V. WALKA KOZACZYZNY Z RZPLTĄ O WYODRĘBNIENIE SIĘ KLASOWE I TERYTORJALNE.
Kozaczyzna miała trzy okresy swego rozrostu i wzma-gania się: pierwszy od chwili pojawienia się Kozaków na wi-downi dziejowej Rzpltej do awantur Kosińskiego i Nalewayka, drugi—od Nalewayki do Pawluka, a trzeci rozpoczął Chmiel-nicki osobistą awanturą, która, znalazłszy w dostatecznej ilo¬ści nagromadzony materjał palny, podsycana zemstą, dopro¬wadziła do wybuchu, jaki wysunął nowe pretensje kozackie, podniecane przez państwa ościenne, krzywem okiem spoglą¬dające na potęgę Rzpltej.
Kto to był ów Chmielnicki, którego krwawe niszczenie państwa polskiego, w południowo-wschodniej miedzy aż po krańce Wołynia i Karpaty, da się porównać chyba z naja¬zdem Atylli, mordującego nie tylko ludzi, ale niszczącego za sobą wszelkie ślady kultury długich pokoleń, wszelki doro¬bek cywilizacyjny? Jedni utrzymywali, że był to szlachcic polski, — sam używał herbu Abdank, — którego ojciec przywę¬drował na Ukrainę i przez Daniłowicza obdarzony został fu¬torem Subotowskim — prawdopodobnie danym mu tylko w używalność, jako część Królewszczyzny. Inni mówią, że był szynkarzem w Czehryniu—co nie wykluczało używalności Subotowa, — że wystąpił w roli werbownika ochotników na wojnę turecką, że sam z synem Bohdanem na tę wojnę po-szedł—może w roli markietanta—i na wojnie zginął. Nazwi¬sko Chmielnickich spotykamy w tłumie sług pańskich, uży-wających, jak to się często zdarzało, samowolnie tytułu szla-checkiego. W takiej roli występowali jacyś Chmielniccy w r. 1638 na Wołyniu. Jako słudzy pani Kotcrwiczowej ob¬
81
winieni zostali o kradzież naszyjnika z pereł. Nie wiemy jaki związek rodzinny istniał między późniejszym Chmielni¬ckim Bohdanem, a sługami Kotowiczowej, Ale nie brak
także Chmielnickich żydowskiego pochodzenia. Duklan Ocho-cki wspomina o Chaimie Chmielnickim, a nie dalej jak w r. 1009 w sądzie kijowskim miał sprawę o fałszowanie marek
Kozaczyzna ukralona. 6
82 —
pocztowych Froim Chmielnicki. Jaki łącznik istniał, i czy istniał między rozmaitymi Chmielnickimi a Bohdanem, nie¬wiadomo. Z niektórych portretów, jakie do nas doszły, wi¬dać, że wielkiemu hetmanowi Kozaków nie brak było rysów semickich. Nie był to w każdym razie pierwszy semita, który w wielkich przewrotach anarchicznych wziął decydu¬jący udział i wywołał wojnę domową.
Na stepy Ponizia, na Zaporoże już od początku 17-go wieku coraz więcej napływać poczęło żywiołów, żądnych awantur lub łatwego chleba. Małego przeto znaczenia jest to, czy Bohdan Chmielnicki był żydowskiego lub szlachec¬kiego pochodzenia — najmniejszego wszakże śladu nie znaj¬dujemy, aby był Rusinem, —to jednak jest rzeczą pewną, że z ducha i z wychowania w sferze kozackiej Dalcżał do tych ryzykantów, którym nie brak zuchwałości, uporu, wytrwania i rozumu, jacy w ostatecznościach szukają zaspokojenia swoich ambicji, a wybici raz z równowagi, już nie mogą trafić na równą drogę.
Zdolnościami swemi i zręcznością wybijał się ponad tłum kozacki. Późniejsi historycy usiłowali koniecznie dać mu wysokie wykształcenie, opierając się na listach po łaci¬nie pisanych, ale wiemy, że z obcymi posłami porozumiewał się przez tłumacza, — listy więc byle kto mógł pisać, naj¬częściej Wyhowski. Wykształcenia posiadał jak raz tyle, że mógł być pisarzem w wojsku kozackiem. Rozum jednak i zręczność posiadał niezaprzeczone, czego wogóle wodzom kozackim zaprzeczyć nie można. Wydziwić się temu nie mógł Okolski.
Mając stałą siedzibę w Subotowie, pod Czehryniem, a może i dom w Czehryniu, dał się z tych zdolności poznać. Piastując już w roku 1646 godność setnika, wysłany był w poselstwie do króla, niby poufnem, ale ważnem. Wojna z Turcją i wypędzenie ich z Europy były w owym czasie prawie powszechnym programem polityki europejskiej i dla¬tego wojna ze światem muzułmańskim, reprezentowanym przez Turcję, była nadzwyczaj popularną. Pośrednictwo nie¬jako w polityce przypadło, według słuszności, Kurji Rzym¬skiej. Papież zapragnął zużytkować w tej imprezie zdolności rycerskie i zapał Władysława IV i namawiał go do wojny, obiecując pomoc pieniężną. Hetman W. K. Koniecpolski wy¬
83
stąpił z projektem zdobycia Krymu. Akcja przybierała sze¬rokie i wielkie rozmiary. Król zdecydował się ukrywać to przez czas jakiś, przewidując opór sejmu. Koniecpolski nagle (11 marca 1646 r.) umarł. To jednak nie skłoniło króla do zaniechania planu wojny Tureckiej. W przewidywaniu tej wojny, znowu wystąpił zamiar zużytkowania Kozaków. Tie- polo, poseł Kurji Rzymskiej, podsunął—jak mówiono—plan zrobienia dywersji Turkom, używając Kozaków do wielkiego najazdu na Turcję. Plan był bardzo ponętny, ale mało obie¬cujący na przyszłość z powodu chwiejności Kozaków. Obli¬czono siły kozackie, ale nie brano w rachubę charakteru — nieobliczalnego.
Król zapragnął porozumieć się z Kozakami, którzy, znu-dzeni długoletniem próżnowaniem, już poczęli przebąkiwać
0 sojuszu z Tatarami, najniewątpliwiej przeciwko Polsce, tem- bardziej, że powstrzymywanie najazdów uważali za „ucisk
1 krzywdę'*... Wojna turecka przypadłaby im niewątpliwie do smaku. W tym samym czasie, może nawet na życzenie króla, zjawiła się deputacja kozacka w Warszawie. Udział w niej wziął Chmielnicki, który „chytrości od Polaków nauczył się“ —jak pisał Wieliczko. Posłowie zetknęli się z królem bez świadków, otrzymali pieniądze na czółna i „jakiś przy¬wilej na aukcję wojska i na wolność iść na morze44. Współcze¬sny kronikarz ruski powiada, że był to ,,przywilej na robienie czółen4' —i niewątpliwie tak było. Buława po śmierci Ko¬niecpolskiego wakowała jeszcze, mógł przeto król w swojem imieniu dać takie przyrzeczenie.
Woj aa turecka do skutku nie przyszła, ale wkrótce za¬szły wypadki nieoczekiwane, w których przeznaczenie powołało Chmielnickiego do odegrania nadzwyczajnej roli. Jako set¬nik Czehryński miał on w posiadaniu futor Subotowski, który po ojcu dzierżył i orał ziemię temi samemi chłopami, nad którymi bardzo litował się, gdy orali ziemię szlachcicom pol¬skim. Dwór w Subotowie był nad jarem, na szczycie jego; dołem u podnóża płynęła Taśmina, od Czehrynia głęboki jar, od południa step gładki. Przyzwyczaił się do Subotowa i uwa¬żał go za własność i byłby może siedział tam spokojnie do śmierci, bo staroście nie wiele zależało na tern czy kawał stepu orze jakiś kozak, lub nie. Nagle na tym rębie prawie granicznym, schylonym ku Dzikim polom, zjawiła się kobieta,
84
tajemnicza jak cała tamtejsza natura. Żadnego śladu nie po-zostało skąd przyszła, ani jak się nazywała. Znano tylko jej imię — Helena. Nikt nie wiedział, ani jakiej religji, ani ja¬kiej narodowości. Wiedziano tylko, że była piękną i — nie¬rządną. Tyle wspomnień pozostało. S-two Czehryńskie nale¬żało do Chorążego koronnego, Aleksandra Koniecpolskiego, a w jego imieniu, jako Podstarości rządy sprawował Daniel Czapliński już od lat ośmiu. 1 o tym bliskich szczegółów braknie. Wiemy tyle, że był już człowiekiem niemłodym i miał córkę zamężną za jakimś Komorowskim. 1 Chmielnicki w roku 1640 był już wdowcem, miał synów Tymoszka i Ju- ryszkę, a córkę Helenę. Owa Helena stepowa wpadła w oczy obydwu— Chmielnickiemu i Czaplińskiemu. Zwyciężył Chmiel¬nicki o tyle, że Helena zamieszkała w Subotowie, w roli nie¬określonej, ale nie jako żona. Czapliński nie dał za wygraną. Pragnąc posiąść Helenę, musiał wpierw zgnębić Chmielnickiego. Zwrócił uwagę Chorążego na bezprawne posiadanie futoru. To byłoby jeszcze rzeczą małej wagi, gdyby nie przyczyniły się tu prawdopodobnie przechwałki Chmielnickiego o rozmo¬wie z królem, o zbliżającej się wojnie, o czółnach, o udziale Koza-ków. To budziło podejrzenie. Koniecpolski kazał futor odebrać. Chmielnicki skarżył się przed Chorążym na nadużycie Czap-lińskiego, powoływał się na to, że Subotówkę miał nadaną prawem własności przez Władysława JV, że posiadał na to przywilej. Sprawa wytoczyła się przed sąd. Widocznie wrze- kome dowody Chmielnickiego były albo przechwałką, albo nie dość mocne, bo sprawę przegrał.
Za plecami tego konfliktu wisiała ciągle wojna o ko¬bietę. Praktyczna a nieprzewidująca następstw zatargu He¬lena, bez żalu opuściła Subotowską siedzibę, przeszła pod dach Czaplińskiego, który, ażeby położyć koniec walce, oże¬nił się z nią. Zanim do tego doszło, Czapliński zażądał od Chmielnickiego pokazania dokumentów na prawo posiadaoia, otrzymał je i nie zwrócił. Co tam było—nie wiemy, dość, żo opierając się o rozmaite podejrzenia, Czapliński uwięził Chmielnickiego, który dowodów na usprawiedliwienie się nie posiadał, & „list” królewski był w ręku tytularnego hetmana, Barabasza. Widocznie podejrzewano Chmielnickiego o wzięcie udziału w wyprawie morskiej, a ponieważ plany wojny tu¬reckiej i wzięcie w niej udziału przez Kozaków były dla
85
młodego Koniecpolskiego i Podstarościego tajemnicą, mogli podejrzewać Chmielnickiego o zdradą.
Setnik Czehryński przegrał sprawą o Subotów, prze¬grał, wytoczoną Czaplińskiemu o porwanie żony, gdyż Pod- starości dowiódł, że żoną nie była, lecz nałożnicą, kochanką, wkońcu znalazł sią w wiązieniu.
Wyprosiła go stamtąd po kilku dniach „mądra Estera0,— jak mówi o Helenie Wieliczko. Chmielnicki nie opuścił Su- botowa, ale siedział cicho. Czapliński postanowił odebrać go najazdem—i odebrał, „pożakowawszy dom i gumno". Chmiel-nicki pojechał na skargą do króla, ale i tu, oprócz niewyra-
Zamek w Chocimiu.
żnej zachąty, nic wiącej nie otrzymał. Wrócił rozgoryczony, narzekający na ucisk i niesprawiedliwość. W duszy, prze-pełnionej żalem osobistym, rosła chąć zemsty. Dojrzewał w nim plan ucieczki na Sicz, do Krymu. Zapewne zbyt gło¬śno odgrażał sią, a pogróżki dochodziły do uszu Czaplińskiego i Chorążego. W celu wykonania ucieczki począł wysprzeda- wać się, ażeby sią w gotówkę zaopatrzyć. Domyślono sią tego i aresztowano go znowu, oddając pod opieką pułko¬wnika Czehryńskiego, Jana Krzeczowskiego, którego wią¬zały z Chmielnickim długoletnie przyjazne stosunki. Krze- czowski wziął go na porąką.
W tym czasie, zapewne mało mając nadziei na wypląta¬
80
nie się z nowej biedy, Chmielnicki powziął plan udania się na Sicz, zasłonięcia się listem królewskim werbowania ocho-tników, przyciągnięcia ku sobie Tatarów, zagrożonych planem Hetmana W. K. Koniecpolskiego i szukania dla siebie, pojmo¬wanej po kozacku, sprawiedliwości — także po kozacku.
Autograf Bohdana Chmielnickiego,
Uciekł tedy na Niż z „przywilejem44 królewskim, który od Barabasza wyłudził. Zdaje się, że za pomocą swojej awan¬tury starał się tylko wywrzeć wpływ na Koniecpolskiego o zwrot Subotowa. Akcja rozrosła się niespodzianie.
Rzeczywistym zatem impulsem, który pchnął Chmiel¬
nickiego do nieokreślonej jeszcze awantury, była sprawa oso-bista, co nawet niejednokrotnie z początku swojej karjery zaakcentował. Później, przy szczęśliwych okolicznościach, wyrosła mu ona po nad głowę. Używał wprawdzie „krzywd kozackich44 jako hasła agitacyjnego, a nawet o obronie religji
87
wspominał, — bez czego nie miałby zwolenników śród chłop-stwa, — ale główną dźwignią była chęć zemsty.
Udał się tedy na Sicz, w grudniu 1647, w niewielkiej kupie zwolenników i zetknął się tam z Kozakami. Nie mógł do nich przemawiać inaczej jak w imię „krzywd*4, bo sprawa jego osobista nikogo ani pociągnąć, ani zainteresować nie mogła. Każdy Kozak mógł sobie taki Subotów posiadać w Dzikich polach, ale wolał rabunek, a kobieta, wmieszana w awanturę, dla bezżennego z zasady społeczeństwa siczo¬wego, byłaby raczej odrazą niż zachętą do pomocy. Musiał przeto swoją sprawę osobistą łączyć z interesem Kozaczyzny i na tę nutę śpiewał. Bez pomocy Kozaków nie mógł się ze¬mścić na Czaplińskim.
Tradycje Pawlukowe, Ostrzaninowe i Skidanowe były jeszcze świeże na Siczy. Przegrana wojna rodzi zemstę, stąd też i Kozacy byli życzliwie usposobieni dla awantury Chmiel-nickiego. Umiał on zręcznie w inny ton jeszcze uderzyć, ażeby zwyciężyć Lachów, trzeba szukać pomocy. Doświadcze¬nie przekonało, że własnemi siłami nie da się to uczynić. Kogóż do pomocy wołać? Moskwa na razie już poprzednio wykręciła się. Pozostawali zatem zawsze chętni do rabunku Tatarzy.
Chmielnicki wyjechał do Krymu, porozumiał się z ha¬nem, dla zjednania go nastraszył planem Koniecpolskiego, a zachęcił —jak mówią — przyjęciem wiary Mahometa i od¬prawieniem w obecności hana ,,namazu“ — modlitwy wie¬czornej. Han obiecał dać mu na razie kilka tys. Tatarów.
Łatwo się było domyśleć, że zanosi się na imprezę Pa- wlukową, bo śród Kozaków kto tylko huknął na ochotnika - zawsze go znalazł. Jednym—powodem wystarczającym były fantastyczne krzywdy, skierowane do podtrzymania bez-ustannego wichrzenia w państwie, drugim — chęć szukania ko¬zackiego chleba. Ilu zgromadził ochotników Chmielnicki? Nikt nie wie. Kozacy zwiększali lub zmniejszali swoje siły w miarę potrzeby. Teraz w interesie postrachu należało zwiększać. Miał otrzymać osiem tysięcy Zaporożców i tytuł hetmana, to jest wodza nad nimi.
Hetman W. K. Mikołaj Potocki, uległy może nadmier¬nie winu i kobiecie, był człowiekiem rycerskim, ale w owym czasie już zużytym i małej energji. Stał obozem pod Cze-
88
hryniem z początkiem wiosny 1648. Miał dobry pomysł osa¬czyć zuchwałego Kozaka w kryjówce zaporoskiej, ale, jak zaczęto radzić, za radą podobno Szemberga, komisarza Rzpltej przy Kozakach rejestrowych, postanowiono rozdwoić siły: część — mianowicie Kozaków rejestrowych — posłać Dnie¬prem bajdakami, drugą część stepem, ażeby zamknać Chmiel¬nickiego w Siczy i nie wypuścić na włość, aby chłopstwa nie zwerbował. Rejestrowych było 4 tys., ze Stef. Potockim poszło 1200 kwarcianego wojska i 800 rajtarji. W wojsku nie obeszło się bez Kozaków.
Chmielnicki wyruszył z Siczy w drugiej połowie kwie¬tnia, zdołał porozumieć się z rejestrowymi i ku sobie ich pociągnąć. Przysięga wierności miała dla Kozaków znaczenie środka unikania doraźnej kary. Młody Potocki już prawie mijał Żółte Wody doliną, „bałką“, w której skupiały się żró- dłowiska kilku rzek stepowych, gdy został zaatakowany przez Chmielnickiego i rejestrowych z tyłu. Skutkiem niemożliwości obrony, bo i kozacy Potockiego „natione Roxolani“ także przeszli do Chmielnickiego, zdecydowano poddać się na słowo, że puszczeni będą wolno, jeśli oddadzą działa. Oddano je, a Chmielnicki uderzył na bezbronnych. Pozostała zatem tylko rozpaczliwa obrona bez nadziei zwycięztwa. Niedobitki wpa¬dły w ręce Kozaków i Tatarów, gdy taborek polski został rozerwany. Potocki poległ. Jan Wyhowski, głośny później pisarz W. Z. i hetman kozacki, który, jako banita za prze¬kroczenia różne, w wojsku szukał oczyszczenia się, dostał się Tatarom. Chmielnicki wykupił go u Tuhaj-beja za „jedną kobyłę*, jak utrzymuje Wieliczko.
Droga do Czehrynia była otwartą. Hetman W. K., prze-rażony nieoczekiwanem zwycięstwem Kozaka, a posiadając mało wojska do oporu wobec zdrady rejestrowców, zdecydo¬wał się odstąpić w głąb państwa i wzmocnić się posiłkami. Postanowiono cofać się taborem Da Korsuó. Chmielnicki szedł śladem hetmana W. K. Wojsko polskie już minęło Korsuń drogą wiodącą do Hohusławia, gdy trzeba było minąć jeszcze błotnistą i wąską bałkę. Chmielnicki z przodu zaskoczył wojsko polskie. Wozy taboru najeżdżały z góry w nieładzie i w tym nieładzie uderzono nań ze wszystkich stron. Prawi¬dłowa obrona była niemożliwa. Rozpoczęła się rzeź i ucie¬czka. Obaj hetmani, koronny i polny, poszli w łyka. Zwy¬
89
cięzcom dostały się olbrzymie skarby taboru, które Chmiel¬nicki zagarnął sobie, lub obdarzył niemi hana i swego no¬wego „przyjaciela jasnego sokoła“, Tuhaj-beja.
Jeśli nieostrożność mogła być ze strony hetmanów z braku poprzedniego zbadania pozycji nieprzyjacielskich, to zwy-cięstwa Chmielnickiego na Żółtych Wodach i na bałce Kor- suńskiej nie były wynikiem planu strategicznego, lecz zwy¬kłego w owe czasy żołnierskiego fortelu, wyzyskującego nie¬ostrożność nieprzyjaciela.
Tak czy inaczej, następstwa tych zwycięstw były fa¬talne: siły militarne polskie zniszczone, droga w głąb Rzpltej otwarta, duch sedycji i nienawiści śród chłopstwa i Kozaków wzmocniony.
Chmielnicki nie sformułował sobie jeszcze odpowiedzi na pytanie: czego chce? Co dalej zrobi? W początku czerwca stanął pod -Białą-Cerkwią i wahał się nie bez powodu, — nie był pewny dalszego udziału Tatarów. Z Czerkas jeszcze za¬wiadomił Cara i Króla o zwycięstwach. Carowi pisał, że „Króla Lachowie zamordowali". Obozując pod Białą-Cerkwią, zwoływał do siebie chłopów, roznosząc zachęcające wieści o bogactwie zrabowanego taboru Lachów.
Była jeszcze garstka wojska polskiego za Dnieprem pod wodzą Jeremiego Wiszniowieckiego, który, dowiedziawszy się
0 klęsce Żółtowodzkiej i Korsuńskiej, okrężną drogą na Czer- nihów przeszedł Dniepr i stanął w Brahinie. Chmielnicki nie ruszał się z pod Białej-Cerkwi, dokąd doszła go wiadomość, że rząd polski zagroził Turcji wojną, jeśli hana nie oderwie od Kozaków. Tatarzy nie dali się oderwać i to prawdopo¬dobnie zdecydowało dalszą kampanję Chmielnickiego.
Bunt kozacki przypadł na czas ciężki dla Rzeczpospolitej: król Władysław IV umarł w Mereczu, kanclerz W. K. Osso¬liński był chory, wojsko rozbite. Potrzeba było przedewszyst- kiem odnowić siłę zbrojną. Wyznaczono tymczasowo trzech Regimentarzy: Władysława Dominika Zasławskiego, najbo-gatszego i najgłupszego w Polsce pana, Mikołaja Ostroroga,
1 młodego Koniecpolskiego, nieznanego zupełnie z talentów militarnych. Chmielnicki, dowiedziawszy się o tern, scharak-teryzował ich trafnie: pierzyna, łacina i dziecina. Jeremi Wiszniowiecki, znany z energji, stanowczości i doświadczę-
90
nia wojennego, jedyny człowiek, który w tych czasach na¬dawał się na hetmanowanie wojsku, pozostał na stronie.
W chwili wypoczynku pod Białą-Cerkwią, a raczej niepewności, Chmielnicki próbował wykrętów, aby przewlec sprawę. Pisał więc listy do senatorów, prosząc, aby mu prze-baczono „poniewolny grzech** i do Króla, błagając o ,.ojcow-skie miłosierdzie4* — udając, że nic wie o śmierci — i, niby wierny poddany, podpisał się jeszcze:,.Starszy wojska J. K. M. Zaporoskiego4*.
Na arenę, jako ciągle narzucający się pacyfikator, wy-stąpił znany nam oddawna Adam Kisiel, najprzód wyznawca wschodniego obrządku, potem gorliwy katolik, potem znowu gorliwy ortodoksus, człowiek gładki, w polskich szkołach kształcony, jeden z tych, który pełne usta miał wierności i miłości dla Rzpltej, chociaż był gente Ruthenus, natione Po-lonus. Niewątpliwie był to człowiek dobrej woli, znał ducha kozackiego dobrze, ale chcąc dwom panom służyć, Rzpltę, pragnącą więcej niż potrzeba czasem pokoju, bałamucił polityką pojednawczą, a Kozakom pożytku nie przyniósł. W imię dawnej przyjaźni jakoby, radził on Chmielnickiemu odstąpić do Czehrynia i tam czekać na Komisję. Ale któryż to zwy- cięzki wódz ustępuje dobrowolnie z pola zwycięstw?
Na wieść o pogromie Rzpltej, wnet się oświadczył z przy-jaźnią swoją Rakoczy, który ją kolejno Kozakom i Polsce ofiarował i obiecywał siedm tysięcy żołnierzy; Moskwa ode-zwała się także, a tymczasem czerń tłumem napływała pod Białą-Cerkiew. Wiodła ich chęć łatwego „podpomożenia się4* i ta ukryta nieświadoma energja, którą pierwsza lepsza przy¬czyna pociąga do wybuchu. Jeżeli Kozacy mieli swoje hasło bojowe w idei odrębności klasowej, to ludność wiejska, żyjąc w takich dostatkach, o jakich dziś marzyć nawet nie może, garnęła się do obozu kozackiego tylko na hasło rabunku i swawoli. Przewyższała ona ilością Kozaków i wolę swoją narzucała Chmielnickiemu, żądając aby prowadził ją dalej, lub obierze sobie innego hetmana.
Zaburzenia, wywołane przez ChmitA^*-:iego, nie pozo-stały bez najbliższego skutku. Ciemną, a chciwą zawsze ludność wieśniaczą i podmiejską łatwo było wzburzyć uniwer¬sałami, zwiastującemi fałszywe, lecz pełne dzikości i dostępne inteligencji ludu, obrazy znęcania się nad nim Polaków,
iJ 1
wyliczaniem pomordowanych ludzi, których nikt nie mordował, spalonych wsi i miast, których nikt nie palił, zburzonych i spalonych cerkwi, których nikt nie burzył i nie palił. Tłum nie pyta o prawdą. Zgraje agitatorów kozackich opowiadały
0 mordowaniu dzieci, kobiet, o znęcaniu się nad niemi. To wystarczało do budzenia zemsty.
Na odgłos zwycięstw Chmielnickiego, które w wyobraźni ludu prostego wyrastały w olbrzymie obrazy, ludność wszędzie, gdzie tylko nie było dostatecznej siły zbrojnej polskiej, rzuciła się do mordów i rabunku. Nie było to objawem wojny społecznej, jaką była, naprzykład, wojna chłopska w Niemczech, chociaż teQ charakter pragną jej nadać koniecznie historycy wrogich nam narodów, lecz poprostu walką barbarzyństwa z kulturą, która jest wrogiem jego. Określił to doskonale ksiądz Szy¬mon Okolski w Djarjuszu swoim o pierwszych wojnach z Kozakami, że ,,jako naturaliter sunt hostes barbari non barbaris, tak prawie jest Rusin Polakowi'*. Pod ciosem ro¬hatyny i płonącej żagwi padały większe miasta, jako największe skupienia ludności, a więc Pohrebyszcze, Niemi rów, Mach- nówka, Bracław. Jedynym, zbyt może mściwym obrońcą polskiej ludności był Jeremi Wiszniowiecki, który zaszedłszy na tyły Chmielnickiego z garstką swego wojska, zwalczał
1 ścinał bezlitośnie Kozaków i ich watażków, gdzie się tylko zetknął z nimi.
W takich warunkach 7 lipca zebrał się sejm Konwo- kacyjny. Kozacy przysłali swoich posłów z litanją „krzywd". Skarżyli się tedy, że odbierają im futory, sianożęcie, stawy, młyny, ale milczeli o tem, że futory i pasieki zakładali bez-prawnie i bez wiadomości S-tów na cudzych gruntach; dziesię¬ciny pszczelne i wołowe biorą—jako rodzaj podatku w na- turaljach, synom kozackim nie wolno matek przy sobie trzymać, a żonom kozackim kazano ustępować z sadyb po śmierci mężów. Oczywiście, odnosiło się to tylko do Kozaków rejestrowych. Pułkownicy — rzadko Polacy, chyba perekiń- czyki, jak Krzeczowski, który przyłączył się do Chmielnic-kiego, — gdy któremu podoba się koń, albo oręż lub co innego — sobie za pół darmo przyswajają, siano i zboże prze¬mocą zabierają. Na Zaporożu także nadużywają swej władzy, po lisie biorą od Kozaka, a gdy nie da —samopały odbierają. Zdobyczy polowej, gdy sam Pan Bóg poszczęści i pojmają
92
Tatarów lub Tatarczęta, „za co by się Kozak przyodział, tak samo jak stada bydła i koni, odebrane od Tatarów", sobie przyswajają.
Streściliśmy te „krzywdy", gdyż stały się one osią pretensji kozackich, chociaż w znacznej mierze charakter ich zmienił się. Nie nosiły one cech prześladowania, lecz wcho¬dziły w zakres zwykłych zwyczajowych obowiązków, lub nieuniknionych nigdy i nigdzie nadużyć.
Kisiel robił w sejmie przychylny nastrój dla Kozaków, usypiając słodkiemi słowy izbę sejmową, to też w chwili, gdy po Korsuńskiej klęsce zbliżała się nowa — Pilawiecka, dziękowano Kisielowi, że „chmurę straszną, na zgubę Ojczyzny zgromadzoną, rozerwał". Tak wielka była moc frazesów. Postanowiono zbadać przyczynę rozruchów.
Rada dobra, ale lepsza była — wpierw rozruchy uspo¬koić, a potem przyczyny badać i usunąć. Postanowiono w końcu lipca wysłać Komisję „ludzi wielkich*' do Kijowa z żądaniem, aby Kozacy brańców wolno puścili, materjał wo¬jenny zabrany wrócili, zrzekli się sojuszu z Tatarami, aby zawsze pozostali tylko strażą graniczną od Turków, aby Ku- daku nie niszczyli, listy zmarłego króla zwrócili. W końcu mieli oświadczyć, że żołd był wysłany przed samym buntem i że między Kozakami zaginął.
Nic sobie Kozacy nie robili z Komisji—wycięto Połonne; Krzywonos, odpędzony od Konstantynowa, bawił się w Barze. Tymczasem Chmielnicki 29 sierpnia zorganizował się i obli-czył. Miał 180 tysięcy zbieraniny kozackiej i 30 tysięcy ordy. Zebrało się trochę i wojska polskiego, jako też pospolite ru-szenie. W stosunku do Chmielnickiego zarysowało się dwa poglądy: Kisiel nie radził grozić, będąc tego zdania, że „wi¬sząca szabla przywiedzie do ostatniej rekolekcji*4, a więc swoim zwyczajem życzył „radą szaleństwo mitygować", bo inaczej stracimy Ukrainę. Jeremi Wiszniowiecki zaś mówił: „uchowaj Boże, aby dla konserwacji Ukrainy środek pań¬stwa naszego zgubić daliśmy". Nie o chrześcijańską pobłażli¬wość tu chodziło, lecz o państwo, jego całość i przyszłość.
Wojska polskiego w pobliżu Konstantynowa zebrało się 36 tysięcy. Wyglądało ono jakgdyby szło na okazowanie, czyli rewję paradną, nie zaś na wojnę. Współczesny histo¬ryk powiada, że „od srebra i złota blask w wojsku. Rzędy,
93
siodła, bronie w srebro i złoto oprawne. Bogate stoły i wiel¬kie w wojsku bankiety, strojne panów ubiory, przepysznych i drogich futer podostatkuu. Dużo skarbów, gdybyż tyle i odwagi. Stanęli pod Pilawcami. Przekonano się, że obóz źle założony, postanowiono przeto cofnąć się taborem, już w obliczu nieprzyjaciela. Wodzowie wyjechali pierwsi. Woj¬sko, myśląc, że umknęli, mieszać się poczęło. Zaproponowa¬no dowództwo Wiszniowieckiemu, który odmówił, widząc niemożność poprawienia cudzych błędów. Kozacy i Tatarzy rozszarpali tabor. Nastąpiła panika ucieczki z jednej stroDy, rzeź i rabunek z drugiej. Wszystkie rzędy, konie, srebra dostały się zwycięzcom. Za kwartę wódki można było do¬stać aksamitną szubę. Zwycięstwem tego nazwać nie można. Był to popłoch nieoczekiwany nawet przez Chmielnickiego.
Wodzowie i niedobitki schroniły się do Lwowa, przera-żenie i przestrach przynosząc do bezbronnego miasta. Świa-domość niebezpieczeństwa rozbudziła ofiarność publiczną. Chmielnicki obiegł Lwów, który mężnie się bronił. Hetman kozacki niecierpliwił się, Tatarzy zapewne jeszcze więcej, postanowiono tedy zaproponować miastu okup. Samuel Ku- szewicz słuszaie mówił, że „Rzplta opuściła nas".
Dotychczas nic ujawniły się żadne plany Chmielnickie¬go, mające na celu sformułowaną obronę interesów narodo¬wych. Przeciwnie, w dezyderatach posłów przybyłych na Sejm Konwokacyjny była tylko mowa o „krzywdach koza- ckichM i żądanie obrony w tym kierunku. Był to poprostu bunt wojskowy, poparty przez czynniki najmniej uświado¬mione narodowo, które nie upominały się o żadne prawa narodowe, ale, widząc obok siebie bogatego sąsiada, żądne były tylko rabunku. W tym samym kierunku można było jedynie zadowolnić pragnienia Tatarów, pomocników i przy¬jaciół Chmielnickiego. Szczęśliwy zwycięzca gotów byłby iść za tym impulsem, jak długo starczyłoby mu czasu i sił, gdyby w chwilach przytomności umysłu nie stawało przed nim pytanie: co będzie dalej?
Na drodze zwycięskiego pochodu był Lwów, jedna z bram wiodących w głąb Rzpltej. Chmielnicki postanowił ją sforsować. Nie udało się. Postanowił przeto złupić mia¬sto, żądając okupu i wydania żydów, od których byłby z pew¬nością zażądał osobnego okupu, lub sprawił im krwawą łaź¬
Ol
nię— jak w Połonnem. Lojalni rajcowie lwowscy Die wydali żydów, a o okup targowali się. Trzeba było zadowolnić Gałgę, Tuhaj-beja i Kozaków. Okupił się Lwów kosztem siedmiuset tysięcy złotych poi., a Chmielnicki podążył pod Zamość.
W Zamościu był tylko pułk piechoty niemieckiej i 300 ochotników, trochę piechoty węgierskiej i 800 ludzi, utrzymywanych przez ordynację Zamoyską. Chmielnicki miał podobno już tylko 80 tys. przy sobie, reszta chłopstwa roz¬lazła się wobec zbliżającej się zimy. Chciał szturmem zdo-
Oblężenie Lwowa przez Chmielnickiego w r. 16^9.
być twierdzę, mieszkańców straszył, że „poszło duszek wa-szych niemało do Wisły“. Miasto broniło się. Wreszcie za pośrednictwem Mokrskiego, ex-jezuity, będącego pono in odorc u Chmielnickiego, okupiło się. Kozacy odstąpili, a Chmiel¬nicki przechwalał się, że uczynił to dla miłości króla, — i niby miał zamiar uderzyć na Lublin. Ale było to już przykrywanie cofania się.
W tym czasie wybrano nareszcie królem Jana Kazimie¬rza. Na rozmaite dezyderaty Chmielnickiego, znane już
95
nam, a wyrażane dorywczo w listach do króla, król zgodził się na to, ażeby wojsko zaporozkie pozostawało pod władzą króla. Co zaś do drugiego ważnego punktu, aby unja ko¬ścielna została zniesiona — nie zależało to od woli króla. Rzeczywistego „uspokojenia4* miała dokonać Komisja, której przewodniczyć miał oczywiście Kisiel, wielki amator orator- skiego gadania, pięknego pisania i przywracania spokoju za pomocą tych środków.
Była już późna jesień kiedy Chmielnicki rozpoczął od¬wrót wprost na Kijów. Wracał bez żadnych pozytywnych rezultatów, zostawiwszy tylko ruinę, popieliska i krew nie¬winnych ofiar na drodze swego pochodu. Zupełnie tak samo, jak gdyby to była wyprawa na Oczaków lub Kilję. W po¬jęciu tłumu wracał nie jako niszczyciel państwa, lecz zwy¬cięzca, pewny swojej mocy, stojący na czele licznych zastę¬pów. Ta okoliczność była przyczyną, że pochylały się przed nim czoła zarówno duchownych dostojników jak i tłumu. Tkwiło jednak jeszcze w tym tłumie poczucie czegoś złego, świadomość winy i to było hamulcem, powstrzymującym czas jakiś od rabunku i niszczenia wszystkiego, co polskie. Niedługo to jednak trwało.
Do Kijowa przy błąkał się wówczas jakiś oszust i przy-błęda, mianujący się Patrjarchą. Jechał do Moskwy po jał¬mużnę, gdy mu się nadarzyła świetna sposobność zetknięcia się z samozwańczym hetmanem kozackim. Ów Patrjarcha Hieronim uderzył w próżność Chmielnickiego: powitał go pontyfikalnie jako obrońcę religji,—kijowskie duchowieństwo było wstrzemięźliwsze, — dał mu błogosławieństwo na dalszą wojnę, zaoczny ślub z cudzą nierozwiedzioną żoną, — znaną nam już Heleną,—i posłał jej prezenty, równie słusznej war¬tości jak jego dostojeństwo,— to jest „mleko Najświętszej Marji Panny*4 i „samozapalające się świece". Trudno było za pomocą figlów duchowieństwa greckiego w sposób bar¬dziej brutalny bałamucić ciemne umysły. Zadowolony z tego wszystkiego Chmielnicki pił na umór i bawił się.
Wyjechał wreszcie do Czehrynia, a stamtąd do Pereja- sławia, gdzie stanął 19 lutego 1G49 roku w oczekiwaniu obie-canej Komisji. Po długich przeszkodach zjechała wreszcie Komisja z Kisielem na czele. Znalazła się tam, jak w gnie- ździe trzmieli. Chmielnicki, nadęty zwycięstwami, pił, z cza-
96
równicami radził, a zamiast porozumiewać się z komisarzami, łajał ich, jak parobków.
Tu dopiero, w chwilach wolnych od pijatyki, błysnęła w jego umyśle niewyraźna idea możliwości autonomji pro-wincjonalnej. Wyrzucił ją z siebie jak rakietę: „miejcie wy dla siebie Polskę, a nam Kozakom Ukraina należy“. „Wojo¬wałem — mówił — o szkodą moją, teraz o wiarę prawosławną, będę wojować1'. Plótł przy tern niestworzone rzeczy, — że Po¬lacy Kozaków „w pługi zaprzęgali'*, że „ziemi lackiej zginąć trzeba'*. Jednego dnia stawał niby w obronie wiary prawo-sławnej, a drugiego dnia Wieszniak, niedawny poseł do War-szawy, krzyczał: „wasi księża’i nasi popi, wszystko z ^...sy-nowie". A Kisiel „głaskał" i „miękczył łagodnemi słowy" pijanego Chmielą. Rzucił mu wreszcie Chmielnicki świstek papieru, jako warunki swoje: —aby unję znieść, Metropolita Kijowski aby w Senacie miał miejsce, Wojewoda i Kasztelan aby byli greckiego wyznania; kościoły rzymskie mogą pozo-stać,— niestety, były już zniszczone w tym czasie, a ducho-wieństwo wymordowane, — tylko Jezuitom zabroniony wstęp na Kuś; aby Czaplińskiego i Wiszniowieckiego Jeremiego wydano mu, dokończenie Komisji na Zielone Święta, a do tego czasu wojska-koronne i litewskie nie miały wchodzić w woj-dztwo Kijowskie po Horyń i Prypeć, a od Podolskiego i Bracławskiego po Kamieniec.
W ostatnim punkcie tkwi także pewne pojęcie, w jaki sposób Chmielnicki określał granice pojmowanej przez siebie Kozaczyzny autonomicznej z najwyższymi urzędnikami wy-znania greckiego. Wszędzie jest mowa o Kozakach, ale o narodowości ruskiej—nigdzie. Kozacy zatem występują tu tylko jako klasa dominująca i rządząca, ale posiadająca cha¬rakter tylko militarny, nieoparta zgoła o niewzruszoną pod¬stawę każdego państwa — ziemię.
Dezyderaty powyższe nie miały jednak żadnego znacze-nia. bo Chmielnicki, rosnąc w pychę i liczbę w dalszej woj¬nie, myślał, — lecz nie o tern jak ją zakończyć z pożytkiem- W lipcu 1649 roku wojska kozackie obiegły Zbaraż, gdzie z garstką żołnierzy zamknął się Jeremi Wiszniowiecki i Ko¬niecpolski. Pomimo najszczerszej chęci zdobycia Zbaraża,, nie zdobył go, a tymczasem wojsko polskie z Janem Kazi¬mierzem ruszyło na pomoc. Idąc z odsieczą, król zatrzymał:
97
się pod Zborowem. Rozpoczęły się układy z hanem o odstą¬pienie Chmielnickiego. Lękając się, aby one do skutku nie doszły, Chmielnicki z większą siłą pod Zborów ruszył. I tu miał szczęście. Wojsko nie okazało rycerskiego ducha i król
0 mało nie dostał się do niewoli. Nadaremnie prosił: „nie odstępujcie Ojczyzny, pamiętajcie na sławę przodków wa¬szych". Han przychylił się jednak do pośrednictwa pojedna¬nia obu stron, skutkiem czego zawarto traktat i pokój Zbo¬rowski. Równocześnie stanęły dwie ugody: z hanem Islam Girejem (19 sierpnia 1649) dzięki pertraktacjom W. K. ko-ronnego Ossolińskiego i osobna—z Kozakami, jako „deklaracja łaski".
I. Mają być zachowane „dawne przywileje i wolności".
2. Wojska zapór, ma być 40.000. Do rejestru wolno wpisy¬wać się od Dymiru do Jampola nad Dniestrem, a za Dnie¬prem — w Ostrzu, Czernihowie, Niżynie, Romnie. 3. Cze- hryn z okolicą pozostać ma przy buławie hetmana kozackiego, 4. Amnestja powszechna. 5. W miastach, które będą siedzibą pułków kozackich, nie wolno żydom mieszkać. 6. W sprawie unji i dóbr duchownych ma być osobny układ z Metropolitą Kijowskim. 7. W woj-ach Kijowskiem, Bracławskiem i Czer- nihowskiem urzędy otrzyma szlachta ritus graeci. 8. Jezui¬tom w Kijowie mieszkać niewolno. 9. Szkoły ruskie, już istniejące, mają w dawnych siedzibach pozostać. 10. Kozacy szynkowni nie mają, ale na swoją potrzebę mogą palić go¬rzałkę i sycić miody.
„Deklaracja łaski" nie zadowolniła Kozaków. Kisiel, naznaczony woj-dą kijowskim, 7 listopada 1649 zjechał na woj-dzwo, ale był chłodno przyjęty. Nikt na spotkanie nie stawił się, nawet Chmielnicki przyjechał później. „Dekla¬racja", może na razie niedoceniona, zawierała jeden postulat ważny — określała granice terytorjalne Kozaczyzny, acz niewyraźnie i była czemś podobnem do autonomji kozackiej w granicach wojewódzkich, ale sejmem wspólnym, wojskiem
1 polityką związaną z Rzpltą. Tej strony zależności nawet nie potrącano. Wogóle zależność,objętą traktatem Zborowskim, możnaby nawet nazwać do pewnego stopnia unją kozaczy¬zny z Rzpltą polską. Ale charakter tej zależności, jakkolwiek nie był szczegółowo określony, wyczuwało się w treści tra¬ktatu.
Kozaczyzna ukralnna.
7
98
Islam Girej, mając swoje porachunki z Moskwą, chciał do wojny zachęcić Chmielnickiego, który miał inne plany dalekie i tajemnicze jeszcze, nie dał się przeto wciągnąć.
Chmielnicki zarzucił sieci na wszystkie strony, nie wie¬dząc zgoła, co mu się uda złapać. Już z pod Zbaraża wysłał poselstwo do Padyszacha z propozycją przyjęcia Kozaków pod swoje hołdownictwo. Oczywiście miał na myśli wzór hospodarstwa wołoskiego. Padyszach odwdzięczył się — win¬szował mu zwycięstwa i przysłał buńczuk, kaftan, buławę i tytuł „Księcia Ruskiego1', a do tytułu dodał 3 funty sza¬franu i wór rodzynków. Na razie na tern się skończyło hoł¬downictwo Sułtanowi — dość tanio kupione. Łechtany w du¬mie swojej przez wrogów Polski, Chmielnicki wykrzykiwał: „mam za sobą Cara tureckiego, moskiewskiego, ordę, nie tylko Koronę polską, lecz państwo Rzymskie komu zechcę— dam".
Umizgi do Padyszacha nie przeszkodziły mu przygoto¬wać wyprawę na Wołoszczyznę. Krótko ona trwała—Chmiel¬nicki pokonał Leopolda, który Tatarom i Kozakom opłacił się. Ale za kulisami tego zwycięstwa było przyrzeczenie Ho¬spodara oddania młodszej swojej córki, Rozandy, za żonę sy¬nowi Chmielnickiego — Tymoszkowi.
Pomimo niby pokoju z kozakami, była ciągle mała wojna: ta lub inna strona napadała, lub broniła się. Każdą awanturę można było uważać za złamanie traktatu- Chmiel¬nicki brał je także za powód do wojny. Czego pragnął jego niespokojny duch, do czego dążył, na czem miał poprzestać?— Były to zagadki. Dawniej on był wodzem, teraz czerń ko¬zacka pchała go do wojny. „Dawaj żeru!" — stało się hasłem. On robił politykę, a „czerń" wojnę. 12 czerwca sto tysięcy ordy, jak mówiono, minęło Fastów.
Polska na obronę zdołała zgromadzić 40 tys. zaciężnych i sto tysięcy szlachty pod Sokalem. Stanowisko nie było dobre. Czarniecki radził zbliżyć się do Beresteczka. W tę stronę podążał także Chmieloicki, robiąc wszelkie możliwe usiłowania, ażeby na tyłach armji polskiej wywołać chłopskie rozruchy i chłopów przeciwko szlachcie podburzyć. Próba, do której dał się użyć jakiś Kostka-Napierski nie powiodła się i zakończyła się na szubienicy dla niedoszłego chłopskiego het¬mana. Kozaków było 90 tysięcy piechoty, 12 tysięcy jazdy,
99
100 tys. czerni, ladajako uzbrojonej, która szła jak na pewny rabunek. Czekano na Tatarów. Pod Wiszniowcem oba woj¬ska połączyły się. Dzwonem w cerkwiach witano radośnie ich przybycie, popi wyszli na spotkanie Tatarów w pontyfi- kalnych szatach, z 00 dział bito na powitanie. Chmielnicki w namiocie swoim leżał pijany. Wiedział już dawniej, że owa Helena, o którą wojnę rozpoczął, nowy romans nawiązała z jakimś zegarmistrzem, z którym dzieliła się złotem, wydo- bytem z krwi i pożarów. Kazał synowi Tymoszkowi powie¬sić ją. Pod Beresteczkiem otrzymał wiadomość, że wyrok wykonany. Martwił się przeto po swojemu, po kozacku,— pił. Pospolite ruszenie zajęło środek, lewem skrzydłem do¬wodził hetman polny Kalinowski, prawem — woj-da Bracław- ski Lanckoroński. Pierwszego dnia do rozstrzygającej roz¬' prawy nie przyszło. Jeszcze prawe skrzydło kozackie, oparte
0 tabor było mocne; Chmielnicki chciał zajść tyły polskie
1 zająć pole bitwy przed nocą. Han, spostrzegłszy umykają¬cego Chmielnickiego, posądził go o zdradę i półpijanego pociągnął za sobą do Wiszniowca, przywiązawszy do konia, jak powiadano. Poczęto zdobywać tabor. Kozacy prosili o łaskę. Król zażądał wydania dział, broni i Chmielnickiego. Pułkow¬nik Dżedżało, zastępujący Chmielnickiego, skłonny był do przyjęcia warunków, zrzucono go jednak z godności, a na czele stanął Bohun. Ostatecznie tabor rozerwano, znaczna część czerni rozbiegła się. Była to, jak słusznie pisał Ru¬dawski, nie bitwa, lecz licha potyczka bez planu, a trzeba dodać, i bez następstw. Chłopi rozbiegli się, Kozacy ucie¬kli, Tatarzy cofali się — i na tem wszystko skończyło się. Pospolite ruszenie w pogoń iść nie chciało, po długich -certacjach z królem rozeszło się do domu, a wojsko koronne z hetmanem W. K., starym, chorym i niedołężnym w głąb Ukrainy poszło gasić pożar. Naocznie przekonano się, jak wyglądała obrona ludu przez Chmielnickiego. „Po drodze — pisze świadek — ani miasta, ani wsi, jeno pola a popioły; ani ludzi ani zwierza żyjącego, tylko ptactwo w powietrzu'*. „Kraj bogaty, zboża i traw obfitość, ale ludzi niema, niema komu żąć i zbierać". Wojsko długi czas żywiło się ziarnem, wyłuszczoDem z kłosów i prażonem na ogniu1'.
Chmielnicki, wydobywszy się z rąk Hana, zwoływał resztki rozbitków i stał na Rusawie, ledwie w pięć tysięcy






