completely. Moreover he always re­turns, rising again from the grave. He has a lot in common with Lazarus, whom Christ resuscitated. In real Athens there was a phi­losopher going by the name of Cratyle, at the time of Plato. Some seem to think he was from Jerusalem. As I have often said, I have a Lazarusean conception of fatherland.

France, at least twice in its history, at the time of Joan of Arc and that of Charles de Gaulle, could have been pronounced clinically dead, and returned amongst the living. The He­brew language has been restored to life af­ter centuries. Who says the same could not be done with French culture and civilisation? We are not even dead.

Frederick Taylor’s most famous and most successfull disciple, the one who applied his views with the utmost rigor and efficiency, was of course Henry Ford. Ford had the brilliant idea of his own, though, producing cars that were cheap enough—that is to say standardized enough—that the very workers who were producing them, for him, would buy them, from him. Producers and consu­mers were merging into one, producers were becoming consumers. Today, Global Repla- cism has gone one step further, producer- consumer has become the product. As the popular saying goes, “If you are not paying for the product, you are the product”. But in fact you might be the product even whilst paying for it.

It has been much said that mass immi­gration has been schemed and provoked by industrialists and other employers who wan­ted a cheap workforce and a means to check the increases in wages demanded by native workers and unions. That was largely true, and still is, in part, but for many years now it has not been not so much workers but consu­mers that Global Replacism has been impor­ting by the millions. Readers will object that those replacers have no money: how could they be consumers? And indeed they have no money, even though they often seem remar­kably well equipped with technological gad­gets and communications devices. They have no money but they will need housing, roads, bridges, hospitals for their health, schools for their children, stadiums and theaters for their leisure time, mosques for their faith and com­munity affiliations, cars, domestic and elec­tronic appliances and so on. They have no money but that is not a problem because they will have that of the remplacees, the indige­nous population—by wich I do not mean that they will steal it from them, although that may happen; but that the so-called social be- nejits are in fact racial benefits, from the colo­nized people to the the colonizing one, via the colonialists; from the replacees to the replacers, via the replacists.

In France, very absurdly, only forty-eight per cent of the citizens have to pay income tax, while fifty-two per cent do not. It would be interesting to know the respective pro­portion of replacers and remplacees in both groups. One would probably discover that it is replacees who are largely paying for their own replacement.

The economics of Global Replacism, as a matter of fact, has a few original, or al­most original, traits: as slavery before it, it is triangular, for instance—just as the people who want and organize the Great Replace­ment are not the people who accomplish it, the consumers are not the payers. Social is another good example of those lying words, words of substitution, to which I was allu­ding earlier. Just as social benefits are in fact racial benefits, social housing is in fact racial housing. Davocracy always insists on the buil­ding of social housing, as if it were building it for the poor and the needy amongst the native people. Towns which do not provide sufficient social housing have to pay vey heavy fines. Some, if they can afford it, will pay those fines rather than have their popula­tion transformed. They valiantly resist colo­nisation, conquest, genocide by substitution. But they cannot resist for long. The replacist power wants multiculturalism, deculturation, ethnic submersion, and it wants them eve­rywhere, down to the remotest villages. The new human Nutella spread must be spread out evenly on the territory—forgotten cor­ners, poles of resistance and Gallic villages shall not be tolerated.

Henry Ford was of course highly anti­Semitic and a great sympathizer of Nazi ideas and ideals. This admiration was entirely re­ciprocated, and Adolf Hitler had a portrait of Ford in his office at the chancery. When Chaplin sharply criticized Ford and fordism in Modern Times, and the Hitler and Hit­lerism in The Dictator, he was in fact figh­ting the same enemy, under different guises. The Ford factories in Germany were adja­cent to concentration camps, and there were exchanges of task forces and industrial me­thods between them. One always sees the concentrationnary universe as a major des­tructive attack against the Jews, and one is of course perfectly right. But it is now high time now to contemplate it also as a major attack against man himself, against the humanity of the human being.

“The means to destroy are getting more perfectionnate every day, wrote Bernanos in 1948, and modern world, in its prodigious unconsciousness, is getting more and more vulnerable. That is because it wants to hear only about Technique, and Technique only knows high interest. Since concentration is good for high interest, modernworld, like it or not, will be concentrationnary[10].”

We are here at the core of a sombre de­bate between my friend, or should I say for­mer friend, unfortunately, Alain Finkielkraut,

and I about Death Camps and the Extermi­nation of the Jews. Both positions seem to me to be perfectly honourable, and they should not, in my opinion, affect worthiness and friendship. Neither of them, needless to say (I hope), reduces the horror of the crime co- mitted, nor the responsibility of the executio­ner in the slightest. For one, Finkielkraut’s, Death Camps are a unicum, a one-of-a-kind tragedy which must stay totally isolated when analysed, and not to be compared to anything else. For the other, mine, it is the epicentre, the Heart of Darkness, the worst episode of a story that began long beforehand and which is far from being finished. Upstream: the In­dustrial Revolution, Taylor, Ford, Metropolis, Modern Times (and of course the racist he­ritage). Downstream: the Technological Re­volution, the Cultural Revolution, Pol-Pot, The Small Replacement, Soylent Green (and of course the antiracist ideology).

The relation between concentration, re­placement and space, especially space divi­sion, is also called to attention by the French philosopher and metaphysician Georges

Gusdorf, whose thought, at times, reminds one of that of his contemporary Gunther An­ders, the great theorician of The Obsolescence of Man, to whom my own reflexion is very much indebted:

“One could even say that one of the tra­gedies of our times consists of the increasing disqualification of human space. The natural milieu is more and more obliterated, crossed out by the settlement of technique’ new mi­lieu. Spatial structures tend to become more and more homogeneous, the differences bet­ween the sites is blurred by the growing mo­notony and uniformity of the ways of living. All cities tend to look alike, as all houses do, all flats, all lives as well as all the political re­gimes. Modern uprooting makes men inter­changeable. For that matter the value of indi­viduals seems to go down at the same time as that of places, and the modern man is won­dering with anguish whether there will soon be nothing but people being displaced in a concentrationnary universe.lM

In Hong-Kong, workers from continen­tal China live in boxes where they cannot stand up, and this in order to be near a job which brings them just enough money to pay for their cage. Everywhere, under the pressure of overpopulation and demographic growth, such as profit wants it, space is be­coming ever rarer and more precious, and it is being divided and divided again, not only spatially, as space, and that to an absurd de­gree, but also in time, as time: people who shares a flat divide its surface and its rooms between them, but they may also divide the time allocated to each of them: one room­mate may use a room or a bed from 8p.m.. to 8a.m., say, and the other roommate from 8a.m. to 8p.m. As mentioned before, with the migrants flocking all over the place, the most beautiful cities in the world are turning into slums, shantytowns, waste grounds, devasta- [11] ted by stupor and hyperviolence. The point is not to make comparisons, of course, between Hong-Kong’s boxes for human beings and Auschwitz’s bedsteads; it is only to remark that they belong to the same story: that of the dehumanization of man, its reduction to the status or non-status of an object—gold, skin for shades, Undifferentiated Human Matter.

Cities, great capitals, metropolis such as Babylon, Rome, Paris or London have been for millennia the home of refinement, deli­cacy of manners, intellectual life and culture, to such an extent that the word civilisa­tion comes from their name, as did the thing itself from their walls, streets, squares, palaces, mansions, cafes, theatres, gardens and drawing-rooms; but today it seems to @be the opposite. “Multicultural” metropo­lis seem to be the centres from which hy­perviolence spread itself over the world; they are becoming very dirty, dilapidated and dan­gerous, and to travellers and to their own inhabitants alike they inspire less and less desire, excepts may be for those who prac­tice all the forms of nocence. Civilisation appears to have withdrawn into the depths of the ultimate forests and inside the last books, and if that is so it should change its name—ruralisatiori? sylvanisation}

What makes Replacism so strong is its alliance with antiracism—that is, with good­ness, with the empire of the Good. The expe­rience of Nazism, which it had observed up close, and even from the inside, as Ford’s just reminded us (but one could mention many other names), had taught it that a genocide, and a fortiori a speciescide, to be entirely suc­cessful!, needs to be perpetrated not in the name of evil, but in the name of goodness, virtue, human fraternity. A crime against hu­manity that does not grant you a Nobel Prize for Peace has not been conducted according to modern standards.

High Finance was an old lady of prac­tically unlimited means but execrable repu­tation. She was well aware of being obli­ged, in a pan-mediatic society, where one’s “image” is eveything, to try and build a bet­ter one for herself. Someone introduced to her Antiracism, a popular young man of im­peccable credentials (at that time), nume­rous relations, high ambitions and little mo­ney. Contrary to what one may have thought, those two soon discovered they had a lot in common, notably the hatred of segrega­tion, discrimination, borders, frontiers and the like, everything that might lead to a dis­tinction between human beings. They were also highly complementary. Antiracism pro­vided the couple with a good name and with absolute protection against all criticism: how could anyone criticize virtue, goodness, ge­nerosity, equality, fraternity between people from all walks of life? Finance provided it with money, power, total mastery of the me­dia—all the more so that money and power, thanks to that unexpected union, had vir­tue on their side, which might one day come handy, and it did, to alleviate the qualms of a few idealistic or extremely naive journalists.

That unique combination, money and virtue (or the image thereof), power and righteousness, traditionnal business interests of the right and no less traditional moral ideals of the left, is in my opinion what makes

Replacism such a formidable enemy, so for­midable indeed that one often wonders if there is any point in trying to fight it, so strong as it appears to be—as if the ruth­less power, in the upper district of Metropo­lis, had, to top it all and make it worse, the capacity to project to the world the gentle image of the soft social order found in the Alpine pastures of The Sound of Music. The name 1 give to it, Replacism, Global Replacism, is of my own creation, and that makes an important difference from previous political totalitarianisms, Communism, Nazism, Fas­cism, which had chosen their own designa­tion. Nevertheless Replacism seems to me an apt description, and well suited to show why and how that ideology, devoted to promo­ting the replaceabilility of everything, man emphatically included, is indeed a totalitaria­nism whose only rival as such, for the mastery of the world to-day, is Islam.

Proposing a name and a description for a society not otherwise designated exposed me very much to the accusation of promoting a conspiracy theory. The theory of conspiracy theory is one of the most effective, catchy and brilliant inventions of the ideological power and its executive clique, the media, to discou­rage any reflection on its own workings, on the nature of its power and on the crimes it might have committed. The theory, and the accusation of which it is the name, amalga­mates all conspiracy theories into one, whose model are the most eccentric views about the attacks of September eleven against the Twin Towers and the Pentagon. But just as being paranoid does not mean you have no enemy, as the overused but true saying goes, accu­sing everyone whose views differ from yours of being an adept of some conspiracy theory does not mean there is no plot and no conspi­racy.

Personally I have never imagined that a group of people with evil intentions congre­gated one day in some big luxurious executive room and decided that they would change the population of Europe for a cheaper one that would grow faster in quantity. I think it is more evil than that. Some people incrimi­nate the Jews, others incriminate the Euro­pean Union, some think Wall Street or the IMF are entirely responsible. There might be some truth in any of those assumptions, but I would rather think of some enormous, bi­zarre and complex processes, so intricate that no one can understand perfectly how they work and why, and no one can master and stop them once they are started. They are very much started. It is for us to break the machines which churn out men like other churn out cookies, or Nutella, or surimi. The problem, as I see it, is not so much the repla­cement of men by robots as the replacement of robots by men, dazed machines made of flesh, covered in diplomas, extremely violent to one another but fundamentally obedient to the general plan.

It would be surprising that the Jews should be the ones mainly responsible for a phenomenon, the Great Replacement, of which they are the very first victims. The change of population in Europe has brought about overall and growing insecurity, which makes daily fife very difficult, if not down­right impossible, for a number of Jews who are almost permanently exposed to very strong Muslim agressiveness, modern anti- Zionism flourishing both as a form of exas­peration and as an excuse, a more decent co­ver, for very classical Arab and Muslim anti­Semitism. As for classical occidental Euro­pean anti-Semitism, it is like a derelict shop in the dilapidated historical downtown, now entirely driven out of business, and fashion, by the enormous shopping malls, in the ban- lieues, ominously favoured by replacist or “an­tiracist” power. A number of Jewish com­munities in Europe who had survived the Holocaust do not survive the Great Repla­cement. Thousands of French Jews are lea­ving the country each year, choosing to make their Alyah because they feel they have no choice. This, on top of personal feelings, is one of the reasons why I was deeply sho­cked to learn that, during the notorious anti- remplacist demonstration in Charlottesville, in 2017, next to the people who were shou­ting You will not replace us/, which, of course, I thoroughly and enthusiastically approve of, as the very cry against post-humanism, some, a minority, and a very small one I hope—I am very much accustomed to the ways of the mainstream press, and I know their de­light in mentioning as central, in the actions of their adversaries, what was in fact totally marginal—were shouting/mv will not replace Us! It is not the Jews that are replacing you. Taylor was not a Jew. Ford was not a Jew, and indeed, as we have seen, he was highly anti-Ssemitic. Soros is, admittedly, Jewish, and he does play an essential part in Glo­bal Replacism, as have done, on a smaller scale and with much more limited means, many a Jewish intellectual, journalist, colum­nist or writer, red-hot promoters in their time of massive immigration, or mass migration. But this has perceptibly changed, fortunately (from my point of view); and the propor­tion of remplacist Jews and anti-remplacist Jews is now almost reversed. In any case, Jews are very much divided on that issue, which makes them no different from any other community.

To that must be added that Israel belon­ging to the Jewish People, with Jerusalem as its capital, is the model and the essential re­ference, at least in Western culture and ci­vilization, to all sense of belonging. If those three did not belong to each other, it would be the end of all belonging. That specific link is so essential that it is, so to speak, the gold- exchange standard all other links. If Jerusa­lem were not Jewish there would be no rea­son for Paris or Saint-Denis to be for ever French; for London or Winchester to be En­glish, or indeed for Washington or Concord to be American—at least not in a cratylian world [12], that is, in my way of thinking, that of art, literature, language, memory, culture, sense, order, in-nocence and civilisation.

As for the European Union it is of course largely responsible for the disastrous state of the continent, invaded and occupied by peoples foreign to it, and who turn its ter­ritory into a shantytown. It has, indeed, be­trayed a lot. The question is to know whether it has betrayed and goes on betraying because of its very structure, and therefore it would do the same with different people running it, or if betrayal is just the natural result of a certain kind of government, and a certain kind of people running it. After all, many people tend to think their own national go­vernment, notably in France, has betrayed or sold them out just as shamelessly: they would like to change it for another one, more pro­tective of what they are, and what the country

is,  but they don’t want, just for that reason, to suppress France, or its political organisa­tion. Why should one want to suppress the European Union, or at least have one’s coun­try leave it, just because one does not like its policies? One should be more ambitious, should want to seize power inside it, and ra­dically change its ways and modes of mana­ging things. Europe, one should take hold of

it,   not leave it. One should expel Africa from it, not exit it. I was personally much sadde­ned by Brexit, because 1 think Europe wi­thout Britain, which is a major and essen­tial component of its civilisation, is not Eu­rope at all. The continent being invaded, the nations which are part of it should stick to­gether and resist, not try and find salvation one by one, in dispersion and isolation. Just as I am writing this short book, Italy is re­fusing to take in more of the so-called “mi­grants”, which I thoroughly approve of, but is fighting with other European countries for a fair distribution of them. There is no such thing as a “fair distribution” of them. If inva­ders refer to what they really are, and it does so, they should not be distributed among Eu­ropean countries, but sent back to where they belong. This tends to show how the problem, being a matter of life and death for the conti­nent and its civilisation, cannot and will not be solved in one country only, or one by one. It is a matter of civilisation on a continen­tal scale. So called “sovereignists” lose a lot of time and energy, not to mention elections, by concentrating their attacks on Brussels and neglecting the invasion. They are like resis­tant fighters, during the First Occupation in France, who would be so busy fighting Vichy that they would completely forget about the Germans.

Of course Vichy should not have been forgotten, that is not what I mean at all—and neither should Brussels. In fact Brussels is the new Vichy, the Vichy of Europe, the Vi­chy of the Second Occupation: its name is so strongly associated with treason, collabo­ration, Replacism, that I think the city should be replaced, as capital, after the territory has been liberated, and remigration achieved. I am personally favourable to a Europe of Na­tions, a Confederacy, with a clear division of attributions between nations-states and the confederal power, with Vienna as its capi­tal, and an elected president in Schonbrunn. Vienna is an imperial city long deprived of an Empire, and it is ideally located at the centre of the continent, exactly at the crossroads of Northern, Southern, Eastern and Western Europe. It would be a magnificent symbol of the will of this part of the world to take part again in history.

When did it start leaving it? After the horrors of the Second World War—the fa­mous Never Again, again. As the main States on the continent, victors, vanquished, or in-betweens (most were in-betweens), were slowly fading into the status of second rate powers, Europe itself, which could have been a major one, was deciding against it and pre­ferred, shameful and exhausted as it was, being a ghost, a living non-entity, secure in the scilly, pretentious thought that there would be no history as long as it would be ta­king no part in it[13]. Eastern Europe was oc­cupied by the Soviets. I admit being shocked when a great writer like Pascal Quignard speaks, for France and Western Europe in ge­neral, of L’Occupation ame'ricaine, the Ameri­can Occupation. That is being unfair to our liberators. But it is true that we have been culturally colonised and that the americani­sation of life has been a major part of the set­ting up of La Dictature de la petite bourgeoi­sie—the United States, being, at least at the beginning of its existence, without a history or a cultural heritage, was very much from the start a petit-bourgeois, highly egalitarian society; and most (but, of course, not all: Dickinson, Whitman, James, Ives, Faulkner,

Twombly...) of its (enormous) contributions to European culture came under the chap­ter of popular culture, show business or en­tertainment. These contributions have been so extensive that someone once said in jest, when we Europeans started to be subjec­ted to another, more brutal and more di­rect colonisation, that we were submitted to an islamisation of our americanisation. There was a lot of truth in that. We would have been much less easily islamised and africa- nised if we had been less americanised (and petit-bourgeoised, but that is partly the same thing).

The American colonisation of Europe, although much less severe than the African one, because it is not demographic, is not only cultural: it is also military—but for that the United States are much less responsible than Europe itself which, out of avarice, co­wardice, laziness and that will to escape his­tory that I have just mentionned, has left to its American ally and protector the care of its own defence, giving up in the process the sta­tus and dignity of a fully independent conti­nent, or of a free Union of nations. I am not a very ardent Trump supporter but there are a few points where I totally agree with Donald Trump, and one of the clearest ones is that the United States do not have to be eternally responsible for the security of Europe, whose different states should put up as fast as they could a new, competitive army.

The United States, especially under the presidency of Barack Obama, have shown themselves very favourable to the change of people and civilisation in Europe, and al­most impatient to see it made irreversible. In France the American embassy is in close touch with the so-called “quartiers popu­lates” and has set up a system of grants and fellowships whose laureates have been almost exclusively of African descent, which shows whom the United States consider as the most likely leaders of to-morrow’s France. But with Donald Trump America began to rea­lise that it was itself just as menaced by the frightfull Great Remplacement as Europe is. Hence the shouts of You Will Not Replace Us at Charlottesville and elsewhere. The truth is that Europe and the Atlantic are being repla­ced in the heart, eyes and interests of Ameri­cans by Asia and the Pacific Ocean, and that is for a large part the result of a shift in popu­lation on the American territory itself. For a growing number of Americans, Europe is not the Old Country anymore, the land of the ancestors. Replacists can be replaced, they are actually being replaced, and if they are not they will soon be. As far as replacement goes, America is at least as much a victim as it is a culprit.

Others mention the UN and the IMF and those are certainly remplacist organisa­tions, quite openly in the case of the UN, who make current use of the word replace­ment, with favorable connotations, and draw regularly attention to the necessity of re­placing an ageing and dwindling popula­tion. The attitude of those institutions on that matter might be found strange, since the vast majority of their member coun­tries are not remplacist in the least, and would find it monstrous to have their own population replaced. But they don’t find it monstruous at all, quite to the contrary, to have their own population replace that of other countries, which amounts for them to achieving a conquest or a colonisation: Tur­key’s blatant conquest of Germany, Moroc­co’s sparkling self-imposition on Belgium, Algeria’s rampant colonisation of France, etc. And the countries thus conquered and colonised, namely the European countries, mostly, plus North-American countries, spe­cially Canada, see no objection to it since they are ardently replacist. An admirable com­bination indeed: antireplacist and replacist countries are of the same mind to promote Great Replacement, and everybody is per­fectly happy with that, except, possibly, the replaced populations, who should abominate the process, since it amounts for them to ser­vitude and genocide by substitution; but who do not, because they have been submitted for years to constant propaganda and mind control, through schools ans the media.

A large majority of citizens do not even know this is taking place, even though it is happening in a perfectly evident way right under their nose, and before their eyes. And, even when they start suspecting something, it is themselves they suspect first, in case they might be called a racist, or, even worse, be one. They would rather go on being blind than face such an awful risk, one that would shatter their whole existence, and their re­lationship with their soul, not to mention their relationship with their entourage, wife, husband, lover, employer, employees, neigh­bours. Falseal is stronger than facts. But, in the long run, Falseal is not necessarily stron­ger than truth.

I have enumerated, throughout this short essay, three models that, in my opinion, should inspire us in our fight against the African invasion, the Islamic occupation, the change of people and civilisation, genocide by substitution, in short against the Great Replacement, and against Global Replacism which is its matrix: the fight for indepen­dence of oppressed nations, mostly during the 19th century, in the name of the right of peoples to self-determination; resistance to German and Nazi occupation during World

War II; the anticolonialist struggle of coloni­sed peoples and countries, mostly during the 20th century. There is a fourth model, and it is the one which gives the most hope, not only because it was successful, like the other three in a large majority of cases (although not for Tibetans, Kurds, or Berbers...), but because the situation to which it refers is by many aspects the most similar to the one we are experiencing. I am thinking of dissidence and dissidents in their struggle against the Soviet Union and other totalitarian commu­nist countries, such as Czechoslovakia, Hun­gary or Poland. Dissidents were facing a for­midable foe and they had only one weapon, besides their courage, intelligence and deter­mination: truth. But that simple and primi­tive arm proved all-powerful, because what they were facing was falseness itself, a world where everything was false: lies cemented by fallacy. Such a world can resist for a long time. But every truth jolts it invisibly, and one ultimate truth makes it collapse all at once, like the trumpets resounding at Jericho on the seventh day. Practically nothing is left of the Soviet Union but one of its very few living inheritances is the kommunalka, the notorious shared apartment of Moscow, Leningrad and other cities, with one kitchen for several fa­milies, one shared bathroom, and regular al­tercations in the corridor: only the kommu­nalka has migrated to the West, where every country is a big kommunalka, with the dif­ference that it is not persons or families, bur peoples, that have been forced to live together and share a common space.

There is, I must admit, one point that makes our situation worse than that of the anti-Soviet dissidents, it is that our present falseal, or fakeal, is much stronger, more so­phisticated, more modern and better liked, than the general delusion of the Soviet per­iod. In the words of our member at Natio­nal Council of European Resistance, Vaclav Klaus, economist and former president of the Czech Republic, “in the last years of commu­nist rule they were more people believing in communism on any American campus than in all Czechoslovakia”. Because they had no choice people in the communist world were living and behaving as if the communist prin­ciples were some sort of eternal law of the universe, but practically no one actually belie­ved that they were true, nor did anyone think they were just.

We are, unfortunately, in a very different situation. A considerable number of people in Europe and North America do believe that Great Replacement is not happening, that there is no colonisation, no foreign conquest, no change of population; and many others, or the same, believe that if such things were ac­tually happening it would be no problem at all, that it would even be a good thing, both from an economic and from a moral point of view. The number of people with such conviction seems to be slowly decreasing, as they witness the distressing reality of the phe­nomenon, or directly experiment the horrors of vivre ensemble; but this number stays ama­zingly high, especially in its electoral trans­lation, which has stayed obstinately favou­rable, election after election, so far, at least in France and in other main European na­tions, either to political parties themselves in favour of mass migration, or to parties about which it is common knowledge, whatever their official platform, that they will do no­thing against it. How can people accept, ei­ther enthusiastically or reluctantly, what had been to their ancestors the worst conceivable horror: not having a country they can call their own anymore, being obliged to share it with other peoples which are not espe­cially friendly and easy to live with, slowly or not so slowly being replaced by invaders of other races, other continents, other cultures, other religions or religious views, other civi­lisations, and with very different mores?

This very year we are celebrating in France, in the United Kingdom, in Bel­gium, the centenary of the 1918 Victory, which we de not even dare call Victory any­more. What would the soldiers of World War I think, after the horrible sacrifices they made, indeed giving up their youth, their health, their comfort and often their lives, if they could see what France, or Belgium, or Great-Britain have become to-day, coun­tries that are violent, dirty, falling apart, third world territories with a third-world popu­lation, battlefields for very uncough foreign peoples? Would they think this is worthy of their efforts?

Acceptance of the unacceptable is a to­tal mystery, unless one realises that techno­logical progress has made the indutry of illu­sion and the manufacturing of daze infinitely more efficient than it used to be even in the relatively recent period of the Soviet dicta­torship. Mind Control has improved in uni­maginable proportions. Information is eve­rywhere; it passes into our utmost intimacy; we even produce it ourselves, for each other, and in the dictatorship of petite-bourgeoisie, as we have seen earlier, everyone is the dic­tator of all the others. And information at any time is selection, if not invention, in any case influence, propaganda. What happens or does not happen is for the media a crea­tion of every moment. A demonstration of twelve people can be news if replacist inter­ests need them to be so, a demonstration of twelve thousand can very well have no exis­tence whatsoever, even as it does take place, if it does not concur on the change of people, or might be dommageable to the process. The same is true for individuals: positive re­ferences to ethnic substitution and “diversity” will be enough to make their career, be it in art, business or administration, whereas any mention of what must not be mentioned, na­mely the Great Replacement, will precipi­tate them down into nothingness and invisi­bility. In the words of Tocqueville, who seem to have foreseen a tyranny exactly similar to ours:

« You will stay amongst men, but you will lose your rights to humanity. When you get closer to your fellow creatures, they will fly away as from an impure being; and those who will believe in your innocence, even they will desert you, because they would be deserted if they did not. Go in peace: life will not be taken away from you, but it will be worse than death »[14].

The official political sympathies of the media, who are the principal instrument of ideological repression—journalists playing all the parts at once, informer, police officer, com­missar,, prosecutor, judge, executioner—of the Thought Police, are of no significance what­soever: they all belong to the hyper-rich, and what the hyper-rich want and need to keep on being what they are is the uninterrup­ted mass production of the factories which churn out Undifferentiated Human Matter (UHM). Nothing else matters to them.

Still. The very perfection of the ma­chines which produce the Fakeal, like those who produce film imitation of life on the is­land in Bioy Casares’ The Invention of Morel, might be a weakness, for them, their Achil­les’ heel. Bernanos already noticed and poin­ted out how the extreme technicality of the modern world, where man is progressively replaced by machines, was making it much more fragile, much more easily endangered by the slightest incident. We all have in mind recent examples where a tiny glitch has gi­ven rise to total chaos for days or weeks at a stretch, in train or plane transportation, for instance, in hospitals, or in the banking sys­tem. The glitch I suggest, promote and re­command is not tiny at all. Truth has a light­ning effect, especially on an organism that has been confronted on a daily basis and for years, as the ideal of living together has been, to crushing and often bloodstained denials of its dearest convictions. When the child in his innocence says that the emperor is naked, in Andersen’s The Emperors's New Clothes, eve­rybody, after a second of stupor, admits seing what everybody sees but has been denying seing for months, or years: namely, that the sovereign is naked. The reversal of opinion, in such a case, can be very fast. The very same enthusiastic crowds who acclaimed general de Gaulle upon his arrival in Paris with the allied liberating forces, in the late August of 1944, had equally be in raptures, a few weeks before, when the eighty-eight-year-old mar­shall Petain had paid them a short visit fom Vichy.

The truth is that between living and to­gether, with the occupying forces, one has to make a choice; and that there is no other solution, if a change for peace is to be pre­served, that they return to where they came from. To admit as an established fact that the Great Replacement, ethnic substitution, the change of people and civilisation, is by far the biggest and most urgent problem Western countries have to face, compared to which all the others, serious as they may be, are minor; and that there can be no other way to solve this problem than remigration: those are the two points, and only two points, that one has to agree upon to be a member of the National Council of European Resistance. The coun­cil itself, of which I am president, is for party leaders, associations’ and movements’ presi­dents, leaders of opinion, opinion makers, or independent activists. The support group is called “Partisans of the CNRE” and is open to all patriots, opponants to Global Repla- cism, adversaries of the colonisation, resis­tant fighters, dissidents. If people, and no­tably the readers of this book, were ready to give it their support, both financially and by their physical presence when needed, it could be the converging point of all patriots in Eu­rope, North America and elsewhere—and re­verse the course of history.


Glossary

Davocracy (Davocratie). Davos is the ski resort, in Switzerland, where the Great Fi­nanciers of the world, bankers, presidents of multinational companies, directors of finan­cial institutions, plain billionaires, congregate once a year to debate over the affairs of the world and their own. Davocracy is their way to manage the “human park” (Sloterdijk), the government by and through the Davos Club.

Direct Davocracy (Davocratie directe). Di­rect Davocracy is the management of the hu­man park without intermediaries, specially through the neutralization of the political


strata and political personnel. Macronism is by far a prime example, the epitomy of Direct Da- vocracy.

Falseal (Faussel). Inverted real, false or fakee reality (possible alternatives: falseal or fakreal). Media invention of a forged world achieved by suppression and creation from the real one. Doing as if Great Replacement was not happening, pretending it is not, is the essence of falseal.

Global Replacism (Remplacisme global). The whole body of measures, mechanisms, ideals and interests which promote and im­pose substitution of everything everywhere for the sake of general interchangeability and profit. Equality and antiracism are the best al­lies of Global Replacism.

Great Replacement (Grand Remplace- ment). The change of people and civilization, via mass migration.

Industries of hebetude (Industries de I’he- betude). All the institutions which concur to the permanent creation of Falseal and ge­neral acceptance of the Great Replacement

and global replacism. The Industries of hebe­tude comprise three main branches: the edu­cational system, which provides the teaching of oblivion; the mass imbecilization complex (media, television, show business, muzak); and drugs. Teaching of oblivion and mass im­becilization are still mainly run by replacists, while the drug trading and retail sub-branch is already controlled by replacers themselves (thereby providing its fair contribution to the general fund for conquest and replacement).

In-nocence (In-nocence) is a way of spel­ling the word innocence to emphasize the fact that it is the negative counterpart or remo­val of nocence and that nocence come first in the sequence. Innocence is what is usually lost through experience; in-nocence is what is so­metimes gained from experience. Innocence is a regret, in-nocence is an aspiration, an ideal.

Little Replacement (Petit Remplacement). Change of culture and referent social class for culture. Replacement of “highbrow” culture by popular culture, show-business, entertain­ment, management and filling-in of leisure time. Little Replacement is never so glaring as when a pop culture star happens to pass away.

Nocence (Nocence). Nocence is that to which innocence or in-nocence is contrary. Nocence is the fact to cause damage, to do harm (from the latin nocere), either to nature, culture, the earth, air, beauty, goods, persons. It goes from putting one’s feet on the seats of suburban trains to mass terrorism. "No­cence, instrument of the Grand Replacement" (a speech given by the author in Paris, 2010, and which costed him many an apparition in Courts).

Replacees (Remplaces). Indigenous people of any given country, when their territory is being invaded, occupied, colonized, and they are replaced by replacers in the process.

Replacers (Remplafants). Migrants, im­migrants, so-called “refugees”, invaders, co­lonialist settlers, occupants.

Replacism (Remplacisme. Ideological and economic system bound to impose 1/ the Great Replacement, the change of people and civilisation (especially in France, and Europe) 2/ global replacism, the universal taylorist pa­radigm for substitution.

Replacists (Remplacistes). Active or pas­sive agents, promoters and advocates of the Great Replacement and global replacism. Re­placists replace sheep by wolves—they will be ea­ten first.

Undifferentiated Human Matter (UHM) (Matiere Humaine Indifferenciee (MHI)). Man (and woman) such as industrially treated by global replacism, egalitarianism, antiracism. No races, no sexes, no cultures, no nationalities, no origins, no discrimina­tion and no defining borders either, in short a general reversion of history and evolution of human society to what biologists call “the Primeval Soup”.


 

 

 


 

 



By the same author (in french)

Books preceded by an asterisk are available on different media through the author’s website: wwww.renaud-camus.net

Eclogues

  1. Passage, Flammarion (1975)
  2. Echange (Denis Duparc), Flammarion (1976)
  • Travers
  1. Travers (Renaud Camus et Tony Duparc), Hachette (1978)
  2. Ete (Travers FI) (Jean-Renaud Camus et Denis Du- vert), Hachette (1982)
  3. L'amour I'Automne (Travers III) (J.R.G. Le Camus et Antoine du Parc), P.O.L. (2007)
  4. Travers coda, index & divers (Travers IV) (J.-R.-G. du Parc et Denise Camus), P.O.L. (2012)

* Index des Eglogues et des Vaisseaux bruits, Chez l’auteur

(2012-...)

Elegies

  1. Elegies pour quelques-uns,O.L. (1988)
  2. L'Elegiede Chama/ieres, Sables (1989) et P.O.L. (1991)

* III. L’Elegie de Budapest in Le Voyage a lest, ouvrage collec- tif, Balland et La Maison des ecrivains (1990), Chez l’auteur (2018)

  1. Le Borddes larmes,O.L. (1990)
  2. Le Lac de Caresse,O.L. (1991)
  3. Vie du chien Horla,O.L. (2003)

Orations

Eloge moral du paraitre, Sables (1995) et Eloge du paraitre, P.O.L. (2000, 2016)

Syntaxe ou /’autre dans la langue, suivi de Eloge de la honte et de Voix Basse ou I'autre dans la voix, P.O.L. (2004)

Chronicles

Tricks, Mazarine (1978), Persona (1982) et P.O.L. (1988) Journal d'un voyage en France, Hachette/P.O.L. (1981) Incomparable (avec Farid Tali), P.O.L. (1999)

  • Journal de I'affaire Camus suivi de quelques textes rebutes, Impressions Nouvelles (2000) et Chez l’auteur (2012)
  • Journal d'un autre (Duane McArus), Chez l’auteur (2012)

Diary

Journal de Travers (1976-1977), deux tomes, Fayard (2007)

  • Journal romain (1985-1986),O.L. (1987); nouvelle edition, Chez l’auteur (2017)

Vigi/es. Journal 1987, P.O.L. (1989)

Aguets. Journal 1988, P.O.L. (1990)

Fendre /'air. Journal 1989, P.O.L. (1991)

L'Esprit des terrasses. Journal 1990, P.O.L. (1994)

La Guerre de Transy/vanie. Journal 1991, P.O.L. (1996)

Le Chateau de Seix. Journal 1992, P.O.L. (1997)

Graal-Plieux. Journal 1993, P.O.L. (1998)

La Campagne de France. Journal 1994, Fayard (edition origi- nale: avril 2000; edition revue avec « avant- propos de l’edi- teur assorti de quelques materiaux et reflexions pour une etude socio-mcdiologique de “I’affaire Camus” »: juin 2000)

La Salle des pierres. Journal 1995, Fayard (2000)

Les Nuits de Tame. Journal 1996, Fayard (2001)

Derniersjours. Journal 1997, Fayard (2002)

Horn mage au carre. Journal 1998, Fayard (2002)

Retour a Canossa. Journal 1999, Fayard (2002)

K.310. Journal 2000, P.O.L. (2003)

Sommeil de personae. Journal 2001, Fayard (2004)

Outrepas. Journal2002, Fayard (2005)

Rannoch Moor. Journal2003, Fayard (2006)

Coree / 'absentc. Journal2004, Fayard (2007)

Le Royaume de Sobrarbe. Journal 2005, Fayard (2008) L'Iso/ation. Journal2006, Fayard (2009)

Une chance pour le temps. Journal 2007, Fayard (2009)

Au nom de Vancouver. Journal2008, Fayard (2010)

Krdkmo. Journal 2009, Fayard (2010)

Parti pris. Journal 2010, Fayard (2011)

Septembre absolu. Journal 2011, Fayard (2012)

Vue d'oeil. Journal2012, Fayard (2013)

  • Journal 2013, Chez l’auteur (2014)
  • Journal 2014, Chez l’auteur (2015)
  • La Tour. Journal 2015, Chez l’auteur (2016)
  • Journal 2016, Chez l’auteur (2017)
  • Juste avant apr'es. Journal 2017, Chez l’auteur (2018)
  • L'Etai. Journal 2018, Chez l’auteur (2019)
  • Journal2019, publie en ligne au fur et a mesure de son ecriture

Novels

Roman roi, P.O.L. (1983)

Roman furieux (Roman roi II), P.O.L. (1987)

Voyageur en automne, P.O.L. (1992)

Le Chasseur de lumieres, P.O.L. (1993)

L'ilpuisant Desir de ces choses, P.O.L. (1995)

L\Inauguration de la salle des Vents, Fayard (2003)

Loin, P.O.L. (2009)

Stories

El (dessins de Francois Matton), P.O.L. (1996) Repertoires

Etc. (abecedaire), P.O.L. (1998)

Repertoire des delicatesses dufran;ai$ contemporain, P.O.L. (2000) et Seuil (2009)

  • Lettres refues, Chez l’autcur (2012-...)
  • Dictionnaire des delicatesses du franfais contemporain, ouvrage en cours dont une version evolutive est dcja disponible a l’adresse renaud-camus. net/librairie/
  • Le mot “race", tire a part de Particle race, tel qu’il figure dans le Dictionnaire des delicatesses du franfais contemporain, Chez l’au- teur (2018)
  • Le mot “musique", tire a part de Particle race, tel qu’il fi­gure dans le Dictionnaire des delicatesses dufranfais contemporain, Chez Pauteur (2018)

Anthologies

  • Anthologiegenerate, Chez Pauteur (2012-...)

Miscellaneous

  • Buena Vista Park, Hachette (1980); Buena Vista Park. Frag­ments de bathmologie quotidienne, seconde edition augmentee, Chez Pauteur (2014), Chez Pauteur (2019)

Notes achriennes, P.O.L. (1982)

Chroniques achriennes, P.O.L. (1984)

Notes sur les manieres du temps, P.O.L. (1985)

Esthetique de la solitude, P.O.L. (1990)

Du sens, P.O.L. (2002)

Topography

Sept sites mineurs pour des promenades d'arriere saison en Lo- magne, Sables (1994) et Onze sites mineurs pour des promenades d'arriere saison en Lomagne, P.O.L. (1997)

Le Departement de la Lozere, P.O.L. (1996)

Le Departement du Gers, P.O.L. (1997)

Le Departement de I'Herault, P.O.L. (1999)

Demeures de /'esprit. Grande-Bretagne I, Fayard (2008) Demeures de /'esprit. France I, Sud-Ouest, Fayard (2008)

Demeures de /’esprit. Grande-Bretagne II, Ecosse, Irlande, Fayard (2009)

Demeures de /'esprit. Frame II, Nord-Ouest, Fayard (2010) Demeures de /’esprit. Danemark, Norvege, Fayard (2010) Demeures de l ’esprit. France III, Nord-Est, Fayard (2010) Demeures de l ’esprit. Suede, Fayard (2011)

Demeures de l ’esprit. France IV, Sud-Est, Fayard (2012) Demeures de l ’esprit. Italie I, Nord, Fayard (2012)

Demeures de /’esprit. France V, Ile-de-France, Fayard (2014)

Qu'

Quitn’ypas deprobleme de l’emploi, P.O.L. (1994)

Burned vessels

  • (petiteannonce), P.O.L. (1997)
  • Vaisseaux brules, Chez l’auteur (1997-...)
  • Ne lisez pas ce livre! ( Vaisseaux brules 1),O.L. (2000)
  • Killalusimeno (Vaisseaux brules 2),O.L. (2001)
  • Est-ce que tu me souviens? (Vaisseaux brules 2-2-37-1),O.L.

(2002)

Essays on art

Discours de F/aran, P.O.L. (1997)

Nightsound (sur Josef Albers) suivi de Six prayers, P.O.L. (2000) Commandepublique, P.O.L. (2007)

Political essays

  • Le Communisme du XXI' siecle, precede de La Deuxieme Car- riere d’Adolf Hitler, suivi de Que va-t-ilsepasser? et de Fire que le mat, Xenia (2007); nouvelle edition sous le titre La Seconde Carriere d’Adolf Hitler, Chez l’auteur (2016)
  • La Grande Deculturation, Fayard (2008), Chez l’auteur (2018)
  • De I'ln-nocence. Abecedaire, editions David Reinharc (2010); nouvelle edition sous le titre De I’ln-nocence, Chez l’auteur (2017)
  • Decivilisation, Fayard (2011), Chez l’auteur (2018)
  • Le Grand Remplacement, editions David Reinharc (2011); Le Grand Remplacement suivi de Discours d’Orange, seconde edition augmentee, chez l’auteur (2012); Le Grand Remplace­ment, troisieme edition tres augmentee, Chez l’auteur (2015); Le Grand Remplacement', quatrieme edition, augmentee, Intro­duction au remplacisme global, Chez l’auteur (2017)

' L’Homme remplafab/e, Chez l’auteur (2012)

  • Les Inheritiers, Chez l’auteur (2012-2013)
  • Le Changement depeup/e, Chez l’auteur (2013)

France: suicide d’une nation, Mordicus (2014)

  • Discours a la XVII' chambre, Chez l’auteur (2014); Discours de chambre, seconde edition augmentee, Chez l’auteur (2015); troisieme edition augmentee, Chez l’auteur (2019)
  • La Civilisation desprenoms, Chez l’autcur (2018)
  • Drop (un conte retrouve de Hans Christian Andersen), Chez l’auteur (2015)
  • Revoltez-vous!, Chez l’auteur (2015)
  • Le Petit Remplacement, Chez l’auteur (2018), editions Pierre- Guillaume de Roux (2019)

Manuals

Comment massacrer efficacement une maison de campagne en dix- huit lefons, Privat (2006)

Interviews

L’Etrangerete (entretiens avec Emmanuel Carrere et Alain Fin- kielkraut), suivi de La Mort d’ai/leurs, extraits de textes inedits, Tricorne (2003)

' La Dictature de la petite bourgeoisie (entretiens avec Marc du Saune), Privat (2005) ct Chez l’auteur (2016)

Theater

Theatre ce soir, editions Jean-Paul Bayol (2008)

Photographic

  • Le Jour ni I’Heure, 2003-2008,214 photographies, exem- plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2009)
  • Le Jour ni I'Heure, 2003-2007, 76 photographies, papier luxe, exemplaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2009)
  • Le Jour ni I'Heure, 2008, 76 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relics, Chez l’auteur (2009)
  • LeJour ni I'Heure, 2009,75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2010)
  • LeJour ni I’Heure, 2010, 76 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2011)
  • Le Jour ni I'Heure, 2011, 75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2012)
  • Lejour ni I'Heure, 2012, 75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2013)
  • LeJour ni I'Heure, 2013, 75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2014)
  • LeJour ni I’Heure, 2014,75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2015)
  • Lejour ni I'Heure, 2015, 75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2015)
  • LeJour ni I'Heure, 2016,75 photographies, papier luxe, exem­plaires numerates, signes et relies, Chez l’auteur (2017)
  • Le Portrait de Mme L.,50 photographies, grand format, edi­tion reliee, une photographie par double page, papier special —Chez l’auteur, 2017
  • En Lomagne, 75 photographies, grand format, edition relive, une photographie par double page, papier special —Chez l’au- teur, 2017
  • Chateaux,75 photographies, grand format, edition reliee, une photographie par double page, papier special —Chez l’auteur, 2017
  • Paysages preposthumes, 75 photographies, grand format, edi­tion relive, une photographie par double page, papier special —Chez l’autcur, 2017
  • Chateau de Plieux, 75 photographies, grand format, edi­tion reliee, une photographic par double page, papier special —Chez l’auteur, 2017
  • Plieux, 75 photographies, grand format, edition reliee, une photographic par double page, papier special —Chez l’auteur, 2017
  • Autoportraits, 75 photographies, grand format, edition reliee, une photographic par double page, papier special —Chez l’au- teur, 2018
  • LeJour ni/'Heure, 2017, IS photographies, papier luxe, exem- plaires numerotes, signes et relies, Chez l’auteur (2019)

Tweets

  • Entre vivre ensemble, ilfaut choisir, Tweets 2013-2016, Chez l’auteur (2016)
  • Tweets, 2013-2017, Chez l’auteur (2019)

Site Internet de Renaud Camus
wwvv.renaud-camus.net
journal en ligne, livres et textes en ligne (dont
l’hypertexte Vaisseaux brules), chronologie
quotidienne Le Jour ni l’Heure (illustree de
nombreuses photographies), index general,
biographie, bibliographic, librairie en ligne, galerie
de peinture, articles, entretiens, textes critiques,
documents sur le chateau de Plieux, documents
relatifs a “1’afFaire Camus”, etc.

Galerie photographique de Renaud Camus
www.flickr.com/photos/renaud-camus

Societe des lecteurs de Renaud Camus
www.renaud-camus.org
forum, biographie, extraits, documents,
photographies, etc.

Parti de l’ln-nocence
www.in-nocence.org

programme, communiques, forum, documents, etc.

Conseil National de la Resistance Europeenne

www.cnre.eu


       
 

 

 
   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Made in the USA
Monee. IL
22 February 2020


 

 

 


22180705R00114

 

 

 



 

 
   

 


Written directly in English, You Will Not Replace Us! is an attempt at summing up in a short book, for the English­speaking and international public, such works as Le Grana Remplacement (The Great Replacement), Le Petit Remplacement {The Little Replacement), Du sens {On Meaning), La Seconde Carriere d’Adolf Hitler {Adolf Hitler's Second Career), etc. It is an introduction to the reflection of Renaud Camus, the French writer and dissident who has popularized such concepts as great replacement, nocence or davocracy. Abom these notions and others, the book in its last pages offers a short glossary.

Renaud Camus is president of the National Council of European Resistance (Conseil National de la Resistance Europeenne).


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

[1] Quoted in Alain Peyrefitte, That was de Gaulle, vol. 1, de Fallois / Fayard, 1994, p. 52.

[2] “L’homme rempla^able” (The Replaceable Man) is the title of a conference given in Paris on March 8th, 2012, for France-Israel. It is included in the collection Le Grand Rem- placement.

[3] La Seconde Carriere d Adolf Hitler, first published as Le Communisme du XXV siecle, Xenia, Vevey, 2007. Chez l’auteur / Amazon, 2018.

[4] Les Inheritiers (The Ininheritors), originally “Bourdieu upside down”, a lecture given in the Playfair Library Hall of Edimburgh University on April 13th, 2012, Chez l’auteur, 2013, new edition, 2018. This essay, along with five others, has been collected in the collection Le Petit Remp/acement, Chez l’auteur, Amazon, 2018, and Editions Pierre-Guillaume de Roux, 2019.

[5] Le Mot "musique", Chez l’auteur / Amazon, 2018. This short essay has also been collected in both editions of Le Petit Remplacement.

[6] La Grande Deculturation, Fayard, 2008, Chez l’auteur, 2018. This essay has been collected in Le Petit Remplacement, Chez l’auteur, 2018, Pierre-Guillaume de Roux, 2019.

[7] La Dictature de la petite bourgeoisie, Privat, 2005, Chez l’Auteur, 2014, new edition, Amazon, 2018. This essay, along with five other original books, has been collected in the collec­tion Le Petit Remplacement, Chez l’auteur / Amazon, 2018.

[8] La Communit'a che viene, Giulio Einaudi, 1990, La Communauti qui vient, Seuil, p. 66.

[9] La Civilisation des prenoms (The Civilisation of First Names), Chez l’auteur, 2014, new edition, 2018. This essay has been included in the collection LePetit Remplacement (TheLit­tle Replacement), Chez l’auteur, 2018.

[10] Franfais, si vous saviez [Frenchmen, if you only knew... ], Essais et ecrits de combat II, bibliotheque de la Pleiade, Galli- mard, p. 1209, 9 mars 1948).

[11] Mythe et Metaphysique, 1953, CNRS reprint, 2012, p. 238.

[12] cf. supra, p..

[13] Crop, a tost tale by Hans Christian Andersen, Chez l’au- teur, 2014. This political children’s story attributed to Ander­sen has been collected in the latest editions of Le Grand Rem- placement, Chez l’auteur / Amazon.

[14] Democracy in America, I.II.vii.