Żar i światło
Pożądamy i pragniemy zjednoczenia z Bogiem; musimy pożądać tej jedności - zniewala nas do tego najszczersza wewnętrzna konieczność. Dwie drogi ku temu ukazuje nam sama dusza. Różnią się one między sobą, dochodzą jednakże do tego samego celu.
Pierwsza droga zjednoczenia wiedzie przez poznanie i miłość.
Poznawanie jest to tyle, co jednoczenie się. Poznając te czy inne przedmioty, przenikamy je i wciągamy je w siebie; one stają się naszą własnością, cząstką naszego życia. Podobnie, zjednoczeniem jest wszelka miłość: bynajmniej nie dążnością tylko ku zjednoczeniu, ale już samą jednością. Ile człowiek miłuje, tyle do niego należy.
Ale taka miłość ma cechę szczególną. Często określamy ją mianem miłości „duchowej”. Nazwa to niezupełnie trafna; wszak duchową jest też inna miłość, o której później będzie mowa. Przez tę nazwę rozumie się, że owa miłość powoduje zjednoczenie nie w byciu, ale w ruchu; w świadomości i usposobieniu.
Czy znajdziemy dla niej może jakiś kształt zewnętrzny? Jakieś podobieństwo?
Owszem, i to przepiękne: żar i światłość.
Oto przed nami stoi świeca, dźwigając jarzący się płomień.
Źrenica nasza dostrzega to światło, bierze je w siebie, jednoczy się z nim, a przecież go nie porusza, nie styka się z nim wcale. Płomień pozostaje sobą, źrenica też sobą, jednakże dokonywa się wewnętrzne zjednoczenie, chciałoby się rzec: złączenie wzajemne, pełne czci i czystości, bez żadnego zetknięcia i zmieszania, poprzestające na samym tylko widzeniu.
Jest to głębokie podobieństwo owego zjednoczenia, jakie dzięki poznaniu odbywa się między Bogiem a duszą. „Bóg jest prawdą” powiada Pismo święte. Kto poznaje prawdę, ten posiada ją w duchu. Bóg przebywa w myśli, która Go prawdziwie poznaje. Bóg żyje w duchu, który prawdziwie o Nim myśli. Przeto „poznawać Boga” znaczy tyle, co jednoczyć się z: Nim, jak oko jednoczy się z płomieniem w oglądaniu światła.
Z płomieniem możemy się jednoczyć jeszcze w inny sposób: przez żar. Odczuwamy go na twarzy, na ręce. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak on nas ogrzewa i przenika, a przecież płomień sam w sobie stoi nieporuszony.
Taką jest miłość: żarem swym wiąże nas z płomieniem Bożym, a przecież nie porusza, nie dotyka go wcale. Albowiem Bóg jest dobry, a kto kocha Dobro, ono też żyje dlań w duchu. Dobro jest moje, skoro je miłuję; a w jakiej mierze je kocham, w ta-kiej mierze ono do mnie należy, aczkolwiek wcale go nie dotykam. „Bóg jest miłość - powiedział Jan święty - a kto mieszka w miłości, w Bogu mieszka, ,a Bóg w nim”.
Poznawać Boga i kochać Boga to tyle, co jednoczyć się z Nim. Dlatego to wieczna szczęśliwość będzie oglądaniem i miłością. Oznacza ona nie łaknące „stawanie u drzwi”, ale najgłębsze bytowanie wewnętrzne, spełnienie i nasycenie.
Już poprzednio widzieliśmy, iż płomień jest podobieństwem duszy. Teraz w nim rozpoznajemy jeszcze podobieństwo Boga żywego, „albowiem Bóg jest światłem i nie masz w Nim ciemności”. Jak płomień wysyła światło, tak Bóg śle prawdę. A dusza przyjmuje w siebie prawdę i przez nią jednoczy się z Bogiem, jak nasza źrenica patrzy w światło i staje się przez nie zjednoczona z płomieniem. Jak zaś żar wysyła z siebie płomienie, tak Bóg śle dobroć grzejącą. Kto Boga miłuje, ten się z Nim jednoczy w dobroci, jak ręka i twarz z płomykiem, gdy odczuwają jego ciepło.
A jednak płomień trwa w miejscu nieporuszony, czysty, dostojny. Tak jako powiedziano o Bogu, iż „mieszka w niedostępnej światłości”.
Świecący, żarzący się płomieniu, obrazie Boga żywego!
I otóż teraz dobrze rozumiemy, czemu to podczas uroczystości Wielkiej Soboty świeca paschalna staje się symbolem Chrystusa - kiedy to diakon wśród radosnego śpiewu ogłasza jej płomień „światłością Chrystusową”, lumen Christi, i gdy zapala się od niej światła w kościele, by wszędzie jaśniała i jarzyła się światłość i żar Boga żywego!
Chleb i wino
Ale jeszcze jedna droga wiedzie ku Bogu. Nie moglibyśmy o niej mówić, gdyby jej nie wskazały słowa samego Chrystusa i gdyby liturgia nie szła z taką pewnością jej torem.
Jednoczyć się można nie tylko przez patrzenie i przez miłość, przez świadomość i usposobienie. Istnieje też zjednoczenie z Bogiem, gdzie nie .sama jeno tylko wola i poznanie rwie się ku Bogu, ale cała nasza żywa istota. „Serce moje i ciało moje rozweseliły się w Bogu żywym” - mówi psalm (Ps 83,3). A zaspokojenia zaznamy dopiero wtedy, gdy złączymy się z Nim również przez życie i byt nasz.
Nie znaczy to, iż ma nastąpić jakieś zmieszanie się bytu i życia. Twierdzenie podobne byłoby nie tylko zuchwałe, ale i niedorzeczne, albowiem nic stworzonego nie może się mieszać z Bóstwem. A jednak może się dokonywać inne jeszcze zjednoczenie, niźli to, które płynie tylko z poznania i miłości. Jest to łączność istniejącego życia.
Tej łączności pożądamy; musimy jej pożądać, a pożądanie to znajduje wyraz nader głęboki. Kładzie go nam na usta samo Pismo święte oraz liturgia: chcielibyśmy przez życie nasze tak się połączyć z Bogiem, jak ciało nasze łączy się z jadłem i napojem. Przeto łakniemy i pragniemy Boga. Nie dość nam Go poznać, nie dość tylko kochać. Chcemy Go objąć, zatrzymać, mieć u siebie; tak, powiedzmy śmiało,, chcemy Go pożywać i pić, brać Go całkowicie w siebie, póki się Nim nie nasycimy, nie zaspokoimy, całkowicie nie będziemy Nim napełnieni. Liturgia Bożego Ciała mówi przecież słowami Pana: „Posłał mnie Ojciec, który żyje. Jak ja żyję przez, Ojca, tak ten, kto mnie pożywa, żyje przeze mnie”.
Czy nie jest tak w istocie? Sami z siebie, na mocy własnego naszego prawa nie odważylibyśmy się stawiać podobnego żądania: obawialibyśmy się niechybnie, iż popełniamy przestępstwo. Ale skoro sam Bóg nam to oznajmia, serce nasze mówi: „Tak musi być naprawdę”.
Powtarzamy raz jeszcze: nie można tu mieć na myśli nic takiego, co by się nie zgadzało z czcią Bogu powinna; nic takiego, co by stwarzało choćby pozory, że chcemy zatrzeć granice oddzielające nas, istoty stworzone, od Boga. Ale możemy przyznać się do tego, co Bóg sam jako tęsknotę wlał do naszego serca. Możemy - i powinniśmy - cieszyć się z tego, czym obdarowuje nas Jego przeogromna dobroć. Chrystus mówi: „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja prawdziwym napojem... Kto pożywa Ciało moje i pije Krew moją, we mnie mieszka, a ja w nim”. „Jako Ojciec dał Synowi, aby miał żywot sam w sobie, tak ten, kto mnie pożywa, mieć będzie żywot przeze mnie”.
Pożywać Ciało Jego... pić krew Jego... Jego pożywać... przyjmować w siebie żywego Boga-Człowieka ze wszystkim, czym On jest i co On posiada - czy jest to więcej, niż moglibyśmy sami sobie życzyć? I czy nie jest to wszystko, czego życzyć sobie musi najtajniejsza głąb naszej istoty?
Taki to jasny wyraz znajduje ta Tajemnica w postaci chleba i wina.
Chleb jest pożywieniem. Pożywieniem szlachetnym, które naprawdę nas żywi. Pożywieniem jędrnym, które nigdy się nam nie sprzykrzy. Chleb jest prawdziwy i dobry - określenie to brać należy w jego głębokim i ciepłym znaczeniu. I oto Bóg w postaci chleba staje się żywym pokarmem dla ludzi. Święty Ignacy Antiocheński pisze do wiernych z Efezu: „Łamiemy się chlebem: niechże to będzie nam umocnieniem ku nieśmiertelności”.
Jest to pokarm, który całe nasze jestestwo nasyca obecnością Boga żywego, sprawiając, że my w: Nim jesteśmy, a On w nas.
Wino jest napojem. Wyrażę się jaśniej: jest to napój nie tylko gaszący pragnienie; takim napojeni jest woda. Wino dokonywa czegoś więcej „rozwesela serce człowieka”, jak powiada Pismo święte. Zadaniem wina jest nie tylko gasić pragnienie, ale ponadto wino ma być napojem radości, pełni, przepełnienia.
„Jakże piękny jest mój puchar pełen upojenia” - powiada psalmista. Czy rozumiesz, co znaczą te słowa - i że upojenie oznacza tu co innego niż nie-umiarkowanie? Wino jest jaśniejącą pięknością, wonią i siłą, która rozjaśnia wszystko i rozprzestrzenia. I oto pod postacią wina Chrystus daje nam krew swoją Boską i świętą; nie jest ona tylko racjonalnym, trzeźwym i poczciwym napojem, ale nadmiarem boskiej cenności. „Sanguis Christi, inebria me”, „Krwi Chrystusowa, bądź moim upojeniem”, modlił się św. Ignacy Loyola, mąż rycerskiego, gorącego serca. A święta Agnieszka mówi o Krwi Chrystusowej jako o tajemnicy miłości i niewysłowionego piękna: „Mleko i miód piłam z ust jego, a krew Jego uczyniła miłymi wargi moje”, czytamy w modłach na dzień tej świętej.
Chlebem i winem stał się dla nas Chrystus - pokarmem i napojem. Możemy Go pić i pożywać. Chleb to wierność i niezłomna stałość. Wino to śmiałość, radość ponad wszelką miarę ziemską, to woń i piękno, szerokość i swoboda bez granic, upojenie życiem, posiadaniem i szczodrotą...
Ołtarz
Różnorodne siły są w człowieku. Siłą poznania może on ogarniać rzeczy znajdujące się wokoło: gwiazdy i góry, morza i rzeki, zwierzęta i drzewa oraz wszelkie otaczające go ludzkie istoty - i wciągać je w obręb swego świata wewnętrznego. Może je kochać, może też nienawidzić i odpychać je od siebie. Może chwytać swoje otoczenie i kształtować je wedle swej woli. Mnogie i zmienne fale radości i pożądania, miłości i smutku, ciszy i podniecenia przeciągają przez jego serce...
Ale najszlachetniejszą jego siłą jest zrozumienie, że ponad nim jest coś wyższego; w ślad za tym idzie cześć dla owej Istoty wyższej i przeznaczenie do tej czci samego siebie. Człowiek umie uznać Boga ponad sobą, umie Go wielbić i oddawać samego siebie, „ażeby Bóg był przezeń uświetniony”.
To, że wielkość Boga jaśnieje w duchu, że człowiek składa hołd tej wielkości, i że nie zamykając się samolubnie we własnym „ja”, wznosi się ponad siebie, siebie samego poświęca, ażeby Bóg był uświetniony - to właśnie nazywamy ofiarą.
Moc ofiary jest najgłębszą własnością człowieka, W najskrytszej głębi człowieka przebywa owa jasność i cisza, z której ofiara wznosi się ku Bogu.
Widomym znakiem zewnętrznym tego, co w człowieku najgłębsze, najcichsze i najsilniejsze jest ołtarz. Stoi on w najświętszym miejscu kościoła, szeregiem stopni wzniesiony ponad resztę przestrzeni, która sama jest wyłączona z obszaru działalności ludzkiej, wyodrębniona jak świętość duszy. Stoi zbudowany mocno na masywnym cokole, jak ta nie-kłamliwa wola w człowieku, wiedząca o Bogu i zdecydowana stanąć w Jego sprawie. A na cokole spoczywa płyta, mensa, miejsce przystosowane wybornie do składania ofiary: swobodna, równa płaszczyzna, bez żadnych zakamarków i załomów. Nie masz tu żadnych praktyk niejasnych, schowanych w półcieniu - wszystko tu jasne, dostępne spojrzeniom każdego. Tak samo powinna się odbywać ofiara w sercu: powinna być jasna wobec Bożego spojrzenia, wolna od wszelkich zastrzeżeń i podstępów. Ale oba ołtarze należą do siebie wzajemnie: ów ołtarz zewnętrzny, stojący na powszechnym widoku, i ten drugi, wewnętrzny. Pierwszy z nich jest sercem kościoła; drugi - najgłębszym przybytkiem żywej piersi ludzkiej, tej duchowej świątyni, której wyrazem i podobieństwem jest owa świątynia widoma, zewnętrzna ze swymi ścianami i sklepieniem.
Płótno
Rozpościera się je na ołtarzu. Jako korporał, jako całun Boży spoczywa ono pod kielichem i pod Hostią. Kapłan, gdy sprawuje świętą służbę, też jest w nie odziany: w albę, białą szatę. Płótno pokrywa stół Pański, na którym, podaje się chleb Boży...
Cennym materiałem jest dobrze utkane płótno: czyste, cienkie a mocne. Gdy leży przede mną, tak białe i świeże, mimo woli przypominani sobie jedną z moich przechadzek po lesie przyodzianym w szatę zimową. Natknąłem się wówczas nagle na zwał świeżego spadłego śniegu, leżącego w niepokalanej bieli pomiędzy czarnymi jodłami; widok ten tak mnie wzruszył, że nie odważyłem się wkroczyć swymi niezdarnymi butami na ową białą przestrzeń, ale z szacunkiem wielkim obszedłem ją wokoło...
Podobnie spoczywa płótno, rozpostarte na przyjęcie świętości.
Przede wszystkim winno ono leżeć na ołtarzu, gdzie odprawia się Ofiara Boża. Niedawno mówiliśmy o tym, jak ołtarz wznosi się ponad swoje otoczenie, będąc najświętszym miejscem pośrodku świętości. Rozmyślaliśmy nad tym, że ołtarz zewnętrzny jest podobieństwem ołtarza wewnętrznego w głębi duszy. Nie! czymś więcej niż podobieństwem: ołtarz widomy nie tylko jest znakiem serca, tego ołtarza wewnętrznej ofiarności, lecz oba ołtarze należą do siebie wzajem, tajemniczym sposobem łączą się w jedno. Właściwym doskonałym ołtarzem na którym składa się ofiarę Chrystusową, jest żywa . jedność ich obu.
Dlatego to płótno tak silnie przemawia do naszego serca. Zdajemy sobie sprawę, że musi mu coś odpowiadać w naszym wnętrzu. Odczuwamy to jako idące ku nam wezwanie, wyrzut, tęsknotę. Jedynie z czystego serca płynie należyta ofiara, płótno zaś jest uzewnętrznieniem czystości, takiej jaka powinna być w sercu, jeżeli ofiara ma się podobać i miłą być Bogu.
A mówi nam ono wiele o czystości. Cienkie i wytworne bywa płótno utkane należycie. Brutalne i gwałtowne usposobienie nie zrodzi czystości: z grubiańskimi postępkami nie miewa ona nic wspólnego. Jej mocą jest moc subtelności; szlachetną bywa jej skromność.
Ale żyje w niej siła. Dobrze uprzędzione płótno bywa mocne. Nie jest to jakaś tkanina pajęcza, którą potarga byle dech wiatru. Prawdziwa czystość nie jest rzeczą ułomną i wiotką; nie ucieka przed życiem, nie błąka się, marząc, pośród snów ułudnych i wygórowanych ideałów. Prawdziwa czystość ma rumiane wargi, pełne radości życia, i silną garść dzielnego wojownika.
Jedną jeszcze refleksję budzi płótno w rozważnym umyśle: oto nie od razu było ono tak cienkie i czyste, jak je teraz widzimy. Kiedyś było szorstkie, niepozorne, musiano je często myć i bielić na słońcu, zanim nabrało owej wonnej świeżości. Bo czystość nie jest dana od początku. Niewątpliwie jest ona łaską; niewątpliwie są tacy ludzie, którzy ją noszą jako dar w duszy, tak iż cała ich istota ma w sobie mocną świeżość najgłębszej i fundamentalnej nie-skazitelności. Ale tacy ludzie to wyjątki. To, co pospolicie zwiemy czystością, jest często czymś niepewnym, problematycznym i świadczy tylko o tym, że jeszcze na ów teren nie uderzały nawałnice. Prawdziwa czystość ujawnia się nie na początku, ale dopiero w ostatecznym wyniku. Zdobywa się ją długą i rześką praca.
Płótno spoczywa na ołtarzu, białe, cienkie, mocne. Wcielenie czystości, szlachetności serca, świeżej mocy.
W Objawieniu świętego Jana jest mowa o „wielkiej rzeszy, której nikt nie zdołałby przeliczyć, zebranej ze wszystkich narodów, plemion, pokoleń i języków; stała przed tronem, odziana w bisior świetny a czysty”. A ktoś zapytał: „Któż są ci, przy-odziani w szaty białe, i skąd oni przybyli?” I usłyszał odpowiedź: „To są ci, którzy przybywają z wielkiego ucisku i którzy obmyli swe szaty we krwi Baranka. Dlatego stoją teraz przed tronem Bożym i służą Mu dniem i nocą”.
„Odziej mnie w szatę białą, Panie” - modli się kapłan, wkładając na siebie albę przed sprawowaniem Ofiary świętej...
Kielich
Kiedyś, wiele już lat temu, spotkałem się z kielichem. Oczywiście widywałem ich już wiele różnymi czasy, ale spotkałem się z nim właśnie wtedy, w Beuron, gdy uprzejmy mnich, którego opiece powierzone były święte sprzęty, pokazywał mi skarby zakrystii kościelnej.
Kielich ten stał na szerokiej podstawie, mocnej a bezpiecznej, z której ostrym zarysem wystrzelał trzon bardzo smukły. Mniej więcej w jego połowie widniała wyrazista głowica, a na samym wierzchołku, tam gdzie wąski pierścień ostateczną więzią skupiał i łączył majestatyczną jego siłę, rozwijała się rzeźba subtelnych, krzepkich liści, wśród których spoczywała cuppa, czara kielicha, w kształcie serca.
Jakże odczułem wtedy znaczenie świętej tajemnicy!
Jakby z bezpiecznego, głębokiego podłoża wznosił się dźwigający trzon w karnie skupionej mocy, a z niego wykwitała owa postać, która tylko jedna jest: podjęciem i opieką.
O czysta, o święta tajemnico, o naczynie, ukrywające na błyszczącym dnie swoim Boskie krople, niewysłowione misterium straszliwej, słodkiej krwi, która jest czystym ogniem, czystą miłością!
I myśl moja poszła dalej. Nie, to nie było myślenie - to była wizja, odczuwanie. Czy tu właśnie nie ukazuje się nam świat?... i jego stworzenie, mające w ostateczności jeden tylko cel, jedyny? ...człowiek, istota żyjąca w duszy i ciele, jego bijące serce... Czy nie powiedział wielkich słów święty Augustyn, mówiąc, iż w tym leży najgłębsza istota mego człowieczeństwa, że „zdolny jestem ogarnąć Boga”?
Patena
Był ranek. Wszedłem właśnie na szczyt górski i obejrzałem się poza siebie. Nisko w dole leżało jezioro, a wokoło w świetle porannym sterczały góry, wielkie i ciche. Wszystko było czyste, przestwór niebios głęboki i rozległy, a drzewa o szlachetnie ukształtowanych gałęzistych koronach tchnęły świeżością!
I całe moje jestestwo tak było przepełnione jasną, radosną mocą, iż zdawało mi się, jakoby w mym wnętrzu biły jakieś niewidzialne, bezszmerne zdroje, jakoby wszystko unosiło się w jaśń i w dal.
Zrozumiałem, że człowiekowi może serce wezbrać ponad brzegi, tak iż on staje, wznosi oblicze i rozkłada dłonie, rozpościera je w kształt wielkiej czary, podnosząc w górę ku nieskończenie Dobremu Ojcu światła, ku Bogu, który jest miłością, i ofiaruje Mu wszystko, co tu wokoło i tam w głębi stoi jaśniejąc i wzbierając w przepełnej ciszy. Tak jest, musi mu się zdawać, jakoby z czary jego rąk szło wszystko w górę, jasne i czyste.
Tak to właśnie niegdyś Chrystus stanął na szczycie, na wyżynie ducha, i złożył Ojcu swemu miłość swoją, swoje pulsujące życie jako ofiarę całkowicie doskonałą. Na tej wyżynie, której przedprożem była góra Moria, gdzie Abraham spełniał swą ofiarę. Przed nią zaś było owo miejsce, gdzie król-kapłan składał dań przebłagalną. A jeszcze i to miejsce, gdzie w pradawnych czasach ofiara Abla jasnym. i prostym słupem szła w niebiosa.
Wiecznie sterczy ku niebu ta wyżyna, wiecznie rozpościera się dłoń Boża, i wiecznie wznosi się w górę dar ofiarny, gdy kapłan - nie! nie on sam... przecież człowiek jest jedynie słabym narzędziem! - stoi u ołtarza, podnosząc na rozwartych dłoniach, ofiarną czarę, patenę, z leżącym, na niej białym chlebem. „Przyjmij, Święty Ojcze, wszechmogący, wieczny Boże, tę niepokalaną Hostię, którą ja, niegodny sługa Twój, ofiaruję Tobie, Bogu mojemu,, żywemu i prawdziwemu, za niezliczone grzechy, przewinienia i niedbalstwa moje za wszystkich obecnych..., aby tak mnie jak im posłużyła ku zbawieniu na żywot wieczny”.
Błogosławieństwo
Błogosławić może tylko ten, kto ma władzę. Błogosławić może tylko ten, kto umie stwarzać. Błogosławić może tylko Bóg.
Błogosławiąc spogląda Bóg na swoje stworzenie.. On je przyzywa po imieniu. Wszechmogąca miłość Boża zwraca się ku sercu stworzenia, ku jądru jego istoty, a z ręki Bożej płynie moc, która użyźnia, która powoduje wzrost, która uzdrawia i ulepsza: „Chcę na was spoglądać i pomnażać wasz urodzaj”.
Tylko Bóg może błogosławić. Albowiem błogosławieństwo jest postanowieniem w sprawie tego, co istnieje i co działa. Błogosławieństwo jest wyrokiem Pana stworzenia, przyrzeczeniem i obietnicą Pana Opatrzności. Błogosławieństwo jest dobrym losem.
Buntem tchną słowa Nietzschego: „Z modlących staniemy się błogosławiącymi”. Wiedział on dobrze, co ma przez to rozumieć. Jedynie Bóg może błogosławić, bo On jest Panem życia, my zaś z istoty swojej jesteśmy tylko proszącymi.
Przeciwieństwem błogosławieństwa jest przekleństwo. Oznacza ono wyrok śmierci, pieczęć potępienia. Przekleństwo również zwraca się przeciwko sercu, przeciwko obliczu; jest rozkazem Pana, zamykającym krynicę życia.
Lecz w tej mocy błogosławienia i klątwy Bóg dał udział wszystkim tym, którzy są powołani do tworzenia życia: a więc rodzicom („Błogosławieństwo ojcowskie utwierdza domy dziatek” [Syr 3,11]) i kapłanowi. Ich to zadaniem jest stwarzać życie: cielesne i duchowe, życie natury i życie łaski. Do tego zostali przeznaczeni z istoty rzeczy i z urzędu.
A władzę błogosławienia może uzyskać tylko ten, kto jest zupełnie czysty: kto nie szuka samego siebie, ale chce być całkowicie sługą Boga Żyjącego.
Zawsze jednak pozostaje ona władzą Bożą. Gdy kto rości sobie samowolnie prawo do jej posiadania, ona odmawia mu swej pomocy. Z natury rzeczy jesteśmy tylko odbiorcami, proszącymi. Do błogosławienia uprawnia nas jedynie łaska Boska - tak samo, jak tylko dzięki łasce Boskiej możemy mieć władzę prawdziwego rozkazywania.
Podobnie, jak z władzą błogosławienia, ma się rzecz z mocą klątwy. „Przekleństwo matki podruzgoce je” - zniszczy domy, życie, zdrowie.
To, co ma swój wzór w naturze, spełnienie znajduje w łasce. Albowiem tym, co właściwie działa w błogosławieństwie, co stanowi właściwy nurt owego prawdziwego, istotnego błogosławieństwa, z którego wszystko w naturze czerpie swe odbicie - jest własne życie Boga. Bóg błogosławi samym Sobą. Błogosławiąc, daje samego Siebie. Zapłodnieniem życia Bożego jest Jego błogosławieństwo - „do uczestnictwa w Boskiej naturze”. Tu już ujawnia się łaska, czysty dar, dany nam w Chrystusie.
Takim jest błogosławieństwo, w którym Bóg się nam udziela - w znaku krzyża.
Mocy Boskiego błogosławieństwa użyczył On tym, którzy Go tutaj zastępują. Otrzymali tę moc ojciec i matka dzięki mistycznej sile chrześcijańskiego małżeństwa. Kapłan tę moc posiada dzięki mistycznej sile swych święceń. Przez misterium chrztu i królewskie kapłaństwo bierzmowania moc ta jest dana temu, kto „miłuje Boga z całego serca swego, i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego”.
Tym wszystkim dał Bóg władzę błogosławienia - każdemu w inny sposób, w miarę jego powołania. Dał im władzę, by błogosławili życiem Jego własnym.
Zewnętrzny swój wyraz błogosławieństwo uzyskuje za pośrednictwem ręki, a dokonywa się za pośrednictwem jej gestów. Rękę kładzie się na głowie adepta, podczas bierzmowania i podczas święceń kapłańskich, by przez nią przepływało to, co przychodzi z wysoka, to co wytryska z Ducha Bożego. Ręka formuje znak krzyża na czole .albo poprzez całą postać człowieka, ażeby się w ciele ludzkim rozlała pełnia Boża. Albowiem ręka jest szafarką: ona tworzy, ona kształtuje, ona podaje.
Na koniec błogosławieństwo bywa dokonywane i przez Osobę Najświętszego: Ciałem Chrystusowym w sakramencie Ołtarza. Ale dokonywać się ono powinno w największym szacunku i w stateczności tajemnicy.
Święta przestrzeń
Przestrzeń w naturze ma wymiary - owe trzy wymiary znane nam .wszystkim. One to świadczą, iż w przestrzeni panuje nie chaos, lecz ład: uporządkowanie rzeczy znajdujących się bądź obok siebie, bądź jedne ponad drugimi, czy kolejno poza sobą.
Ład ten sprawia, że życie nasze może się rozumnie budować i poruszać; iż możemy wznosić różne dzieła, nadawać im kształt i w nich mieszkać.
Również i przestrzeń nadprzyrodzona, przestrzeń święta, ma swój ład, swój porządek: jego fundamentem jest misterium.
Kościół jest zbudowany w kierunku od zachodu ku wschodowi, ku tej stronie, z której ukazuje się słońce. Przebiega przezeń cięciwa łuku słonecznego. Świątynia Boża ma ugaszczać pierwsze i ostatnie dnia promienie.
Chrystus jest słońcem świętego świata. Kierunek jego drogi jest porządkiem świętej przestrzeni, wszelkiej budowy i kształtu, nastawionym dokładnie w kierunku wiecznego zbawienia.
Podczas czytania Ewangelii przenosiło się dawniej mszał na lewą stronę, ku północy, jako że ołtarz zwrócony jest ku wschodowi. Z południa wychodzi święte Słowo i podąża na północ. Nie chodzi tu wyłącznie o historyczne przypomnienie, że słowo to kiedyś przybyło od Morza Śródziemnego, ale o coś więcej.
Południe - to pełnia światła, podobieństwo nadprzyrodzonej jasności, północ zaś jest symbolem zimna i mroku. Ze światła pochodzi Słowo Boże, On sarn, który jest światłem, który w ciemności świeci i przenika mroki, patrząc: czy tam będzie przyjęty.
Trzecim wymiarem jest kierunek z góry ku dołowi. Kapłan, gdy przysposabia się do świętej Ofiary, podnosi w górę kielich i patenę. Albowiem Bóg jest „w górze”, jest „Święty na wysokościach”. Człowiek proszący wznosi w górę ręce i spojrzenie - z głębokości, de profundis, „ku świętym wyniosłościom”. Gdy zaś biskup czy kapłan błogosławi podczas poświęcenia, wówczas zniża dłoń na głowę klęczącego lub na leżące przed nim przedmioty. Albowiem wszelkie stworzenie jest „nisko”, a błogosławieństwo przychodzi z góry, od Najwyższego.
Taki jest trzeci wymiar świętej przestrzeni. Jest nim kierunek duszy: wytyczony tęsknotą, modlitwą, ofiarą. Kierunek Boży: łaski, spełnienia, sakramentu.
Tak oto idą trzy kierunki świętej przestrzeni:
Najpierw kierunek po linii wschodzącego słońca, którym jest Chrystus. Na jego spotkanie biegnie wzrok wierzących; od niego płynie promień światła Bożego w nasze serca. Wielki świt duszy i zstąpienie Boga.
Następnie kierunek z północy na południe, kędy mrok spoziera ku światłu jaśniejącemu w Boskim Słowie. I światło to płynie z gorejącego serca, by świecić i ogrzewać.
Wreszcie kierunek z dołu wzwyż: poryw duszy w tęsknocie, modlitwie i ofierze, z głębokości hen ku Tronowi Boga Najwyższego. Odpowiedzą na ten poryw jest spełnienie, schodzące w łasce, w błogosławieństwie i sakramencie.
Dzwony
Wnętrze kościoła mówi o Bogu. Ono należy do Pana, jest całe przepełnione Boską obecnością. Jest to przecież Dom Boży, wyodrębniony od świata, zamknięty ścianami i sklepieniem. Przestrzeń ta zwrócona w głąb, ku temu, co skryte: mówi ona o tajemnicy Bożej.
A przestrzeń na zewnątrz? Ten wielki przestwór ponad równinami, rozciągający się bez granic na wszystkie strony? Przestwór, który na wysokościach rozpina się w nieskończoność, który głęboko leży w dolinach, opasany górami - czy nie jest i on związany z świętością?
O, z pewnością i on również! Z domu Bożego wyrasta w powietrze wieża, biorąc go również w posiadanie Bogu. Na wieży, umocowane ramą belkową, wiszą dzwony, ciężkie, spiżowe. Rozkołysane od nasady, chwieją się całe to w jedną, to w drugą stronę. Wyraziście zarysowane ich bryły na przemian wznoszą się w górę, to znów opadają, wysyłając ustawicznie w dal szeroką dźwięk za dźwiękiem. Płyną fale harmonijnych tonów: to żwawe i przenikliwe, to pełne i ciężkie, to znów głębokie, powolne, huczące. Wylewają się z wieży, idą nurtem przez dal rozległą, napełniając ją zwiastowaniem świętości.
Zwiastowaniem dali, zwiastowaniem Boga bez miar i bez granic, zwiastowaniem tęsknoty i nieskończonego wypełnienia.
Nawołują człowieka tęskniącego, którego serce stoi otworem dla dali ogromnej.
Zaprawdę! Słysząc głos dzwonów, mamy poczucie dali! Gdy głos ten z wieży mknie po równinie na wszystkie strony hen, w nieskończoność, wówczas tęsknota wraz z nim ciągnie w dal, póki w końcu nie uświadomi sobie, że zaspokojenie znajduje się nie na rozpływających się w błękicie krańcach równin, ale w ich obrębie.
Gdy z kościoła na górze dźwięki dzwonów spływają w dolinę, albo gdy wzbijają się w błękitną wysokość, wówczas pierś się wznosi i czuje, iż jest o wiele szersza niż kiedykolwiek.
Innym znów razem tony dzwonów przeciągają przez przyćmioną zieloną ciszę leśną, nie wiadomo skąd, z daleka, z daleka... O, co wtedy budzi się w człowieku! Powstaje i odżywa niejedno, co już od dawna uległo zapomnieniu, iż człowiek stoi w zadziwieniu, nadsłuchuje, zamyśla się: „Co to takiego?... ach, co?”...
Wtedy to odczuwa się dal. Zda się, jakby dusza rozpościerała ramiona, wyprężała się tam kędyś daleko, odpowiadała na odległy zew nieskończoności.
„Tak rozległy jest świat” - mówią dzwony.
„Tak pełno w nim tęsknoty... Bóg wzywa... w Nim tylko jest spokój”.
O Panie! szersza niźli świat jest dusza moja. Głębsze niż wszystkie doliny jest jej pożądanie. A jej tęsknota boleśniejsza niż zagubiony kędyś w dali dźwięk dzwonów.
Ty, Panie, jedynie możesz ją zaspokoić... Ty jeden.
Czas uświęcony
Każda godzina dnia ma swój ton własny. Ale trzy z tych godzin spoglądają na nas szczególnie jasnym obliczem: jutrznia, wieczór, a pośrodku nich pora południa. A każda z nich jest uświęcona w sposób inny.
Poranek
Oblicze poranku świeci jaśniej i silniej niż inne godziny dnia. On jest początkiem. Tajemnica narodzin ponawia się z każdym porankiem. Wychodzimy ze snu, w którym odmłodziło się nasze życie, i mamy tę jasną, silną świadomość: „Żyję! Jestem! Istnieję!” A to przeżywanie istnienia staje się modlitwą. Ono zwraca się ku Temu, od którego pochodzi: „Boże, Tyś mnie stworzył; dziękuję Ci za to, że żyję. Dziękuję Ci za wszystko, co posiadam i czym jestem”.
W owej chwili nowe życie czuje swą siłę i podnieca do czynu, przeto zwraca się do nadchodzącego dnia i ku jego zadaniom. I to również staje się modlitwą: „Panie, w Twoim imieniu i w Twojej sile rozpoczynam ten dzień. Niechże on będzie dziełem dla Ciebie!”
Taką jest święta godzina poranka. Oto budzi się życie. Głębią swej istności niesie Bogu czystą podziękę stworzenia, dźwiga się do nowej twórczości i zwraca się do zajęć dziennych, idąc od Boga i podług mocy Bożej.
Czy widzisz, jak wiele zależy od pierwszej godziny dnia? Ona jest jego początkiem, jego wstępem. Co prawda można też dzień zaczynać bez żadnych wstępów, staczać się weń bezmyślnie i bezwolnie. Wówczas nie jest to właściwie dzień, ale jakiś strzęp czasu bez oblicza i bez treści. Dzień w znaczeniu ścisłym jest to droga: wymaga kierunku. Dzień jest to praca: ta wymaga jasnej i zdecydowanej woli. Dzień to całe twoje życie. Życie twoje jest jako dzień. Koniecznym dlań jest oblicze.
Ową wolę, kierunek i jasne, wpatrzone w Boga oblicze daje dniowi i życiu naszemu godzina poranka.
Wieczór
I wieczór ma swą tajemnicę. Jest nią tajemnica
śmierci.
Dzień ma się ku końcowi; człowiek przysposabia się do tego, by zapaść w ciszę snu. Poranek był przepełniony poczuciem siły odnowionego życia; pod wieczór życie już jest zmęczone i szuka wypoczynku - przeto wszędzie wokoło rozbrzmiewa tajemnica śmierci. Często nie słyszymy jej głosu: nasze wnętrze jeszcze jest przepełnione obrazami bieżącego życia, pochłonięte życzeniami i planami na dzień nadchodzący. Niekiedy tajemnica ta brzmi w nas bardzo cicho jak dalekie przeczucie. Ale bywają też wieczory, w które czujemy, jak życie nachyla się ku wielkiej pomroczy, „kiedy nikt nie będzie mógł już nic zdziałać”.
I wszystko zależy od tego, czy rozumiemy tajemnicę śmierci. Umierać - znaczy nie tylko, że życie dobiega kresu. Umieranie jest ostatnim wysiłkiem naszego życia, jego ostatecznym czynem, rozstrzygającym wszystko. To, co się dzieje w życiu czy to jednostki, czy narodu, nigdy nie bywa gotowe lub ukończone. Zawsze zależy jeszcze, co z tego zrobi człowiek albo społeczeństwo. Według tego, jak się oni do tego ustosunkują, stworzą coś nowego z tego, co już się dokonało, zmieniając rzecz bądź na gorsze bądź na lepsze. Przypuśćmy, że jakiś naród dotknęła wielka żałoba, wielka kieska. Stało się co prawda - ale przecie nie wszystko jeszcze skończone! Naród może rozpacza, ale może też opamiętać się w bólu - i zacząć od nowa. Wtedy dopiero dokona się to, co się stało już dawno. Oto więc co oznacza śmierć w swej najgłębszej istocie: jest ona ostatnim słowem, z jakim człowiek zwraca się w stronę swego ubiegłego życia; jest ostatecznym wyrazem twarzy, jaki człowiek ukazuje życiu. Idzie wówczas o wielką decyzję, czy człowiek weźmie raz jeszcze w ręce całe swoje życie: Albo skrucha rozpoznaje błędy i przewinienia i boleje nad nimi; dziękczynienie i pokora składają Panu hołd za dane przez Niego dobro, i wszystko oddaje się bez zastrzeżeń Bogu w ofierze; albo też człowiek rezygnuje i dopuszcza do tego, by życie stoczyło się w kres bez godności i siły. Wówczas życie właściwie nie dochodzi do kresu, ale po prostu ustaje. Nie ma ono ani własnej postaci, ani oblicza.
Tak wygląda wzniosła „sztuka umierania”: sztuka czynienia minionego życia jedyną afirmacją dla Boga.
Zważ teraz: każdy wieczór powinien być ćwiczeniem się w tej wzniosłej sztuce, by dawać życiu istotne zakończenie, które dopiero zapewnia całej przeszłości ostateczną wartość i wiekuiste oblicze.
Godzina wieczorna jest godziną dokonania. Stajemy przed Bogiem, przeczuwając, że kiedyś staniemy przed Mm twarzą w twarz, by ponieść ostatnią odpowiedzialność.
Czujemy, co się zawiera w słowie: „Stało się”. Mieści się w nim dobro i zło, strata i roztrwonienie. Stawiamy się wobec Boga, „dla którego żyje wszystko”, tak przeszłe, jak przyszłe, wobec Boga, który może darować i przywrócić żałującemu rzecz utraconą. A w Jego obecności nadajemy minionemu dniowi ostateczny wyraz. Co za dnia było niezupełnie w porządku, to ogarnia i .rozważa nasza skrucha; co było dobre, od tego pokorna i szczera wdzięczność nasza oddała wszelki cień próżności. A wszelką niepewność, wszelką ułomność, nędzę i smutek osłania bezwarunkowe zaufanie w Boską wszechmocną miłość.
Godzina południowa
O poranku zaczyna się życie i podnosi się w górę zrazu szybko i radośnie; następnie piętrzą się przeszkody, droga w górę staje się wolniejsza. W końcu życie dochodzi do zenitu i wypoczywa przez krótką chwilę. Niebawem poczyna się zniżać. Opada coraz to ociężałej, aż na ostatku, po krótkim, nowym ożywieniu się zachodzi w milczenie nocy.
Pomiędzy pochodem wzwyż a zachodem, w połowie drogi, na dnia przełęczy, jest krótka, przedziwna chwila wytchnienia: południe. W ową chwilę życie nie spoziera w przyszłość, albowiem nie posuwa się naprzód. Nie zaczęło się również schodzenie w dół, przeto życie nie ogląda się jeszcze poza siebie, w przeszłość. Stanęło - ale nie wyczerpane jeszcze, nie zmęczone: ten postój pełen jest jeszcze całej mocy biegu. Stanęło pośrodku samej tylko teraźniejszości. A jego spojrzenie idzie w dal - nie! nie idzie w ogóle ani w czas ani w przestrzeń: ono dąży w wieczność.
Jakże głęboką jest chwila południa! Nie odczujesz jej w mieście, gdzie wszystko rozbrzmiewa hałasem, gdzie nie masz ani milczenia, ani przerwy w ruchu. Ale wyjdź poza miasto, przejdź się pomiędzy łanami zboża, albo przez ciche wrzosowisko, latem, gdy słońce stoi w zenicie, a cały obszar wkoło goreje żarem... Jak wtedy wszystko staje się naraz pełne głębi! Stoisz w miejscu - i wszelki czas kędyś ginie. Spogląda na ciebie wieczność.
Wieczność przemawia o każdej godzinie, ale dla południa jest ona najbliższą sąsiadką. Bo oto wtedy czas staje w miejscu, czeka, otwiera się przed tobą. Południe jest czystą teraźniejszością, pełnią dnia.
Pełnia dnia... Bliskość wieczności... Oczekiwanie - i całkowita otwartość... Z dala odzywa się dzwon na Anioł Pański. ...Jego głos niesie milczącemu południowi słowo zbawienia: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo”...
„Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi -
i poczęła z Ducha Świętego...
Oto ja służebnica Pańska -
niech mi się stanie według słowa Twego...
A Słowo ciałem się stało
i mieszkało między nami...”
Raz już nadeszła godzina południowa dnia ludzkości, „pełnia czasu”. I był człowiek, w którym stała ta pełnia i oczekiwała. Człowiekiem tym była Maryja. Ona nie spieszyła się, nie spoglądała ani przed siebie, ani poza siebie; W Niej samej przebywała pełnia czasu, czysta teraźniejszość, otwarta dla wieczności, przebywała w niej - i czekała. A wieczność nachyliła się, nadeszła wieść, a wieczne Słowo stało się Ciałem w Jej czystym łonie.
Dzwon ogłasza te wieść naszemu dniowi. W godzinę południową dnia chrześcijańskiego wiecznie odżywa tajemnica południa ludzkości. Przez wszystkie czasy dźwięczy pełnia czasu.
Całe nasze życie powinno być sąsiadem wieczności. Zawsze powinna by w nas być ta cisza, co otwiera się ku wieczności i nadsłuchuje. Ale życie jest zgiełkliwe i zagłusza ją swym krzykiem. Dlatego przynajmniej w uświęconej godzinie, na „Anioł Pański” powinniśmy zatrzymać się w miejscu, oddalić wszystko, co ciśnie się ku nam natrętnie, stać w cichości i wsłuchiwać się w tajemnicę, w której „wiekuiste Słowo, gdy wszystko spoczywało w głębokim milczeniu, zstąpiło z królewskiego tronu”.
Zstąpiło raz tylko w zewnętrznych dziejach świata, ale czyni to wciąż na nowo w każdej ludzkiej duszy.
O, jakże w tym momencie ciszy można się czuć głęboko zjednoczonym z innymi, którzy stanęli w miejscu równie cisi i skupieni! Jakież głębokie można mieć obcowanie, jakże daleko pozdrawiać i błogosławić...
O Imieniu Bożym
My, ludzie, staliśmy się gruboskórni. O wielu rzeczach głębokich i subtelnych nie wiemy już wcale. Jedną z nich jest słowo. Mniemamy, jakoby ono było czymś zewnętrznym, bo nie umiemy już odkrywać jego wnętrza. Mniemamy, że jest ono czymś znikomym, bo już niezdolni jesteśmy odczuwać jego siły. Ono nie uderza, nie popycha, jest tylko wiotkim wytworem brzmienia i dźwięku, ale jest delikatnym ciałem dla jakiegoś pierwiastka duchowego. Istota danej rzeczy oraz coś z własnej naszej duszy, co budzi się wobec tej rzeczy, spotykają się i znajdują wyraz w słowie.
A raczej tak być powinno. I tak było za pierwszego człowieka.
Na pierwszych stronicach Pisma świętego czytamy, że Bóg „przywiódł zwierzęta do Adama, aby zobaczyć, jak je nazwie”. Otwartymi zmysłami i bystro widzącą duszą człowiek patrzył poprzez postać w głąb istoty i to, co widział, wypowiadał w imieniu, w nazwie. A jego dusza odpowiadała stworzeniu. I poruszało się w niej coś takiego, co pozostawało w szczególnym związku z istotą owego stworzenia, bo przecież człowiek jest ogółem i jednością całego dzieła twórczości Bożej. A te dwie rzeczy: istotę zewnętrznego przedmiotu i wewnętrzną odpowiedź, brzmiącą w samym człowieku, obie żywotnie z sobą zjednoczone, wypowiadał on w dźwięku imienia.
W nazwie przeto, w imieniu, zamknęła się cząstka świata i cząstka ludzkiego wnętrza. A ilekroć człowiek wypowiadał jakieś imię, budził się w jego duchu istotny obraz danej rzeczy - i rozbrzmiewało znów to, co w jego własnym wnętrzu odpowiedziało niegdyś owemu obrazowi. Imię przeto było tajemniczym znakiem, za pomocą którego człowiek rozumiał świat i samego siebie.
Słowa są imionami. Mówienie zaś jest wzniosłą sztuką posługiwania się imionami, nazwami rzeczy, posługiwania się istotą rzeczy oraz istotą własnej duszy w nadanej im przez Boga harmonii.
Ten wewnętrzny stosunek do dzieła stworzenia i do własnego „ja” nie utrzymał się wszakże. Człowiek zgrzeszył, rozerwał się związek. Przedmioty stały się dlań obce, nawet wrogie. Już on nie patrzył na nie czystymi oczyma, ale spozierał chciwie, zaborczo, jednocześnie zaś niepewnym spojrzeniem winowajcy. A one zamykały przed nim treść swej istoty. Nawet i własna istota stawała mu się niedostępna, bo w samolubstwie swoim pragnął nazbyt własnego popisu. On już nie posiadał samego siebie jak dawniej. Nie wiódł już tego życia, co po dziecięcemu spoglądało we własną duszę. Dusza mu się wymknęła z pola widzenia - i człowiek stał się nieświadom siebie, bezsilny.
Teraz słowo-imię w jego myślach nie obejmuje istoty rzeczy i człowieka w żywej jedności. I nie jaśnieje mu z niej teraz myśl Boża o powiązanym w ładzie i pokoju dziele tworzenia.
On w niej dostrzega jedynie rozerwany obraz; napływa doń jedynie zmącony ton zasadniczy, pełen niejasnego przeczucia i tęsknoty. A kiedy człowiek posłyszy słowo we właściwym brzmieniu, wówczas staje, nadsłuchuje, zamyśla się - i nie może odnaleźć znaczenia. Tak pozostaje oszołomiony, omotany zagadką i odczuwa boleśnie, że raj został utracony.
Ale i to już przeszło. My, ludzie, staliśmy się tak powierzchowni, że nie zachowaliśmy nawet żalu po tej ruinie i zmąceniu słów. Zaczęliśmy wymawiać imiona coraz prędzej, coraz powierzchowniej, zewnętrzniej - i coraz to mniej myśleliśmy o ich istocie. Podawaliśmy je dalej, jak się podaje pieniądz - z ręki do ręki: nie patrzy się, jak on wygląda, co na nim się znajduje, myśli się tylko o tym, ile się za niego dostanie. Tak właśnie słowa przebiegać poczęły pospiesznie z ust do ust. Ich treść wewnętrzna przestała już przemawiać; już nie brzmiała w nich istota danej rzeczy; dusza przestała w nich wypowiadać samą siebie. Stały się tylko liczmanami słów, zdawkową monetą. Oznaczały rzecz daną, ale jej nie ukazywały. Były tylko znakami służącymi do tego, by inni wiedzieli, czego człowiek chce, co myśli i czego pragnie.
Toteż mowa z jej imionami i nazwami nie jest już pełnym odczucia przestawaniem z istotą rzeczy, spotkaniem rzeczy z duszą. Nie jest już wcale tęsknotą za utraconym rajem, ale gorączkowym po-brzękiem zdawkowych monet słownych, podobnie jak maszyna do liczenia rejestruje pieniądze, o których nic a nic nie wie.
Tylko niekiedy wzdrygamy się nagle. Ni stąd ni zowąd z jakiegoś słowa coś na nas zawoła, jakby z głębin otchłani. To woła na nas treść istotna słowa.
Albo też słowo widnieje na papierze - i wy-błyska z czarnego znaku liter. Oto występuje z niego „imię”, istota, odpowiedź duszy. Wówczas odczuwamy znowu pierwotne przeżycie, z którego wynikło niegdyś słowo, jakim dusza spotkała się z istotą rzeczy. Czujemy zdumiewającą wizję, ten chwyt duchowy, za pomocą którego człowiek ogarniał istotę stojącego przed nim nowego przedmiotu - iż własnego swego wnętrza przekuwał je w twór nazwy. Kroczymy w dal, pogrążamy się w głębie, a słowo znów jest owym pierwszym dziełem, do którego Bóg powołał ducha ludzkiego. Ale niebawem wszystko niknie z powrotem i maszyna do liczenia poczyna turkotać na nowo...
Być może, że kiedyś tak pojawiło się nagle przed tobą słowo „Bóg”.
Gdy rozważymy to wszystko, rozumiemy, czemu to wierni Starego Testamentu w ogóle nie wymawiali imienia Bożego, ale zastępowali je słowem „Pan”. To bowiem wskazywało na szczególne wybranie narodu izraelskiego: odczuwał on bardziej niż inne narody bliskość Bożą, rzeczywistość Bożą; silniej niż inne narody zdawał sobie sprawą z Jego wielkości, wzniosłości i grozy. Przez Mojżesza oznajmił Bóg swoje imię: „Jam jest, którym, jest - oto imię moje”. On, „który jest”, który nie potrzebuje nikogo innego, który stoi całkowicie Sobą jako ogarnięcie wszelkiej siły i wszelkiego bytu.
Imię Boga było Izraelitom obrazem jego Istoty. Istotę Boga widzieli promieniejącą z Jego imienia. Imię to było dla nich jak Bóg sam i tak lękali się Jego imienia, jak niegdyś na górze Synaj trwożyli się obecnością Pana. Bo przecież Bóg mówi o swym imieniu tak, jak o Sobie samym: „Moje imię tam będzie” - powiada o świątyni. A w Księdze Objawienia obiecuje wiernemu, że „chce uczynić go kolumną w świątyni Bożej” i „wypisać na nim swoje imię”, czyli że chce go poświęcić i ofiarować mu samego Siebie.
Tak rozumiemy przykazanie: „Nie będziesz brał imienia Boga, Pana Twego nadaremno”. Rozumiemy słowa modlitwy, których nauczył nas Zbawiciel: . „Święć się imię Twoje”. I to, że cokolwiek czynimy, powinniśmy zaczynać w imię Boże.
Tajemnicze jest imię Boga. Z imienia tego przebłyskuje Istota Nieskończonego, Istota Tego, „który jest”, który istnieje w niezmierzonej obfitości swego bytu i nieskończonej wielkości.
A w słowie tym żyje też najgłębsza treść naszej własnej duszy. Nasze najściślejsze jestestwo odpowiada na zew Boga, albowiem należy do Niego nierozłącznie. Stworzone przez Niego i dla. Niego, nie zazna spokoju, póki się z Nim nie zjednoczy. Wszak nasze „ja” nie ma innego celu, jak tylko ten, by wszystko, całe nasze dostojeństwo, dusza naszej duszy zawiera się w słowie „Bóg" i wyrażeniu „mój Bóg”.
Mój Bóg - mój początek i cel mój, zaczątek mego życia i kres jego, uwielbienie, tęsknota i skrucha, słowem, wszystko!
Imię Boże jest właściwie wszystkim. Przeto chcemy prosić Boga, by nas nauczył „nie brać Jego imienia nadaremno”, ale je „święcić”. Chcemy Go prosić, by imię Jego zajaśniało nam w całej wspaniałości. Imię to nie powinno nam nigdy stać się martwą monetą, przechodzącą bez wrażenia z ręki do ręki. Powinno być zawsze dla nas nieskończenie drogie i cenne, po trzykroć święte!
Chcemy czcić imię Boże, jak czcimy Boga samego. I chcemy też w tym imieniu czcić świętość własnej naszej duszy.
https://liturgia.wiara.pl/Znaki_i_postawy_w_liturgii/3






