NATURA SOBORU EKUMENICZNEGO
Przed szczegółowym rozpatrzeniem Vaticanum II, konieczne będzie zrozumienie czym w ogóle jest sobór ekumeniczny albo generalny. Hubert Jedin zdefiniował go w 1960 jako:
"Zwołane przez Papieża i pod jego przewodnictwem zgromadzenie biskupów oraz innych posiadających jurysdykcję wyszczególnionych osób, w celu sformułowania decyzji w kwestiach wiary chrześcijańskiej lub kościelnej dyscypliny. Jednakże, aby decyzje te posiadały rangę orzeczeń wiary przez określenie granic oddzielających katolicką doktrynę od współczesnych błędów wymagają one uzyskania papieskiego zatwierdzenia. Znane są sobory, na których nie ogłaszano żadnych dyscyplinarnych kanonów, ale nie było żadnego, na którym jakiś błąd nie zostałby potępiony" (1).
W pierwszym rzędzie należy zwrócić uwagę, że określenie "ekumeniczny" oznacza "powszechny" (tj., zgromadzenie katolickich biskupów całego świata) i nie ma nic wspólnego z potencjalną możliwością współpracy czy też wzajemnymi relacjami pomiędzy różnymi religiami. Od chwili, gdy Chrystus ustanowił Swój Kościół na ziemi odbyło się 20 Soborów Ekumenicznych. Vaticanum II – domniemany 21 sobór, pod kilkoma względami różnił się od poprzedników. Był pierwszym soborem, na którego obrady zaproszono niekatolickich "obserwatorów" (2). Był też pierwszym soborem określanym jako raczej "pastoralny" niż "dogmatyczny" (3). Okazał się pierwszym soborem, który ani nie wytyczył granic oddzielających katolicką doktrynę od błędów współczesności, ani nie wydał dyscyplinarnych kanonów (4). Był wreszcie pierwszym soborem zwołanym nie do zreformowania Kościoła "w jego głowie i członkach", lecz do zreformowania samego Kościoła. Najistotniejszą jego cechą było natomiast to, że okazał się pierwszym soborem, który odszedł od nauczania poprzednich soborów, a w istocie od tradycyjnej nauki Magisterium Kościoła. Prawdziwość tej oceny potwierdza sformułowanie kardynała Suenensa, który nazwał go "rewolucją francuską w Kościele" oraz Yvesa Congara, który porównał sobór do rewolucji październikowej w Rosji z 1917 roku (5).
CZY VATICANUM II JEST WIĄŻĄCY DLA KATOLICKIEGO SUMIENIA?
Przed uzyskaniem papieskiej aprobaty, zarządzenia soboru nie mają żadnej mocy wiążącej. Jednakże z chwilą, gdy takową uzyskają, deklaracje soborowe stają się częścią nauczającego Magisterium. Od tego momentu, bez względu na to czy ich treść zostanie zaklasyfikowana do "nadzwyczajnego" czy też do "zwyczajnego" Magisterium w obu przypadkach zyskują klasyfikację prawd, w które należy wierzyć na mocy "boskiej i katolickiej wiary".
Szeroko rozpowszechnione przekonanie o "pastoralnym" charakterze Vaticanum II wywołało wielkie zamieszanie w opiniach dotyczących samego soboru. Ursula Oxford była wyrazicielką opinii, że ponieważ Jan XXIII został zwiedziony, co do "ducha", który skłonił go do zwołania soboru, to dokumenty będące jego rezultatem nie posiadają mocy wiążącej (6). Inni z kolei, jak np. ojciec J. Saenz y Arriaga uważają elekcję Pawła VI za całkowicie nieważną, a stąd soborowe dokumenty w żaden sposób nie mogą być częścią Magisterium Kościoła (7). Kardynał Felici, ówczesny sekretarz Kurii i Sekretarz Generalny soboru określił charakter soborowych dokumentów jako de jure, ale nie de fide (8). Przypuszczalnie oznacza to, że musimy być posłuszni i działać zgodnie z nauczaniem soboru, ale nie mamy żadnego obowiązku by wierzyć w ich prawdziwość. Michael Davies w obliczu tego, co uznaje za oczywiste zmiany nauczania Kościoła stwierdza, że "sobór mieści się w granicach kategorii zwyczajnego Magisterium Kościoła, które może zawierać błąd w sytuacji, gdy mamy do czynienia z nowością kolidującą z poprzednim nauczaniem" – stwierdzenie, które samo jest zarówno innowacją, jak również jest sprzeczne wewnętrznie (9). Wyżej zaprezentowane poglądy są jedynie "opiniami teologicznymi" i wszyscy ci, którzy uznają posoborowych "papieży" uciekają się właśnie do tych opinii, aby znaleźć definitywne odpowiedzi.
Wszyscy posoborowi "papieże" stwierdzali, że sobór był kierowany przez Ducha Świętego. Paweł VI na zakończenie soboru powiedział, że "chociaż pragnieniem władzy nauczycielskiej Kościoła nie było wydawanie nadzwyczajnych orzeczeń dogmatycznych, to jednak dała ona wyraz swemu pragnieniu, aby jego autorytatywne nauczanie stało się powszechnie znane". Paweł VI stwierdził później, że sobór "uniknął ogłoszenia w nadzwyczajnej formie dogmatów posiadających znamię nieomylności", ale że nadał swojemu nauczaniu "wartość najwyższej formy zwyczajnego Magisterium" (Przemowa z 12 stycznia 1966), oraz że "ma on [sobór] tyleż samo autorytetu i daleko większe znaczenie niż Sobór Nicejski". Gdzie indziej nazwał go "największym z soborów", a nawet "donioślejszym niż Sobór Trydencki" (10). Chyba najbardziej wyraziste i rozstrzygające stwierdzenie można znaleźć w liście skierowanym do arcybiskupa Lefebvre'a gdzie domaga się podporządkowania posoborowemu kościołowi:
"Nie masz żadnego prawa, by powoływać się na rozróżnienie między doktrynalnym a pastoralnym charakterem, które ma być podstawą dla akceptowania jednych dokumentów Soboru Watykańskiego II i odrzucania innych. Prawdą jest, że nie wszystkie kwestie rozstrzygane podczas soborów wymagają akceptacji tego samego rodzaju; tylko to, co Sobór zatwierdzi w swoich «definicjach» jako prawdę wiary albo jako związane z wiarą wymaga naszego przylgnięcia z wiarą. Niemniej jednak, reszta także stanowi częśćuroczystego magisterium Kościoła, które powinno być ufnie przyjęte i szczerze praktykowane przez każdego katolika" (11).
W oczywisty sposób Paweł VI traktuje sobór za wiążący dla katolickiego sumienia i nie mniej autorytatywny od każdego z 20 poprzednich Soborów nazywanych ekumenicznymi. Stwierdzenie, że jest częścią uroczystego Magisterium (magisterium solemne) oznacza przyznanie mu najwyższego możliwego autorytetu. Tym niemniej, jeżeli jest tylko "najwyższą formą zwyczajnego Magisterium", to jest tak samo wiążącym dla posoborowego katolickiego sumienia (12).
Jan Paweł II wyraził swoją pełną zgodność z Pawłem VI, którego uznaje za swojego "duchowego ojca" i stwierdził ponadto, że sobór został "zainspirowany przez Ducha Świętego", a "posłuszeństwo wobec soboru jest posłuszeństwem wobec Ducha Świętego" (13). Jeszcze przy innej okazji powiedział, że sobór reprezentuje "autentyczne nauczanie Kościoła". Bez wątpienia, odmowa akceptacji soboru, w jego oczach równa się "grzechowi przeciw Duchowi Świętemu".
Inni stwierdzili, że sobór jest heretycki i dlatego nie może zostać zaakceptowany.
Arcybiskup Lefebvre wierzył, że sobór został zwołany zgodnie z "przyjętymi normami" Kościoła (Remnant, 17.2.77) i był gotów przyjąć dokumenty Vaticanum II pod warunkiem, że będą interpretowane "w świetle tradycji". Paweł VI kolejny raz miał słuszność upominając go, że to funkcją papieża jest określanie, co jest a co nie jest "zgodne z tradycją" i jeżeli on – Lefebvre lub ktoś inny będzie próbował to robić, to będzie to znaczyło uzurpowanie sobie prawa do posiadania władzy papieskiej. Interesujący jest fakt, że również Jan Paweł II był gotów uznać to "ograniczenie". Cytując go dosłownie: "Duch Święty przemawiając do Kościoła przez Sobór..., przemawia zarazem w pełnej harmonii z Tradycją i stosownie do wymagań stawianych przez «znaki czasów»... Kościół Soboru Watykańskiego II, Soboru Watykańskiego I, Soboru Trydenckiego i wcześniejszych soborów jest tym samym Kościołem" (14). Problem polega na tym, że każdy wydaje się mieć inny pogląd na to, czym jest właściwie to "światło tradycji" (15). Zwrot ten można znaleźć w dokumencie Vaticanum II o Liturgii stwierdzającym, że "sobór pragnie również..., aby obrzędy liturgiczne zostały uważnie i wszechstronnie zrewidowane w świetle zasad zdrowej tradycji i by nadano im nową żywotność potrzebną do sprostania wyzwaniom i potrzebom współczesnych czasów!". I jak wszyscy wiemy, końcowym rezultatem zastosowania tej zasady było Novus Ordo Missae – nowa msza.
"W świetle tradycji". Ściśle mówiąc, jedynie papież może dokonać tego rodzaju interpretacji i Paweł VI zwracając się do kontestatorów zmian wprowadzonych przez sobór powiedział, że stało się koniecznością "zerwanie ze zwyczajowym przywiązaniem do tego, co zwykliśmy określać mianem niezmiennej tradycji Kościoła". Jeżeli Vaticanum II reprezentuje sobą zerwanie z tradycją, odejście od tradycji, to w tej sytuacji trudno sobie wyobrazić jak można go zinterpretować w świetle tradycji. Jeżeli Vaticanum II zawiera błędy – a czytelnik niech sam to rozstrzygnie po przeczytaniu tego rozdziału – to jedyną odpowiedzią Kościoła zainteresowanego zachowaniem prawdy jest potępienie i odrzucenie tego soboru. Cała idea przyjęcia Vaticanum II w świetle tradycji wiąże się z tą kwestią. Pozwala ona zwolennikom abp. Lefebvre'a "przebierać i wybierać" uspokajając nieczyste sumienie, a posoborowym "pasterzom" daje wolną rękę dla głoszenia ich rewolucji.
Jak zatem znaleźć wyjście z tego kłębowiska rad udzielanych lekką ręką. Odpowiedź jest prosta dla tych, którzy wierzą w ortodoksyjność posoborowych "papieży" i uznają ich autorytet. "Papieże" ci święcie wierzą, że dokumenty Vaticanum II są zarówno inspirowane przez Ducha Świętego, jak też stanowią część uroczystego Magisterium; a zatem, pomimo ich "pastoralnego" charakteru są wiążące dla posoborowego katolickiego sumienia. Także dla tych, którzy nie uznają prawowitości tych "papieży" nie istnieje żaden problem. Trzeba po prostu odrzucić sobór i wszystkie zmiany, które po nim nastąpiły. Jednakże między tymi dwoma skrajnościami, pomijając tych, którzy bez żadnego głębszego zastanowienia podążają za "nowymi orientacjami", istnieje całe spektrum opinii dających się najlepiej scharakteryzować jako jednoczesna akceptacja autorytetu tych "papieży" i odmowa podążania za nimi, gdy działają lub nauczają wbrew tradycji. Niestety te osoby (nazywane "konserwatywnymi katolikami Novus Ordo") reprezentują postawę samodzielnego decydowania o tym, co jest, a co nie jest tradycyjne. Ponieważ normalnie takie decyzje spoczywają wyłącznie na Papieżu, to można o nich powiedzieć, że "każdy czyni się swoim własnym Papieżem" (16). Nieuniknionym tego rezultatem jest jeszcze większe zamieszanie. Jakby nie patrzeć na tę sytuację, to prawie każdy zgodzi się, że owoce soboru są paskudne.
SOBÓR
Jeżeli chodzi o same dokumenty, to jest ich szesnaście i przyjmuje się, że wszystkie one zostały "zatwierdzone synodalnie" – to znaczy, zostały przyjęte przez większość Ojców obecnych na soborze. Mamy wśród nich: "konstytucje", "dekrety" i "deklaracje", rozróżnienia, które w praktyce nie mają znaczenia. Pomimo "pastoralnej" natury soboru, dwa z nich noszą etykietę "dogmatyczny". Wszystkie dokumenty obejmują 739 stron drobnego druku i zapoznanie się z ich treścią wymaga, jak to zauważył ojciec Houghton "sporego zapasu środków uniemożliwiających zaśnięcie". (Dokumenty Soboru Watykańskiego zawarte są na 42 stronach zapisanych wielką czcionką; dla Soboru Trydenckiego jest tych stron 179) (17). Mają "ekstremalnie rozwlekły" ton i jak zauważa Michael Davies "większość z nich składa się z długiej serii najbanalniejszych truizmów, jakie tylko można sobie wyobrazić" (18).
A jednak sobór posiada doniosłe znaczenie, ponieważ wprowadza do wnętrza kościoła całe mnóstwo "nowych orientacji", które w dzisiejszych czasach wydają swoje owoce. Jak to określił ojciec Avery Dulles:
"Vaticanum II zaadoptował pewną liczbę poglądów głoszonych przez kościoły protestanckie, takich jak np.: prymat Pisma Świętego, nadprzyrodzona skuteczność głoszonego słowa, kapłaństwo świeckich oraz liturgię językach narodowych" (19).
Kardynał Willebrands, legat Pawła VI na Światowe Zgromadzenie Luterańskie w Evian, stwierdził w lipcu 1970:
"Czyż sam Sobór Watykański II nie powitał z radością pewnych postulatów wysuniętych między innymi przez Lutra i poprzez które wiele aspektów wiary chrześcijańskiej jest dziś lepiej wyrażanych niż dawniej? Luter nadał teologii i życiu chrześcijańskiemu swojej epoki całkiem nadzwyczajny kierunek".
A kardynał Suenens mówi nam:
"Można sporządzić imponującą listę tez, od zamierzchłej przeszłości aż do niedawna głoszonych przez Rzym i uznawanych za jedynie prawdziwe, które zostały odrzucone przez ojców soborowych" (15 maja 1969).
Kardynał Suenens, który porównał Vaticanum II do "rewolucji francuskiej w Kościele", powiedział nam także, że sobór jest tylko pewnym "etapem, a nie stacją docelową". Ci, którzy chcieliby odrzucić tę ponurą prognozę uznając to za zwykłą retorykę, zrobiliby dobrze gdyby przysłuchali się słowom Pawła VI, który powiedział, że "dekrety soborowe są nie tyle miejscem przeznaczenia, co punktem wyjściowym ku nowym celom... nasiona życia zasiane przez Sobór w glebie Kościoła muszą wzrosnąć i osiągnąć pełną dojrzałość" (20). Jest to istotne stwierdzenie, ponieważ Jan Paweł II uważa "konsekwentną realizację nauczania i dyrektyw Drugiego Soboru Watykańskiego... za główne zadanie tego [swojego] pontyfikatu" (21).
"Punkt wyjściowy ku nowym celom!". Według brytyjskiego analityka Williama McSweeney'a wpływ soboru na Kościół miał polegać na "dokonaniu najbardziej fundamentalnego przewartościowania doktryny, liturgii oraz stosunku do świata, jakie się dokonało w całej jego 2000-letniej historii". Schillebeeckx (dominikanin-apostata, który przyznał, że w latach pięćdziesiątych stracił wiarę w Bóstwo Chrystusa – red. U. m.) sporządził listę działań soboru, które uznał za znaczące innowacje. Jego lista składała się z sześćdziesięciu ośmiu pozycji i obejmowała liturgię, Kościół, objawienie, biskupów i kapłanów, świeckich, niekatolików, wolność sumienia i zgromadzenia zakonne.
Nie zapominajmy, że o prawie wszystkie zmiany w posoborowym kościele albo "obwinia się" sobór, albo zakłada się, że wywodzą się z niego na mocy "mandatu otrzymanego od Ducha Świętego". Konserwatywni katolicy Novus Ordo, sprzeciwiający się drastycznym zmianom nazywają je "nadużyciami" wynikającymi ze "złej interpretacji" nauk soborowych. Na poparcie swojego stanowiska przytaczają wiele wspaniałych i ortodoksyjnych sformułowań. Z drugiej strony ci, którzy podążają na czele Rewolucji – liberalni katolicy posoborowi – mogą usprawiedliwić niemal wszystko, czego zapragną odwołując się do tych samych dokumentów. Zajmująca dużo miejsca debata, co do kwestii czy sobór był tylko "pretekstem" czy też faktycznym "źródłem" "autodestrukcji" Kościoła jest całkowicie nie na temat. Jakby na to nie patrzeć, to jak stwierdził Abbé de Nantes "nie ma dzisiaj takiego herezjarchy ani apostaty, który nie powoływałby się teraz na sobór działając przy tym jawnie z pełną bezkarnością i ciesząc się autorytetem uznanego pasterza i nauczyciela" (CRC, maj 1980). Nawet taki apologeta soboru jak Michael Davies mówi nam, iż "żaden rozumny człowiek nie może zaprzeczyć, że jak dotychczas Vaticanum II nie wydał żadnego dobrego owocu" (22).
JAK NA SOBORZE DOKONANO PRZEWROTU
Żaden z modernistycznych pomysłów wprowadzonych do wnętrza Kościoła za pośrednictwem soboru nie był nowym wynalazkiem. Te idee, całościowa koncepcja nowoczesnego świata, istniały na świecie od wieków i były wielokrotnie potępiane przez tradycyjny Kościół w takich dokumentach jak Mirari vos Grzegorza XVI, Syllabus Błędów Piusa IX i encyklika Pascendi Piusa X. Jednakże w XIX wieku zyskały one na sile i przeniknęły do seminariów, a tą drogą do umysłów coraz większej liczby duchowieństwa. Z biegiem czasu wielu z nich objęło kierownicze stanowiska w hierarchii kościelnej. (W artykule o Posłuszeństwie, pokazano jak korelowało to z planami masońskiej organizacji Alta Vendita).
Dostępna jest wystarczająca ilość dokumentacji faktograficznej umożliwiającej rekonstrukcję wydarzeń, jakie rozegrały się na soborze. Jednym z najlepszych źródeł jest książka ojca Wiltgena Ren wpada do Tybru, tytuł będący analogią do modernistycznych niemieckich teologów rozprzestrzeniających się po konserwatywnym Rzymie. Ojciec Wiltgen podczas soboru pełnił funkcję dyrektora niezależnego, wielojęzycznego Soborowego Ośrodka Informacji Prasowej (23). Posiadał dzięki temu doskonały dostęp do materiałów, o których pisze w swojej książce – a ponieważ zaakceptował on dokonania soboru, jego relacja stanowi wartościowe źródło informacji. Co więcej jego informacje znajdują potwierdzenie także w innych, licznych źródłach. W rezultacie przekazał nam "krok po kroku" opis sposobu w jaki "liberalni" teolodzy opanowali sobór. To, co w światowej prasie ogłoszono jako "spontaniczny wybuch liberalnego nastroju" było w rzeczywistości, jak to wykazało wielu autorów, częścią z góry nakreślonego planu opanowania soboru.
Zwróciliśmy już uwagę na rolę, jaką w przygotowaniu sceny dla mających nastąpić wydarzeń odegrał Jan XXIII. W ciągu dwóch lat Kuria przygotowała serię ortodoksyjnych "schematów" mających być przedmiotem soborowych debat. Większość Ojców soborowych nie było zbyt biegłymi teologami. Wielu było utalentowanymi administratorami i przybyli na sobór "psychologicznie nieprzygotowanymi" (kardynał Heenan), "poruszając się po omacku" (biskup Lucey). Przywieźli ze sobą swoich periti czyli "ekspertów" – którzy mieli służyć pomocą w kwestiach teologicznych – periti, którzy niemal co do jednego zarażeni byli modernistycznymi ideami. Inni "hierarchowie przybyli na sobór dobrze wiedząc, co chcą osiągnąć, będąc przygotowani do tego jak osiągnąć swój cel" (biskup Lucey) (24). Przejęcie kontroli nad soborem okazało się zaskakująco łatwe. Jak wyraził się kardynał Heenan "ledwie rozpoczęła się pierwsza kongregacja generalna gdy (modernistyczni) pochodzący z północy biskupi przystąpili do działania" (25). Brian Kaiser relacjonuje: "Kardynałowie Suenens, Alfrink, Frings, Döpfner, König, Liénart i Bea konferowali telefonicznie" w noc poprzedzającą otwierającą sobór sesję i uzyskali zapewnienie od Jana XXIII, że ich plan posiada jego aprobatę (26). Po piętnastu minutach od otwarcia pierwszej sesji lata pracy przygotowawczej (schematy przygotowane przez Kurię) oraz zaproponowana lista uczestników poszczególnych komisji (mieli nimi być tradycyjni członkowie Kurii) zostały odrzucone. Niektórzy nazwali to "pierwszym zwycięstwem" "europejskiego sojuszu", a gazety całkiem poprawnie scharakteryzowały to jako "rewoltę biskupią" (27). Marksistowski dziennik Il Paese otwarcie stwierdzał, że "diabeł wkroczył na sobór". To, co stało się później określono jako "Blitzkrieg" (Michael Davies) oraz "niszczycielski manewr" (Henri Fesquet) (28). Stało się tylko kwestią czasu i zręcznych manewrów zanim liberalny element przejął kontrolę nad dziesięcioma komisjami zajmującymi się różnymi nowymi schematami poddanymi pod głosowanie. Ustanowione przez Roncalliego "Prezydium Soboru" było bezradne, co oczywiście odpowiadało jego zamierzeniom. Zamiast interwencji po stronie "tradycji" zezwolił, aby wydarzenia potoczyły się dokładnie w taki sposób, jaki sobie wymarzył interweniując tylko wtedy, gdy konieczne było wsparcie "sił demokratycznych" (29).
Początkowo, każdy z Ojców mógł wyrazić sprzeciw wobec sformułowań zawartych w różnych nowych schematach. Wkrótce zostało to ograniczone do dziesięciu minut (30). Gdy opozycja wobec działań modernistycznej kliki zaczęła rosnąć, przewodniczący komisji postawili warunek, że aby głosy sprzeciwu mogły zostać przyjęte pięciu Ojców powinno uzgodnić swoje stanowisko i przemawiać wspólnie. Wkrótce liczba ta została zwiększona do 70! Następnie wszystkie sprzeciwy kierowane do różnych komisji musiały być przedstawiane na piśmie, w których to z kolei komisjach zaczęło dochodzić do poważnych zakulisowych machinacji oraz eliminowania względnie "przeformułowania" sprzeciwów nie dających się zignorować (31). Okazało się, że podpisana przez ponad 400 Ojców petycja z prośbą o potępienie komunizmu w najzwyczajniejszy i najbardziej wygodny sposób zaginęła. Ignorowano skargi zgłaszane bezpośrednio do "papieża", a w niektórych wypadkach "papież" bezpośrednio interweniował oddając swój głos w głosowaniach. Zarówno prasa jak i różne liberalne organizacje należące do Kościoła jak i spoza niego prowadziły wytężoną propagandę na rzecz "zliberalizowania" Kościoła. Kardynał Frings i Liénart oraz członkowie "Sojuszu Północnego" byli "dobrymi facetami", podczas gdy kardynał Ottaviani i konserwatywni członkowie Kurii byli "czarnymi charakterami" stanowiącymi przeszkodę "na drodze postępu". Większość obecnych na soborze Ojców była bardziej dygnitarzami Kościoła niż teologami i stąd byli bardzo zależni od periti czyli ekspertów, którzy byli prawie niezmiennie członkami neomodernistycznego obozu. Lista tych periti zawierałaby prawie wszystkich heretyckich teologów posoborowego kościoła, ludzi takich jak Charles Davis, Hans Küng, Gregory Baum, Edward Schillebeeckx, Bernard Häring, Yves Congar, Karl Rahner i Rene Laurentin. Często nie przyznawano odpowiedniej ilości czasu na właściwe przedyskutowanie problemów i wielu Ojców przyznawało, że głosowało zgodnie z większością, w ogóle nie zapoznając się nawet z omawianymi schematami albo poprawkami. Jak wyraził się Dr Moorman, lider anglikańskiej delegacji: "istniał bardzo wyraźny podział wśród Ojców, głębokie odczucie, że oto zmagają się ze sobą dwie wielkie siły i że nie była to jedynie sprzeczność poglądów, lecz kierunków a nawet moralności" (32). Arcybiskup Lefebvre wspominając te początkowe sesje zauważył, że "od pierwszego dnia Sobór pozostawał pod oblężeniem sił postępowych. Czuliśmy to, doświadczaliśmy tego... Byliśmy przekonani, że dzieje się coś nieprawidłowego" (33). Ale jak już wcześniej zauważyliśmy, tradycyjne siły były "psychologicznie nieprzygotowane", za to siły liberalne "przybyły na Sobór wiedząc, czego chcą i mając plan jak to osiągnąć". Wydarzenia zaczęły następować bardzo szybko i dopiero u zakończenia soboru ortodoksyjni Ojcowie zdołali się zorganizować. W chwili, gdy Coetus Internationalis Patrum stał się spoistą siłą, było już za późno.
ZASTOSOWANIE DWUZNACZNOŚCI
Przed liberałami, którzy opanowali sobór pozostał tylko jeden główny problem. Musieli oni wyrazić swoje poglądy w sposób, który nie byłby wyraźnie i otwarcie heretycki (mogłoby to wytworzyć dużo silniejszą opozycję i sprzeciw). Rozwiązaniem było użycie dwuznacznych stwierdzeń. Jak stwierdził kardynał Heenan "zredagowanie poprawek przeznaczonych do głosowania stanowiło najbardziej delikatną część pracy komisji. Zdeterminowana grupa mogła zetrzeć opozycję i wyprodukować formułę umożliwiającą zarówno ortodoksyjną jak i modernistyczną interpretację" (34). Każdorazowo, gdy podnosiły się protesty przeciw takiej taktyce, informowano osobę zgłaszającą zastrzeżenia, że sobór jest "pastoralny", a nie "dogmatyczny". To, co z tego wynikło arcybiskup Lefebvre określił jako "konglomerat dwuznaczności, nieścisłości, niewyraźnie wyrażonych odczuć, sformułowań dopuszczających możliwość dowolnej interpretacji oraz szerokiego otwarcia wszystkich furtek" (35). Oczywiście jest w dokumentach dużo stwierdzeń, które wydają się dobre, ponieważ charakterystyczne dla herezji jest to, że przychodzi okryta płaszczem ortodoksji. Dokumenty same w sobie są rozwlekłe, pełne niejasnej frazeologii i psychologizmów. Używane są często wyrażenia (takie jak "historia zbawienia") (36), podatne na różnorodną interpretację. Stwierdzenia użyte w jednym akapicie, są kilka akapitów dalej użyte z zastrzeżeniami, co umożliwia ich wieloraką interpretację oraz cytowanie wyrwane z kontekstu. Oddając liberałom sprawiedliwość, niektórzy z periti tacy jak Yves Congar i Schillebeeckx nie pochwalali takich metod i chcieli wyrazić liberalny punkt widzenia otwarcie i jasno. Oczywiście nie zostali wysłuchani. Aby czytelnik nie uznał, że ta opinia jest niesprawiedliwa, zacytuję profesora O. Cullmanna, jednego z najznakomitszych protestanckich "obserwatorów" na soborze:
"Większość ostatecznych wersji dokumentów posiada charakter kompromisowy. W bardzo wielu wypadkach są one zestawieniem przeciwnych punktów widzenia nie posiadającym między sobą żadnego prawdziwego wewnętrznego związku. Tak więc każdemu potwierdzeniu władzy biskupów towarzyszy do pewnego stopnia nudne położenie nacisku na władzę Papieża... Jest to przyczyną tego, że mimo iż akceptuję kompromisowy charakter tekstów, to nie podzielam pesymizmu tych, którzy podpisują się pod sloganem: «Nic dobrego nie wyniknie z Soboru!». Wszystkie teksty są sformułowane w taki sposób, że nie zamykają żadnych drzwi i na przyszłość nie przedstawią sobą żadnej przeszkody dla dyskusji między katolikami albo dla dialogu z niekatolikami, jak miało to miejsce z dogmatycznymi decyzjami poprzednich Soborów" (37).
Dwuznaczność i "dwój-mowa" zawsze były ucieczką dla łotra chcącego okłamać, nie tylko swojego sąsiada, ale również samego siebie. W jaki sposób niegrzeczne dziecko odpowiada oskarżającemu go rodzicowi, chcąc ukryć przed nim prawdę i nie chcąc zarazem otwarcie skłamać? Mówi wtedy dwuznacznie. Odstępuje od biblijnego nakazu "niech wasza mowa będzie, tak – tak, nie – nie". Modernista po prostu stracił wiarę w Objawienie i jeżeli chce pozostać w granicach widzialnego kościoła, to musi albo zmienić znaczenie pewnych słów, albo zmienić słowa tak, by oznaczały, co innego dla niego, a co innego dla wiernych. A zatem, jak wyłożył to jeden modernista: "człowiek uczy się stosowania podwójnych znaczeń, pokrętnie złożonych zdań i paragrafów, które bardziej ukrywają niż odsłaniają swe znaczenie". Egzystencjalny teolog odczuwa pozytywną niechęć do jasności wyrażania. Jak powiedział ojciec Daley na temat Tyrrella: "Uwierzył on, że jasność jest pułapką dla nieostrożnych i że można jej uniknąć tak długo jak człowiek nie ufa jasności i uznaje ją za cechę nieudolności". Pius X w swojej encyklice Pascendi zauważył, że pisma modernistycznej kliki wydają się "niepewne i chwiejne", podczas gdy te pochodzące od Kościoła są zawsze "zdecydowane i stanowcze". Dalej stwierdził: "modernistów (tak przecież zwą się zwykle) najprzebieglejszy manewr polega na tym, że nie przedstawiają swych doktryn ujętych w pewien porządek i zebranych w jedną całość, lecz jakoby rozproszone i oddzielone jedne od drugich, ażeby uchodzić za chwiejnych i niejako niestałych, gdy tymczasem są pewni i stanowczy".
A zatem to dwuznaczność soborowych stwierdzeń pozwala na dowolną interpretację, jakiej tylko człowiek zapragnie. Ponadto, kiedy czyta się dokumenty jako całość, odnajduje się pewien "zamysł" albo ducha, który jest "przykry dla pobożnych uszu". W całym Vaticanum II istnieje, jak to stwierdził kardynał Suenens, "wewnętrzna logika, która w kilku przypadkach została uchwycona i rozwinięta, ukazując w codziennej praktyce pierwszeństwo życia nad prawem. Duch przenikający te teksty był silniejszy niż same słowa" (38). To jest właśnie ten podskórny prąd, który wypłynął jako "duch Vaticanum II", "duch" akceptujący prawie wszystkie modernistyczne pojęcia takie jak "postęp", "dynamiczny rozwój" i "uniwersalizm" (39). Konserwatywni katolicy Novus Ordo zaprzeczający, że taki duch istnieje, dobrze by zrobili gdyby rozważyli słowa Jana Pawła II mówiącego, że było jego "niewzruszoną wolą postępować na drodze jedności w duchu Drugiego Soboru Watykańskiego...." (inauguracyjna ceremonia jego "pontyfikatu").
"NATURA" VATICANUM II
By zrozumieć prawdziwą naturę Vaticanum II czytelnik musi zdać sobie sprawę, że to co się wydarzyło nie było "debatą" między konserwatywną i liberalną frakcją Kościoła – jak gdyby istniało spektrum opinii, z którego wierny może wybierać – lecz raczej walką między tymi, którzy mieli świadomość, że ich obowiązkiem jest zachowanie nietkniętego całego "depozytu wiary" a tymi, którzy zapragnęli dostosować chrześcijaństwo do współczesnego świata; była to bitwa prowadzona między tymi, którzy uważają Kościół rzymskokatolicki za "widzialny" Kościół założony przez Chrystusa, a zatem Kościół uprawniony do posiadania pewnych przywilejów (bez względu czy świat przyznawał mu do nich prawo czy też nie), a tymi, którzy śnili o "zjednoczeniu" wszystkich "ludzi dobrej woli"; pomiędzy uznającymi fakt, że Kościół posiadł "pełnię prawdy" i tymi, którzy uważali, że "chrześcijanie są złączeni z resztą ludzi we wspólnym celu poszukiwania Prawdy". Kościół Wszechczasów na soborze przegrał tę bitwę, ale walka nadal trwa w formie bądź to pomniejszych potyczek, a czasem w postaci otwartej wojny. Pismo Święte mówi nam, że można się spodziewać, jaki będzie końcowy wynik. Nastanie "wielka apostazja", ale "bramy piekielne go nie przemogą".
Dalszy ciąg tego artykułu zostanie podzielony na dwie części. Najpierw zostanie zaprezentowany szereg na tyle obszernych cytatów z dokumentów, by oddalić zarzuty o wyrwanie ich z kontekstu. Następnie zestawimy wybrane soborowe orzeczenia z ich interpretacją dokonaną przez posoborowych "biskupów". Powinno nam to umożliwić jaśniejszy wgląd w doniosłość treści, jaką ze sobą niosą.
DOKUMENTY SOBOROWE
Ramy tego opracowania nie pozwalają na szczegółowe przestudiowanie całego Vaticanum II, dlatego szczególną uwagę zwrócimy na Konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym (Gaudium et spes – oznaczaną jako GS), oraz Konstytucję dogmatyczną o Kościele (Lumen gentium – oznaczoną jako LG), które zarówno Paweł VI jak i Jan Paweł II uznają za dokumenty o fundamentalnym znaczeniu. Jeżeli chodzi o pierwszy z nich, to JP II był jego głównym autorem.
"Tak ród ludzki przechodzi od statycznego pojęcia porządku rzeczy do pojęcia bardziej dynamicznego i ewolucyjnego" (GS, 5).
"Umysł ludzki rozszerza w pewien sposób swoje panowanie także nad czasem: sięga w przeszłość – drogą poznania historycznego, a w przyszłość – umiejętnością przewidywania i planowaniem. Rozwijające się nauki biologiczne, psychologiczne i społeczne nie tylko pomagają człowiekowi do lepszego poznania samego siebie..." (GS, 5).
"To znamię powszechności, które zdobi Lud Boży, jest darem samego Pana, dzięki temu darowi Kościół katolicki skutecznie i ustawicznie dąży do zespolenia z powrotem całej ludzkości wraz ze wszystkimi jej dobrami z Chrystusem-Głową w jedności Ducha Jego... Do tej zatem katolickiej jedności Ludu Bożego, która jest znakiem przyszłego pokoju powszechnego i do niego się przyczynia, powołani są wszyscy ludzie i w różny sposób do niej należą lub są jej przyporządkowani zarówno wierni katolicy, jak inni wierzący w Chrystusa, jak wreszcie wszyscy w ogóle ludzie, z łaski Bożej powołani do zbawienia..." (LG, 13).
"Należy jednak przezwyciężyć i usuwać wszelką formę dyskryminacji odnośnie do podstawowych praw osoby ludzkiej, czy to dyskryminacji społecznej, czy kulturalnej, czy też ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pozycję społeczną, język lub religię, ponieważ sprzeciwia się ona zamysłowi Bożemu" (GS, 29).
"Ponadto ponieważ Kościół mocą swej misji oraz zgodnie ze swoją istotą nie powinien wiązać się z żadną szczególną formą kultury albo systemem politycznym, gospodarczym czy społecznym... Z tego powodu Kościół tak swoich synów, jak i wszystkich ludzi upomina, aby w duchu rodziny synów Bożych przezwyciężali wszelkie spory między narodami i rasami..." (GS, 42).
"Doświadczenie minionych stuleci, postęp nauk, bogactwo złożone w różnych formach kultury ludzkiej, w których okazuje się pełniej natura samego człowieka i otwierają się nowe drogi do prawdy..." (GS, 44).
"Jest właściwością osoby ludzkiej, że do prawdziwego i pełnego człowieczeństwa dochodzi ona nie inaczej jak przez kulturę, to znaczy przez kultywowanie dóbr i wartości naturalnych. Gdziekolwiek więc chodzi o sprawy życia ludzkiego, tam natura i kultura jak najściślej wiążą się z sobą..." (GS, 53).
"Z każdym dniem zwiększa się liczba mężczyzn i kobiet jakiejkolwiek grupy czy narodowości, świadomych tego, że są sprawcami i twórcami kultury swej wspólnoty... W ten sposób jesteśmy świadkami narodzin nowego humanizmu, w którym określa człowieka przede wszystkim odpowiedzialność wobec jego współbraci i wobec historii..." (GS, 55).
"Stąd kulturę dzisiejszą znamionują następujące szczególne cechy: nauki zwane ścisłymi rozwijają ogromnie zmysł krytyczny; nowsze badania psychologiczne głębiej tłumaczą aktywność ludzką; dyscypliny historyczne bardzo się przyczyniają do ujmowania rzeczy pod kątem widzenia ich zmienności i ewolucji... W ten sposób przygotowuje się powoli bardziej powszechna forma ludzkiej kultury, która tym bardziej rozwija i wyraża jedność rodzaju ludzkiego, im lepiej uwzględnia odrębność różnych kultur..." (GS, 54).
"Z natury społecznej człowieka wynika, że istnieje wzajemna zależność między postępem osoby ludzkiej i rozwojem społeczeństwa. Osoba ludzka jest i powinna być zasadą, podmiotem i celem wszystkich urządzeń społecznych, ponieważ z natury swej koniecznie potrzebuje ona życia społecznego. Ponieważ życie społeczne nie jest dla człowieka tylko czymś dodatkowym, wzrasta on we wszystkich swych przymiotach i staje się zdolny odpowiedzieć swemu powołaniu przez obcowanie z innymi, przez wzajemne usługi i rozmowę z braćmi..." (GS, 25).
"Dlatego też Kościół uważa, że przez poszczególnych swych członków i całą swoją społeczność może poważnie przyczynić się do tego, aby rodzina ludzka i jej historia stawały się bardziej ludzkie. Ponadto Kościół katolicki chętnie wysoko ceni to, co dla wypełnienia tego samego zadania wniosły i wnoszą wspólnym wysiłkiem inne Kościoły chrześcijańskie albo wspólnoty kościelne..." (GS, 40).
"tak też Jemu «podobało się uświęcać i zbawiać ludzi nie pojedynczo, z wykluczeniem wszelkiej wzajemnej między nimi więzi, lecz uczynić z nich lud, który by Go poznawał w prawdzie i zbożnie Mu służył» (LG, 9). Stąd od początku historii zbawienia wybierał ludzi nie tylko jako jednostki, lecz i jako członków pewnej wspólnoty. Tych bowiem wybranych, odsłaniając swój zamysł, nazwał Bóg «ludem swoim» (Wj. 3, 7-12)... Ten wspólnotowy charakter osiąga swoją doskonałość i wypełnia się w dziele Jezusa Chrystusa" (GS, 32).
"Kościół uznaje ponadto wszystko to, co jest dobre w dzisiejszym dynamizmie społecznym: przede wszystkim ewolucję ku jedności oraz proces zdrowej socjalizacji i stowarzyszania się obywatelskiego i gospodarczego. Popieranie bowiem jedności wiąże się z najgłębiej rozumianą misją Kościoła, ponieważ on sam jest «w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego...» (LG, 1)" (GS, 42).
"«Ponieważ rodzaj ludzki zespala się dziś coraz bardziej w jedność obywatelską, ekonomiczną i społeczną, tym bardziej przeto słuszną jest rzeczą, aby kapłani, połączywszy pod przewodnictwem biskupów i papieża swe troski i wysiłki, usuwali wszelkie powody rozproszenia, tak iżby cały rodzaj ludzki doprowadzony był do jedności rodziny Bożej» (LG, 28)" (GS, 43).
"Niech łączą znajomość nowych nauk i doktryn oraz najnowszych wynalazków z obyczajami chrześcijańskimi i z wykształceniem w doktrynie chrześcijańskiej, tak żeby kultura religijna i prawość ducha szły u nich w parze ze znajomością nauk i rozwijających się z każdym dniem umiejętności technicznych" (GS, 62).
Taką zatem mieszankę (potpourri (a)) tworzą stwierdzenia zaczerpnięte z uroczystego nauczania Magisterium posoborowego kościoła. Takie to idee jego członkowie muszą "skrupulatnie przestrzegać" i swoim intelektem zaakceptować. Ale jaki jest dowód na poparcie tezy, że "ród ludzki przechodzi od statycznego pojęcia porządku rzeczy do pojęcia bardziej dynamicznego i ewolucyjnego"? Jakże można uznać za chrześcijański ten "nowy humanizm", którego świadkami narodzin jesteśmy, zdefiniowany "przede wszystkim przez odpowiedzialność człowieka wobec jego braci i historii": a nie odpowiedzialność wobec Boga? I od kiedy to człowiek "stał się zdolny odpowiedzieć swemu powołaniu przez obcowanie z innymi, przez wzajemne usługi i rozmowę z braćmi"? W którym miejscu Pismo Święte mówi nam, że jesteśmy zbawieni raczej jako członkowie wspólnoty niż jako poszczególne osoby? Od kiedy to funkcją Kościoła stało się uczynienie "rodziny ludzkiej bardziej ludzką"? I o co chodzi w całej tej mowie o "jedności", "procesie zdrowej socjalizacji", który "należy do najgłębszej natury Kościoła" i który umożliwia – a nawet wspiera – "usunięcie wszelkich fundamentów podziałów", mogących ją zahamować? Stwierdzenie, że Kościół nie jest "związany z żadną polityczną, społeczną albo ekonomiczną strukturą" oznacza, że może funkcjonować w dowolnej politycznej, społecznej albo ekonomicznej strukturze dzisiejszego świata, włączając w to komunizm. I jak Kościół może głosić, że wszelka dyskryminacja ze względu na religię powinna "być przezwyciężona i usunięta"? Niewątpliwie, jeżeli wierzy, że jest prawdziwą religią, to nie może nie dokonywać rozróżnienia między sobą a innymi fałszywymi religiami. I o co chodzi w całym tym nonsensie o "dostosowywaniu naszej moralności i religijnej praktyki do odkryć współczesnej nauki" – jak gdyby nie było wiadome, że podlega ona ciągłym zmianom. Wszystko to jest czymś bardzo odległym od Kościoła naszych przodków.
Nic dziwnego, że protestancki obserwator Dr McAfee Brown powiedział, że "pojawiają się nawet sporadyczne aluzje, że ojcowie soborowi słuchali nie tylko Ewangelii Marka, lecz również ewangelii Marksa". Doprawdy, jak wyraził się ojciec Campion – periti i tłumacz tego dokumentu: "Teologiczne aggiornamento oznacza coś więcej niż proste przeredagowanie konwencjonalnego teologicznego nauczania na współczesną terminologię" (40). Arcybiskup Lefebvre i Michael Davies określają te i inne podobne ustępy mianem "bomb zegarowych". W rzeczywistości są czymś dużo groźniejszym; stanowią niedwuznaczny dowód, że wierni – a właściwie nie tylko wierni, lecz sama ludzkość – zostali "sprzedani" na soborze. Interpretacja takich sformułowań "w świetle tradycji" leży daleko poza granicami intelektualnych możliwości większości ludzi. Każdy kto chciałby zrozumieć co stało się z Kościołem w naszych czasach, dobrze by zrobił gdyby uważnie przestudiował te dokumenty. Jak to określił Abbé de Nantes, dokumenty te stanowią "obszerną platformę startową dla... wywrotowych działań" modernistów. (CRC, maj 1980).
VATICANUM II – UTWORZENIE NOWEGO KOŚCIOŁA
Pojedyncze, wyodrębnione cytaty nie dają nam pełnego obrazu. Dla zrozumienia celów soboru i jego dokonań, konieczne jest zaprezentowanie cytatów z różnych części dokumentów wraz z ich autorytatywnymi interpretacjami dokonanymi przez posoborowych "biskupów". Dokonamy tego dzieląc interesującą nas tematykę na cztery zagadnienia: 1) Nowe Orientacje – postrzeganie historii i świata w odmiennym świetle. 2) Nowy kościół – jak posoborowy kościół postrzega sam siebie. 3) Nowe rozumienie natury człowieka; oraz 4) Po co w ogóle istnieje kościół.
– NOWE ORIENTACJE – POSTRZEGANIE HISTORII ŚWIATA W ODMIENNYM ŚWIETLE
"Tradycyjne doktrynalne sformułowania zostały ukształtowane w oparciu o ogólny światopogląd, który stał się już dzisiaj przestarzały; bezwarunkowe podporządkowanie się jakiemuś jednemu, szczególnemu poglądowi na temat wszechświata, jakiego wymaga np. chrześcijaństwo, w nowoczesnym umyśle wywiera wrażenie fanatyzmu i nienaukowości... Roszczenie do tego, że jakieś uprzywilejowane źródło... zawiera całość zbawczej prawdy jest równie przykre... Twierdzenie, że boskie objawienie zakończyło się w pierwszym stuleciu naszej ery wydaje się zupełnie przeczyć nowoczesnej koncepcji postępu" (Avery Dulles SJ, Doctrines do Grow).
Kościół ufundowany na "skale" był zawsze uznawany za monolityczną, stałą i niezmienną instytucję – istniejącą i działającą in saecula saeculorum, tzn. przez wszystkie wieki przeszłe, obecne i przyszłe. Uznawał się za "doskonałą społeczność", boską instytucję założoną przez Chrystusa. Odróżniając ten Kościół od niemożliwych do uniknięcia upadków jego członków (któż z nas potrafi żyć jak Chrystus?) nie istniała w nim nigdy potrzeba żadnej zmiany, ani nie było w nim miejsca na ulepszanie. (Jego członkowie potrzebują zmiany i poprawy, ale nie sam Kościół jako taki).
Tradycyjny Kościół zawsze popierał wykorzystywanie naukowych odkryć do dobrych celów i w rzeczywistości wiele z nich jest wynikiem katolickich wysiłków. Kościół nie jest przeciwny "postępowi", jeżeli rozumiemy przez to lepsze pułapki na myszy albo lodówki. Ale postęp w znaczeniu, w jakim zwykle bywa przedstawiany, sugeruje, że człowiek sam się ulepsza, staje się coraz bardziej ucywilizowany, coraz bardziej inteligentny i dojrzały wraz z każdym następnym pokoleniem. Ten rodzaj postępu jest złudzeniem, którego Kościół zawsze się wystrzegał. Pogląd, że człowiek samodzielnie może postąpić w swoim rozwoju stanowi negację jego niebiańskiego pochodzenia i przeznaczenia. Stoi to w sprzeczności z prawdą, że jego wewnętrzna natura jest niezmienna, że uczyniony został na obraz Boga i że nadal ciąży na nim znamię grzechu Adama. Zaprzecza to także doskonałości patriarchów, Świętej Rodziny i świętych. Co do ewolucji, to Kościół zawsze uważał, że stworzenie ex nihilo jest prawdą wiary (de fide). Sobór Watykański I mówi: "Jeżeli ktoś nie wyznaje, że świat i wszystkie rzeczy, które w nim są, tak duchowe, jak materialne, zostały według swojej substancji z nicości (ex nihilo) utworzone przez Boga... niech będzie wyklęty". Jednakże czym innym jest ewolucja jako ograniczona biologiczna możliwość; a czymś całkiem innym ewolucja zastosowana do rodzaju ludzkiego albo do prawdy. Już z górą 35 lat temu stwierdził to Papież Pius XII: "Fałszywe poglądy takiego ewolucjonizmu, odrzucającego wszelką absolutną, bezwzględnie stałą i nieodmienną prawdę, utorowały drogę nowej odmianie błędnej filozofii" (Humani generis). Tradycyjny pogląd uznawał te dwie pseudokoncepcje "postępu" i "ewolucji" za "ludzkie ułudy", które zawsze obiecywały ludziom na przyszłość niemożliwą do zrealizowania ziemską utopię, a jednocześnie odwracały ich uwagę od teraźniejszości. Już nie obowiązywał nakaz "bądźcie doskonali, jak Ojciec wasz w niebie doskonały jest", ale raczej iluzja, że postęp i ewolucja, dzięki nauce, stworzy świat tak doskonały, że człowiek już nie będzie musiał dążyć do tego by stać się dobrym.
Gaudium et spes rozpoczyna się długą opowieścią o zmianach, jakim podlegała ludzkość – tym permanentnym usprawiedliwieniu wszelkich innowacji. Wszystko się zmienia, świat, czas, a zwłaszcza człowiek, opisywany jako biorący udział w nieprzerwanym "postępie". Jan XXIII wierzył, że istnieje "prawdziwy postęp w kolektywnej moralnej świadomości rodzaju ludzkiego dokonujący się przez coraz głębsze odkrywanie własnej godności... a także, że boska opatrzność prowadzi nas ku nowemu porządkowi stosunków ludzkich...". Vaticanum II uczynił z tej zasady prawdę magisterium. "Ród ludzki przechodzi od statycznego pojęcia porządku rzeczy do pojęcia bardziej dynamicznego i ewolucyjnego... dyscypliny historyczne bardzo się przyczyniają do ujmowania rzeczy pod kątem widzenia ich zmienności i ewolucji... Z natury społecznej człowieka wynika, że istnieje wzajemna zależność między postępem osoby ludzkiej i rozwojem społeczeństwa... obywatele mają pamiętać, że jest prawem i obowiązkiem każdego... przyczyniać się w miarę osobistej możności do prawdziwego postępu własnego społeczeństwa... Niech więc wierni żyją w najściślejszej łączności z innymi ludźmi swoich czasów i starają się dokładnie uchwycić ich sposoby myślenia i odczuwania, znajdujące wyraz w ich kulturze umysłowej. Niech łączą znajomość nowych nauk i doktryn oraz najnowszych wynalazków z obyczajami chrześcijańskimi i z wykształceniem w doktrynie chrześcijańskiej, tak żeby kultura religijna i prawość ducha szły u nich w parze ze znajomością nauk i rozwijających się z każdym dniem umiejętności technicznych, aby mogli dzięki temu oceniać i wyjaśniać wszystko w duchu całkowicie chrześcijańskim" (cytaty z Gaudium et spes albo z Lumen gentium). Dla tych, którzy mogą ciągle jeszcze mieć wątpliwości, zacytuję zdanie z wystąpienia Jana Pawła II w Puebla: "Jakże wielki postęp uczyniła ludzkość w ciągu ostatnich dziesięciu lat (od soboru), a wraz z ludzkością i w służbie ludzkości, jak wielkiego postępu dokonał Kościół...".
Nie tylko postępu, lecz również ewolucji. Jan Paweł II z wysokości swego nauczycielskiego urzędu powiedział nam, że "wszystkie obserwacje dotyczące rozwoju życia prowadzą do wniosku: ewolucja żywych istot, której etapy oraz mechanizm nauka usiłuje określić, przedstawia sobą wewnętrzną nieodwołalność... nieodwołalność, kierującą istoty w kierunku, na który nie mają one wpływu...". Artykuł wstępny w L'Osservatore Romano przypisywany Janowi Pawłowi II był nawet jeszcze bardziej konkretny: "Dzisiaj nikt już dłużej nie wierzy w tradycję, lecz raczej w racjonalny postęp. Tradycja dzisiaj wydaje się być czymś, co zostało odsunięte na bok przez historię. Postęp z kolei jawi się jako autentyczna obietnica zrodzona w samej duszy człowieka"
Jeżeli Ewolucja i Postęp są prawdziwe, jeżeli, jak uczy sobór "ród ludzki przechodzi od statycznego pojęcia porządku rzeczy do pojęcia bardziej dynamicznego i ewolucyjnego", to oznacza, że od czasów Chrystusa świat się zmienił, a co z tego logicznie wynika, jeśli Kościół ma przetrwać, to również on musi się zmienić. Paweł VI omawiając sobór wyraził się jasno: "jeżeli świat się zmienia, to także religia powinna się zmienić... porządek do którego zmierza chrześcijaństwo nie jest statyczny, lecz pozostaje w nieustannym rozwoju ku wyższej formie" (Dialogues, Reflections on God and Man). Jeżeli Kościół ewoluuje, to samo odnosi się do jego doktryny. Tak właśnie mówi sobór: "wraz z upływem kolejnych stuleci, Kościół stale podąża ku pełni boskiej prawdy, aż słowa Boga osiągną w nim swoje spełnienie...". Gdzie indziej zapewnia nas, że "otwarte zostały nowe drogi do prawdy". Stwierdzenie to jest dość niezwykłe o ile pamięta się, iż Kościół zawsze uczył, że Objawienie przekazane nam przez Chrystusa i Apostołów było zupełne i ostateczne, a do tego zbioru prawdy objawionej nic nigdy nie zostało, ani nigdy nie będzie dodane. Trzeba oczywiście odróżnić między uprawnionym rozwojem doktryny – przekazywanie i objaśnianie jej w coraz dogłębniejszy i lepszy sposób – i ewolucją doktryny – sugerującą jakąś formę przekształcenia albo zmiany jej wewnętrznej natury. Jak to wykażemy, doktryna o Wolności Religijnej w formie w jakiej była nauczana przez Vaticanum II nie może być traktowana jako "rozwinięcie" wcześniejszego nauczania, lecz jedynie jako "ewolucja" w coś całkiem nowego, jako pewien rodzaj "kontynuującego się objawienia". Niezliczeni posoborowi teolodzy zauważyli, że chociaż sobór nie użył tego wyrażenia, to w zasadzie przyjął tę koncepcję. I trudno się temu dziwić słysząc jak Paweł VI naucza:
Nowy kościół "pragnie dostosować się do języków, zwyczajów i skłonności ludzi naszych czasów, ludzi całkowicie pochłoniętych szybkością ewolucji materialnej i innych podobnych potrzeb związanych z ich indywidualną sytuacją. Ta «otwartość» należy właśnie do samej istoty [nowego] Kościoła... Ograniczenia ortodoksji nie są zbieżne z wymogami duszpasterskiego miłosierdzia" (Przemówienie wygłoszone w Mediolanie, gdy jeszcze był kardynałem).
Wszystko to pociąga za sobą nową orientację wobec samego świata. Tradycyjny Kościół uczył nas by żyć w świecie, ale nie "dostosowywać się do niego". Apostoł Jan instruował nas: "Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Albowiem wszystko, co jest na świecie: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha żywota, nie pochodzi od Ojca, ale ze świata. A świat przemija i pożądliwość jego". Czy myślący człowiek nie zdaje sobie sprawy, że świat – świat współczesny – odszedł od tego wszystkiego, czego Kościół zawsze był reprezentantem? Jakie jest zatem stanowisko nowego kościoła? Jan Paweł II daje nam odpowiedź: "Drugi Sobór Watykański położył fundamenty pod zasadniczo nowe relacje między Kościołem a światem, między Kościołem a nowoczesną kulturą" (College, 22 grudnia 1980). Paweł VI był bardziej konkretny: "Nie wolno nam nigdy zapomnieć, że fundamentalną postawą katolików pragnących zmienić świat musi przede wszystkim być to, by kochali świat, kochali dzisiejsze czasy, kochali naszą cywilizację, nasze zdobycze techniczne, a nade wszystko, by kochali świat..., Sobór stawia przed nami panoramiczną wizję świata; jak może Kościół, jak możemy my sami, czynić coś innego niż dostrzegać ten świat i kochać go. Sobór stanowi uroczysty akt miłości wobec rodzaju ludzkiego, miłości do ludzi dnia dzisiejszego, kiedykolwiek i kimkolwiek by oni nie byli, miłości do wszystkich" (Bodart, La Biologie et l'avenire de l'homme).
Jan Paweł II podążając śladami swojego "duchowego ojca" (Pawła VI), potwierdza to zaangażowanie. "Kościół współczesny", mówi nam, "przejawia szczególną wrażliwość wobec historii i pragnie być w pełnym tego słowa znaczeniu, «Kościołem świata współczesnego»" (Wypowiedź do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 1980).
W taki sposób Kościół wszechczasów został zamieniony na kościół naszych czasów. Statyczny Kościół zastąpiono ewolucyjnym i postępowym kościołem. Nadano mu nawet nowe tytuły – Paweł VI nazwał go "Kościołem Soboru", a kardynał Benelli "Kościołem posoborowym". Prawdziwy Sobór mówiłby o roli Kościoła "we" współczesnym świecie. Vaticanum II stworzył kościół świata współczesnego. Jan XXIII określił wyniki soboru jako "Nowe Zesłanie Ducha Świętego", Paweł VI nazwał go świętem Trzech Króli, a Jan Paweł II mówi o "Nowym Adwencie". – "Jesteśmy więc poniekąd w okresie nowego Adwentu, w okresie oczekiwania...". Vaticanum II stał się "niejako podłożem coraz dojrzalszych osiągnięć w pochodzie Ludu Bożego ku Ziemi Obiecanej na tym etapie dziejów..." (Redemptor hominis). Postęp oczywiście nigdy nie ustaje, a zatem, gdy kościół raz przyjął zasadę dostosowywania się do współczesnego świata, to poddał się prądowi niekończących się zmian. Oto czym w istocie jest aggiornamento. To dlatego Wielki Mufti zachęcił w Paryżu katolików pragnących być częścią niezmiennej religii do tego by stali się muzułmanami.
Rezultatem przyjęcia nowej orientacji stała się potrzeba przyjęcia przez kościół całego mnóstwa idei dotychczas uznawanych za szkodliwe. Ideologia współczesnego świata jest nie tylko ewolucyjna i postępowa; jest także antropocentryczna i świecka. Kreśli wizję dialektycznego przejścia ze swojego obecnego stanu do pewnego rodzaju utopii, w której wszyscy ludzie będą zjednoczeni w socjalistycznej strukturze gdzie nie będzie już żadnego cierpienia ani niedostatku. Dlatego nowy kościół chętnie poświadcza "narodziny nowego humanizmu" i wita "przede wszystkim ewolucję ku jedności oraz proces zdrowej socjalizacji i stowarzyszania się obywatelskiego i gospodarczego" (GS, 42). Doprawdy, uważa się nawet za "instrument" i "sakramentalny znak tej jedności". Kościół ten jest nawet gotów uczynić ze swojej najcenniejszej własności – Świętej Eucharystii – symbol tej jedności.
Ale świat, który ten kościół pragnie ogarnąć nie ma mu nic do zaoferowania. Już dawno temu oddalił się od serca Ojcowskiego i wyruszył "w daleki kraj" na poszukiwanie własnego szczęścia. Nie interesuje go "zbawienie", a jeszcze mniej budowanie Królestwa Chrystusa. Kościół, który usiłuje przyswoić sobie wartości świata i znaleźć swoje miejsce w otoczeniu "antychrześcijańskiego" społeczeństwa, musi zredefiniować się na warunkach wyznawanych przez tę społeczność. Paweł VI dał nam pewne pojęcie jak miałoby się to dokonać. "Sobór od samego początku propagował falę łagodności i optymizmu, chrześcijaństwa, które ma ekscytujący i pozytywny charakter, kocha życie, ludzkość i ziemskie wartości... pragnienie uczynienia chrześcijaństwa możliwym do akceptacji i sympatycznym, pobłażliwym i otwartym, wolnym od średniowiecznej surowości i pesymistycznego rozumienia człowieka i jego nawyków..." (Documentation Catholique, No. 1538). Ale kościół poszedł nawet jeszcze dalej. On nie tylko chciał stać się miłym, zapragnął też stać się "sługą świata". Zrzekając się swojego duchowego przywództwa nie miał innego wyboru niż zadeklarowanie pragnienia, aby być przydatnym "w służbie i wspólnocie". Zobaczmy jak sobie z tym radzi.
– NOWY KOŚCIÓŁ – JAK SAM SIEBIE POSTRZEGA KOŚCIÓŁ POSOBOROWY
Jeszcze nigdy w swojej historii świat nie był bardziej wyalienowany i podzielony niż ma to miejsce obecnie. Dzisiejsze czasy obfitują w wojny, klęski głodu i katastrofy. Wielkie masy ludzkie na każdym kontynencie pogrążone są w ubóstwie. Prawie wszyscy widzą rozwiązanie tego problemu nie w powrocie do zasad chrześcijańskich (gdyby tylko na płaszczyźnie społeczno-ekonomicznej), ale w umiędzynarodowieniu całego świata. Nasza kurcząca się planeta musi się zjednoczyć – musi wyłonić się świat, w którym zapanują zasady rewolucji francuskiej – "Wolność, Równość i Braterstwo". Nowy kościół, "pragnąc się określić, zrozumieć, czym naprawdę jest", prawdziwą rację bytu – swoje raison d'etre znajduje w sprzyjaniu tej jedności. "Z tego powodu Kościół tak swoich synów, jak i wszystkich ludzi upomina, aby w duchu rodziny synów Bożych przezwyciężali wszelkie spory między narodami i rasami". A ponadto, mówi swoim kapłanom, by "połączywszy pod przewodnictwem biskupów i papieża swe troski i wysiłki, usuwali wszelkie powody rozproszenia,... czy to ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pozycję społeczną, język lub religię... tak iżby cały rodzaj ludzki doprowadzony był do jedności rodziny Bożej" (GS, 43).
Według Giancarlo Zizoli, Jan XXIII dostrzegał, że osiągnięcie tej jedności może dokonać się w trzech etapach: jedność chrześcijan; jedność wszystkich ludzi wierzących w Boga i w końcu jedność wszystkich ludzi (41). Pokażemy jak sobór rozwinął tę koncepcję, ale najpierw musimy zobaczyć jak nowy kościół rozwinął nową koncepcję jedności.
JEDNOŚĆ
Jedność jest cechą charakterystyczną tradycyjnego Kościoła. Kościół jest faktycznie zdefiniowany jako Jeden: "Jeden, Święty, Katolicki i Apostolski". Te cztery własności są całkowicie wzajemnie od siebie zależne. Strata jednej oznacza utratę ich wszystkich. Kościół jest Święty, ponieważ "w jego wierze nie ma żadnej skazy albo zmarszczki, i nie dopuszcza ona żadnego grzechu błędu przeciw objawionemu słowu Boga". Nazywany jest Katolickim, ponieważ jego nauka nie tylko rozprzestrzenia się w czasie i przestrzeni, ale też dlatego, że termin ten oznacza "uniwersalny" i jego prawdy stosują się do całego wszechświata, nieba, ziemi i piekła. Jest nazwany Apostolskim, ponieważ naucza tych samych doktryn, których nauczali Apostołowie i ponieważ zachowuje nietkniętą sukcesję apostolską, dzięki której Kościół może udzielać sakramentów. I w końcu, Kościół jest Jeden, ponieważ jest zjednoczony pod jedną głową, wyznaje jedną wiarę i sprawuje w swych świątyniach jedną ofiarę. Kościół jest Jeden, ponieważ jest zjednoczony z Chrystusem, który jest Jeden.
Powiedzmy bez niedomówień, czego naucza tradycyjny Kościół. Prawdą wiary (de fide) jest orzeczenie Świętego Oficjum, które mówi:
"Jedność Kościoła jest absolutna i niepodzielna; Kościół nigdy jej nie stracił, ani nigdy nie może utracić swojej jedności".
Papież Pius XII głosił tę samą doktrynę stwierdzając, że "do rzeczywistych członków Kościoła zaliczać można tylko tych ludzi, którzy przyjęli chrzest odrodzenia i wyznają prawdziwą wiarę, a którzy nie oderwali się pożałowania godną samowolą od organicznej jedności ciała lub też nie zostali odłączeni przez prawowitą władzę z powodu ciężkich przewinień" (Mystici Corporis Christi) (42).
Anglikański konwertyta kardynał Henry Manning stanąwszy wobec anglikańsko-katolickiego ruchu ekumenicznego precyzyjnie wyraził stanowisko Kościoła:
"Wierzymy, że zjednoczenie jest bardzo cennym darem, niemal tak cennym jak prawda... Gotowi jesteśmy doprowadzić do ponownego połączenia z naszymi odłączonymi braćmi za wszelką cenę pod warunkiem, że nie odbędzie się to kosztem nawet najmniejszej części nadprzyrodzonego porządku jedności i wiary... Możemy zaoferować jedność tylko na warunkach, na których my sami jej przestrzegamy – tj. bezwarunkowego poddania się żywemu i wiecznemu głosowi Kościoła Bożego... przeciwne miłosierdziu byłoby stawiać przeszkody na drodze tych, którzy pragną zjednoczenia. Ale jest coś bardziej boskiego niż jedność, a jest nią Wiara. Nie jest możliwa żadna jedność jak tylko na drodze prawdy. Najpierw prawda, potem jedność. Prawda przyczyną, jedność skutkiem. Odwrócenie tej kolejności to obalenie Boskiego porządku. Jedność wieży Babel skończyła się zamętem. Zjednoczenie anglikanów, prawosławnych z katolickim Kościołem na jakiejś innej możliwej do wyobrażenia zasadzie skończyłoby się wieżą Babel języków, umysłów i pragnień".
A zatem Kościół katolicki z definicji posiada Jedność. Jak stwierdził biskup John Milner: "Jeżeli zjednoczymy się" z anglikańsko-katolickim ruchem ekumenicznym, to "Kościół Powszechny odłączy się od nas".
Kościół posoborowy uczy inaczej. Twierdzi on, że "utracił swoją jedność" i że różne podziały wśród chrześcijan stanowią skandal, który musi zostać naprawiony. Dekret o ekumenizmie jest zatytułowany Unitatis redintegratio czyli "przywrócenie jedności". Jan XXIII założył nadzwyczajny kurialny "Sekretariat dla Popierania Jedności Chrześcijan" i zaznaczył, że chodzi tu o Jedność – a nie ponowne połączenie. W tekstach dokumentów nigdzie nie mówi się, że Kościół jest już obdarzony cechą Jedności. Wiele stwierdzeń jest niejasnych i dwuznacznych, np.: "we wszystkich uczniach Chrystusa Duch Święty wzbudza pragnienie pokojowego zjednoczenia...", albo: "Duch Święty prowadzi Kościół do pełności prawdy i daje mu jedność wspólnoty i posługi", albo: "jedność rodziny ludzkiej, rodziny synów Bożych jest niezwykle wzmocniona i spełniona przez jedność, ufundowaną na Chrystusie". Ale w wielu miejscach całkiem wyraźnie jest powiedziane, że "jednym z zasadniczych zamierzeń Drugiego Watykańskiego Świętego Soboru Powszechnego jest wzmożenie wysiłków do przywrócenia jedności wśród wszystkich chrześcijan...". "Celem Soboru jest... otaczanie opieką wszystkiego co może przyczynić się do jedności wszystkich wierzących w Chrystusa..." i "obecny przeto święty Sobór... wiedziony tęsknotą za przywróceniem jedności między wszystkimi uczniami Chrystusa...".
Wielu "wyznawców Chrystusa" jest dalekich od przyjęcia katolicyzmu. Jak mają być zjednoczeni z Kościołem? I znów, sobór daje odpowiedź:
"Usprawiedliwieni z wiary przez chrzest należą do Ciała Chrystusa, dlatego też zdobi ich należne im imię chrześcijańskie, a synowie Kościoła katolickiego słusznie ich uważają za braci w Panu.... W tym jednym i jedynym Kościele Bożym już od samego początku powstały pewne rozłamy, które Apostoł surowo karci jako godne potępienia. W następnych zaś wiekach zrodziły się jeszcze większe spory, a niemałe Społeczności odłączyły się od pełnej wspólnoty (communio) z Kościołem katolickim, często nie bez winy ludzi z jednej i drugiej strony. Tych zaś, którzy obecnie rodzą się w takich Społecznościach i przepajają się wiarą w Chrystusa, nie można obwiniać o grzech odłączenia. A Kościół katolicki otacza ich braterskim szacunkiem i miłością. Ci przecież, co wierzą w Chrystusa i otrzymali ważnie chrzest, pozostają w jakiejś, choć niedoskonałej wspólnocie (communio) ze społecznością Kościoła katolickiego" (Dekret o ekumenizmie).
Widzimy zatem tylko jedno możliwe rozwiązanie. Zadeklarowano, że wszyscy, którzy zostali ochrzczeni znajdują się w niedoskonałej, częściowej wspólnocie. Dopuszczalny jest zatem 50 albo nawet 25 procentowy katolicyzm. Ale stoi to w sprzeczności z nauczaniem Kościoła. Św. Fulgencjusz żyjący w poapostolskich czasach powiedział: "Ani chrzest, ani szczodra jałmużna, ani śmierć podjęta dla imienia Chrystusa nie pomoże człowiekowi w żaden sposób do zbawienia, jeżeli nie będzie pozostawał w jedności z katolickim Kościołem" (Ad Petrum Diaconum). Jeżeli chodzi o "usprawiedliwienie przez wiarę w chrzcie", to jest to czysty luteranizm, gdyż to Luter nauczał, że "chrześcijanin albo człowiek ochrzczony nie może utracić zbawienia, bez względu na to jak liczne byłyby jego grzechy, o ile tylko nie przestanie wierzyć" (De captivitate Babylonica).
Pomimo tych oczywistych problemów, sobór poszedł jeszcze dalej nakreślając jeszcze inną podstawę dla swojej innowacyjnej koncepcji jedności.
LUD BOŻY
"Niezwykle trudno jest rozpoznać Kościół, lud Boży, jako ludzi niewątpliwie należących do Boga. Im bardziej krzykliwie przypisują sobie ten tytuł, tym trudniej zauważyć w ich czynach Boskie natchnienie" (ks. John McGoey, Celibacy).
Termin ten, jak sobór przyznaje, pierwotnie stosował się do Żydów Starego Testamentu. Słusznie też sobór stosuje go do tych, czy będą to Grecy czy Żydzi, którzy przyjęli Nowy Testament. Ale teraz pojawia się przeszkoda. Jak zdefiniowani są ci ludzie? Pamiętajmy, że protestanci twierdzą, iż nie tylko przyjęli Nowy Testament, ale że są też jedynymi, którzy zrozumieli go właściwie. W dokumencie Lumen gentium można napotkać "Lud Boży" zdefiniowany na wiele sposobów. Na przykład, są nim ci, którzy "wierzą w Chrystusa... odrodzeni z żywej wody i Ducha Świętego". Oczywiście mogą to być katolicy, ale w żaden sposób nie wyklucza to nawet najbardziej liberalnych protestantów. Ale idźmy dalej. Ten sam tekst mówi nam w ustępie, który Jan Paweł II nazywa "kluczem do całej myśli Soboru", że "do tej zatem katolickiej jedności Ludu Bożego, która jest znakiem przyszłego pokoju powszechnego i do niego się przyczynia, powołani są wszyscy ludzie i w różny sposób do niej należą lub są jej przyporządkowani zarówno wierni katolicy, jak inni wierzący w Chrystusa, jak wreszcie wszyscy w ogóle ludzie, z łaski Bożej powołani do zbawienia". To jeszcze nie koniec, ponieważ teksty idą jeszcze dalej wyszczególniając, że nie tylko protestanci i żydzi w pewien sposób związani są z Ludem Bożym, ale nawet ci, "którzy jeszcze nie otrzymali ewangelii". I tutaj dochodzimy do innego kluczowego ustępu: "Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego...". Zaiste, według dokumentów Vaticanum II: "tym bardziej przeto słuszną jest rzeczą, aby kapłani, połączywszy pod przewodnictwem biskupów i papieża swe troski i wysiłki, usuwali wszelkie powody rozproszenia, tak iżby cały rodzaj ludzki doprowadzony był do jedności rodziny Bożej". To jest poważna sprawa, bo jak wcześniej wspomniano, sobór uczy nas, że "należy jednak przezwyciężyć i usuwać wszelką formę dyskryminacji odnośnie do podstawowych praw osoby ludzkiej, czy to dyskryminacji społecznej, czy kulturalnej, czy też ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pozycję społeczną, język lubreligię, ponieważ sprzeciwia się ona zamysłowi Bożemu". Widzimy tutaj trzy poziomy jedności naszkicowane przez Jana XXIII, począwszy od wspólnoty chrześcijan, poprzez wspólnotę ludzi wierzących w Boga, aż do ostatecznej jedności całej ludzkości.
Aby nie uznano, że cytaty są wyrwane z kontekstu, pozwolę sobie przytoczyć interpretację tych wypowiedzi dokonaną przez Jana Pawła II. Po powrocie ze swej podróży po Afryce, gdzie zaszczycony został błogosławieństwami kapłanki zaklinającej węże, odniósł się do nauczania Lumen gentium i zawartego tam wyliczenia "różnych kategorii, z których składa się Lud Boży". Następnie powiedział o nich, że każda jest "pełna szczególnej nadziei zbawienia...", które można "w równym stopniu osiągnąć na zewnątrz widzialnego Kościoła". W mowie wygłoszonej do Kurii Rzymskiej w 1981 stwierdził on, że "w tych prawdziwie plenarnych zgromadzeniach, wspólnoty kościelne różnych krajów urzeczywistniają treść fundamentalnego drugiego rozdziału Lumen gentium, traktującego o licznych «sferach» przynależności do Kościoła jako Ludu Bożego i więzi, jaka istnieje między nimi, również ze strony tych, którzy jeszcze nie stanowią jego części składowej". Następnie stwierdził, że celem duszpasterzy jest "zwołanie ludzi w jeden lud Boży stosownie do ich zróżnicowanych wrażliwości i przekonań. W tym nawoływaniu Kościół rozpoznaje swoją istotę i realizuje się".
ZBAWIENIE POZA KOŚCIOŁEM KATOLICKIM
Tutaj znów nauczanie tradycyjnego Kościoła jest jednoznaczne. Poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia. On jest arką zbawienia. "Do rzeczywistych członków Kościoła zaliczać można tylko tych ludzi, którzy przyjęli chrzest odrodzenia i wyznają prawdziwą wiarę, a którzy nie oderwali się pożałowania godną samowolą od organicznej jedności ciała lub też nie zostali odłączeni przez prawowitą władzę z powodu ciężkich przewinień". Jednocześnie Kościół uczy, że człowiek doświadczający nieprzezwyciężalnej i niezawinionej niewiedzy, może zostać zbawiony bez udziału sakramentów przez "chrzest pragnienia", który w nadprzyrodzony sposób udziela mu łaski Bożej. Jednakże, warunkiem sine qua non jest to, iż – jak stwierdza św. Paweł w Liście do Hebrajczyków: "potrzeba wierzyć, że Bóg jest, i że nagradza tych, którzy Go szukają" (11, 6). Równie ważne jest też by rozumieć, że ludzie nigdy nie zbawiają się przez błąd albo przez fałszywe sakramenty. Jeżeli niekatolicy w pewnych okolicznościach mogą dostąpić zbawienia, to jedynie przez prawdę, ponieważ "Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami".
Posłuchajmy teraz, czego uczy Vaticanum II: Poinformowawszy nas, że już nie jest dłużej "koniecznym środkiem zbawienia", lecz tylko "użytecznym środkiem", uczy następnie, że "nasi bracia odłączeni sprawują wiele chrześcijańskich obrzędów, które – zależnie od różnych warunków każdego Kościoła lub Wspólnoty – niewątpliwie mogą w rozmaity sposób wzbudzić rzeczywiste życie łaski i którym trzeba przyznać zdolność otwierania wstępu do społeczności zbawienia". I jak zaznaczono powyżej, Jan Paweł II zapewnia nas, że każda z kategorii Ludu Bożego jest pełna nadziei zbawienia, które w równym stopniu można osiągnąć poza widzialnym Kościołem. Ale jeżeli tak się rzeczy mają, to czy musimy w ogóle być katolikami?
Sobór idzie nawet dalej i uczy, że "nie odmawia też Opatrzność Boża koniecznej do zbawienia pomocy takim, którzy bez własnej winy w ogóle nie doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga". Ojciec Avery Dulles, jeden z soborowych periti, komentuje to: "Konstytucja o Kościele w Świecie Współczesnym potwierdza tę doktrynę przez zapewnienie, że łaska działa w niewidzialny sposób w sercach wszystkich ludzi dobrej woli. W tym i innych podobnych tekstach, katoliccy teolodzy znajdują oficjalne uznanie przez Kościół, że akt zbawczej wiary jest możliwy nawet przy braku jakiegokolwiek wyraźnego przekonania o istnieniu Boga albo jakiejkolwiek religijnej przynależności" (43). I stan rzeczy jest taki, że nawet marksiści mogą być zbawieni (44).
Mogłoby się zatem wydawać, że wszyscy ludzie mogą zostać zbawieni. Nie trzeba rozpoznać w katolickim Kościele prawdziwego Kościoła; nie trzeba nawet uznawać, że Bóg istnieje. Ale Jan Paweł II idzie nawet jeszcze dalej w swojej interpretacji dokumentów soborowych. Uważa, że zbawienie jest dla wszystkich ludzi nie tylko możliwością, ale rzeczywistością. Jest to oczywiście herezja apokatastazy (doktryna o ostatecznym zbawieniu wszystkich dusz). Powrócimy do tego punktu przy rozważaniu rozumienia natury człowieka przez kościół posoborowy. Na razie będziemy kontynuować naszą dyskusję na temat nowego kościoła w świetle Vaticanum II.
COMMUNICATIO IN SACRIS I DIALOG NA RÓWNYCH PRAWACH
Tradycyjny Kościół zakazywał katolikom aktywnego udziału w niekatolickich obrzędach (45). Tysiące katolików było karanych i zamęczonych na śmierć z powodu odmowy uczestniczenia w Communicatio in sacris. Łatwo zrozumieć, jakie były tego przyczyny. 1) Udział w obrządku niekatolickim jest uważany za wykroczenie przeciw Pierwszemu Przykazaniu. Bóg pouczył nas, w jaki sposób chciał, aby Mu oddawano cześć. Oczywiście, Bóg nie potrzebuje naszej czci, ale my mamy potrzebę czczenia Go i dlatego musimy robić to właściwie. Czynienie tego w sposób inny od tego, którego On nauczył, oznacza uznanie formy kultu, której On nie zaaprobował. Wystarczy tylko przeczytać historię Mojżesza by przekonać się jak Bóg ukarał tych, którzy czcili Go w fałszywy sposób. 2) Lex orandi jest lex credendi. Reguła modlitwy jest regułą wiary. Innymi słowy, sposób w jaki się modlimy odzwierciedla naszą wiarę.
Wbrew tym klarownym zasadom, Vaticanum II faktycznie "zaleca tę praktykę". I dlaczegóżby nie, jeżeli taki fałszywy kult "rodzi życie łaski", a wspólnoty, które tak czynią są "pełne nadziei zbawienia"? Następnie zachęca do "teologicznej dyskusji o tych problemach... gdzie wszyscy mogą pertraktować ze sobą na równych prawach... dzięki dialogowi tego rodzaju jeszcze wyraźniej wyjdzie na jaw jaka jest prawdziwa postawa katolickiego Kościoła".
Nie tylko wolno nam oddawać cześć wspólnie z tymi, którzy odrzucają naszego Pana, ale musimy jeszcze prowadzić z nimi dialog na "równych prawach". Do jakiego absurdu zmierza ten sobór! Jak ci, którzy mówią słowami św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu i Piusa X mogą w ogóle dyskutować na równych prawach z ekonomicznymi deterministami, komunistami i wiejskimi idiotami? Jak powiedział Leon XIII: "nie ma równorzędności pomiędzy położeniem tych, którzy przylgnęli do prawdy katolickiej dzięki niebiańskiemu darowi wiary i tych, którzy kierując się ludzkimi opiniami podążają za fałszywymi religiami". Jednakże przy tej okazji jedno staje się jasne: cały ten tak wielce wychwalany "dialog" umożliwił objawienie się w całej krasie "prawdziwej postawy posoborowego Kościoła". W każdym punkcie kościół poddał się protestanckim żądaniom; nigdy nie zdarzyła się sytuacja odwrotna.
DOBROTLIWSZY KOŚCIÓŁ
Przedsoborowi katolicy przywykli do raczej nieustępliwego Kościoła – takiego, który oparł się zmianie i wytyczył wyraziste granice ze światem. To był Kościół, który mówił o ortodoksji, grzechu i herezji i nawet pozwalał sobie nadzorować to, co wierni czytają, zakazując im szkodliwych książek (46). Jednakże taka postawa nie byłaby duszpasterska, nie sprzyjałaby rozwijaniu nowego sensu jedności ludu Bożego. Mając to na uwadze Paweł VI zapowiedział, że "wkraczamy w okres większej wolności w życiu Kościoła, a zarazem dla każdego z jej synów... Formalna dyscyplina zostanie ograniczona, zakazane będą arbitralne osądy, jak również cała nietolerancja i absolutyzm". Miał być to kościół, który w jego wyobrażeniu miał "unikać apodyktycznego języka i nie stawiać wymagań". Zgodnie z tym rozumowaniem większość przesłanek do automatycznej ekskomuniki zostało zniesionych – z wyjątkiem, tych dotyczących konsekracji biskupich bez papieskiej aprobaty (47). Zniesiony został również Indeks, gdyż lud Boży jest zbyt dojrzały by ktoś miał cenzurować to, co on czyta. Nowy kościół zdecydował także, że już nie będzie potępiał ani zatwierdzał objawień (maryjnych). Usunął Przysięgę antymodernistyczną i niemalże wyeliminował ze swojego słownika takie słowa jak: grzech, piekło i herezja.
I aby nie było żadnej wątpliwości, kościół ten przeprosił świat za swoje wady – nie braki swoich członków, ale za niedostatki Kościoła, boskiej instytucji założonej przez Chrystusa. Słuchajcie jego bluźnierczego i nędznego skomlenia: Jan XXIII przepraszając żydów, oświadczył, że Kościół – nieskalana Oblubienica Chrystusa – "nosi kainowy znak na swym czole" (48). Paweł VI, nie chcąc pozostawać w tyle, powiedział, że "jeśli splot wydarzeń czy okoliczności historycznych doprowadził do niedostatków w postępowaniu, w kościelnej dyscyplinie, albo wręcz w formułowaniu doktryny Kościoła... [to] powinny one zostać stosownie poprawione...". Ten nowy kościół nie przyznaje się do żadnych herezji w teraźniejszości albo przyszłości, ale widzi je wyłącznie w przeszłości. Stwierdzenie, że Kościół był w jakiś sposób "wadliwy" w swoim nauczaniu jest równoznaczne albo z odmawianiem mu nieomylności albo oskarżeniem Samego Chrystusa o szerzenie błędu.
KOŚCIÓŁ CHRYSTUSOWY "TRWAJĄCY" W KOŚCIELE KATOLICKIM
Niekatolicy zawsze uznawali twierdzenia tradycyjnego Kościoła za trudne do przełknięcia – właśnie dlatego, że wymagałoby to z ich strony pokory w przyznaniu, że sami znajdują się w błędzie. Oczywiste zatem było, że sobór nie mógł popierać ekumenizmu swej produkcji tak długo jak uznawał się za jedyny, prawdziwy Kościół Chrystusa. Rozwiązaniem stało się oświadczenie, że Kościół, który założył Chrystus – jeden, prawdziwy Kościół – trwa w Kościele katolickim, albo dokładniej, w posoborowym kościele. Trudno zdefiniować to trwanie – egzystencję, ale kościół soborowy obstaje przy tym, że jest to równoważne terminowi "istnieje". Niewiele pomoże stwierdzenie, że Kościół założony przez Chrystusa istnieje w posoborowym kościele, ponieważ określenie to nie implikuje wyłączności. Nie oznacza, że ten Kościół i tylko ten Kościół jest Kościołem założonym przez Chrystusa. I faktycznie, mamy świeże oświadczenie (z 1984 roku) całej angielskiej hierarchii mówiące, że Kościół, który Chrystus założył "istnieje" także w kościele anglikańskim. Jak stwierdził Papież Leon XIII: "Jedyną prawdziwą religią jest religia katolicka i stawianie innych religii na równym z nią poziomie stanowi dla niej najpoważniejszą niesprawiedliwość oraz najgorszą formę zniewagi".






