OBOWIĄZEK ANTYSEMITYZMU
TEMAT do tego artykułu nasunęła mi świeżo wydana po polsku książka książka, której poznanie musi stać się obowiązkiem każdego Polaka. Myślę tutaj o „Izraelu” H. de Vries de Heekelingen`a[1] [2] [3]).
Sprawa żydowska została poruszona nie po raz pierwszy, ale i na pewno nie po raz ostatni. Tak samo jak mój artykuł nie jest ani pierwszym, ani ostatnim z serii tych, które uderzają — wciąż i wciąż—na alarm. Jeżeli jednak książce Heekelingena należy się specjalna uwaga to przede wszystkim dlatego, że jest to książka dająca nie tylko ocenę, ale i rozwiązanie. Ocenę prawdziwą a rozwiązanie realne.
Fakt nawrotu fali religijności jest dziś rzeczą niezaprzeczoną. Dodajmy tu — religijności nie tylko formalnej, wyrażającej się w udziale w takich czy innych obrzędach i t. p. ale religijności prawdziwej, zmuszającej coraz to szersze masy do przeżywania swojej wiary. Katolicyzmu nie wystarczy wyznawać, trzeba go także przeżywać, bo tylko wówczas stać się może — a stać się musi —punktem centralnym życia człowieka.
|
Również niezaprzeczonym faktem jest nacjonalizacja społeczeństw. I kto by opierając się na nieprzemyślanej głębiej obserwacji zjawisk, dokonujących się w Niemczech chciał twierdzić, że te dwa prądy, pojawiając się jednocześnie, walczą ze sobą—muszą walczyć—myliłby się grubo. Wręcz przeciwnie. Nawrót do zasad stałych, nieulegających wpływowi przelotnych wichrów, budowa społeczeństw zharmonizowanych, opierających swą siłę na czynniku tradycji, języka i obyczajów a przeciwstawiających się niespójnej i różnorodnej konstrukcji liberalnej lub „zgleischachtowanej” formacji socjalistycznej, jest czynnikiem, który zawsze torować będzie drogę prawdziwej religijności. Wyodrębnienie i przejęcie się losami swego narodu, rozróżnienie jego zadań i celów jest jednoznaczne z przyjęciem Tego, który te zadania i cele narodom powierza. Boga nie odnajduje się po za społeczeństwem, ale po przez społeczeństwo, społeczeństwo zaś pojmujemy i obejmujemy myślą poprzez własny naród Uniwersalizm, który by się tej hierarchii wyrzekał jest utopią. W społeczeństwie, które nurtują z coraz większą siłą te dwa prądy zjawić się musi zaraz zagadnienie żydowskie. Jego napięcie może być różne i zależeć może od wielu czynników — ale istnieć musi zawsze. Dużo się na to złożyło. Pomijam tu argumenty historyczne (a znajdzie je czytelnik w cytowanej książce Heekelingena jak i w niestarzejącym się dziele W. Sombarta „Żydzi i życie gospodarcze+) a konflikt chciałbym przedstawić na innej platformie. Chodzi mi miano wicie o zasadniczą antynomię między postawą żydostwa a elementami, z których się składa fundament państwa chrześcijańsko-narodowego. Społeczeństwo żydowskie nie jest jednolite — zgoda. Zarysowują się w nim dwie zasadnicze i na pozór ze sobą sprzeczne tendencje: materializm i utopizm. Żyd stał się synonimem człowieka zdobywającego sobie majątek per fas et nefas i to raczej tą drugą drogą, gdyż jego celem jest nie tylko zdobycie sobie majątku, ale jednocześnie zupełne zniszczenie konkurenta. Z drugiej strony żyd stoi w pierwszych szeregach każdej rewolucji—każdej, mniejsza o hasła—byleby tylko niosła zagładę chwili bieżącej. Nie chodzi mu zresztą tylko o destrukcję. Rewolucjonista żydowski nosi pod powiekami zwid swego królestwa,
które zrealizuje—które wyobraża sobie, że zrealizuje—a które jest niczym innym jak tylko panowaniem żydów nad nie-żydami. Wielu ludzi uśmiecha się w tym miejscu: „Ten mały żydziak, którego ujęto z czerwoną płachtą w ręku miałby być kandydatem na władcę świata? Absurd! Judeo- fobia!” A jednak życie potwierdza tę absurdalną na pozór hipotezę. I znów nie chcę się uciekać do cyfr i cytat, które każdy znajdzie w książce Heekelingena, Lecz czym wytłumaczyć sobie, to dziwne—niewątpliwie — zjawisko, że żyd, który zaczerpnął z Talmudu nienawiść i pogardę dla „goja+ jednocześnie wszelkimi siłami broni się i nie pozwala się wyprzeć ze społeczeństwa pogardzanych „gojów”? Miłość? O to chyba żydów podejrzewać nie można! Wyrzeczenie się Talmudu? Niestety — o tym w tej chwili nie wolno marzyć. Talmud przeżarł duszę współczesnego żyadostwa i to nie dla tego, aby był złym w każdym swoim wierszu, ale dlatego, że jest zbiorem sprzeczności i szkołą obłudy. Książka, która na tej samej stronie nakazuje kochać i nienawidzić, litować się i pogardzać, być uczciwym i oszukiwać, samą swoją konstrukcją truje i zakaża. Żyd francuski Mandel stara się wytłumaczyć swoich współrodaków: chcecie dowieść, że ich zatruł Talmud, ale przecież w Talmudzie mamy nietylko wezwania do nienawiści... Tym gorzej! Księga, która by wzywała tylko do nienawiści, byłaby dziełem do tego stopnia aspołecznym, że musiałaby natychmiast zniknąć. Człowiek może bardzo nisko upaść, ale zawsze potrafi jeszcze kogoś kochać. Natomiast książka, która uczy jednocześnie miłości i nienawiści, popycha grupę do walki ze światem. Czyni z żydów wrogów całego świata. Więc może naprawdę nie należy przywiązywać tyle wagi do Talmudu? Może należy uwierzyć zapewnieniom rabbiego Jechiela, że duch Talmudu powoli zanika, szkoły talmudyczne zamykają się w Europie wschodniej a żyd współczesny nie umie już dziś nawet czytać po hebrajsku? Otóż to jest nieprawda. Talmud nadal jest wykładany. Język hebrajski odrodził się dzięki pracum Eliezera ben Jehndy, Bialika, Scheuera, Czernikowskiego, A zresztą, gdyby nawet tak było, jak ów rabin twierdzi, to—czyż to „porzucenie+ zmieniło—choćby o jotę—psychikę żydów? Czyż Faryzeusze współcześni Chrystusowi — owi twórcy i nosiciele prawd talmudycznych—różnią się czymkolwiek od współczesnych rewolucjonistów? Polecam tu wczytanie się w doskonałe dzieło ks. Arcb. Teodorowicza „Herold Chrystusa”3) które z całą stanowczością wykazuje, iż owe stronnictwo „obrońców ludu” rewolucyjne i demagogiczne a jednocześnie fałszywe, posługujące się ludem nie dla jego, ale dla swego własnego dobra, przywiązane do form a rozgrzeszające się zawsze co do treści — było prototypem dzisiejszego socjalizmu. Talmud więc obowiązuje nadal zarówno bezpośrednio, jak też przetransponowany w marksizm. A jeżeli obowiązuje i wzywa żydów by wciąż pamiętali o rozdziale, który istnieje między nimi a światem nie-żydowskim—to dlaczego—jeżeli nie z myślą o zawładnięciu społeczeństwem „gojów”, ') Ks. arcb. J. Teodorowicz. „Herold Chrystusa”. Wyd. św. Wojciecha.. Poznań 1987 (?) żyd siedzi w nim jak rodzynek w cieście i nie chce się dać wyjąć? Typ rewolucjonisty—zgoda. Ale typ handlarza bez uczciwości i sumienia? Wszak oni nawet między sobą się gryzą. Nawet Hitlera ta anormalność przeciwna naturze napoiła wstrętem[4]). Bez wątpienia jedna amoralność pociąga inną. Ale te wewnętrzne żydowskie spory cichną, gdy wchodzi w grę „goj”. Zniszczyć „goja” — to hasło zawsze połączy skłóconych. I tu znikają nawet „klasowe” względy: bogaty żyd — wyzyskiwacz połączy się z nędzarzem—chałupnikiem, pełni obaj tych samych pragnień. Oba typy żydów dążą w rezultacie do tych samych celów—do zdobycia świata. Żyd - rewolucjonista pragnie to osiągnąć poprzez destrukcję, żyd-spekulant zbliża się ku swoim celom drogą podziemnej kopaniny. Lecz i jeden i drugi jest skończonym materialistą, jeden i drugi marzy o ustroju, który by mu dozwolił ciągnąć z nie-żydów nieograniczone zyski. I dlatego miliarderzy żydowscy—nawet niewiele się krępując — wspierali żydów-rewolucjonistów swymi dolarami czy frankami. Swego czasu Ford odkrył ich politykę, sfinansowawszy słynne już dziś „Studium nad kwestią żydowską”. Pod presją międzynarodówek żydowskich fanatyk zmechanizowanej pracy wycofał książkę, ale nie zapomniał dodać w swym „Moje życie i moje dzieło”: „Nasza praca nie twierdzi, że jest ostatnim słowem o żydach w Ameryce, opisuje tylko namacalnie piętno, jakie obecnie wycisnęli na naszym kraju. Jeżeli ten wpływ się zmieni, sprawozdanie też zmienić się może. W tej chwili całe zagadnienie spoczywa wyłącznie w rękach żydów. Jeżeli są naprawdę tacy mądrzy jak sami twierdzą, pracować będą nad tym, by żydów zrobić Amerykanami a nie Amerykę żydowską. Duch Stanów Zjednoczonych jest chrześcijański w najszerszym tego słowa znaczeniu i przeznaczeniem jego jest pozostać chrześcijańskim...” Było to tylko grzeczne i pełne delikatności zwrócenie uwagi na to, że żydzi przerabiając Amerykę „na swoje kopyto”, nie liczą się zupełnie z jej chrześcijańskim charakterem. Co do tego ostatniego mamy wprawdzie wątpliwość, teza jednak Forda podtrzymuje stanowisko o antynomicznym stosunku żydostwa do państwa chrześcijańskiego. Podkreślić to trzeba, gdyż nieporozumienia po dziś dzień się zdarzają. Mam tu na myśli świeżo wydaną książkę — o której zresztą na innym miejscu szerzej się rozpisałem [5]) — wydaną przez katolickie francuskie Towarzystwo wydawnicze „Presences”6). Jest to praca zbiorowa, do udziału w której zaproszeni zostali katolicy, protestanci i żydzi, i która miała stać się gwoździem w trumnę katolickiego antysemityzmu. Książka jest jednym wielkim skandalem, głównie dzięki żydom, którzy przeholowali, bo chcąc jednocześnie przy jednym ogniu upiec dwie pieczenie i obronić siebie i przypiąć łatkę krajom, w którym żydom zaczyna być ciepło — okrasili książkę nad wyraz niesmacznymi — zresztą w ich stylu—wycieczkami antypolskimi. Nie chcę tu wracać do książki, którą — miejmy nadzieję—zajmą się jakieś kompetentne czynniki. Chodzi mi o postawę katolików, którzy, oburzeni krzywdą Izraela w Niemczech, bronią go w ten właśnie sposób. Katolik jest zawsze obowiązany protestować, gdy innego człowieka krzywdzą, ale inną jest rzeczą słuszny protest a zupełnie inną humorystyczna aż miejscami nieznajomość sprawy. W tej samej książce, gdzie jeden z rozsądniejszych pisarzy przyznaje, że żyd był zawsze czynnikiem rozkładu państwa chrześcijańskiego, inny pisarz stawia z trzaskiem tezę: „albo antysemityzm, albo katolicyzm”. Więc co? Pozwolić, aby żydzi weszli nam na głowę i robili w naszym kraju co im się podoba? Sytuacja być może pożądana dla takich pseudo-katolików ale nie dla ludzi, którzy mają świadomość ciążącej na każdym katoliku odpowiedzialności za swoich współbraci. Przede wszystkim najbliższych — zgodnie z ordo charitatis. Otóż dobrze jest tu także przypomnieć o liście św. Tomasza z Akwinu do Adelajdy księżnej Brabantu właśnie w sprawie żydów. Księżna prosiła świętego o wskazówki przy postępowaniu z żydami, ten zaś jej wyczerpująco na zadane pytania odpowiedział. Pytała się księżna, czy należy żydów obciążać specjalnymi podatkami a święty odrzekł „nie” — „z obawy by nie bluźniono Imieniowi Pańskiemu”. Natomiast nietylko wolno, ale i trzeba odbierać im „co ukradli drugim przez lichwę” i zwracać skrzywdzonym. Wprawdzie w ten sposób władca traci, gdyż musi oddać pobrany od żyda podatek, lecz winno to być dla niego upomnieniem, iż nie wolno mu tolerować niepracujących prawdziwie, lecz bogacących się lichwą poddanych. „Tak samo—mówi autor Summy—monarchowie byliby z własnej winy oszukiwani na swych dochodach, gdyby pozwalali swoim poddanym bogacić się rozbójnictwem albo kradzieżą”. Jedno z pytań brzmiało: „Czy dobrze jest, aby żydzi zmuszani byli nosić odznakę, odróżniającą ich od chrześcijan?” I na to padła odpowiedź: „Według postanowienia Konsylium powszechnego żydzi obojej płci w każdym kraju chrześcijańskim i po wszystkie czasy, powinni się wyróżniać od innych pewną częścią ubrania. Tak samo nakazuje im ich własne prawo, a mianowicie: nosić frędzle na czterech rogach płaszczów, aby się odróżniali od innych narodów”. Zwięzła, ale jasna odpowiedź świętego mówi bardzo wiele. Genialny filozof rozumiał aż nadto dobrze, jakim niebezpieczeństwem dla państwa chrześcijańskiego są żydzi i dla tego uważał, że separacja musi istnieć, tym bardziej, iż rozpoczęli ją sami żydzi, a jeżeli czasami chcą się swych poczynań wyprzeć, to tylko dla tego, aby łatwiej wcisnąć się do społeczności chrześcijańskiej. Separacja musi istnieć, ponieważ żydzi nie tylko chcą nas opanować materialnie, ale równocześnie dążą do zwyciężenia nas moralnie, nietylko wydzierają nam podstawy bytu, lecz także, z całą perfidią, zatruwają nasze wierzenia i ideały. Znakomity pisarz włoski Papini wkłada w usta jednego ze swych bohaterów, żyda, takie oto słowa: „Dzisiejsza Europa jest po większej części pod wpływem, a jeżeli pan chce pod czarem, tych wielkich żydów (Heinego, Marxa, Lombroso, Nordau, Freuda, Weinigera, Bergsona, Reinacha, Einsteina, Meyersona), o których wspomniałem. Urodzeni pośród odmiennych narodów, oddani innym poszukiwaniom, wszyscy oni, Niemcy czy Francuzi, Włosi czy Polacy, poeci czy matematycy, antropologowie czy filozofowie mają wspólny charakter, wspólny cel: podawać w wątpliwość prawa uznane, poniżać to, co jest na piedestale, kalać to, co zdaje się czystym, wywołać chwiejbę tego, co wydaje się solidnym, kamienować to, co jest w poszanowaniu” (Gog.).
Żyd, który taką akcję prowadzi, nie może zmieścić się w ramach społeczeństwa, które żywi jakiekolwiek ideały, które w pewne rzeczy wierzy, i które pewne prawdy uznaje za niewzruszalne. Musi uznać konieczność separacji. I każdy katolik, który rozumie czym grozi zbliżenie z żydami, nie może cofać się i oceniać z wyżyn swej „humanitarności”—wskazówek świętego. A i św. Paweł powiada: „Bo wielu jest krnąbrnych, gadatliwych i zwodzicieli, zwłaszcza pomiędzy tymi, którzy są z obrzezania, którym trzeba gęby zatykać...” Czyż więc nie ma wyjścia dla żydów? Czyż pozostało im tylko ghetto i separacja? Wyrok straszny, budzący trwogę. Jest wyjście. Nawet nie takie trudne, ale wyjście, o którym zaślepione żydostwo wiedzieć nie chce: stworzenie państwa żydowskiego. Naród żydowski istnieje — sami żydzi się do tego przyznają. (W „Warschauer Zeitung” z listopada 1916 r.) mamy takie zdanie: „Żądamy, aby nowa Polska uznała prawa żydów jako mniejszości narodowej. Musimy to jasno wypowiedzieć w obecnym momencie poważnym, że nie jesteśmy sektą religijną, ani Polakami wyznania mojżeszowego, lecz jesteśmy — i zawsze chcemy być — żydami+. Ale bytuje jako pasożyt na ciele innych narodów. Stworzyć im samodzielną egzystencję t. zn. pchnąć ich w normalne koryto rozwoju, sprowadzić do właściwej roli: zorganizowanego w państwo narodu, realizującego swoje zadania i cele drogą uczciwą i otwartą. To jest wyjście — zresztą to nie tylko wyjście, ale i jedyna droga, która pozwoliłaby żydom stanąć we wspólnym szeregu wszystkich narodów. Lecz żydzi tego nie chcą. Walka — często ciężka i krwawa — o realizację idei wielkiego narodu, nie uśmiecha się im. Oni wolą burzyć i rabować podstępem. Im nie wystarcza cel—stworzenie wielkiego narodu żydowskiego—oni chcą osiągnąć—jak w handlu—zwycięstwo żydostwa z równoczesną zagładą wszystkich innych narodów. To już nie nacjonalizm, ale nacjoegoizm, nacjocentryzm, walka o panowanie nad światem, szkodliwa mania, którą należy unieszkodliwić, jak się unieszkodliwia szaleńca-mordercę. I dlatego jedyną drogą jest separacja, która może targnie sumieniem tego zbłąkanego a przecież niewątpliwie nieszczęśliwego narodu i uświadomi go o podstawach właściwej egzystencji.
Lublin. JAN DOBRACZYŃSKI
+) Filozof francuski Maritain ogłosił niedawno pracę p. t. „Niemożliwy antysemityzm", w której stara się dowieść, że stanowisko antysemityzmu jest sprzeczne ze stanowiskiem katolickim. W swoich poglądach społecznych M. myśli zawsze kategoriami liberalizmu ub. stulecia i dlatego wielu rzeczy oczywistych nie rozumie. W artykule staram się wykazać przede wszystkim, że antysemityzm nie tylko nie jest sprzeczny ze stanowiskiem katolickim ale — jak oDecnib — jest nawet obowiązkiem każdego katolika. [2]) H. de Vries de Heekelingen. „Izrael, jego przeszłość i przyszłość*. Wyd. św. Wojciecha. Poznań 1938 (?). Tłumaczenie J. M. Czerniawskiej, ze wstępem L. Czerniewskiego. Str 220. [4]) „Mein Kampf”. [5]) „Prosto z mostu” nr 1/38. 6) „Les Juifs“. praca zbiorowa. Wyd. „Presences”. Parts 1937.
http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication?id=144646&tab=3
|






