X. HAJDAMACZYZNA W XVIII W.
Kozaczyzna jako klasa i warstwa odrębna ruskiego spo-łeczeństwa, kształcąca się przez dwa wieki prawie w grani¬cach Kzpltej polskiej, ku końcowi 17-go wieku doszła do ostatniego kresu swojej dezorganizacji militarnej i upadku. Z bałamutnych haseł kozackiej autonomji powstawał tylko zamęt wewnętrzny, który Ruś całą niszczył i ubożył. Koza¬czyzna nie wydała z łona swego żadnego męża politycznego—
0 jasnej, wyraźnej linji wytycznej, któryby tą drogą szedł do celu. Ani w sobie, ani w Rzpltej nie szukała oparcia, tylko od jednego do drugiego potentata udawała się po „protekcję*'
1 z żadnego niezadowolona, wichrzyła bezustannie. To rzu¬canie się na wszystkie strony nie wypływało zgoła z potrzeby i' interesu ludu, lecz z inicjatywy tak zwanej Starszyzny ko¬zackiej, jej przewodników wojskowych, którzy ujęli w ręce swoje władzę polityczną, kierownictwo losem narodu. Z łona ich wszakże nie wyszła żadna polityczna idea pracy nad przyszłością własnego kraju. Z zawiścią patrzyli na pracę polskiego społeczeństwa na Ukrainie, zarówno na Zadnieprzu jak i na Ukrainie prawobrzeżnej, pracę osadniczą, spokojną, która ludność wzbogacała, przynosząc jej dobrobyt i opiekę, i na tej drodze wspólnej pracy byłoby się niewątpliwie wy¬łoniło spokojne współżycie, prowadzące ku świetnej przy¬szłości.
0 dźwignięciu się narodowem nikt z Rusinów nie my¬ślał. Coś niecoś robiła cerkiew wschodnia i dla cerkwi wschodniej robiono. Wszystko, coby można nazwać wykształ¬ceniem, było polskie. Język polski i kultura polska wci¬skały się niewidzialnie prawie w ruskie społeczeństwo. Ru-
192
sini bywali najwyższymi dostojnikami w Rzpltej, najwierniej-szymi jej obywatelami, a o wyznanie religijne nikt ich nie pytał. W kościele wschodnim, śród najwyższych sfer ru¬skiego społeczeństwa, jeszcze w okresie wojen Chmielnickiego panował niepodzielnie język polski. Była różnica wyznania religijnego, ale nie było prawie różnic etnicznych między lu¬dem polskim a ruskim. Nosił on nazwę Rusinów tak samo jak polski nosił nazwę Mazurów, Mazowszan, Wielkopolan. Były różnice plemienne, ale nie było narodowych. Rozwijać się one poczęły dopiero z powstaniem organizującej się Ko- zaczyzny, która prowincjonalne elementy ludowe użytkowała jako siłę wojenną, budząc w nich krwiożercze instynkty, za¬wiść społeczną i kopiąc przedział między państwem, a jego pokrewną gałęzią etniczną, której przed Kozaczyzną nie ma¬rzyła się żadna odrębność, a tembardziej samodzielność po¬lityczna.
Akcja kozacka, rozdwajająca państwo, pogłębiała prze-dział między ruskim prowincjonalizmem a narodem polskim, rozwijając w nim odrębność pod każdym względem aż do ję¬zyka kształconego na wzorach języka cerkiewnego. Przyczy¬niwszy się do rozwoju tej odrębności, nie potrafiła z odręb¬ności szczepowej stworzyć organizmu państwowego, przeciw¬nie, zmąciwszy jego życie wewnętrzne, skrzywiwszy życie polityczne bogatego darami natury kraju, nie potrafiła wy¬zyskać przyrodzonych skarbów umysłowych i duchowych społeczeństwa, które wzięła pod swoją opiekę. Po długiej bezskutecznej walce z Rzpltą polską o iluzoryczne prawa i przywileje, tak samo jak po wiekowem prawie targaniu się z Moskwą, rzuciła własne społeczeństwo w objęcia anarchji społecznej i duchowej. Było to następstwo długowiekowej swawoli i wybujałego indywidualizmu tej warstwy przodur jącej, która na barki swoje wzięła przyszłość narodu. Za przykładem wodzów szedł lud, wynaturzając jeszcze bardziej ich wady.
Błyskotliwość orężnych zwycięstw Kozaczyzny i jej przymioty rycerskie, nawet wówczas niezaprzeczone, gdy brak im było wszelkiej cechy etycznej, olśniewała postronnych, a swoim, stojącym zbyt blisko wypadków, nie pozwalała doj¬rzeć złych następstw fizycznego, że tak powiem, miotania się Kozaczyzny, która umiała niszczyć wszystko koło siebie, ale
nic budować nie umiała. Gdy nareszcie wypadki dziejowe wykazały całą błyskotliwą nicość polityki kozackiej, prze-wodnicy Kozaczyzny, Starszyzna, walczący niby o jakieś krzywdy, o niesprawiedliwość, popełnianą wobec ludu, wrócili nietylko do tego porządku społecznego, który zwalczali, ale stali się największymi obrońcami tego porządku — oso¬bliwie na Zadnieprzu. Gdzie tylko Starszyzna kozacka oparła się o ziemię, rozpoczęła kolonizować ją nie dobro¬wolnymi osadnikami na prawie wolnego użytkowania ziemi przez długie lata, lecz przymusowo, osadzając na roli tę samą czerń kozacką, która służyła do ich wyżywienia. Nie było większych zdzierców i łupieżców ludu wogóle jak Starszyzna kozacka na Zadnieprzu. Jak na prawobrzeżnej kijowskiej Ukrainie ludność wiejska, bałamucona obietnicami kozackiemi, uciekała na Niż, lub w kozactwo dla swawoli lab swobodnego, niezależnego życia, tak na Zadnieprzu uciekała w stepy, ku Dońcowi zbliżając się, szukając tam swobodnej i niezależnej pracy, chowając się przed wyzyskiem Starszy¬zny. Obejmowała tam w posiadanie wolne stepowe obszary (Zajmańszczyzna), gdzie się później wytworzyła „Słobodzka Ukraina*4 i „słobodzkie pułki**. Nie było większych pańszczy¬źnianych zdzierców i wyzyskiwaczy jaką się okazała Star¬szyzna kozacka wobec ludu.
Po wojnach kozackich, które po poddaniu się Doroszenka Moskwie, uciszać się nieco poczęły, w bogatej i zaludnionej przed wojną Ukrainie pozostały tylko naawiska osad i zgli¬szcze. Szlachta ukraińska, ziemianie, o ile nie mogła wy¬kazać się „blahoczestijem44, miała dwie drogi do wyboru: albo wstępowała do wojska kozackiego, albo opuszczała dobro-wolnie swoje siedziby i uciekała z rodzinami w głąb Polski. Hasłem kozackiem było: wyrżnąć Lachów, albo wypędzić za Wisłę. Naturalnie posiadłości lackie dostawały się Starszy- znie, która opuszczała je tylko pod największym przymusem, bo one zabezpieczały jej niezależność materjalną. Mówiąc krótko i szczerze, wojnę z Rzpltą prowadziła Starszyzna we własnym interesie, a lud był dla niej nie celem, lecz środ¬kiem wzbogacenia się. Jakkolwiek przesadą byłoby twier¬dzić, że wszystka szlachta ukraińska jest ruskiego pochodze¬nia, nie da się jednak zaprzeczyć, że znaczna jej część wy¬rosła na pniu kozackim, a złączywszy się z Kościołem rzym¬
194
sko-katolickim, złączyła się także z narodem polskim. Do takich rodzin należałoby zaliczyć Gołnchowskich—jeden był pisarzem kozackim, Borkowski — pułkownikiem kozackim, Krechowiecki — sędzią jeneralnym, Tański — pułkownikiem, Syroczyński — atamanem koszowym, Tretiak — pułkownikiem, z własnej pono nominacji, Hordyński—atamanem koszowym. Setki nazwisk możnaby wyliczyć skozaczonej „szlachty**, która, dorobiwszy sobie nazwisko i herb, sama się uszlach- cała, zmieniając nieraz tylko pisownię kozacką na polską, jak w okresie kwitnącej Kozaczyzny działo się odwrotnie.
Jak daleko była posunięta kolonizacja Ukrainy przed wojną Chmielnickiego, może dać niejakie pojęcie strata, jaką ponieśli sami tylko możnowładcy, bądź przez zniszczenie zu-pełne majętności lub przejście ich drogą gwałtu w ręce Star-szyzny kozackiej. Dla przykładu tylko przypomnijmy, że Wiszniowieccy stracili na Zadnieprzu 56 miasteczek, 40 siół, 423 młynów. Ilość młynów dawałaby pojęcie o zaludnieniu i jego gęstości — oczywiście względnej.
Koniecpolscy stracili 70 miasteczek i 50 siół, a przytem dochód z 6000 kamieni saletry i 2000 wołów jako dziesięcinę, opłacaną przez ludność. Niewielkie chyba musiało być prze-śladowanie tej ludności, skoro mogła taką dziesięcinę opła¬cać. Zamoyscy stracili 33 miasteczka i 136 wiosek. Kali¬nowscy — Humańszczyznę, w której było li tak zwanych „kluczów** po kilka i kilkanaście wiosek każdy. Tulczyniecki klucz, naprzykład, liczył 23 tysiące poddanych, Trościaniecki ]5 tysięcy i stado koni rasowych, złożone z 600 matek. Mie¬ściły się w tych liczbach nie tylko dobra dziedziczne, lecz i dzierżawy dóbr królewskich. _
Wszystko to trzeba było odbudowywać, a odbudowało się pracą polską i polskim wysiłkiem.
Taka była spuścizna po Kozaczyźnie, która wmawiała we własny naród i innym narzucała to przekonanie, że wal¬czyła o „wolność ludu*', który zresztą oddała w niewolę, a na szyję własaą włożyła obrożę moskiewską.
Gdy na prawym brzegu Dniepru, w Rzpltej polskiej, Kozaczyzna dogorywała jako warstwa i klasa, a tylko duch jej, trucizna anarchji przeszła i przeniknęła całą stepową po¬łać Ukrainy, żyjąc życiem niezadowolenia i próżniactwa; w tym samym pasie nadbrzeżnym, gdzie się zrodziła, — na
i 95
Zadnieprzu przybrała charakter ucisku społecznego i ekono-micznego ludu — przez Starszyznę i intryganckich walk tej Starszyzny ze sobą. Moskwa potrafiła jednak jej samowolę ograniczyć, a lud bronić, wszelkie zaś wybuchy swawoli zgnieść j terorem utrzymać w posłuszeństwie zarówno lud wiejski jak i Starszyznę. U nas działo się inaczej: miękkość rządu była podaietą swawoli. Panowanie Sasów, beztreściwe i głupie, wprowadzało Moskwę w granice Polski, a przez to samo otworzyło pole dla intryg moskiewskich. Pomimo trak¬tatu Andruszowskiego, Moskwa ciągle pożądliwem okiem pa¬trzyła na Ukrainę prawobrzeżną, przez swoich ajentów i woj¬sko szerząc pogłoski, że kraj ten wkrótce przejdzie pod pa¬nowanie carów, a w ten sposób oczywiście ludność wiejską ■utrzymywała w stanie ciągłego wrzenia, ciągłego oczekiwa¬nia czegoś niewiadomego.
Do naprężenia stosunków wewnętrznych przyczyniły się próby Sobieskiego wskrzeszenia Kozaczyzny i kolonizowania kraju przy pomocy kozackich pułkowników. Wszystko to razem wziąwszy, przy zupełnej prawie bezbronności kraju, niepokoiło lud wiejski. Kozaczyzny w jej pierwotnej formie już nie było, ale żył jeszcze duch anarchji kozackiej, duch niezadowolenia ze wszystkiego, ciągle rwący się do czegoś nowego, innego, do tego stanu, który sam lud scharaktery¬zował przysłowiem: „chot* hirsze, aby insze“ — niech będzie gorzej, byle co innego,
Dla upływu nadmiernych sił energji ludowej już nie było Kozaczyzny. Siły te trawiły się przeto własną gorączką i szukały ujścia w wichrach i rabunkach, a jedynym przytu¬liskiem dla tych sił stała się ,,Nowa Sicz" na rzeczce Pod- polnej. Do roku m. w. 1734 kłębiły się te siły we własnej zawierusze, zanim szczęśliwy traf pozwolił im skupić się na- nowo w Zaporożu, gdzie założona Sicz i jej posiadłości stały •się przytułkiem dla wichrów wszelkiego rodzaju.
Wszystko to razem wziąwszy, wywołało tym razem nowy ruch, zupełnie ludowy, który możnaby nazwać swawolą spo-łeczną, wybujałą skutkiem bezwładności i bezsilności pań-stwowej, który jednak Rosja bardzo zręcznie wyzyskała dla swoich celów politycznych.
Ruch ten, który był krwawem zakończeniem „Ruiny44, otrzymał nazwę, pochodzącą z pnia tatarskiego, tak samo jak
196
była nazwa kozak,—Hajdamaczyzna. Trwał on prawie przez: pół wieku i niewiadomo, czy nie wydałby nowego Chmielni¬ckiego — Krzywonosów mu nie brakło, — gdyby orężnie stłu¬miony nie został.
Wyraz „hajdamaki“ zjawia się po raz pierwszy, o ile wiadomo, w roku 1717 (5 marca) w uniwersale Kegimentarza Jana Gałeckiego, wydanego na imię swego namiestnika Ol-szewskiego, któremu polecił znosić „swawolne kupy hultaj- stwa hajdamackiego". Znalazł się wprawdzie nowy wyraz, ale określał on dobrze znaną swawolę kozackiego posiewu. Ruch, wszczęty przez kupy hultajstwa hajdamackiego był dalszym ciągiem Palijowych ideałów, które najdalej wciskały się w głąb Wołynia. Zaszczyt ten nie tylko wszakże Pali- jowi się należy. „Wojska auxiliame'‘ Piotra I, nie posiały i nie rozbudziły wprawdzie hajdamaczyzny, ale dawały jej dużą pomoc i zachętę. Napadanie na dwory szlacheckie nie było wcale jedynym punktem, ku któremu siły swoje kiero¬wała rozswawolona ludność, rabunek na drogach publicznych stał się także ulubionem rzemiosłem tych wszystkich, którzy wyrywali się radzi przy każdej sposobności z karbów prawa g’woli zadośćuczynienia swawolnym instynktom. Milicja nad¬worna, z resztek kozackich złożona, albo patrzyła na to obo- jętnem okiem, albo sama brała udział w rabunkach. Zdarzało się nieraz, że takich „rotmagistrów“ chorągwi kozackich oskarżano wprost o współudział w rabunku.
Każdy, kto chciał, zbierał sobie watahę i próbował szczęścia, ruszając, że tak powiem, za wiatrem. Tacy ama- torowie „pohulania" długo nieraz wałęsali się po kraju, aż dopóki niespokojnej swojej głowy nie złożyli w utarczce lub pod topór kata. Zanim jednak do tego przyszło, dużo krwi upłynęło, dużo zmarnowało się pracy ludzkiej i mienia szło z dymem. Powoli jednak ruch zbójecki z Wołynia począł kierować się ku południowym granicom państwa, ku rębom ukrainnym, gdyż stamtąd coraz częściej dochodziły echa, na¬wołujące ludność wiejską do swawoli.
Cóż właściwie oznaczał wyraz „hajdamaka* i czem byli hajdamacy w wyobrażeniu ludu?
W znaczeniu etymologicznem wyraz „hajdamaka* jest zapożyczony najprawdopodobniej z języka tureckiego, w któ¬rym istnieje przyimek „hajdę", po tatarsku „chajda“ — precz,.
197
poszedł precz. Sufiks „mak" oznaczać ma w języka tureckim zakończenie trybu bezokolicznego. Za pomocą połączenia tego z przyimkicm „hajdę", otrzymuje się forma słowna — hajda¬mak — pędzić.
W tureckim języku słowo to zapożyczone z arabskiego, w którym „hada" oznacza martwić, niepokoić, wprowadzać w ruch. W ten sposób może słowo arabskie, przyjąwszy zabarwienie tureckie, przeszło do Rusi południowej w zna¬czeniu rzeczownika, lecz zatrzymało swoje zasadnicze zna¬czenie, oznaczające człowieka, wywołującego zamieszanie, nie-pokojącego, goniącego innych, lub gonionego.
Wogóle można powiedzieć, że zajęciem hajdamaków było zbójnictwo. bardzo w niektórych rysach podobne do tego, ja¬kie się rozwinęło w Karpatach, zarówno w południowej ich ruskiej części, jak w Tatrach i na Orawie z mniej może tylko szlachetnemi rysami junakierji, niż tatrzańskie i orawskie .zbójnictwo. Żaden Sabała nie urodził się pośród hajdamaków.
Nic zawsze tego rodzaju rycerze hajdamaccy zasiadali przy drogach i obławiali się mieniem kupców, częściej szu¬kali „pożywy" we własnej lub sąsiedniej wsi, ale zawsze prawie, od czasu powrotu Siczy i odbudowania się na Pod- polnej pod kierunkiem jawnych lub ukrytych Zaporożców.
Hajdamaczenic rozpoczęło się wprawdzie przed usado-wieniem się Siczy na Podpolnej, ale rozwijać się poczęło do¬piero od tego czasu, gdyż nie ulega najmniejszej wątpliwo¬ści, że hajdamacy znaleźli w Siczy przyjazne przyjęcie i opar¬cie. Jakkolwiek Atamani siczowi bronili się od wszelkiej wspólności z hajdamakami, jednak jednogłośnie, zarówno współcześni Moskale, jak i opinja powszechna w Polsce łą¬czyła zawsze Zaporożców z hajdamakami. Zaporoże broniło się tern, że hajdamacy podszywają się tylko pod ich nazwi¬sko, a gdy ten lub ów przyznał się, że jest Zaporożcem, od¬powiadali, że takiego nazwiska w „spiskach" nie ma, cho¬ciaż dobrze wiedzieli, że każdy Zaporożec „zapisywał się ob- cem nazwiskiem lub imioniskiem w koszu**, a inne nosił rze¬czywiście, a nieraz, dla zatarcia śladów, mieniał je tak ła¬two, jak koszulę lub swoje hajdawery.
Stosunek hajdamaków z Zaporożem nie przeszkadzał w niczem temu, że nie tworzyli osobnego „towarzystwa", jak Zaporożcy, że stałych siedzib na Zaporożu nie miewali
19S
i że nie stanowili cząstki „Wojska Zaporoskiego*. „Włó¬częgi i przybysze z różnych krajów słowiańskich — pisze*
0 nich człowiek, znający dobrze dzieje Zaporoża, — którzy schronili się na Zaporoże przed karzącem ich prawem, cho¬ciaż pod zmienionemi nazwiskami, wpisywali się po kure¬niach, składali przysięgę na wierność Moskwie i Wojsku Za-poroskiemu, nie chcąc pełnić ciężkiej służby wojskowej lnb pogranicznej, oddawali się w rzeczy samej hajdamaczeniu- Tacy Zaporożcy, dla korzyści osobistych lub z powodu zem¬sty, stawali się watażkami zwykłej czerni kozackiej lub ta¬kich samych włóczęgów, jak sami i, pod pozorem nienawiści do „katolików* lub „busurmanów*, trudnili się rabunkiem
1 rozbojem w Krymie, w Polsce lub na Wołoszczyznie. Skal- kowskij wprost ich nazywał „piratami lądowymi*.
Nadawanie bajdamaczyznie pozorów walki społecznej,, dopatrywanie w tym ruchu przyczyny jakiegoś ucisku ludu i stąd protesty w formie walki,—są to już domysły później¬szych fabrykantów historji Kozaczyzny, tematy polityczne Rosji, której chodziło o to, ażeby znaleźć powody wkroczenia, do państwa i interwencji, okraszonej obroną religji prawo¬sławnej. I ten ostatni temat ułożył się dopiero jaśniej już w drugiej połowie 18-go wieku, kiedy plany Rosji, Prus i Austrji rozbioru Polski, pod pozorem zrobienia w niej po¬rządku, dojrzewać poczęły. Rozglądając się w akcji wschod¬niego duchowieństwa w sprawie rozruchów w Kijowszczyz- nie, będziemy mogli na podstawie faktów stwierdzić, jak mało to duchowieństwo w wielkiej swojej masie intereso¬wało się sprawą wyznania religijnego, a udział w hajdama- czyznie brało z powodów mało mających wspólności z religją zwykłą etyką.
Lud wiejski i twórczość ludowa oceniała hajdamaczyznę ze stanowiska realnego i nigdy słówkiem jednem nie wypo¬wiedziała się w obronie hajdamaczyzny, przeciwnie—uważała ją za klęskę, ciążącą nad krajem. Wbrew zaprzeczeniom Si¬czy lud ukraiński utożsamiał Zaporożców z hajdamakami. Wobec tego cośmy powiedzieli i co wypadnie niejednokrot¬nie powtórzyć, jako fakty sprawdzone, nic dziwnego, że się taki pogląd ustalił. Mało mając zajęcia, Zaporożcy próżnia- czyli po kureniach, z próżniactwa wytworzyła się bezcelowa hulaszczość, powstawały projekty rozbójnicze. „Zaporożec
199
i hajdamaka,— powiadali współcześni ludzie — to wszystko jedno44. Świadkowie życia siczowego, ludzie, stojący zdaleka od polityki rosyjskiej i intryg garstki ukraińskiego ducho¬wieństwa, mówili otwarcie: „hajdamacy byli to ludzie, któ¬rzy żyli w rozkoszy — w próżniactwie, w bezczynności, na woli—czyli nie podlegali nikomu; wesoło, nikogo się nie bali, pili i hulali. Komu nie podobała się pańszczyzna, ciężarem stała się żona i dzieci, ten uciekał na Sicz, żył swobodnie, pił i hulał*4. Oczywiście pijatyka i hulanka odbywały się za zrabowane pieniądze. O hajdamakach współczesne źródła urzę¬dowe nasze i rosyjskie nigdy inaczej nie mówiły, jak nazy¬wając ich „złodziejami i rozbójnikami". Przepiwszy i prze¬hulawszy wszystko, chodzili do Polski „podpomagać się". W jaki sposób odbywało się „podpomaganie się", opowiada człowiek współczesny: „wyjadą, bywało, w 10—15 chłopów, złapią kogo i nuże go męczyć, ażeby powiedział u kogo jest odzież dobra albo pieniądze. Potem w nocy przychodzą i ra¬bują, tak że ludzie z całym swoim majątkiem chodzili spać w „burjany44. Wspólność celu, właściwa szajkom zbójeckim, fanatyzm zbrodni, nienawiść do rabowanych i mordowanych— oto były jedyne zaczątki organizacji hajdamackiej, w pierw¬szym okresie jej istnienia, t. j. do Koliszczyzny.
Pieśń ludowa z Gonty nie robi także bohatera narodo¬wego, ani z hajdamaków obrońców religji.
Hodi, hodl aotnyku Gonto u stepu stujftty,
Chody z namy kozakamy Humań hrabowaty.
Do roku 1734 hajdamaczyzna była tylko swawolą spo-łeczną, której państwo powściągnąć nie miało siły. W tym zaś, mniej więcej roku, nastąpił wybuch, który jak płomień błysnął i zgasł.
Żagiew podłożyła Moskwa.
W r. 1733 umarł August II. Rozpoczęła się wojna do¬mowa między stronnikami Augusta III i Leszczyńskiego. Do Polski wkroczyły wojska moskiewskie. Znały już drogę.
Zanim do zapoznania się z następstwami wpływów i po-lityki rosyjskiej w okresie hajdamaczyzny przejdziemy, zau-ważyć należy, że hajdamaczyzna nie była zgoła ruchem jedno-litym, rozwijającym się konsekwentnie w imię idei, jak to na- przykład, czyniła Kozaczyzna, rozwijając ideę klasową, do¬
200
szła do absurda anarchji wewnętrznej, która ją nareszcie zni-szczyła,—lecz wybuchem sporadycznym zorganizowanej swa-woli, zwykłem rozbójniclwem dla rabunku, jak to już po-wiedzieliśmy i wypadnie stwierdzić niejednokrotnie. Wybu¬chy miały charakter spontaniczny, powstawały tam gdzie się znalazł człowiek, który większą lub mniejszą kupę potrafił zgromadzić, gdzie w sposób przyjazny złożyły się okoliczności, tak czy inaczej dopomagające do wybuchu.
Tak samo jak nieokreślone były co do miejsca i czasu wybuchy hajdamackie, były również nieokreślone okresy wzmagania się i upadku ruchów hajdamackich.
Co do czasu, możnaby powiedzieć, że hajdamaczyzna miała trzy okresy: od rozwielmożnienia się jej,—którego po-czątek należy odnieść do chwili bardzo nieszczęśliwie po¬wziętej myśli wskrzeszenia Kozaczyzny przez Sobieskiego,—aż do awantur Werłana. 0 tym początkowym okresie mówili¬śmy, wracać przeto do niego nie będziemy. Drugim okre¬sem była t. z. „rewolucja Werłana", trzecim i ostatnim — zbójnictwo nadgraniczne, zakończone krwawym epizodem Ko- liszczyzny w Humaniu.
Co do miejsca, widzieliśmy, że z początku powstawały tylko przy nadarzonej okoliczności, później przybrały cha¬rakter większego ruchu w Bracławszczyznie, wreszcie sku¬piły się, można powiedzieć w tych samych miejscach, gdzie przed wiekiem przeszło powstała i rozwinęła się Kozaczyzna, to jest na Podnieprzu prawobrzeżnem i w nieco dalszym od Dniepru promieniu. Obejmowała zatem późniejsze powiaty Kijowski, Wasylkowski, Kaniowski, Czerkaski, Czehryński, część Skwirskiego, Taraszczańskiego i Lipowieckiego.
Jeśli psychiczne przyczyny hajdamaczyzny, jako spadek po Kozaczyznie, która zrujnowała i zubożyła kraj bogaty, istniały wszędzie, gdzie był lud ruski, to jednak przyznać należy, że jako najbliższy powód niepokojów trzeba zaznaczyć bezbronność kraju i brak zorganizowanej samoobrony. Ten powód był zawsze widocznym impulsem. Po za kulisami psy-chiki ludowej i wewnętrznego rozstroju l niedołęstwa pań¬stwa polskiego, działały tajemnie ale bardzo energicznie przy¬czyny polityczne, wyłącznie ze strony Rosji.
W wojnę domową w Polsce, stając po stronie Augusta III, wmieszała się Anna Joanówna, „imperatorka" rosyjska. Była
201
to kobieta bez żadnej inicjatywy politycznej, która sprawami państwa nie zajmowała się '/goła. Politykę rosyjską prowa¬dził Niemiec Miinich, człowiek mocnego charakteru, umysłu, i patrzący w dalszą przyszłość Rosji niż współcześni mu Ro-sjanie. On dojrzał jak i Piotr I, że Polska bez rządu, bez siły militarnej i bez rozumnych kierowników państwowych łatwo wpaść może w orbitę polityki rosyjskiej, zanim stanie się jej cząstką. Niemiec — popierał niemiecką dynastję Sa¬sów, bliższą mu i niedołężną wobec Leszczyńskiego, opartego o Francję, Szwecję i własny naród. Z Sasami łączyła Miini- cha krew, z Leszczyńskim— nic. Annie Joanównie chodziło nie o Rosję, lecz o kochanka swego Bi rena, który podszył się pod nazwisko Bironów — znanej szlacheckiej niemieckiej rodziny. — Dla niego pragnęła „imperatorka" zdobyć księ¬stwo Kurlandzkie, przyobiecane przez Augusta III.
Gdy przeto Rosja — już nie W. X. Moskiewskie, lecz Rosja — wysłała gros sił swoich na północ z feldmarszał¬kiem de Lassy a później Miinichem, nie zapomniała i o Ukrai¬nie Kijowskiej. Pamiętał o tern Munich. Zagarnąwszy Ukrainę lewo-brzeżną, Rosja nigdy nie spuszczała z oczu całości, mó-wiąc inaczej — dążyła zawsze do zagarnięcia prawo-brzeżnej. Pod tym względem Munich posiadał szerokie plany: zdobycia Krymu, Carogrodu; nie mógł przeto patrzeć spokojnie na Pol¬skę, która, acz biernie, stała jednak na drodze do urzeczy¬wistnienia jego planów.
Nie bez porady Miinicha, carowa nie zadowoliła się zwo-łaniem wojska pomocniczego na Litwę i północ, lecz niewielki oddział wysłała także na Ukrainę, motywując ten krok w spo¬sób oryginalny: ponieważ za czasów Piotra I mnóstwo prze-śladowanych „starowierów* uciekło z Rosji do Polski i osia¬dało w południowych województwach jako „Piliponiu, przeto wojska rosyjskie mają wyłapywać tych Piliponów i odsyłać do Rosji. Tak wyglądała tolerancja religijna w Rosji. Nie przewidywano jeszcze wówczas, że sprawa prześladowania prawosławja w Rzpltej polskiej, nie mająca rzeczywiście żad¬nych podstaw, stanie się kiedyś sprawą polityczną pierwszo¬rzędnego znaczenia, i że Stanisław August otworzy szeroko wrota Rosji do Polski.
Z faktem wkroczenia „wojsk auxiliowych“ do południo-wych prowincji Rzpltej, niby dla wyłapywania Piliponów,
202
w rzeczy zaś samej dla zwalczania stronników Leszczyńskiego, zbiegło się drugie zdarzenie, które wzmocniło hajdamaczyznę i dało jej oparcie — był to powrót Kozaków z pod opieki Turcji pod opiekę Rosji i założenie Nowej Siczy na Pod- polnej. Łaska carska Die była jednak bezinteresowną. Lę¬kano się, że Sicz, leżąca po za granicami Rosji, może łatwo stać się narzędziem polityki Leszczyńskiego, a zatem stanąć przeciwko Rosji. Na to był dobry i wypróbowany przez Mo¬skwę sposób — ofiarowanie powrotu Siczy na Zaporoże, jako łaska. Obawiano się przytem ażeby Sicz, siedząca na Ale- szach, nie szerzyła niepokojów na Zadnieprzu. Nasuwała się tedy potrzeba, za pomocą wmówienia „łaski" dla buntowni¬ków, unieszkodliwienia ich, co było łatwiejsze pod opieką w Rosji i w jej granicach, niż Da dalekiem pobrzeżu Krym- skiem. Hordijenko byłby się może połapał na tej polityce, ale Koszowy Krymskiej Siczy, Małasiewicz, uległ namowom Kozaków, tęskniących do swoich ziem Zaporożskich „i znu¬dzonych bezczynnością". Weisbacb, który całą sprawę prze¬niesienia Siczy na ziemię zaporożne prowadził i przeprowa-dził, przecenia znaczenie Siczy i Zaporoża. Był to już wulkan wygasły. Jeszcze płynęła lawa, ale do wybuchu już Zapo¬roże było niezdolne. Próba z Mazepą była ostatnim jego wy¬siłkiem. Sicz była już w tym okresie Die moralną głową Kozaczyzny, nie czynnikiem praworządnym, lecz zbiorowi¬skiem najgorszych żywiołów społecznych. Co było lepsze spokojniejsze osiadało na roli, korzystało ze „słobód" i oce¬niało wartość spokojnego życia. Niedobitki kozackie i ży¬wioł włóczęgowski, próżniaczy — zasilały kadry dawnego woj¬ska ,,J. K. Mości" a później „Wiernego Wojska Zaporożskiego Jego Carskiego Wieliczestwa". Pozostały tytuły dawne, ale rdzeń już był mocno spróchniały.
Oddziały wojska rosyjskiego, rozkwaterowane na kre¬sach, miały dwa zadania: uniemożliwić wszelką akcję Siczy, gdyby się Zaporoże na akcję zdobyło, i zmusić szlachtę wo* jewództw kresowych do uznania Augusta III. Wyszukiwanie i wyłapywanie Piliponów było tylko pozorem i manewrem.
Wojska, noszące tytuł „auxiliowych\ kierowane przez podpułkownika Polańskiego, pułkownika Riedkina, majora Synkiejewa i innych, miały niejako dwa ogniska: jedno w Hu-maniu, gdzie rezydował i skąd wydawał rozkazy najprzód
203
podpułkownik, a potem pułkownik Polański, drugie w oko¬lic. Szarogrodu. Właściwie Szarogród był dośrodkowym pun¬ktem, pomniejsze zaś oddziały wojska rozlokowane były w Brahiłowie, Tulczynie, Niemirowie, Międzybożu, Morachwie i in., zatem przeważnie w Woj-dztwie Bracławskiem, na po-graniczu, a raczej w pobliżu ,,Ziemi Wojska Zaporoskiego4'.
Praca pułkowników rosyjskich była podzielona: pułkow-nik Światoj zajmował się niby ekspedycją Piliponów. Oczy-wiście byli i Piliponi, ale pod ich nazwiskiem, pod ochroną wojska rosyjskiego wysyłał za Dniepr ludność ruską już osiadłą. Miejscowi ludzie utrzymywali, że pod tym pozorem wysłał kilkadziesiąt tysięcy ludności wraz z dobytkiem. Polański zaś prowadził agitację polityczną. Rządowi rosyj¬skiemu chodziło o to, ażeby Rzplta jak najrychlej uznała Augusta 111, który z tradycji ojca i nie bez wpływu Miinicha, jako król, torujący drogę wpływom petersburskim w Rzpltej, było bardzo pożądanym nabytkiem. Polański, przekonawszy się, że ze strony Zaporoża nie grozi Rosji żadne niebezpie¬czeństwo, spróbował wywołać ruchawkę chłopską, któraby mogła napędzić strachu szlachcie, stojącej po stronie Lesz¬czyńskiego i Rzpltej. Na kresach materjału palnego nie brakło nigdy. Rozhukany i samowolny żywioł, zarówno w sferze włościańskiej, jak miejskiej, a nawet szlacheckiej, do ruchawki i rabunku zawsze był skory. Była to, nieświadoma celu i drogi ale — gotowość do buntu, nieokiełznana krewkość, podsycana wspomnieniami i tradycjami swawoli, albo też osobistemi impulsami. Trudniej było o człowieka, któryby rozproszone i zawsze niezadowolone, a w żadne karby prawne nie dające się ująć żywioły, skupił i dał im zajęcie.
Człowieka takiego na razie Polański znalazł. Był to Werłan, pułkownik milicji narodowej w Szarogrodzie, ma-jętności księcia Jerzego Lubomirskiego, ale ojcem duchownym Werłanowej „rewolucji' był Polański, znany powszechnie jako płk. Polanko. Co by to był za jeden? Jakiej narodo¬wości? Jeżeli uwzględnimy tę okoliczność, że jakiś Polański w czasie wojen Chmielnickiego wichrzył na Białej Rusi, to kto wie, czy płk. Polanko, pół Polak, a pół—Bóg wie co, nie był gałązką tego rodu. W Szarogrodczyźaie była to osobistość bardzo popularna, jeden z tych zręcznych agitatorów, którzy umieją wmówić w tłum o swojem wielkiem znaczeniu i powadze.
204
I Polanko rozgadywał, że z „Imperatorką" jest w bezpośred¬nich stosunkach i że działa z jej polecenia. A rzeczywiście działał na własną rękę. Gdy jenerał rosyjski landgraf Hes- sen — Homburgski, kazał i pozwalał uniwersałem swoim włóczęgów, podszywających się pod kozaków, którzy „różne agrawacje“ czynią, łapać i odsyłać do swojej głównej kwa¬tery, a gdyby się bronili — bić i kłóć,—płk. Polanko, chociaż podkomendny landgrafa, za jego plecami wywołał „rewolucję".
Rozpuścił pogłoski, że „cała Ukraina i Ruś aż po Zbrucz i Słucz Carowej Jejmości w cale należy". Pod hasłem służby dla Carowej gromadził pod chorągwią i dowództwem Werłana rozmaitych ludzi". Jedni przystawali dobrowolnie, drugich zabierano gwałtem" — utrzymywali uczestnicy tego buntu. Prawą ręką Polańskiego był płk. WerłaD, rozsiewający wszędzie wieści, że już „Imperatrycy cała Ukraina oddana i wszelkie z dóbr pożytki i arendy na nią idą. Zaciągowym żadnej płacy nie deklarowano, mówiono tylko, że Jak kró¬lewicz ukoronuje się i budę korołem, to budete mały poża¬łowanie". Była to bardzo jasna wskazówka, że — możecie żyć z rabunku.
Z tego widać jakie wogóle mętne pojęcie było śród ludności, gromadzącej się pod Werłanem, o celach i zada¬niach ruchu. Niejasność ta wystąpi w sposób jeszcze bardziej bijący w oczy, gdy bodaj w kilku słowach zapoznamy się z ruchami watahy Werłana. Główny korpus, że tak powiem- tej watahy, kręcił się długo tu i ówdzie bez jasnego planu i wysyłał ze swego ramienia małe oddziały, niby podjazdy, niby zagony w celu rabunku mieszkańców i jednania sobie ludności. Przeważnie chodziło o zdobycie jak największej ilości koni.
Co do prawa rabunku, zakreślone były, prawdopodobnie przez Polańskiego, granice: „po Szarogród, — biorąc Humań za punkt wyjścia — nie kazano rabować i zabijać". W ten sposób Polański zlokalizował akcję hajdamacką na Pobereżu. Bardzo mu chodziło o to, ażeby ją, o ile możności, najdalej odsunąć od granic Moskwy, od Hetmańszczyzny, a nawet od Siczy, której nie był pewny i może się lękał. Ruch haj¬damacki, orężny, w wielkiej kupie, zlokalizowany na Po¬bereżu, rozszerzający się na Wołyń i Ruś, mógł być szko¬dliwym tylko dla Rzpltej. Wojsko moskiewskie zatem, roz¬
205
kwaterowane w Humaniu, Berszadzie, Niemirowie, Szarogro- dzie i innych miastach, patrzyło na tę „rewolucję" obojętnie* przeciwnie, dopomagano poniekąd do jej wzmożenia się, roz-puszczając pogłoski, że wojska polskiego nigdzie nie ma, lub też, że jest rozbite przez Moskali, że w Niemirowie przebywa Samuś, który już oddawna nie żył.
Kim-że był właściwie Werłan, który na czele rewolucji hajdamackiej stanął?
W chwili wybuchu szarogrodzkiej ruchawki zajmował on takie same stanowisko, jakie we 34 lata po nim zajął setnik humański, Gonta. Niewiadomo skąd pochodził, gdzie się urodził, nawet ile‘miał lat w chwili rozpoczęcia „rewolucji1'. Prawem dzierżawy zapewne—posiadał wieś Kaczkówkę, nale¬żącą do klucza Szarogrodzkiego, tak samo jak Gonta posiadał Rosuszki. Jakiej był narodowości? Niewiadomo. Wnosząc z brzmienia nazwiska, pochodził zapewne z Wołoszczyzny, a samo nazwisko powstało z przekręcenia imienia Warłaam, tak go też szlachta kresowa w skargach swoich do Weis- bacha nazywa. Wiadomości o watażce i jego planach i ru¬chach dostarczył jeden z najbliższych jego współpracowników— Andrzej Szulak, jeden z tych, który z różnych pieców cbleb jadał; —był on djakiem, pisarzem, watażką, prawą ręką Wer- łana, jak za Chmielnickiego—Wyhowski.
Powiadał on, że widział i czytał „ordynans" carowej do, Werłana i treść jego pamięta, którą też powtarzamy według jego pisowni: „Jej Imperatorskoho Wełyczeństwa i proczaja, i proczaja i proczaja. Daju jemu komandu po ukazu Impe-ratorskoho Wełyczeństwa nad Wołocby, Kozaki i Serby, szczob służyli Jej Imperatorskiej Wełyczeństwu do smerty“. Dalszego brzmienia tego uniwersału nie pamiętał. Daje on wskazówkę, kto składał watahę Werłana.
Szulak nie umiał powtórzyć słów uniwersału czy ukazu dokładnie, ale treść jego była niewątpliwie taką, a nie inną. Werłan sam przy każdej sposobności powoływał się na to, że ,jest ukaz Imperatorowej i jej pułkownika humańskiego, że po sam Szarogród nie wolno rabować, zaś za Szarogrodem wszędzie wolno Żyda czy Lacha, napadłszy — zabić, miasta, wsie i dwory rabować".
Z takim ukazem w ręku mógł wystąpić z akcją wojskową bezpiecznie.
206
Werlan przed rozpoczęciem ruchu naradzał się z Polań-skim, od niego odbierał wskazówki postępowania i nawet otrzymał ordynans do „rewolucji". Musiało się to odbywać w końcu zimy lub na początku wiosny, bo z wiosną 1734 roku Werłan już otrzymał tytuł „nakażnego pułkownika" i „ordy¬nans" od pułkownika Polanko. Ostrożny Werłan dopiero po otrzymaniu ordynansu do akcji przystąpił. Począł gro¬madzić ludzi w najbliższem otoczeniu Szarogrodu. Tu znał wszystkich, był człowiekiem ustosunkowanym i w przyjaźni z urzędnikami zarządu dóbr Woj-dy Sędomirskiego. Do przy¬jaciół swoich zaliczał setnika Komargrodzkiego Sawę, Rot¬mistrza Stefana Kifę z Markówki i in. Był także poku- many z Wołkowiczem, jeneralnym zarządcą dóbr Jerzego Lubomirskiego. Wspomniany już Szulak miał spisany nawet rodzaj regulaminu. „Ktoby śmiał odłączyć się od wojska bez wiedzy setnika ma dostać pięćdziesiąt kijów, ma przed zna¬kiem trzy dni piechotą iść i wypić garniec wody". Musiała to być chyba największa kara dla tych, którzy tylko wódkę garncami pijali.
Zebrawszy na razie 130 koni, poszedł do Humania — chyba dla zameldowania się Polance. Pokręcił się między Szarogrodem a Berszadą i nawrócił, już zwiększywszy sąsied-nimi chłopami i nadwornymi Kozakami swoją watahę,—znowu do Humania, gdzie wszyscy przysięgli „wojować na inoziem- ców t. j. na Lachów przy dostojeństwie lmperatorowej Jej Mości aż do śmierci żywota swego". Widocznie miał to być oddział w obronie Augusta III działający — pod rozkazami Moskwy. Wypocząwszy pod Humaniem kręcił się między Szarogrodem, Komargrodem a Popieluchami, zwiększając swoją watahę jak się dało—bądź ochotnikami, bądź branymi przymusem.
Nieoczekiwanie wyrósł mu pod bokiem z przyjaciela wróg. Był to Sawa, setnik Komargrodzki, nazwiskiem Czały, który odłączywszy się od Werłana, napadł i zrabował Szaro- gród i począł rabować okolicę. W ciągu dwóch miesięcy zwichrzyła się ogromna połać Bracławszczyzny. Wataha Wer¬łana kręciła się na Pobereżu, rabując dwory i zabierając ko¬nie. Oprócz Sawy, który poszedł inną drogą, odłączył się od Werłana jakiś Petro, na którego pod Zamiechowem napadł podjazd Kropiwnickiego i rozproszył watahę „grassatora",
207
który tak samo rabował chłopów, popów, pasieczników—jak Lachów i żydów.
Wnikając głąbiej w istotę rucha wywołanego przez Wer- łana, był on niczem innem jak bałamutnem echem przebrzmia-łych kozackich wahań się między Moskwą. Polską a Turcją, które od pięćdziesięciu lat mąciły wewnętrzne życie Ukrainy, wydobywając te męty na wierzch przy każdej nadarzonej sposobności. Nie było na Ukrainie nikogo, ktoby ludność na-woływał ku Polsce, ale zawsze znalazł się ktoś, kto pod byle przejrzystym pozorem nawoływał w stronę Rosji. Ludność gotowa była*pójść za każdym kto jej pokaże, a często powie tylko, że ma carski „ukaz", nakazujący mordować żydów i La¬chów. Ukaz taki rozgrzeszał swawolę i był tą chorągwią czerwoną, która powiewała nad krajem.
Wina tej całej zawieruchy, która nad Pobereżem prze-leciała, o tyle tylko dotyka Werłana, o ile on był wykonawcą, a po części inicjatorem jej, ale faktycznymi winowajcami była czerń ciemna, chciwa rabunku, dzika i niepohamowana w rozbujałej dzikości. Ona była materjałem, którego używał każdy, kto chciał—dla każdego celu.
Pod Perekoryńcami Werlan już miał przeszło dwa ty¬siące ochotników, z którymi skierował się na Wołyń. Szedł w tem przeświadczeniu, że idzie na pomoc Augustowi III, nie dostrzegając wcale, że stał się narzędziem intrygi Polań¬skiego, podtrzymującego zawieruchę domową w Polsce w celu przysposobienia gruntu dla wzmocnienia pretensji do oderwa¬nia reszty Ukrainy do Rosji. W akcję Werłana wplątany był woj-da Sandomirski, którego głośno szlachta posądzała o wspól¬ność. Dowodów na to bezpośrednich nie ma, to tylko pewne, że Werłan oszczędzał majętności księcia wojewody, może tylko dlatego, że był stronnikiem Augusta III. Gdy Werłan z pod Kerekoryniec ruszył przez Brody, które leżały na drodze do Przemieńca, już było rzeczą widoczną, że podąża na połącze¬nie się z wojskami Augusta III. Tu zastąpiła mu drogę garstka zwolenników Leszczyńskiego, z którą Werłan stoczył bitwę, stracił obóz i ku Brodom cofnąć się musiał.
Gdy sprawa Leszczyńskiego została przegraną, Werłan znikł nagle z widowni wraz ze swoimi Kozakami, którzy roz-proszyli się.
208
„Rewolucja Werłanowa* jak kula ognista przeleciała przez Pobereże i zgasła.
Juz dobrze przed tą rewolucją, na kilka lat przed urzę-dowym ukazem, pozwalającym Siczowikom powrócić na dawne siedziby, rozpoczął się samowolny powrót, często zupełnie bez wiedzy rządu rosyjskiego, i poczęło się tworzyć stałe ognisko podsycające ruch hajdamacki.
Srcz. po powrocie z siedzib tatarskich na dawne obozo-wisko, już była utraciła swoją powagę moralną i stała się igraszką w ręku czerni kozackiej. Widzieliśmy jaki był jej stan i co się w niej działo. Opisał to świadek naoczny. Zbio¬rowisko włóczęgów ze wszystkich stron, szukających łatwego życia z rozboju i rabunku, wywołało zaniepokojenie państw sąsiednich i do rządu rosyjskiego posypały się skargi ze strony Turcji, Krymu i Rzpltej polskiej na Zaporożców. Nadaremnie oni bronili się albo nieświadomością, albo niemożnością od¬szukania rabowników, albo wreszcie podszywaniem się pod Zaporożców rozmaitego swawolnego motłochu. Wszystko to było stwierdzoną nieprawdą.
Na rozwój ruchu hajdamackiego, po za największą przy-czyną—bezbronnością i bezładnością w państwie, po za przy-czynami wewnętrznego charakteru, tkwiącego w psychice samej ludności ruskiej, a w szczególności kresowej, działały jeszcze przyczyny zewnętrzne o charakterze moralnym lub politycznym, które wytwarzały dwa zupełnie odrębne na po¬zór ogniska agitacyjne. W roli tej występowało duchowień¬stwo wschodniego obrządku. Zanim o tern kilka słów po¬wiemy, musimy zwrócić uwagę na to, że ogromny materjał hajdamacki napływał z za-Dniepru, z Hetmańszczyzny, która wkrótce miała się przerobić na Małorosję. Wynikiem tego było rozpaczliwe położenie ludności wiejskiej i miejskiej, która, nie widząc wyjścia z tego położenia, wolała włóczyć się, próżniaczyć i hajdamaczyć, niż pracować. A że taki tryb życia niebezpieczny był na Zadnieprzu, ludność uciekała do Polski, gdzie mogła hulać swobodnie.
Rumiancow, jenerał-gubernator małorosyjski, w memo- rjale, złożonym Katarzynie 11, powiada, że ludność przez nadużywanie samowoli Starszyzny doprowadzona do ostatecz-nych granic obojętności na dobro własne, do lenistwa i de-moralizacji. Wielu z nich, zostawiwszy odłogiem swoje pola
209
orne, błądzą z miejsca na miejsce, żeby zaś łatwiej im było
prowadzić życie w próżniactwie i niemoralności, nie chcą
wcale osiadać na grantach, lecz pod nazwą robotników go-
spodarskich (podsusiedki, podpomoszniki) leniwie pracują za
pożywienie i gorzałkę. To wszystko razem wziąwszy, przy-
czyniało się do ucieczki ludności za granicę,—oczywiście do
Polski, — wcale nie dla pracy. To niepokoiło Moskwę, bo
„wora“ Mazepę wyklinano po wszystkich cerkwiach, a żyli
jeszcze ,,wory“ Hordijenko i Orlik.
W równie ciężkiem położeniu, jak ludność wiejska, była
także ludność mieszczańska—uboga, ciemna, pogardzana na-
wet przez chłopów, a lekceważona i znieważana przez urzęd-
ników moskiewskich, doprowadzona do tego stanu, że nie-
którzy „zapisywali się“ w kozaki, lub nawet w poddaństwo,
mając nadzieję jakiej-takiej obrony przez dziedzica. Sądy
moskiewskie były tak stronne, że nawet nie udawano się do
nich po sprawiedliwość, a jako o największe dobrodziejstwo
prosili o przywrócenie Statutu litewskiego i prawa Magde-
burskiego, które w Rzpltej uważane były za „niewolę gorszą
od agarańskiej“.
Te masy zbiedzonej próżniaczcj ludności rzadko emigro-
wały w stronę Siczy lub Czehrynia, gdzie osobliwie w pierw-
szej połowie 18-go wieku było—albo niebezpiecznie z powodu,
choć nie wystarczającej, ale zawsze kontroli ze strony Siczy,
albo były obszary mało zaludnione. Najdogodniejszym punk-
tem zatem, ku któremu ściągały się niespokojne żywioły
z Małorosji przeważnie był Kijów, a w Kijowie pewnym
przytułkiem dla tej kategorji ludności były liczne mona-
stery — Sofijowski (św. Zofji), Michajłowski (św. Michała),
Pustynno-Mikojałowski, Frołowski, Kiryłowski, Meżyhorski,
Kitajewski pustynny, Piotro-Pawłowski, wreszcie Ławra
z niezliczoną mnogością próżnujących mnichów. Każdy z tych
monasterów był pewnego rodzaju państwem niezależnem,
które strzegło swej nietykalności i niezależności. Posiadały
one własne więc folwarki, lasy, sianożęcie, jeziora rybne,
a znaczna część tych posiadłości nadaną została lub potwier-
dzoną przez królów polskich. Monastery te wzbogaciły się
jeszcze bardziej darowizną majętności katedry biskupiej w Ki-
jowie, Dominikanów, Bernardynów, Jezuitów, jakie hojnie
*14
Kozaczyzna ukraiooa.
FR. RAWITA-GAWRONSKI KOZACZYZNA UKRAINNA W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ DO KOŃCA XV||| WIEKU
Article Index
Page 14 of 15






