W 1974 r. abp Fulton J. Sheen powiedział: «Żyjemy w epoce emocji. Nie kierujemy się już wiarą, nie kierujemy się już rozumem. Kierujemy się emocjami».
Prawdziwości tych słów dowodzi bezprecedensowe emocjonalne wrzenie po śmierci Jana Pawła II. Jest czymś normalnym, że katolicy na całym świecie odczuwają smutek i modlą się za zmarłego papieża – jest to wyraz synowskich uczuć względem niego. Jednak histeria, jaka miała miejsce po śmierci Jana Pawła II, stanowczo wykraczała poza te ramy. Kardynałowie, biskupi, kapłani i wierni świeccy jednym głosem domagali się kanonizowania go jako „Jana Pawła Wielkiego”. Niekatoliccy politycy i przywódcy państw wychwalali go za jego humanitaryzm i otwarcie na inne religie. Był chwalony za sposób sprawowania władzy, za popularność wśród młodych, za podróże, poezję, dzieła. Był wychwalany za swój błyskotliwy styl, za to, że był taki ludzki, za swoją „teologię ciała”, za zrozumienie roli mediów, za ewangelizację, za charyzmę, za poczucie humoru. Bono – gwiazda muzyki pop – nazywał go „fajnym papieżem” i „najlepszym przywódcą, jakiego Kościół kiedykolwiek miał”.
Jednak w tym zalewie emocji nie znalazłem nikogo wychwalającego zmarłego za to, co stanowiło przecież główny element jego posługi: niezachwianą wierność odwiecznemu nauczaniu i Tradycji Kościoła katolickiego. Nie słyszałem, by ktokolwiek wychwalał go za zachowywanie czystości doktryny i utrzymywanie dyscypliny w Kościele na całym świecie. Jan Paweł II nie był za to chwalony, ponieważ tego nie robił. Dla papieża porażka na tym polu oznacza całkowitą porażkę.