210
rozdawał Chmielnicki, a potwierdzał bigoteryjnie nabożny car Aleksy Michajłowicz.
Zanim zapoznamy się z rolą tego duchowieństwa, mo¬ralną i polityczną, powiemy słówko o tem jakiem ono było.
W każdem społeczeństwie stopień oświaty umysłowej i moralnej duchowieństwa daje skalę porównawczą do oce¬nienia umysłowości i moralności całego społeczeństwa. Sty¬kając się ustawicznie z ludem, przelewa w niego te same myśli i uczucia, jakiemi jest ożywione, daje mu taki pokarm duchowy, jakim odżywia się samo. „Umysły jaśniejsze, nie- zarażone duchem nietolerancji, widziały, że dla prostoty ru¬skich plebanów, oba obrządki, zarówno rzymski jak i ruski; do wzgardy u pospólstwa przychodzą. Lud wiejski swoich plebanów ani się boi, ani szanuje, w cerkwiach na mszy nie bywa, nauk duchownych nie słucha —leżeniem i próżniactwem najczęściej się bawi44. Wszędzie działo się to samo. Z reje¬stru złoczyńców grodu Sanockiego wiemy, że duchowieństwo ruskie brało czynny udział w zbójnictwic, w podmawianiu do zbrodni, w kradzieży bydła i koni — nie tylko osobiście, ale także przy współudziale własnych rodzin.
Na Ukrainie nie było zgoła lepiej. Wychowaniec poli-tyczny i uczeń biskupa białoruskiego Koniskiego, Sadkowski, w czasie wizyt monasterów ukraińskich, położonych w lasach Czchryńskich, Czcrkaskich, Smilańskich, przekonał się, że mnisi prowadzą rozpustne życie, mając przy sobie i mniszki. Sam tedy prosił o zlecenie gubernatorowi—do których jurys-dykcji, nawiasem powiedziawszy, monastery te nie należały— ścigać te próżniacze gromady, a tych, których monastery przyjąćby nie chciały, zdjąwszy habit i ogoliwszy głowę, do robót publicznych używać. Tenże sam Sadkowski pisał do dziekana Lewandy w Kijowie: „radzę ci ani łzom, ani prośbom ukraińskiego duchowieństwa nie wierzyć; rzadko ja w nich widzę poczciwego człowieka4*.
Każdy z licznych monasterów, otaczających Kijów, po-siadał przywileje do szerzenia demoralizacji. Takim przywi-lejem było prawo wyszynku gorzałki i miodów. Fakt ów niemoralny ze stanowiska zadań i celów duchowieństwa, miał najfatalniejsze następstwa nie tylko dla ludności, lecz i dla nas. W szynkach, do duchowieństwa wschodniego należą¬cych, pod jego opieką gromadziły się najgorsze i najrozpust-
211
nięjsze żywioły. Szynkownie monasterskie stały się przytu-
liskiem włóczęgów, złoczyńców, złodziejów, a monachowie
występowali w roli namawiaczy i paserów. Koło monastcrów,
w celach, na folwarkach skupiały się szumowiny społeczne;
tu, wspólnie z mnichami odbywały się narady nad wypra-
wami do Polski, ku-
powano proch i kule,
aprzechowywano zra-
bowane rzeczy.
Zamiast umoral-
niać ludność, czerńcy
prowadzili ze sobą
formalne wojny—za-
jazdy i procesy o han-
del gorzałką, które
się nieraz krwawo
kończyły. Taką woj-
nę o prawo wyszynku
wódki stoczył z magistratem kijowskim ihumen Piotro-Pawłow-
skiego monasteru, Antonjusz. 0 jezioro łowne urządził monaster
Meżyhorski wyprawę hajdamacką na Ławrę Peczerską. Za
przykładem czerńców szła służba monasterska i „posłusznicy".
Nie będziemy i nie mo-
żemy zaglądać do celi li*
cznych kijowskich mona-
sterów i badać ich życia,
ale nie możemy ukrywać
niezaprzeczonych faktów,
że z tych monasterów u-
ciekali mnisi,już wysokie
godności klasztorne po-
siadająoy,zrzucali suknie
zakonne i tonęli w wirze
pospolitej rozpusty—po-
za kratami zakonnemi.
Greko-unickie duchowieństwo na Ukrainie nie o wiele
było lepsze. Popi czyli parochowie—powiada człowiek współ-
czesny—ledwie umieli czytać psałterz i mszał. Ani tcologji
moralnej, ani nawet zasad wiary bynajmniej nie znali. Pełni
zabobonności i przesądów, do szkół jezuickich nie chodzili,
Część monasteru Peczersklego.
212
bo tam po ruska nie uczyli,—i mało ich było. Obowiązani byli to czynić Razyljanie, ale nie czynili.
Ortodoksalne duchowieństwo rekrutowało się najczęściej z niższej służby cerkiewnej lub popowiczów, którzy pod-uczywszy się psałterza, wyświęcali się w Perejasławiu, Kijo¬wie lub na Wołoszczyźnie. Między popem, dziekanem a chło¬pem w nauce religijnej i w obyczajach—zwykle widomej ró¬żnicy nie było. Nic też dziwnego, że duchowieństwo kijowskie— nie zawsze — żywy bardzo udział wzięło w hajdamaczyznie. Mnisi monasterów Michajłowskiego, Sofijskiego i innych, we¬dług niezaprzeczonych sądowych dokumentów brali gorący udział w organizacji watah hajdamackich, pili razem z niemi, brali na przechowanie rzeczy zrabowane, na których może jeszcze ślady krwi nie skrzepły, a nawet dzielili się zrabo- wanemi pieniędzmi.
Nie były to wcale wypadki pojedyncze. Nigdy i ni¬gdzie w stosunkach hajdamaków z duchowieństwem wogóle, a z czerńcami w szczególności nie było mowy o religji, o ucisku, o potrzebie obrony, ale zawsze tylko o rabunkach,
0 środkach jak najlepszego ukrycia śladów rabunku i zbro¬dni, jakoteż o współdziałaniu, mającem na celu zyski mate- rjalne 1 chciwość. Jeden z pokrzywdzonych wniósł skargę przeciwko czerńcom Sofijskiego monasteru, że „mimo prawa boskie i świeckie postępując, ludzi swawolnych, rozpustnych, na wszystko złe wyuzdanych hajdamaków, pod pokrywką
1 kolorem niby na dewocji, jednych w monasterze, drugich po futorach i wsiach trzymają; żadnej z excesantów sprawie¬dliwości nie czynią, ale dla zysku hajdamakom protekcję dają". Dzieje się to wszystko non propter Jesum, sed propter esum, co po rusku oznacza: „ne dla Isusa, a dla chliba kusa".
Hajdamacy mieli w Kijowie protektora w osobie polic-majstra Kononowicza, który za pieniądze dawał im „oczy-szczenie".
Nie tylko Werłanowe bunty, ale i późniejsze szerzenie się hajdamaczyzny tkwiło w znacznej mierze, na co już zwró¬ciliśmy uwagę, w bezbronności kraju. Dobro i spokój Oj¬czyzny, powaga Rzpltej ustąpiły miejsca sobkostwu. Jedyna prawie, jaka istniała, acz niepewna siła obronna kraju, skła¬dająca się z nadwornej milicji, była bezczynną. Niektórzy
213
Starostowie obowiązani do utrzymywania dla obrony Króle- wszczyzn kozaków horodowycb — wręcz wszelkiego współ-udziału w obronie kraju odmówili. Jabłonowski, s-ta Biało- cerkiewski, zabronił dawać kozaków nadwornych do gaszenia pożaru hajdamackiego, ale używać jedynie do obrony swoich posiadłości. nJa S-ta, a waść sługa*'—pisał groźnie do swoich podwładnych, nakazując posłuszeństwo. Tak samo postąpił Kalinowski, s-ta Winnicki. To też przez dziesięć lat prawie— około połowy 18-go wieku—w najstraszniejszy sposób graso-wało hajdamactwo, niszcząc kraj bezlitośnie. Jak w końcu 16-go, a na początku 17-go wieku Kozaczyzna niszczyła pobrzeża tureckie, miasta i ludność, tak jej córka z nieprawego łoża— hajdamaczyzna niszczyła Polskę. Mamy tylko ułamek szkód, poczynionych jedynie w woj-dztwie Bracławskiem, który zo¬stał złożony Komisji sądów pogranicznych. Z tego ułamku jednak wnioskować możemy, jakie olbrzymie spustoszenia poczynili hajdamacy. Dodać musimy, że zgłosili tylko mo- żuowładcy ukraińscy swoje pretensje, ale szlacheckich i ży-dowskich nie było. W roku zatem 1750 straty wynosiły 3.141.747 złotych poi.; w roku 1751—777.000 zł. p.; od 1750— 1757 wynosiły one 4.212.013 zł. p.; od 1750 do 1760 wyniosły 1.410.450. Co czyni razem olbrzymią jak na owe czasy sumę 10.141.200 zł. p., a była to tylko cząstka strat jednego woje-wództwa. Do obrony jednak trzech województw było do 2 tysięcy nominalnego żołnierza w „partji ukraińskiej**, któ¬rej regimentarze, jak Nitosławski, częściej dbali o zysk wła¬sny, niż o spokój Ojczyzny. Zapowiadał on, że tam i tam zjawi się z wojskiem i kazał dla niego furaż zwozić. Zwie¬ziono obficie owsa i siana, ale hajdamaków nie było. I by¬liby bardzo naiwni, gdyby przyszli — oni wcale nie szukali sposobności stykania się z wojskiem. P. Nitosławski, pokrę¬ciwszy się trochę, sprzedawał zapasy — i szedł dalej, gdzie się powtarzało to samo.
Od chwili wstąpienia na tron Stanisława Augusta, fa¬woryta niegdyś carowej Katarzyny II, sytuacja w Polsce zmieniła się na gorsze jeszcze skutkiem tego, że Katarzyna, poczęła występować wobec Rzpltej w sposób bardziej agresy¬wny i bardziej politycznie zdecydowany, niż to czyniły jej rozwiązłe i niedołężne poprzedniczki. Opanowana pychą za¬borczości niemieckiej, polityce swojej wobec Polski nadała
214
charakter niby lojalnego, przyjaznego stosunku sąsiedzkiego.
Poczęła szerzyć mniemanie, że Rzplta jest rewolucyjne uspo-
sobiona, że panują w niej ciągłe niepokoje, groźne jako za-
rzewie anarchji dla całej Europy, że wreszcie szerzy się w niej
jakaś straszna nietolerancja wobec obrządku wschodniego
religji i że ludność jest tam okropnie uciemiężona. Za po-
mocą swoich grubo płatnych przyjaciół Encyklopedystów sze-
rzyła te opinje w kołach politycznych Europy, jak gdyby py-
tała naiwnie: co mam
z tą Polską robić? Pro-
szę poradzić. Chciała-
bym ją uspokoić, dopo-
móc do wyjścia z tego
położenia.
Zręczna i przebiegła
Niemka na tronie carów
moskiewskich pierwsza
wpadła na pomysł uży-
cia religii za narzędzie
polityczne przeciw Pol-
sce, dzięki temu, że zna-
czna część obywateli
polskich była wyznania
grecko wschodniegolub
grecko-rzymskiego. Zi-
mna, sztywna wycho-
wanica protestantyzmu,
Katarzyna II, pomimo
przyjęcia obrządku
wschodniego, nie zatra-
ciła w sobie, bo to było
niemożliwe, ducha pro-
testanckiej nienawiści do rzymskiego katolicyzmu, który swoją,
że tak powiem poezją, drażni zawsze rozmiłowany w forma-
listyce protestantyzm. Wysunięcie przeto przez nią. jako cięż-
kiego działa, nietolerancji religijnej w Polsce, było tylko zło-
śliwą walką protestantki ze światem katolickim polskim, po-
krytą powłoką przekonań „oświeconego wieku" i prowadzoną
pod sztandarem prawosławja. Hasło takie,—zapomocą prze-
kupstwa biskupów prawosławnych w Polsce, wkrótce zrobiła
215
bardzo popularnem. Celów politycznych może nawet Rzplta nie dostrzegała. Pod przykryciem tolerancji religijnej ukry¬wała się drapieżna chciwość niemieckiej duszy, dla której Pol¬ska była ponętą, jako obok Rosji, jedyne państwo słowiańskie.
Awanturniczość kozackich watażków, atamanów, hetma¬nów, przesadnem łączeniem wolności ze swawolą pociągała ludność wiejską za sobą, a wmawiając w nią, że jest krzyw¬dzona przez Polaków, rozjątrzała przeciwko każdej władzy; każdy porządek i prawo nazywała niewolą, każdą pracę ludu, hojnie wynagrodzoną, nazywała wyzyskiem. Polskim stara¬niem i trudem zdołano w pustyniach ukrainnych, gdzie jeszcze w połowie 16-go wieku były puszcze leśne i dzikie stepy, pełne zwierząt, ale brakło ludzi i śladów ich pracy, stworzyć tysiące miasteczek, dziesiątki tysięcy wsi i zaludnić je pol¬skimi i ruskimi osadnikami z północnych woj-tw.
Mimo słabą obronność kraju przed najazdami Tatarów, zdołano go jednak bronić o tyle, że osadnictwo rozwijało się szeroko, miasteczka ożywiły się handlem, a ludność wzrastać poczęła. Gdy w chwili utworzenia woj-stwa Kijowskiego, było zaledwie nad Dnieprem i w pobliżu kilkanaście punktów za¬ludnionych, a dawne stepy Połowieckie za Perejasławiem były tylko siedliskiem dzikich zwierząt i koczowiskiem Tatarów, we sto lat przeszło powstało tam nowe, nieznane życie, wci¬skała się nowa, nieznana kultura. Obok Kościoła, który wzno¬sił się w Czernihowie, Perejasławiu, Lubniach, Kijowie, Fa- stowie, Winnicy, Bracławiu, Barze zjawiała się szkoła polska, która ludowi przynosiła oświatę. Wszystko, coby można na-zwać kulturą i oświatą w sferach pańskich i ziemiańskich było polskie, nie dlatego, że było narzucone, ale że było jedyne.
XI. WYBUCHY KOLISZCZYZNY.
Walki, zatargi, waśnie dwóch obrządków ze sobą, pod trzymywane i rozniecane przez Melchizedeka, były przygoto¬waniem gruntu do niedalekich występów hajdamackich, które mogły łatwo wywołać nową wojnę domową, jak za Chmiel¬nickiego. Ludność, drażniona przez obie strony, unitów i pra¬wosławnych, utrzymywana ciągle w naprężeniu nienawiści, gotową była do wybuchu. Czerńcy czehryńskich i smilańskich monasterów, ciągle zachęcali ludność: „zbuntujcie się — po¬wiadano — dobijajcie się do Jego Świętobliw-ości — biskupa perejasławskiego,—to i u was będzie prawosławjeu. Z tego podniecania korzystali Zaporożcy, którzy ruch hajdamacki po¬woli brać poczęli pod swoje kierownictwo — zapewne bez wiedzy czerńców, którzy w tym wypadku sami służyli jako nieświadome narzędzie. Istniały ogniska wylotowe, że tak powiem, hajdamaczyzny, ale brakło ogniska, skupiającego roz¬proszone i marnujące się na odosobnionych wyprawach ele¬menty hajdamackie, ogniska, w którem mogłyby się skupić, a poniekąd zorganizować dla podjęcia większej akcji. Na razie hasło rabunku było najbardziej zachęcającem i ponętnem. Ta- kiem ogniskiem stały się, może nawet nieświadomie, mona- stery Czehryńszczyzny i Smilańszczyzny, położone śród lasów, które, jako ciągle odwiedzane przez ludność najdalszych okolic, najmniej zwracały na siebie uwagę. Okolice te, ogołocone prawie zupełnie z wojska, nadawały się z tego powodu do organizowania sił hajdamackich.
Urzędowym niejako agitatorem ze strony Katarzyny II był biskup Białoruski, który zmuszał popów do przysięgi, że będą carowej i jej synowi „nieobłudnie służyć", a o „przyłą¬
217
czenie do Rosji wszelkiemi środkami starać się będą pismem i słowem". Było to jawne i bezkarne namawianie do buntu przeciw władzy Rzpltej. Koniski zatem na północy występo¬wał w roli politycznego agenta Rosji. Ale dla upozorowania nietolerancji religijnej, która miała otworzyć bramę do za¬boru, potrzebny był jeszcze taki agent na południu. Znalazł się on bez trudu w osobie Melchizedeka Znaczko-Jaworskiego, ihumena monasteru Motroneńskiego.
Melchizedek JAworski.
Do połowy 18-go wieku kresowe prowincje Rzpltej wolne były od zaczynu zatargów religijnych, które fanatyzm i ciem¬nota, połączone z celami osobistemi, w ciągu kilku lat zdo¬łały rozdmuchać w pożar społeczny. Po unji Brzeskiej były walki polemiczno-religijae nie bez pożytku dla obu stron i miały one charakter dogmatyczny, ale nie społeczny. Melchizedek pochodził z Zadnieprza. Człowiek wielkiej ambicji i energji, rozwinął nadzwyczajną działalność, stawszy się pożądanym pomocnikiem Repnina. Na Sejmie toczyła się właśnie sprawa
218
dysydentów. Zaliczono do nich także ortodoksów greckiego wyznania. W obronie ich wystąpiła Katarzyna II, upatrując w tem doskonały powód do wmieszania się w wewnętrzne sprawy Rzpltej polskiej. Już zaczynała się była w owym czasie tworzyć legenda, że prześladowani są — Rosjanie. Pomysł ten nie był jeszcze ani sformułowany wyraźnie, ani tembar- dziej wysuwany na czoło jako poważny akt. Ale myśl sama dojrzewała. Dopomagali do tego uczeni niemieccy, sprowa¬dzeni do Akademji nauk w Petersburgu, gdyż Rosja nie po¬siadała jeszcze ani nauk, ani uczonych. Dojrzała ona prędko. Jako pierwszorzędny powód wmieszania się powstała sprawa rzekomego prześladowania prawosławja na rzecz unji. Ażeby prześladowanie umotywować, potrzebne były koniecznie do¬wody. Z jednej strony dostarczał ich Koniski, z drugiej —■ Melchizedek. Uzyskawszy od biskupa Perejasławskiego, Lin- cewskiego, prawo wizytacji cerkwi „błahoczestywych", Mel¬chizedek począł kierować do biskupa prośby o instalację w pa- rafjacb, gdzie już była unja, popów prawosławnych, wpisy¬wał jakie chciał nazwiska chłopów, a nieumiejących pisać — podpisywał Krzyżem świętym. Podpisy były fałszywe naj¬częściej. W ten sposób wprowadzał rozdwojenie w gminie i walkę popa z parochem unickim. Popi uniccy nie chcieli odstępować bogatych prebend, stąd dochodziło do kłótni, do starć, skarg, bijatyk. Nie brakło fanatyków z jednej i dru¬giej strony, co wywoływało ekscesy, potrzebę wmieszania się władzy i sądu — a stąd nowe skargi na ucisk. Charaktery¬styczny przykład takiego zatargu miał miejsce w Mblijowie, gdzie jeden, podobno fanatyczny wyznawca Kościoła wschod¬niego, Kusznir, porwał skrzynię z aparatami kościelnemi i saD- ctissimum i zabrał do siebie. Oskarżony o świętokradztwo, przekonany na sądzie, że ubrany w szaty kościelne pił w karcz¬mie, a wyrzuciwszy sanctissimum, deptał je nogami, skazany został na powieszenie. Melchizedek zrobił z niego męczen-nika, gdy to był zwykły przestępca.
Ihumen Motroneński jeździł razem z Koniskim do Pe¬tersburga ze skargą na prześladowanie, chociaż była to tylko walka parochów dwóch obrządków, najczęściej o bogate pro¬bostwa, a Carowa korzystała z tego i wysyłała do Repnina reskrypty, żądające od dworu polskiego zaprzestania prześla¬dowań, chociaż wiadomo było, że ze strony rządu polskiego
219
pod tym względem żadnego kroku nie uczyniono. Bywała zbytnia gorliwość ze strony duchowieństwa unickiego, ale jeszcze bardziej gorliwem okazywało się duchowieństwo orto* doksalne, a pewne opieki Carowej, zachowywało się bardziej zaczepnie.
Repnin, który wykonywał ukazy Carowej, znał jednak wartość tych figur, któremi rząd rosyjski posługiwał się. Do jednego ze swoich przyjaciół pisał: „Dołączam list własno-ręczny naszego blagiera (wrala), biskupa Białoruskiego (Ko- niskiego), który nigdy z nikim zgodnie żyć nie może, ze wszystkiego niezadowolony, a z każdym popem, byle tylko nieprawosławnym, gotów jest za łeb się wodzić. Nie ma po¬trzeby dużo o nim pisać, znasz go dobrze.u Dowody „prze¬śladowania* fałszowane lub wymyślane, zbierane obficie przez Koniskiego i Melchizedeka, dopomagały jednak Repninowi w jego dyplomatycznej robocie. A naiwny Stanisław August, może jeszcze niezupełnie wyleczony z amorów dla ukorono¬wanej nierządnicy, nie orjentując się w tej grze dyploma¬tycznej, skierowanej do rozbicia Polski, wydał manifest (19 lu¬tego 1766 r.) do metropolity i biskupów unickich z polece¬niem zaprzestania prześladowania, powtarzając te same żale i fakty, któremi operowali Koniski i Melchizedek. W ten spo¬sób uznawał niejako fakt prześladowania, które w rzeczywi¬stości wyglądało zupełnie inaczej.
Nie przewidywano końca tej igraszki agitacyjnej. Rząd rosyjski po roku 1768 także się trochę ocknął. Repnin bez ogródek a słusznie twierdził w liście do Panina, że „przy¬czyną niepokojów na Rusi jestnietylko archirej Perejasławski (Gerwazjusz Lincewski), ale także jego podwładny, ihumen Motroneński Melchizedek, którego ja sam znam i wiem, że jest to zupełny oszust (płut), człowiek bardzo niespokojny, zdolny do wszystkiego. Śmiem powiedzieć Waszej Eicelencji, że temu archirejowi należałoby już dawno ogonek uciąć, gdyż od tych podbechtywań jego mogą być złe następstwa. A za-spokoić go nie można będzie inaczej, jak tylko zamknąć pod klucz". Rezultatem tego było przeniesienie jego nareszcie z Motroneńskiego monasteru do Perejasławia, to jest w gra¬nice Rosji.
Prowadził on dalej agitację anti-unicką, nie dostrzegając z pewnością, że za plecami tej agitacji prowadzi się inna,
220
to jest organizacja hajdamaczyzny, oparta o siłę militarną Zaporoża. Akcja ta nasuwała się jako wniosek, wynikający z czynności skupiania się sił zbrojnych. Sicz nie występo* wała jawnie, lękając się Moskwy, dawała tylko temu ruchowi swoich Zaporożców, jako watażków, wyczekując niewątpliwie rezultatu, ażeby się do tego ruchu przyłączyć w razie powo¬dzenia. Spółudziału w popieraniu go wyrzekała się zawsze
Typ hajdamaki z rzezi Humanskiej.
i stanowczo. Wodzowie i aktorowie ostatniego dramatu Ko- liszczyzny korzystali zręcznie z agitacji Melchizedeka, która miała tę dobrą dla nich stronę, że zaniepokoiła i rozbudziła ludność miejscową z ćwierćwiekowego prawie snu po rozbiciu się Kozaczyzny. Zobaczymy, jak się rozwijała ta akcja. Ażeby pociągnąć za sobą żywioły samowolne, trzeba było dać im hasło realne, zrozumiałe, dostępne, a takiem hasłem mogła być tylko zachęta do rabunku i rzezi.
221
Sprawami religijnemi Zaporożcy nie interesowali się. Chowani w obojętności religijnej, rozumieli i znali tylko zewnętrzną stronę religji, a na walkę, rozpoczętą przez Mel¬chizedeka zapatrywali się tylko ze strony praktycznej, — ona podniecała lud i drażniła, ale pociągnąć za sobą wielkich mas nie mogła. Prowadzona przez czerńców i popów o lepszość tego lub innego obrządku, w życiu praktycznem miała cha¬rakter walki duchowieństwa o chleb powszedni. Pojmowanie religji z obu stron było zbyt materjalne, ażeby mogło rozbu¬dzić wojnę religijną, ale agitacja religijna wywołała większe rozwłóczenie się ludności, która tłumnie odwiedzała różne monastery, a było ich kilka blisko od siebie. Mosznohorski, Motroneński, Smilański, skupione na niewielkim ale lesistym obszarze Czehryńszczyzny, który stał się pewnego rodzaju kotłem, gdzie się gotowała nienawiść i próżniactwo.
Od monasteru do monasteru włóczyły się gromady wło¬ścian. Duchowieństwo obu obrządków, zarówno wschodniego jak i unickiego, wyszło z równowagi, nie wiedziało na pewno w którą stronę pochylić się, bo wiara ich była nader chwiejną. Na miejsce usuwających się dobrowolnie lub usuwanych przemocą parochów i popów, przychodzili ludzie prości, wy¬święcani na Wołoszczyźnie, pijacy i łotrzykowie. Wytworzyło się wśród tej warstwy jeszcze większe nieposzanowanie stanu duchownego, religji i obrządku. Za nic sobie miano zarówno obrządek grecki jak i unicki; z jednego przechodzono na drugi i odwrotnie z niesłychaną lekkomyślnością i łatwością, a włościanie urządzali sobie po prostu licytacje na popów— wypędzali ich lub mieniali według fantazji prawie. Ale i duchowieństwo zachowywało się nie lepiej—wyświęcało się z jednaką łatwością na obrządek wschodni lub unicki, a po¬tem powtarzało to samo vice-versa — kilkakrotnie—w czasie swego zawodu duchownego.
Taka sama nierówność i niespokojność charakteru i du¬cha, rzucającego się od wiru hulaszczego życia do obłudnej pokory i pokuty, idącego od ołtarza i modlitwy na uczty hajdamackie, jedną ręką dającego jałmużnę, a drugą sprze¬dającego łupy hajdamackie cechowała ówczesny stan mnichów prawosławnych, tułających się po lesistych futorach mona- sterskich i monasterach. Ta niby „obrona prawosławja" rozluźniała doszczętnie stosunki monasterskie. Ludność miej¬
222
scowa, drażniona przez unitów i nic unitów, żyła w dziw-
nem podnieceniu, śród której nienawiść do Lachów miała
legendarny podkład i była wieczną zachętą do rozboju i ra-
bunków.
Taki nastrój zużytkowało Zaporoże po swojemu. Szczegól-
nie Mosznohorski i Motroneński monastery, odznaczające się
agitacją i nastrojem antipaństwowym, doskonale nadawały
się do skupiania się hajdamaków i pokrywania ich zamiarów.
Melchizedek wiedział niewątpliwie, że czerńcy kijowskich
monasterów organizowali
wyprawy hajdamackie do
Polski, pozwalał tedy na
skupianie się hajdamaków
w lesic Motroneńskim, w
pobliżu monasteru, ażeby
ich użyć w danym razie, —
jako protest przeciwko
„prześladowaniu błahoczc-
stija“, ale ruch przerósł
jego zamiary i przybrał
inne zabarwienie.
Człowiek współczesny
tym ruchom, Zaporożec,
opowiada genezę formo-
wania się watahy Żeleź-
niaka w sposób nie ule-
gający zaprzeczeniu. Naj-
przód przyjść miało do Mo-
troneńskiego monasteru
tylko trzech Zaporożców
z Siczy, niby na dobrowolne umartwienie i nabożeństwo.
Udawali oni niedołęgów, ubierali się ubogo jak nędzarze,
chodzili zgarbiwszy się. Jeden z nich, nazywający się Da-
mian Gnida, poszedł do monasteru Łebedyńskiego, drugi
Łuskonogiem zwany — do Moszeńskiego czyli Mosznohorskie-
go, a trzeci Szełest, na dobrowolnej pokucie pozostał w Mo-
troneńskim monasterze. Przesiedział tam dwa lata, groma-
dząc rozmaite zapasy, robił spisy, kupował żupany, szarawa-
ry, czapki, buty, a ciekawym, którzy go pytali poco to, odpo-
wiadał, że wyszle w podarunku do Siczy, bo tam wszystko
223
drogo. Robiąc to, jednocześnie skupiał ludzi, namawiając, ażeby do hajdamactwa „przystali". Na miejscu otoczonem jarem, zrobili zasieki, zbudowali basztę, w sąsiednim bajraku urządzili „sklik", zawiesiwszy „kazań" na dębie, słowem zrobili maleńką Sicz. Nie brakło nawet ogrodzenia na ko¬nie hajdamackie. Trwało to blisko trzy lata. Stąd, upa-trzywszy kogoś bogatego, (a Lachów tu nie było, tylko chłopi ruscy) napadali na niego w nocy i rabowali, po kilkunastu udając się na rabunek. W dnie świąteczne, gdy dużo lu¬dności zbierało się w monasterze, werbowali ochotników. „A czerńcy siedzieli spokojnie po celach bo dawno o wszy- stkiem wiedzieli**. Gdy w każdym z trzech monasterów ze¬brało się po 300 hajdamaków, zjawił się w Motroneńskim monasterze Żeleźniak i wszyscy razem wyruszyli w głąb Ukrainy.
Władza polska mało o tern wiedziała, bo byłaby chyba przeszkadzała, ale wiedział jenerał-gubernator Kijowski, Wo- jejkow. Jemu nie o Polskę szło, lecz o Rosję. Lękał się niepokojów, pisał tedy do biskupa Perejesławskiego, że po¬siada „niezaprzeczone wiadomości", że w guberniach Humań- skiej, Smilańskiej, Kaniowskiej i Czehryńskiej są gromady hajdamackie, które skupiają się w lesie Motroneńskim, w pobliżu monasteru, o czem przełożeństwo monasteru nikogo nie zawiadomiło. Stąd urządzają się wycieczki rabownicze. Zawiadamiał, że dla zniszczenia tego gniazda wysłał pułk karabinierów z prowincji „Elisawetgrądzkiej" i komendy Ko¬zaków Kompanijskich.
Już w lutym i na wiosnę 1767 roku zanosiło się na bu¬rzę hajdamacką, jak się zdaje, w porozumieniu z Zaporożem. W tym. czasie ihumen Motroneński posłał zbiega z katedry Perejasławskiej, djakona Sylwestra, na Sicz „na pokutę". Ojciec Sylwester pokutował bardzo krótko: ledwie mu czasu starczyło na przejazd tam i napowrót, ale przywiózł ze sobą jakiegoś Zaporożca Iwana. W tym czasie ojciec Hawryło z Prus, o. Antoni Rajgrodzki i Jan Kosuszewski także od-siadywali ppokutę". Litościwy Iwan powiada do nich: „po co wy, pobożni ojcowie, macie tu siedzieć i cierpieć z powodu obrzydliwych unitów? Gdybyście mnie tylko napisali list do Gardu (nad Bohem), aby hołota tutaj przybyła, jabym do Wielkiej Nocy wszystkich unitów wygnał1*. Gdy Hawryło in-
224
nemu popowi opowiedział o tem, ten dał krótką radą: „do¬brze, napisz, tylko nie podpisuj siąu. Listy były popisane na zaciągi ochotników, a nawet jakaś wataha wyruszyła, aby „rizaty Lachiw", ale gubernator Żabotyński rozpędził ją, nie domyślając się, że gniazdo hajdamaków pozostało w lesie Motroneńskim.
Tym razem przeto zamach nie udał się. Przedwcześnie rozgłoszono tajemnicę.
Do wybuchu hajdamackiego przyczyniła się okoliczność, najmniej, zdaje się, mająca wspólnego z hajdamaczyzną, — była to Konfederacja Barska. Zawiązana przeciw wpływom politycznym Rosji, w obronie całości państwa i religji, przez to samo stała się aktem nienawiści ze strony Rosji. Stron¬nictwo Repnina, zanim ją mogło zniszczyć, próbowało zdy¬skredytować, przedstawiając Konfederatów, ze swego oczy¬wiście stanowiska, jako buntowników. Do pomocy wzywano zwykłą towarzyszkę polityki rosyjskiej—intrygę. Ponieważ Konfederacja obejmowała przeważnie Podole i Ukrainę, roz¬puszczano pogłoski, że konfederaci mają niszczyć ludność prawosławną. Była to woda na młyn Melchizedeka, który wiadomość tę zakomunikował swemu zastępcy w monasterze. To też gdy jacyś rabusie na początku maja 1768 zrabowali monaster, biskup Perejasławski prosił Wojejkowa, aby lu¬dności i czerńców bronił od „Konfederatów". W kilka tygo¬dni potem rabunek się powtórzył, hołota rozpędziła czerńców, a jako dowód, że to byli Konfederaci, przytaczano, iż byli „w polskiem ubraniu". Nie było tajemnicą kozacką, że haj- damacy ubierali się w ornaty i w chałaty żydowskie i w tem ubraniu wyprawiali orgje pijackie. Nic to nie pomogło, że w całej okolicy Konfederatów nie było. Oni byli potrzebni Melchizedekowi.
Próba sprowadzenia „hołoty" z Gardu nad Bohem, czyli właściwie z Bohogardowej polanki, z czem się Zaporożcy niby z dobrej woli narzucali, była niczem innem jak tylko chęcią zwiększenia watahy, formowanej już przez Żeleźniaka i innych. Nie udała się ona skutkiem wykrycia, bo inaczej już może o rok wcześniej rozpoczęłyby się te wypadki, które się zakończyły zdobyczą Humania i rzezią mieszkańców. Że to był zamach, na większą skalę zakrojony przez Zaporoż¬ców, świadczy ta okoliczność, że z wczesną wiosną roku 1768-
225
zagony hajdamackie jak na komendę zjawiły się w powia¬tach Czerka9kim, Czehryńskim a nawet Wasylkowskim i Ta- raszczańskim i rozpoczęły od rabunku i mordowania szlachty, a watażkami tych band byli przeważnie Zaporożcy. Żadnych celów politycznych watażkowie ci nie wyjawiali, bo z pewno¬ścią na te hasła nie byliby pociągnęli za sobą ani włóczę¬gów szwendających się po pałankach zaporoskich, ani wło¬ścian, a nawet o tych celach sami nic nie wiedzieli. Hasło zaś rabowania od dłuższego czasu było już bardzo popular- nem, a cała polityka jego streszczała się w słowach: „rizaty i hrabowaty". Można z pewnem prawdopodobieństwem przy¬puścić, że cele polityczne, acz bardzo niejasno, ujawniły się dopiero w Humaniu, po zdobyciu miasta. Akcja zaporoska za pośrednictwem Żeleźniaka była prowadzoną równolegle do akcji Melchizedeka, opierała się zaś o nią o tyle, że — z po¬czątku tylko, w celu zjednania wielkiej masy ludności, po-sługiwała się hasłem „obrony prawosławja", które wkrótce zeszło zupełnie z pola jako czynnik agitacyjny.
Nie można było nigdy wywołać na Ukrainie większego ruchu antispołecznego i antipaństwowego jak tylko powoła¬niem ludności na swawolę, na „swobodę". Żyjąca od wieków w absolutnej niezależności, ludność ukraińska uważała wszelką władzę, wszelkie prawo, wszelkie zobowiązania za ucisk, za krępowanie „swobody", i przy pierwszej nadarzającej się spo¬sobności, w imię tego hasła gotową była do walki, która ze stanowiska każdego państwa niczem innem nie była jak tylko buntem i anarcbją. Potrzebne było hasło popularne. Najdostępniejszem dla ludności, wychowanej w takich warun¬kach, było nawoływanie do rabunku. W ten sposób objawiała ona reakcję przeciwko narzuconemu jej porządkowi społe¬cznemu. Hasło obrony religji było nietylko dla szerokich mas ukraińskiej ludności drugorzędnem, ale zrozumiałem o tyle, o ile łączyło się z hasłem bardziej realnem.
Kto stawał wobec ludu z hasłem zemsty i nienawiści, kto mu gadał o obronie jego nprawM, które były niczem innem jak bezprawiem i swawolą antispołeczną, ten mógł być zawsze pewnym sympatji mas, jakie dzięki swemu ma¬łemu stopniowi wykształcenia politycznego i państwowego, stoją zawsze na stanowisku skrajnie egoistycznem, klaso- wem, a często antinarodowem nieświadomie. Tę psychikę
Kozaczyzna ukralooa. 15
226
lada znają dobrze podżegacze różnego rodzaju i posługują się nią dla różnych celów. Nienawiść, którą wzywano do pomocy t o tyle odnosiła się do Polaków, że innej narodowości na kusi nie było, a jeśli mówiono o Żydach, którzy padali ofiarą zemsty ludowej, to wobec nich czynnik religijny, obok ma¬terialnego zysku, odgrywał największą rolę. Największą winą żydów było, że „Chrysta zamuczyły**. Szlachcic polski na Ukrainie posiadał ziemię i żył z ziemi, ale nie z frymarki, oszustwa i handlu jak żyd, który, jako wieczny tułacz i włó¬częga, gromadził tylko pieniądze, bo za nie mógł kupić bez¬pieczeństwo i prawo dalszego bogacenia się. Jeżeli przeto w szlachcicu, w Lachu widziano pierwiastek władzy, która lud w jego pojęciach o swobodzie krępowała, to na żyda patrzono jak na worek pieniędzy, który przedewszystkiem rabowano.
Lud ruski od wieków posługiwał się jednakiem hasłem antispołecznem—nienawiścią i rabunkiem, i w ten sposób ma-nifestował swoją opozycję, a tern chętniej stawał pod tym swoim sztandarem, gdy się mógł powołać na prawo, po swo¬jemu rozumiane. Takie prawo stanęło przed nim na wiosnę 1768 w formie ukazu Katarzyny II. Miał to być ukaz wy¬dany z datą 9—20 czerwca 1768 z Petersburga na imię Ma¬ksyma Żeleźniaka, pułkownika i atamana zaporoskiego, pole¬cający wyrżnąć wszystkich Polaków i żydów, zabraniający jednak prześladowania i rabowania cudzoziemców, przebywa¬jących dla handlu. Ukaz był podpisany przez carowę i kontr- asygnowany przez „Piotra Kalniszewskiego ze świadkami*4. Zupełna nieznajomość formuły ukazu, ani tytułów świadczą najwymowniej o tern, że był fałszowany, czemu zresztą rząd rosyjski nie zaprzeczył. Watażkowie hajdamaccy, jak Maksym Szyło, Semen Nieżywy i inni, którzy dla rabunku włóczyli się w kilku powiatach Kijowszczyzoy, powoływali się na „Złotą hramotęu. 0 istnieniu jej mówili wszyscy, oglądało ją wielu. Niektórzy nawet utrzymywali, że drukowana była złotemi literami, stąd „Złotą*4 zwana. Dla poparcia swoich donosów o prześladowaniu prawosławja, Melchizedekowi po¬trzebny był akt zbrojnego wystąpienia ludu, co wydawało mu się tern łatwiejszem, że o gromadzeniu się hajdamaków wiedział. Pomysł napisania złotej hramoty był jego pomy¬słem. Świadkowie, ludzie współcześni i opinja publiczna
227
zgodnie twierdzą, że wyszła ona z kuźni Melchizedeka. Jedni
utrzymują, że pisał jakiś Mołdowan, mnich Motroneński, na
polecenie Melchizedeka, drudzy, że sam ihumen ją napisał
(,,a pysaka buw dobryj"). Pisarz rosyjski Skalkowski, będąc
w posiadaniu archiwum Siczy, twierdzi, że Melchizedek po-
kazał Kalniszewskiemu hramotę Katarzyny II, nakazującą
Wojsku Zaporoskiemu dopomagać wszelkiemi środkami „cier-
piącej" cerkwi. Pisarz Hłoba, przeczytawszy ją, odradzał
Koszowemu brania udziału; gdyby Carowa życzyła sobie
tego, przysłałaby ukaz bezpośrednio do Koszowego, nie po-
sługując się pośrednictwem.
Nie wyglądało to wszyst-
ko jednak tak cnotliwie jak
się wydaje. Zaporoże w owym
czasie było mocno niezadowo-
lone z rządów Rosji, która
urwała mu część dawnych
ziem pod swoje osadnictwo
i stare zwyczaje zaporoskie
niszczyła. Między Starszyzną
zaporoską powstał plan zama-
chu, który miał na celu za-
mordowanie Kalniszewskiego,
wybranie innego Koszowe-
go, wymordowanie rosyjskiego
garnizonu i „szukanie nowych
panów". To wszystko mogło
być w związku z wystąpieniem
Żeleźniaka, o czem oczywiście Melchizedek nie wiedział. 0 co
innego chodziło jemu, a o co innego Zaporożcom. Należało
przedewszystkiem wywołać większy ruch ludowy, co też udało
się zrobić Żeleźniakowi przy pomocy pomniejszych watażków.
Przeszłość Żeleźniaka dość urozmaicona. Umiał czytać,
pisać, służył przy artylerji zaporoskiej. Ale duch niespokojny
nie trzymał go na miejscu. Wymykał się z Siczy i „arga-
tował", czyli wynajmował się jako robotnik do rybołówstwa
na Niżu Dnieprowym. Zaglądał także do Oczakowa, gdzie
gorzałkę sprzedawał.
Wyszedł on ze swoją watahą z lasu Motroneóskiego
w końcu kwietnia 1768, stamtąd przez Medwedówkę, Żabo-
228
tyn do Smiły i Czerkas. Do watahy przyłączali się z sąsied¬nich wsi hultaje, robotnicy gorzelniani i niespokojniejsze ży¬wioły ze wsi. Zrabowano Smiłę, nie robiąc różnicy między panami, popami, chłopami, mieszczanami. Każdy był nieprzy¬jacielem, kto jakikolwiek majątek posiadał. Po zwycięstwie w Smile poszedł pod Czerkasy, gdzie zamordowano guberna¬tora, a zrabowano ludność. Padły ofiarą Korsuń, Moszny. Znęcano się w najokropniejszy sposób. Ubodzy parochowie uniccy postrzelani i okrwawieni na szubienicy świadczyli —
0 prześladowaniu prawosławja. Pierwszem pytaniem tych obrońców było: gdzie są pieniądze? Potem—poczęto szukać: rozbijano komory chłopskie, dwory „pańskie44, piwnice, spi¬żarnie dworskie, rozbijano kłódki żelazne, wywalano drzwi, wiercono ziemię po piwnicach, szukając „hroszy44. Zabierali przedewszystkiem złote i srebrne rzeczy, ale nie gardzili ni- czem. Dążąc ku Łysiance, Żeleźniak w ten sposób wszędzie „bronił prawosławja".
Bezbrzeżna hulaszczość i swawola hajdamaków przecho¬dziła wszelkie granice. Jeden z uczestników watahy, jakiś Hałaburda, wskoczył do beczki z wódką i chlał, aż się upił do nieprzytomności. W drugiej wsi, o kilkanaście wiorst odległej od pierwszej, znowu się upił „do należytości44
1 w stanie nieprzytomnym zamordował żyda arendarza. Z ta¬kich ludzi składała się wataha Żeleźniaka.
Upojony zwycięstwami, zwiększywszy watahę swoją pi¬jacką czernią, obryzgany krwią, zdążał Żeleźniak do Ły- sianki. Tu dopuszczano się najwstrętniejszych nadużyć. Gdy zdobyto zameczek, ludność chować się poczęła. Niektórzy na dachu szukali schronienia — tych z dachu strącano na pod¬stawione spisy. Bawiono się hucznie i wesoło. W ten sam sposób zrabował Korsuń, Bohusław. Jeden z pomocników Żeleźniaka, Nieżywy, najbardziej dziki watażka, gdy mu Ka¬niowski zameczek poddać się nie chciał, podpalił domy pod-miejskie, chociaż należały do ludności prawosławnej. Inny bohater, Szwaczka, którego unieśmiertelnił Goszczyński, haj- damaczył pod Fastowem, Bohusławiem, Wasylkowem, Woło- darką, nie przepuszczając ani klasztorom, ani kościołom. Inny bohater, Bondarenko prosił popa: „pobłogosław ojcze, abym się mógł zabawić w mojej wsi rodzinnej" — a pop krzyżem świętym żegnał łotra i błogosławił.
— 229
W krwawym tryumfie postępował Żeleźniak ku Huma-
niowi. Była to jedna z mocniejszych twierdz kresowych, sto-
lica ogromnego obszaru ziemi, zwącego się Humańszczyzną,
będąca własnością Szczęsnego Potockiego. Tu się mieścił
główny zarząd dóbr Potockich, a rozruchy hajdamackie spę-
dziły ludność z najdalszych okolic, szukającą bezpieczeństwa
pod osłoną twierdzy. Zwieziono tu wszystko, co kto miał
najdroższego. Przepełnienie było ogromne. Po za miastem
utworzył się osobny obóz zbiegów, których miasto pomieścić
nie mogło. Według ra-
chunku ludzi współcze-
snych było tam około 8
tysięcy ludzi. Do obrony
zameczku rządca i za-
stępca Potockiego, Mła-
danowicz, posiadał gar-
nizon, złożony z 600 lu-
dzi, w którym było 300
dragonów. Oprócz tego
była t. zw. milicja zie-
lona, wybierana z lud-
ności wiejskiej i prze-
znaczona dla konfedera-
tów i milicja nadwor-
na, na czele której stał
pułk. Obuch. Oprócz te-
go komisarz ze Spiczy-
niec przyprowadził 500
kozaków, a milicji zie-
lonej było 200—tak, że
siła obronna Humania była dość znaczną, jeśli zważymy, że
niektóre miasteczka nadesłały swoje milicje. Naogół można
przyjąć na Humań 2600—2700 żołnierzy pod dowództwem
Obucha i Gonty. Żeleźniak miał pod sobą 30 chorągwi i 15
dział. Współcześni obliczali siły jego na 4000 zbrojnych
i mających działa hajdamaków, a drugie tyle było na zago-
nach w najbliższej okolicy.
Gdy się Żeleźniak zbliżał do Humania, uprzedzono Mła-
danowicza, że Gonta zdradza, że tajemnie porozumiewa się
z hajdamakami! Gonta wypierał się. Miękki i niedołężny
Gonta, setnik humańskl.
230
Mładanowicz kazał mu przysięgać, że — nie zdradzi. Gonta trzy razy przysięgał: przed krucyfiksem, pod harmatą i przed wyjściem do obozu przeciwko hajdamakom, ale zdradził—raz tylko- Przed wyjściem w pole przyjął od żydów w podarunku półmisek złotych, podziękował, zaręczył, że będzie wiernym— i zdradził. Przed wyruszeniem Gonty do obozu jeszcze prze¬strzegano Mładanowicza, że łotr zdradzi. Trzeba go ująć i łeb uciąć. Na nic przestrogi, gdy człowiekowi brak siły.
Przez cztery dni nie było żadnej wiadomości od Obu¬cha. Na Gontę przestano liczyć. Ale samo milczenie było złą wiadomością. Poczęto radzić, co robić. Ale panika i upa¬dek ducha były tak wielkie, że inni woleli modlić się, niż radzić. Pod Papużyńcami Gonta połączył się z Żeleźniakiem. Obuch był już tylko pułkownikiem — bez wojska. Kozakom więcej uśmiechał się rabunek, niż wierność. W przykładnej zgodzie przeto obaj watażkowie poszli—,,Humań hrabowaty"— jak się wyrażała pieśń ludowa.
Najprzód rozpoczęła się rzeź obozu pod Grekowym la¬skiem. Zwycięstwo było łatwe, bo ludność bezbronna.
Po rzezi w obozie poczęło się miasto zbroić—czem kto mógł. Kobiety przeważnie rzuciły się do kościołów i modli¬twy, urządzono procesje błagalne o miłosierdzie. Śród ciem¬nej nocy resztka kozaków, jaka jeszcze pozostała w Huma¬niu, uciekła do obozu hajdamackiego, gdzie odbywały się zabawy i pijatyka. W mieście zatem brakło żołnierza, amu¬nicji, a nawet wody. Miodem, piwem, wiśniakicm gaszono pragnienie. Lenart, jeden z nielicznych ludzi, którzy nie stracili przytomności, prosił Mładanowicza, aby mu pozwolił zrobić wycieczkę i wyrżnąć pijanych hajdamaków — ale na¬daremnie. Sprowadzeni na rozkaz Gonty włościanie ze wsi okolicznych pod rąby wali dębowy ostrokół zameczku. Gonta zdołał przekonać Mładanowicza, że działa z rozkazu Carowej, „gwarantki Uzpltej" i pokazał mu chorągiew z portretem Katarzyny II i ukazem. Wobec tego poddano się, ,,prosząc na chleb i na sól“ hajdamaków. Krwawe to było powitanie. Wyrządzono zapraszającym rzeź tak bestjalską, o jakiej nie słyszano nawet za czasów Chmielnickiego i Turków. Kobiety gwałcono publicznie w kościołach, księży zabijano przy ołta¬rzu, małe dzieci porywano na spisy i rzucano, żydów, zam¬kniętych w piwnicach, dymem duszono. Mładanowicza za¬
231
rżnięto jak barana, obrządu chrztu dokonywali przemocą. Po takiej uczcie hajdamackiej, rozpoczęła się wesoła zabawa obozowa. Przed bramą bóżnicy ustawiono działa i strzelano do wnętrza. Gonta zażądał od żydów okupu, przyniesiono go, zabrał wszystko, a. żydów precz wyrzucił. W obozie grała muzyka—na trzech teorbanach, a Gonta z Obuchową tańcował. Wszyscy ocaleni—na znak wdzięczności zapewne — musieli tańcować. Z rzeczy zrabowanych ułożono wysokie ,,mogiły"— jak powiada współczesny człowiek, — sukna, bławaty, futra, odzienie. Połamanego srebra było sześć skrzyń. Z tego po¬łowę zabrał ŻeleŹDiak i odprzedał jakiemuś kupcowi z Ki¬jowa. Dwoje dzieci Mładanowicza ocalało przed mściwym nożem Gonty. Zlitował się nad niemi jakiś stary włościanin i prosił, aby mógł wziąć do siebie. Gonta ze złością rzekł do niego: „Zabierz sobie tych dwoje psiaków". „Podarowałeś panie wojewodo te dzieci? — spytał". Gonta odpowiedział: „niech idą do czorta!"
Repnin, dowiedziawszy się, że włościanie koło Białej Cerkwi i Humania zbuntowali się, kazał „łagodnemi środkami skłonić ich do powrotu do domu", ale, przekonawszy się, że ruch ma groźniejszy charakter, kazał „gasić siłą zbrojną".
To też wkrótce rozpoczęło się gaszenie.
Kreczetnikow wysłał pod Humań pułk. Kołogriwowa, a następnie Gurjewa. Kołogriwow zajął stanowisko wycze¬kujące, stosownie do pierwszej instrukcji. Stanął obozem obok hajdamaków i utrzymywał przyjacielski stosunek z Że¬leźniakiem i Gontą. Porucznik powiadał, że po to przyszedł, ażeby cały kraj na Kozaczyznę przerobić, a króla przymusić, aby nie lackim, jeno kozackim królem nazywał się. Po zwy¬cięstwie hajdamacy już się nie ukrywali ze swojemi planami. Plan Kołogriwowa zyskuje pochwały Gonty. Rozczulony za¬prasza go do siebie do Rosuszek.
Nadzieje te popsuło przybycie Gurjewa z innemi już in-strukcjami— „najśpieszniejszego rozbicia i pochwytania haj-damaków". Rano przyjechał Gonta, ażeby z Kołogriwowym do Rosuszek jechać, nie wiedząc o tern, że hajdamacy, upo¬jeni gorzałką przez Dońców, śpią. Porucznik kazał podać her¬batę, ale pił sam, Gonty nie prosił, a gdy ten oświadczył chęć napicia się, porwał się od stołu i w twarz parę razy^woje- wod^humańskiego uderzył. Było to znakiem dla służby, która,
232
wszedłszy do namiotu Gontę w dyby zakuła. JDoócy i kara- binjerzy rzucili się na hajdamaków, poczęli ich wyłapywać, w dyby zakuwać i wiązać. Kto był trzeźwiejszy, zdołał uciec. Do południa już było po „panowaniu** hajdamaków. Przy pierwszem spotkaniu się Gonty i Żeleźniaka przy salwach
Plan Humania.
armatnich i z rusznic, Maksyma Żeleźniaka obwołano hetma¬nem, Gontę — pułkownikiem i wojewodą, obaj zaś zostali obdarzeni przez czerń tytułem „książąt". Żeleźniak dostał ty¬tuł „księcia Smilańskiego", Gonta zapewne — Humańskiego. Jakiś Ułasenko ustanowiony rządcą Humańszczyzny. Obda¬rzeni temi tytułami przez czerń hajdamacką, wyruszyli pod
233
Humań. Przedtem jeszcze rozpoczęła się pewnego rodzaju organizacja wojska bardziej prawidłowa. Żeleźniak wydzielił z szeregów czerń nieuzbrojoną i odesłał do domu, a koza¬ków nadwornych i innych nazwał „wojskiem zaporoskiem*.
Moskwa najnieoczekiwaniej przecięła te marzenia.
Branicki, który z garstką wojska także był wysłany na uspokojenie buntu, przyszedł już po ukończonej przez Moskali uczcie i nie zdążył nawet pokazać się pod Humaniem. On tylko dzielnie uspokajał „bunt Konfederatów". Stał pod Serbami.
Według raportu Gurjewa, zgodnego zresztą z zapiskami naszych pamiętnikarzy, z obozu hajdamackiego pochwycono i uwięziono 780 kozaków polskich i 65 zaporoskich, reszta zdołała umknąć. Oprócz tego wzięto 14 dział, ogromną liczbę broni, strzelb, tysiąc koni i wiele innych rzeczy. Toby do¬wodziło, że było o wiele więcej niż Gurjew wykazał, musieli to być wszakże chłopi lub ,,hołota", która, porzuciwszy broń, umykała piechotą. Hajdamaków wyłapywano jednak dalej. We dwa dni później, t. j. 24 czerwca schwytano jeszcze 900, 5 lipca 50 Zaporożców, 12 lipca 120 hajdamaków, 18 go 225. Kołogriwow przyprowadził 309 hajdamaków i 45 Zaporożoów. Liczba zatem zatrzymanych przekroczyła 2000 o wiele.
Gdy Gontę z pierwszą partją odprowadzono do Serbów, do obozu Branickiego, Żeleźniak z małym oddziałem zdołał umknąć. Miał przy sobie zaledwie 20 hajdamaków. Po dro¬dze wataha ta zwiększała się. Umykali najprawdopodobniej w kierunku Wołoszczyzny, ku granicom Turcji, bo w kilka dni po katastrofie, Żeleźniak już hajdamaczył między Siną wodą a Kody mą. Ludność polska i żydowska przestraszona, uciekała do pobliskiej Bałty. Żeleźniak zażądał jej wydania, a gdy Kajmakan odmówił, zdobył miasteczko i w pień wy¬ciął, zasłaniając się tern, że jest częścią Wojska Zaporoskiego, wysłanego przez Koszowego dla niszczenia Lachów i żydów pokazując dla swojej obrony znany już nam „ukaz". Wataha, zgromadzona po drodze przez Żeleźniaka składała się z naj¬gorszych wyrzutków społecznych, którzy o wojskowości po¬jęcia nie mieli, nie umieli obchodzić się z bronią i działami. Gdy Żeleźniak „wypoczywał" pod Bałtą, nadeszła Kajmaka- nowi pomoc tatarska. Niedowierzając widocznie siłom swoim. Żeleźniak rozpuścił swoją watahę, a sam, tułając się na ste¬pie, natknął się na huzarów pułkownika Czorby i został
234
aresztowany. Jenerał-gubemator Wojejkow miał ukaz wy¬słania go do Nerczyńska, ale wkrótce przyszedł drugi ukaz, polecający sądzić hajdamaków. Miano ich odesłać do Bałty, gdzie na miejscu zbrodni powinna była mieć miejsce egze¬kucja. Miało się odbyć to „hańbiące widowisko" w końcu września. Żeleźniak nie został jednak stracony, prawdopo¬dobnie knutowany tylko, gdyż dawny ukaz — wysłania go do Nerczyńska — utrzymał się. Żeleźniak w drodze, wraz z innymi, rozbroił konwój i umknął. Złapany jednak wkrótce i przyprowadzony do Moskwy, znowu knutami ukarany został. Dalsze jego losy już nieznane.
Gonta, jako poddany polski, wysłany został do obozu pod Serby, gdzie badany i zasądzony na barbarzyńską karę— darcia skóry pasami. Równie dzika kara spotkała innych hajdamaków, większość zaś rozesłano do rozmaitych miast na roboty forteczne.
Bunt Żeleźniaka nazwaliśmy ostatniem echem kozackich marzeń. Stłumione doszczętnie na Zadnieprzu, w Hetmań- szczyźnie, odbijały się one jeszcze głucho i niewyraźnie na Zaporożu. które, ograniczane w swoich prawach coraz bar¬dziej przez Rosję, skorzystało z awantur, wywołanych na tle religijnem, aby ten ruch ludowy wyzyskać na swoją korzyść. Gdyby nie wmieszanie się Rosji, która lepiej i trafniej od rządu polskiego oceniała znaczenie tego ruchu, byłby on przybrał szersze rozmiary. Ale łudzili się Zaporożcy, przy-puszczając, że może on dosięgnąć tego stopnia, do jakiego doszedł za Chmielnickiego, bo jeżeli w Rzpltej z braku woj¬ska i przy rozluźnieniu wewnętrznem, możliwy był ruch lu¬dowy bodaj na niewielkim obszarze, to na Zadnieprzu biu¬rokracja moskiewska, wojskowa i cywilna, tak mocno za¬ważyła nad całem społeczeństwem, że o jakiejkolwiek po¬ważnej opozycji, a tembardziej orężnej, mowy być nie mogło.
Echa swawoli kozackiej nie rozbiły się o huk dział Te- keliego, rujnującego Sicz zaporożną, nie zginęły z jękiem Gonty pod Serbami, z włóczęgą Żeleźniaka na Sybir; one długo jeszcze odzywały się tu i tam wśród ludności, ale już o in¬nym charakterze.
Nie będziemy się interesować teraz losami rozbitków Siczowych po za granicami już państwa rosyjskiego, ale nie możemy pominąć tych ostatnich odgłosów 18*go wieku, ja¬
23ó
kie w roku 1789 niepokojem i hukiem napełniły prawie cały Wołyń i wywołały utworzenie osobnej Komisji do zbadania przyczyny i charakteru tych drgań niewyraźnych, jakie w ży¬ciu tamtejszego ludowego społeczeństwa spostrzegamy.
Jeśli w buncie hajdamackim, jaki się rozwinął na Ukrai¬nie stepowej, nie można dopatrzyć żadnych przyczyn natury ekonomicznej, to na Wołyniu położenie chłopa było pod tym względem o wiele gorsze. System pańszczyźniany i fol¬warczny nie tylko oddawna wziął górę nad systemem czyn¬szowym, ale w porównaniu z położeniem ekonomicznem lud¬ności na Rusi stepowej,—wydawał się ciężarem i uciskiem. Nic dziwnego przeto, że burzyła się ludność wołyńska, która nie tylko wiedziała, co się działo przed dwudziestu laty w Humaniu, ale według pojęć której Gonta i Żeleźniak urastali do roli bohaterów dla tego jedynie, że „rizały paniw-, to jest tę samą warstwę społeczną, która ciążyła także nad losem ludu wiejskiego na Wołyniu. Gonta zatem i Żeleźniak otoczeni byli aureolą bohaterstwa i męczeństwa, uważani za ideowych obrońców ludu, a ultrademokratyczni historycy ruscy i rosyj¬scy do niedawna tylko z tego stanowiska idealistycznego oceniali Kozaczyznę i Hajdamaczyznę. W głębi duszy wołyń¬skiego chłopa żyło niejasne oczekiwanie przyjścia nowego Gonty lub Żeleźniaka i nieraz, w chwili odpowiedniego na-stroju, wyrywało się groźbą lub życzeniem. O Żeleźniaku mniej mówiono, o Goncie często, może dla tego, że w brzmie¬niu jego nazwiska wyczuwało się raczej brzmienie wołyńskie, niż ukraińskie.
Humańskiego Gonty już nie było, ale marzenia ludu skupiły się koło jego syna, tak samo jak koło synajŻeleźniaka. Przyczynił się do tego niewątpliwie drogą pośrednią słynny pamflet polityczny przeciwko Ponińskiemu skierowany, a znany i rozpowszechniony jako „Suplika sukcesorów Gonty i Żele¬źniaka*4. Syn Gonty nazwany w niej Wasylem, a Żeleźniaka Iwanem. O tej „Suplice- mówiono wszędzie, a dla prostego umysłu chłopskiego nie cele polityczne pamfletu, których nie rozumiał, lecz nazwiska same przypominały jego dolę i budziły nadzieje na krwawy odwet. Nadzieje te opierały się o Rosję. Rosja odgrywała rolę opiekunki Rzpltej, „gwarantki" jej wolności. Sieć intryg, rozrzucona przez nią, wichrzyła w dwo¬jakim kierunku: przez płatnych agentów Repnina, obficie
236
wyławianych śród szlachty i panów, i przez agentów śród duchowieństwa prawosławnego, jakimi byli Koniski i Sad¬kowski z mnóstwem swoich różnorodnych pomocników. Pierwsi agitowali od góry, drudzy od dołu, śród ludu. Pierwsi dla celów polityki używali złota, drudzy — posługiwali się ciemnotą ludu, rozgłaszając, że tylko Rosja wybawić może z niewoli lackiej, ale trzeba ażeby lud wyrżnął Lachów, jak to zrobiono na Ukrainie. Agitacja tego rodzaju korzystała z rozdwojenia religijnego, panującego na Rusi, a więc i na Wołyniu. Między kościół rzymski i grecki wbity został klin unji. Dotykał on wprawdzie obu stron ciała, ale rozsadzał jedność państwową, rozbudził nieufność, nienawiść narodową i w imię połączenia dusz ludzkich w niebie, rozdzielił je na ziemi.
Śród ludności wiejskiej szerzyły się pogłoski, że Carowa przyszłe wkrótce syna Gonty, ażeby znowu wywołać bunt przeciwko „panom“ i rzeź, a w tym celu przysyła już gotowe— może nawet poświęcane—noże. Pogłoski te szerzą i jakoby rozwożą noże osobni wysłańcy z Rosji—zwani „ofieni“ i „mar- kietanci", z rosyjska ,,korobiejniki“ —drobni handlarze, którzy swój towar dźwigają na plecach od wsi do wsi. We wsiach zatrzymują się przeważnie u popów unickich, to też dzięki tym pogłoskom duchowieństwo unickie padło przedewszyst- kiem ofiarą podejrzeń.
Impulsem do zbadania tej całej sprawy posłużył tra¬giczny wypadek jaki się stał w Niewierkowie, w pow. Łuckim w majętności Jana Welczyńskiego. Dwoje ze służby jego domowej z zemsty osobistej wymordowali całą rodzinę. Wy¬padek ten poruszył całe szlacheckie społeczeństwo Wołynia i dał początek do szukania głębszej, niż osobista, przyczyny. Zachowanie się Rosji wobec Rzpltej, jawne prawie dążenie już nie zagarnięcia państwa polskiego pod swój wpływ po¬lityczny, lecz do oderwania od niego tych części, które z ty-tułu jedności religijnej z Rosją uważane było za słuszne, wywoływało śród szlachty wołyńskiej trwożliwe nastroje. Kilka pogróżek, w rodzaju tych, że „trzebaby sprowadzić syna Gonty", kilka może pijackich przechwałek, wybiły zupełnie z równowagi społeczeństwo wołyńskie. Przesuwało się przed jego oczyma krwawe widmo Koliszczyzny, ciągnął się długi orszak pomordowanych ofiar i nic dziwnego, że przerażał
237
ludzi. Nauczeni przykładem bezbronności Ukrainy, mie¬szkańcy zażądali zorganizowania osobnej Komisji dla zbada¬nia całej sprawy, a dla samoobrony, bodaj doraźnej, utworzyli milicję.
Ogromne wzburzenie wywołały zeznania parocha uni¬ckiego z Suska, Łukajewicza, który oświadczył, że nietylko na własne oczy oglądał wysłańców moskiewskich, namawia¬jących do buntu i oświadczających, że Wołyń przejść ma wkrótce pod panowanie Rosji, ale widział nawet coś podob¬nego do ukazu carowej. Zeznania te pociągnęły za sobą nie¬tylko większą czujność Komisji, ale i przerażenie. Skutki zde¬nerwowania były bardzo ciężkie, bo z jednej strony padło ofiarą przeważnie duchowieństwo unickie, jako utrzymujące niby potajemne stosunki z Rosją za pośrednictwem mitycz¬nych prawie „ofeniów“, a z drugiej — pociągano do zbyt su-rowej odpowiedzialności te jednostki z ludu wiejskiego, które głośno wypowiadały swoje pogróżki lub niezadowolenie. Kilku księży unickich, a nawet chłopów ukarano bądź karą śmierci, bądź więzieniem.
Że zamachu zorganizowanego w tej całej sprawie nie było — to nie ulega najmniejszej wątpliwości, jak również i to, że agitacja Koniskiego i Sadkowskiego między ducho¬wieństwem nie mogła pozostać bez skutku o tyle, że budziła jakieś niewyraźne nadzieje i również mało słuszne narzekania ludności wiejskiej. Brak przecież faktów, świadczących o wy¬raźnej organizacji, nie był jednak dowodem, że w razie lek¬ceważenia i zaniechania ostrożności, mogłoby było przyjść do groźniejszego wybuchu.
Uderzającą w tej całej sprawie była jedna okoliczność: brakowało prawie zupełnie winy „ofeniów*, którzy byli po- prostu wędrownymi kupcami, posiadającymi sklepy swoje — na własnych plecach. Mówiono o nich, ale nie oni. Kilka noży kuchennych, sprzedanych chłopom, nie mogło stanowić zbyt alarmującego precedensu.
Przestrach zarówno komisarzy, jak i szlachty był wielki i objawiał się w wyrokach niekiedy zbyt surowych, ale na obronę Rzpltej trzeba i to podnieść, że Sejm, obradujący w Warszawie, zabronił komisarzom karać śmiercią.
Do żadnego antiszlacheckiego ruchu ludności ani w ro¬ku 1789, ani później nieco, gdy okoliczności były bardziej dla
— 23S —
ludu sprzyjające, nie doszło. Z jednej strony objawiało się za wiele goryczy, z drugiej—za wiele lęku zbyt hałaśliwego. Polityka jednak Rosji nie zaniedbywała żadnego środka agi¬tacyjnego, ażeby z jednej strony podburzyć i źle usposobić ludność ruską wobec „panów", a z drugiej budzić śród niej niewyraźne, mgliste nadzieje opieki i pomocy północnej Semiramidy, która im raj na ziemi zgotuje. Takie mącenie wystarczało prostym, bezkrytycznym umysłom ludu wiejskiego do samołudzenia się na te tematy.
Opieka ta wkrótce rzeczywiście przyszła w formie ta¬kiego przymocowania chłopa do ziemi, jakie już istniało w Ro¬sji, to jest chłop stał się rzeczą, nieruchomością, którą można było kupić i sprzedać z ziemią, a często gorzej jeszcze, bo sam przez się, jako jednostka, mógł być objektem dowolnego, prawnie dozwolonego handlu.
Tak skonało na Wołyniu ostatnie echo hajdamaczyzny. Tu hajdamaczyzna zrodziła się i tu zakończyła swój żywot. Ale idea hajdamacka była wykwitem tatarskiego i tureckiego, wogóle turańskiego wychowania historycznego ludności ru¬skiej. Ona zniknąć tak prędko nie mogła i jeszcze długo w rozmaitej formie przeznaczone jej było wybuchać.
KONIKC.
SPIS ROZDZIAŁÓW.
Od autora
I. Ruś—Rusini. Ukraina — Ukraińcy. - . . . .
II. Geneza Kozactwa. Warunki fizyczne i etniczne
życia stepowego .
III. Pierwszy okres wystąpienia Kozaczyzny na arenę
dziejową
IV. Początki walki o klasowość Kozaczyzny . . . .
V. Walka Kozaczyzny z Rzpltą o wyodrębnienie się
klasowe i terytorjalne
VI. Powrót do Polski
VII. Degeneracja walki o autonomię Ukrainy. . . .
VIII. Zanik Kozaczyzny Kijowskiej
IX. Sicze Zaporożne od początku aż do ostatecz-
nego skasowania ich
X. Hajdamaczyzna 18-go wieku
XI. Wybuchy Koliszczyzny
str.
V
U
20
31
07
80
117
132
144
108
191
210
Ir ft r 1-Ji.
rJUih ĆU*cx
Ir*,lW
.KAM
t ArU/Jtt-
nJtt OA/,7/'
\J *39s/tkt JCjf-łA*/A;Ą
uita*r
UJ^O */**,
tvun«ii
r Mus*
SUi0
EHM1MUW
kr**-
-Nizru,
'<C\ -.m.!
Mm
wL, Ą inywg fo
/ra
.VSnAn .
>lrf.u - fx T,
- *r
I
L
ylMt*
JC.r
"OrsZ+c.r
z!*7.
tlm.ilullra
V^1C^ - -j^KSL yiryarA^Jj
/V-
XVv/rv
; *
r tr.1JnL.2X:
Iftrs.t
IKM
CZĘŚĆ MAPY POLSKI 10S. CARMINE.
ZPOROŻE
(2 atlasu 7l.iz2i Zannoniego).






