Antoni Chołoniecki: Duch dziejów Polski

Article Index

Wyprzedzenie Europy

Linia prosta polskiego rozwoju politycznego. Absolutyzm w Europie i prawa obywatelskie w Polsce. Pojęcie ojczyzny. Ustawa 3 maja. Jej idee wyprzedzające chwile dzisiejszą. Ograni­czenie przywilejów szlacheckich przez samą szlachtę. Rewizje konstytucji. Federacja naro­dów. Swoboda sumienia. Reformy bez rozlewu krwi. Wyższość moralna.

Polska zrealizowała maksimum wolności i swobód politycznych, jakie dały się osiągnąć w granicach ówczesnych możliwości historycz­nych, a zarazem wyprzedziła w rozwoju swym pod bardzo wielu względami o całe pokolenia, nieraz o całe stulecia, współczesny sobie kon­tynent europejski. To co inne narody zrobiły dopiero w XIX stuleciu, lub do czego jeszcze dotychczas dążą, w Rzeczypospolitej Polskiej niejednokrotnie od wieków było już wprowa­dzone i prawnie ubezpieczone.

Znacznie naprzód przed resztą kontynentu po­szła Polska w rozwoju prawno – politycznym. Nie ma w dziejach jej owego ponurego ogniwa, spajającego epokę średniowiecza z nowocze­snym państwem praworządnym, ogniwa jakie tworzył gdzie indziej absolutyzm „oświecony” i policyjny. Przejście od dawnych do nowszych form ustrojowych odbyło się w Polsce w o wie­le krótszym okresie czasu, niż w reszcie Euro­py; w dziesięcioleciach, gdy Europa potrzebo­wała na to stuleci. Prof. St. Kutrzeba stwierdza, że rozwój polski był pod tym względem logicz­niejszy niż Zachodu. Poszedł on w kierunku co­raz dalszego wykształcenia przewagi czynnika społecznego, który w wiekach średnich stop­niowo i tak skutecznie dobijał się do władzy. Zgniecenie go na korzyść książąt, które dokonał się na Zachodzie, było niejako załamaniem się linii rozwoju, odgięciem jej w inną stronę, niż biegła poprzednio, w przeciwieństwie do linii polskiej – prostej. Gdy Europa wchodzi osta­tecznie w okres niewolniczego uzależnienia społeczeństw od woli nieodpowiedzialnej jed­nostki, w tym samym czasie Polska coraz bar­dziej wykształca u siebie instytucje gwarantują­ce prawa i swobody obywateli, wtedy tworzy ona sejm walny, który ujmuje w swoje ręce cała władzę prawodawczą i właściwy kierunek

spraw państwa. Drogą odrębna i własną, nie przez potworną fazę absolutyzmu, lecz przez zachowanie i kontynuacj ę tych form przedsta­wicielskich i samorządnych, jakie rozwinęły były wieki średnie, szła Polska do ideału pań­stwa nowożytnego i zbliżyła się do niego szyb­ciej niż inne narody kontynentu. Około polowy

XVIII     w., gdy Rzeczpospolita domagała się pod wielu względami naprawy i gdy Polak Wilhor- ski zwrócił się do Jana Jakuba Rousseau z za­pytaniem jak należałoby ją zreformować, wielki mędrzec odpowiedział traktatem „Uwagi o rzą­dzie polskim”, w którym doszedł do wniosku, że zasady ustroju Rzeczypospolitej są na ogół doskonałe i nie wahał się postawić spaczonej już wówczas konstytucji polskiej wyżej, niż an­gielska („vaut mieux que celle de la Grande Bretagne”).

Historyk niemiecki Karol von Rotteck z Fry­burga w swym wielkim dziele „Allgemeine Ge- schichte” pisze o „oświeconym absolutyźmie” europejskim: „W owym czasie umiejętność by­ła służebniczką despotyzmu. Naród wszędzie, wyjąwszy mała liczbę republik, był uważany za trzodę bydła i takim był rzeczywiście w kra­jach, gdzie słowo monarsze było wszystkim, a nic innego nie miało na celu, tylko interes i nie­ograniczoną chciwość panujących rodzin. O ileż naprzód znajduje się współczesna temu stanowi Polska.

Swoboda osobista i bezpieczeństwo jednostki wobec wszelkiej samowoli ze strony państwa są zagwarantowane licznymi ustawami. Pod tym względem wyprzedza Polska poniekąd nawet klasyczny kraj wolności osobistej, Anglię gdyż prawo „Neminem captivabimus roku 1430, orzekające, iż nikt nie może być więziony bez poprzedniego przekonania o winie, ustanowiła na dwa i pół wieku przed słynnym aktem an­gielskim. „Habeas corpus” z roku 1679. (W An­glii zasada nietykalności znana została w roku 1215 artykułem 39 Wielkiej Karty Swobód, ale nie przyjęła się dostatecznie w życiu, wobec czego w roku 1679 musiano wydać specjalną ustawę, identyczną z naszym wcześniejszym i zawsze przestrzeganym „Neminem captivabi­mus “. Wolność osobista zagwarantowana zo­stała również bardzo wcześnie na Węgrzech („Złota bulla. “) i w dalekiej Aragonii. Tam przetrwała ona stosunkowo krótko – u nas bli­sko cztery stulecia, aż do upadku Rzplitej. Poza tym cała Europa czekała na to elementarne prawo obywatelskie do czasów najnowszych). Sądownictwo polskie zna zasadę jawności roz­prawy ustnej, oskarżenia i obrony, których prócz Anglii nie było nigdzie.

Kompetencje sejmu polskiego, który jest wyra­zem, zbiorowej woli narodu, są tak szerokie, że pod niejednym względem pozostały czymś nie­doścignionym dla wielu współczesnych nam parlamentów. Gdy gdzie indziej sprawa tak ogromnej wagi i tak brzemienna w skutki, jak postawienie kraju w stan wojenny, znajdowała się, a niejednokrotnie znajduje się dotąd, poza wszelką kontrolą ogółu i od skinienia jednostki zawisłe było życie lub śmierć setek tysięcy lu­dzi – u nas możliwości takiej przed czterema wiekami już postawiono skuteczna tamę, prze­kazując sejmom decyzję o wojnie i pokoju. „Zasadę dziś podnoszoną – mówi prof. St. Ku­trzeba, by całe społeczeństwo przez legalne przedstawicielstwo swe mogło wyrazić zgodę na to, że wojny chce, tę zasadę państwo polskie najwcześniej z państw europejskich sformuło­wało i najdłużej ją w całej konsekwencji prze­prowadziło, trzymając się jej i w tych czasach, gdy państwa absolutne Europy stworzyły już były potężne armie, rzucające się w bój na każ­de władcy skinienie”. Ten sam znakomity ba­dacz konstatuje, że za Zygmunta Augusta sejm nasz „zaczynał przybierać cechy prawie nowo­żytnego parlamentaryzmu”, lecz późniejszy rozwój spaczył ten kierunek („Historia Ustroju Polski”).

Republikańska w istocie swej forma rządów zapewnia narodowi możność obierania sobie głowy państwa i do koronowanej tej prezyden­tury otwiera drogę każdemu z obywateli. Kar­dynalne urządzenia Rzeczypospolitej, ustawa „Nihil novi”, „Pacta coventa”, artykuł „De non praestanda oboedientia”, są wcieleniem nowo­czesnej zasady, że król istnieje dla narodu, a nie na odwrót, co Kołataj określił lotnym powie­dzeniem: „Wielka różnica rzec – król ma pań­stwo, a – państwo ma króla”. Dobitnie i z całą świadomością stwierdził ów wyższy porządek ustrojowy w Rzeczypospolitej szlachcic polski XVI stulecia mówiąc do cudzoziemca: „Tobie się pan rodził, mnie się nie rodził, tego ty pana masz, któregoś mieć musiał, ja, Polak, tego kró­la mam, któregom mieć chciał! Nie masz ty żadnej obrony przeciwko zwierzchności książę- cia swego, a ja mam obronę przeciwko królowi swemu. Ty w jarzmie jako wół chodzisz, albo jako zniewolona munsztunkiem szkapa pana przyrodzonego na grzbiecie swoim nosisz, a ja, Polak, jako orzeł bez pętlic na swej przyrodzo­nej pod królem swym bujam swobodzie!”. Tak przemawiał do Litwy jeszcze przed unią roku 1569 Stanisław Orzechoweski, „a mógł był za­iste – dodaje współczesny historyk J.K.Kochanowski („Nad Renem i nad Wisłą”) – w imieniu Polski szlacheckiej przemawiać tak samo i do całego Zachodu”. Wypowiedziana w roku 1830 przez Thiersa słynna zasada „Le roi regne et ne gounerne pas”, którą chlubi się na­uka polityczna naszych czasów, była już w 1607 roku przedstawiona przez polityków pol­skich, którzy określili ja na dwa stulecia przed Thiersem niemal identycznymi słowy: „Regna, sed non impera!” – tj. „panuj, ale nie rządź!”. Zapisać tu należy także dokonany wcześnie w Polsce rozdział osobistych dochodów króla od dochodów skarbu publicznego. Gdy wszędzie dochody państwa były dochodami monarchy, u nas już sejm roku 1505 wprowadził osobne uposażenie panującego, co ostatecznie utrwaliło się za Zygmuntów. (Charakterystyczne jest, że jeszcze emigracja nasza po roku 1831, ogarnię­ta wszak nowoczesnymi prądami Zachodu, mia­ła pełną świadomość tej wielkiej twórczości po­litycznej polskiej XV, XVI, XVII w, która nie­jednokrotnie szła przed resztą Europy. W „Ad­resie 2000 Polaków we Francji będących do izby niższej angielskiej ” z roku 1832 czytamy: „Przez ciąg swego istnienia Polska przed in­nymi posiadała swobody: wolność wyznań, wolność druku, zabezpieczoną własność i wol­ność osobistą, a instytucje swoje rozwinęła na władzy ludu (mowa, rozumie się o demokraci szlacheckiej). Nie znała wojsk stojących, nie dozwoliła królom mocy nakładania podatków, uświęciła prawo oporu przeciw przywłaszcze­niu. “. Także Szujski, współtwórca historycznej szkoły krakowskiej, jeszcze w roku 1868 wie­dział, ze byłoby samobójstwem i wyparciem się samego siebie, gdyby naród nasz stracił szacu­nek, miłość i ufność ku zasadom, które go nie­gdyś wielkim czyniły i którymi wyprzedzał Eu­ropę ”).

Z tymi pojęciami i instytucjami dawna Polska jest o całą otchłań czasu naprzód w stosunku do współczesnego sobie Zachodu, gdzie niejedno­krotnie, jak mówi Rotteck, „naród uważany był za trzodę bydła, a słowo monarsze było wszyst­kim”, gdzie król (Ludwik XIV) z biczem w rę­ku wchodził na zebranie notablów i sam jeden państwem się ogłaszał. Wskutek udziału znacz­nej części ludności w sprawach publicznych oraz jej odpowiedzialności za te sprawy wytwo­rzyło się też w Polsce niezwykle wcześnie, bo już za Zygmuntów, pojęcie ojczyzny, gdy w reszcie Europy długo jeszcze nie umiano wyjść poza pojęcia państwa. (Historyk niemiecki Ja­kub Caro („ Geschichte Polens ”) stwierdza, że żaden kraj w Europie tak wcześnie, z taką siłą wewnętrzną, nie nadał wagi zasadzie narodo­wości, jak Polska, wbrew kosmopolitycznemu duchowi średniowiecza ”. Warto przypomnieć, że w literaturze po raz pierwszy sprecyzował samodzielną istność narodu w stosunku do pań­stwa nasz Brodziński, mówiąc: „Bóg chciał mieć narody jak ludzi indywidualnymi ” („ O narodowości Polaków” Warszawa 1831). Kto ojczyźnie swojej służy, sam sobie służy – wołał Skarga – bo w niej jego wszystko się dobre za­myka”. Kiedy u nas dawno służono „ojczyź­nie”, tam ciągle jeszcze służono „panu”. („Es ist für einen Edelmann kein grosseres Glück, ale einen Fürsten, den er ehrt, zu dienen…” mówi bohater Szillera). Na podstawie tych wszystkich faktów możemy skonstatować, że już w Polsce sprzed Wielkiego Sejmu byliśmy narodem, wytrzymuj ącym nowoczesne kryte­rium, które stwierdza: „Plemię żyjące w obroży narzuconych mu siłą praw, posłuszne im bez­myślnie jakby jakiejś żywiołowej konieczności, nie jest jeszcze właściwie społeczeństwem – jest mającym pasterzy i psy stadem. Społeczeń­stwem w prawdziwym tego słowa znaczeniu zaczyna stawać się dopiero wówczas, gdy przy­najmniej jego pewna część uświadomi sobie swoje prawa człowieka i gdy sobie wywalczy ich uznanie” („Nacjonalizm jako zagadnienie etyczne” Kraków 1917 bezimiennie).

Ze swobód skrystalizowanych już w XVI wie­ku, a ciągnących się przez cały wiek XVII i XVIII, korzystała przecież jedna, chociaż mi­lion głów licząca warstwa ludności. Ale pod koniec XVIII w wyprzedzaj ąc znowu więk­szość Europy, Polska podejmuje i przeprowa­dza wielką reformę polityczną, reformę, która pozostawiaj ąc – wbrew popularnemu mniema­niu – nietkniętymi kamienie węgielne odwiecz­nej budowy, oparta zasadniczo na podstawach ustroju dotychczasowego, owszem, potwierdza­jąc te podstawy na przyszłość, kładzie kres wy­łącznemu użytkowaniu praw obywatelskich przez szlachtę i rozciąga je na dalsze warstwy narodu, a zarazem dostosowuje wolnościowe instytucje państwa polskiego do pojęć i potrzeb nowoczesnych.

Reforma ta to wiekopomna Konstytucja 3. maja 1791 roku.

Pomimo kompromisu, jaki Polska ówczesna zawierała z ideą monarchizmu, wprowadzając po czterystu latach znowu tron dziedziczny, ustawa 3 maja, wierna duchowi polskich trady­cji, zachowała w swych najważniejszych zary­sach w całej pełni zasadę władztwa narodu, któ­ra wykształciła się była i nas wybitnie w ciągu ubiegłych stuleci. Tę kardynalną zasadę, na któ­rej odnowiona Rzeczpospolita miała się i w dal­szym ciągu opierać, wyrazili twórcy konstytucji uroczyście słowami analogicznymi do deklara­cji północno – amerykańskiej z roku 1776 i de­klaracji francuskiej z roku 1789, a zawierają­cymi myśl odwiecznie polską: „Wszelka wła­dza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli Narodu”.

Zgodnie z tym mówi ustawa majowa najpierw

o  sejmie, dopiero potem o panującym i o wła­dzy wykonawczej. Izba poselska, „świątynia prawodawstwa”, jest wyobrażeniem wszech- władztwa narodowego”. Jest wraz z senatem jedyną kuźnią praw obowiązujących naród. Konstytucja zapewniała tu wprawdzie i nadal stanowi szlacheckim, „prerogatywy pierwszeń­stwa” – należy jednak pamiętać, że w tym sa­mym czasie i parlament angielski posiadał jesz­cze jednostronny charakter oligarchiczno – szlachecki, i że dopiero późno w wieku XIX, reforma z roku 1832, otworzyła drzwi przed nowoczesnymi ideami demokratycznymi, po­chodzącymi z Francji. Unowożytnienie organi­zacji sejmu polskiego polegało na zniesieniu jednomyślności i fatalnego „liberum veto” a wprowadzeniu głosowania większością głosów, na zniesieniu związków konfederackich, na skasowaniu ’’instrukcji” dawanych przez sejmi­ki posłom, którzy już odtąd prawnie ”uważani być mają jako reprezentanci całego narodu”, nie poszczególnych województw. Projekty do ustaw, jak dotychczas, wychodzą od tronu, lecz także i z łona izby. Ustawy staj ą się prawomoc­nymi z chwilą uchwalenia ich przez sejm („złą­czona izb obydwu większość – brzmi tekst kon­stytucji – będzie wyrokiem i wolą stanów”). Rząd ani też głowa państwa nie może na własną rękę stanowić praw, nakładać podatków i pobo­rów, zaciągać długów publicznych. Nie może również rząd lub panujący, podobnie jak to się działo przedtem, bez przyzwolenia narodu wy­powiadać wojen ani zawierać układów natury dyplomatycznej. Sprawy te odsyła Konstytucja 3 maja do decyzji przedstawicielstwa narodo­wego. Izba poselska i senat decydować mają „co do wojny, pokoju, ostatecznej ratyfikacji traktatów związkowych i handlowych, wszel­kich dyplomatycznych aktów i umów do prawa narodów ściągaj ących się”. Władzy wykonaw­czej wolno tylko tymczasowo z państwami ob­cymi prowadzić negocjacje, „o których najbliż­szemu zgromadzeniu sejmowemu donieść win­na”.

Król jest nie tylko, według formuły średnio­wiecznej, królem „z Bożej łaski”, ale i „z woli Narodu”. Taki tytuł przypisuje mu wyraźnie konstytucja, dodając, że dlatego nie jest przed narodem odpowiedzialny, ponieważ „nic sam przez się nie czyni” oraz przestrzegając: „Nie samowładca, ale ojcem i głową Narodu być powinien i tym go prawo i konstytucja niniejsza być uznaje i deklaruje”. Król jest najwyższym przedstawicielem władzy wykonawczej oraz wodzem naczelnym sił zbrojnych. Czynnikiem prawodawczym odrębnym, obok obydwu izb sejmowych, konstytucja go nie czyni: pozosta­wia mu tylko nadal przewodnictwo obrad w se­nacie. Obowiązkiem jest jego zwoływać sejm zwyczajny co dwa lata, nadto sejmy ekstraor- dynaryjne w miarę potrzeby. U boku króla stoi stworzony na nowoczesną modłę gabinet mini­strów, któremu dano w Polsce przepiękną i je­dyną w swoim rodzaju nazwę: „Straży Praw”. (Nazwa „gabinet ” utarła się w innych pań­stwach na tej podstawie, że początkowo król w swoim gabinecie odbywał z ministrami narady w sprawach publicznych. Nazwy tej w Polsce świadomie uniknięto). Również zreformowana administracja publiczna odpowiadała warun­kom nowej epoki. Powierzając rządowi silną władzę wykonawczą, uczyniła go konstytucja ściśle odpowiedzialnym przed narodem. Za na­ruszenie ustaw może sejm polski zwykłą więk­szością głosów postawić ministrów w stan

oskarżenia, a w razie udowodnionego przestęp­stwa ukarać winnych na wolności osobistej i mieniu. W razie niezgodności kierunku poli­tycznego między przedstawicielstwem narodu a rządem, sejm większością dwóch trzecich gło­sów ma prawo domagać się usunięcia ministra z urzędu, a król winien uczynić to i natychmiast zamianować jego następcę.

I   znowu podobne jak przy rozważaniu urządzeń starej Rzeczypospolitej, trzeba stwierdzić, że wiele z postanowień, które Polska wprowadziła w ustawie 3 maja, wykazuje cechy wyższości w porównaniu ze stanem rzeczy już nie w prze­ważnej liczbie krajów ówczesnych, lecz nawet w niejednym z konstytucyjnych i parlamentar­nie rządzonych państw Europy dzisiejszej. Ludność tych państw dopiero teraz usiłuje – niejednokrotnie tylko częściowo – zdobyć to, co istniało i było prawnie utrwalone u nas przed laty 127. A mianowicie:

  1. W wielu państwach współczesnych ustawy zasadnicze są tak skonstru­owane, że w pewnych wypadkach, np. w wypadku wojny lub ostrego konfliktu miedzy rządzącymi i rzą­dzonymi, z góry jest przewidziana i dopuszczona możliwość rozwiązania parlamentu, zawieszenia samej kon­stytucji i czasowego sprawowania rządów absolutnych, bez udziału przedstawicielstwa narodowego. Wszystkie cenne zdobycze i gwa­rancje konstytucyjne, jak prawodaw­stwo i rząd parlamentarny, swoboda głoszenia przekonań, swoboda zgromadzania się i zrzeszania itd., ustają wówczas automatycznie. Pol­ska ustawa zasadnicza przez nikogo nie mogła być „zawieszona”. Sejm nie mógł być rozwiązany.

  2. Zwołanie lub niezwołanie parlamen­tu zawisło dziś w wielu krajach od woli panującego, względnie rządu.

W Polsce w myśl ustawy 3 maja władza prawodawcza narodu nie mogła być żadna miarą zatamowana. Sejm musi być zwołany w określo­nym terminie, lub gdy zachodziła konieczność przewidziana w konsty­tucji. Gdyby król wzbraniał się wy­pełnić w tym względzie obowiązek.

Miał to uczynić marszałek ubiegłego sejmu wbrew niekonstytucyjnemu stanowisku monarchy i zwoławszy sejm, uzasadnić motywy swego po­stąpienia.

  1. Wszelkie rozporządzenia królewskie miały być kontrasygnowane przez jednego z ministrów, poczem nabie­rały mocy obowiązującej. Na wypa­dek, gdyby żaden z ministrów nie uznał za możliwe podpisać rozpo­rządzenia – „król odstąpi od tej de­cyzji”. Jeśliby zaś mimo solidarnie przeciwnego stanowiska całego ga­binetu monarcha trwał jednak przy swoim zdaniu, wówczas marszałek sejmowy „będzie go upraszał” o zwołanie sejmu, aby sprawę roz­strzygnął senat. Gdyby wreszcie król odwłóczył zwołanie sejmu, powi­nien uczynić to sam marszałek. Wy­padki takie zdarzyłyby się w prakty­ce z pewnością bardzo rzadko. Nie mniej ustanowienie powyższej pro­cedury świadczy jak konsekwentnie była przeprowadzona w Polsce za­sada woli i władztwa narodu.

  2. Z obu izb sejmowych większe zna­czenia posiada zawsze izba poselska, jako pochodząca z wyboru. Konsty­tucja 3 maja wysnuła z tej przesłanki postanowienie, że jeśli ustawę uchwaloną w izbie poselskiej senat odrzuci a izba uchwali ja powtórnie na następnym sejmie, wówczas ustawa nie potrzebuje już zgody se­natu i staje się prawomocną bez ape­lacji. Podobne postanowienie wpro­wadzone zostało w Anglii dopiero w roku 1911.

  3. Konstytucja 3 maja oparła rząd na podstawie nowoczesnej zasady, że musi on posiadać zaufanie większo­ści ciała prawodawczego, że jest przed nim odpowiedzialny i że z chwilą, gdy utraci jego poparcie, powinien ustąpić. Pod tym wzglę­dem Polska poszła za przykładem Anglii, gdzie zasada powyższa wy­łoniła się po raz pierwszy w Europie około 1720 roku. W niektórych jed­

nak państwach konstytucyjnych jeszcze z XX wieku rząd jest tylko emanacją woli monarszej, żadne vo­tum nieufności ze strony parlamentu nie może zniewolić go do ustąpienia, a na odwrót gabinet posiadający zu­pełne zaufanie reprezentacji ludowej może być każdej chwili usunięty przez panującego. Przykładem tego są Niemcy, gdzie dziś dopiero nie­które stronnictwa polityczne dążą do zdobycia odpowiedzialności rządu przed narodem, co w Polsce istniało już w roku 1791.

  1. Na koniec, zgodnie z odwieczną tra- dycj ą i praktyką polityczną Rzeczy­pospolitej, o których poprzednio już była mowa, utrwaliła konstytucja 3 maja, że zarówno polityka zagra­niczna, jak doniosłe prawo wypo­wiadania wojny i zawierania pokoju są atrybutem sejmu, gdzie dziś jesz­cze ciągle sprawy te przeważnie roz­strzygane są przez nieliczne jednost­ki w głębokiej tajemnicy przed przedstawicielstwem narodu i opinią publiczną.

Armia, w pojęciu Konstytucji 3 maja i zgodnie z odwiecznymi wyobrażeniami pol­skimi, jest organizacj ą „obrony od napaści” i „dla przestrzegania całości narodowej”. Ten sam wysoki poziom moralny, który towarzyszył zawsze uruchomieniu sił zbrojnych Rzeczypo­spolitej, przebija i na kartach ustawy majowej. Pośrodku autokratycznie rządzonych państw, posługującymi się tłumami niewolniczego żoł- dactwa gotowego do wszelkiego rozboju mię­dzynarodowego, republikański duch polski stwierdza, że armia nie ma być zaczepna, ma „bronić całości i swobód narodowych”. „Woj­sko nic innego nie jest, tylko wyciągnięta siła obronna i porządna (tzn. strzegąca porządku) z ogólnej siły narodu”, brzmi definicja ustawy 3 maja, definicja, którą jako postulat bez zmiany powtórzyć można w sto lat przeszło po jej wy­powiedzeniu. W myśl tak pojętego charakteru siły zbrojnej przypisano wojsku przysięgę cha­rakterystycznym porządku: przede wszystkim „na wierność Narodowi” a następnie na wier­ność monarsze.

Pod względem społeczno – politycznym konstytucja polska z roku 1791 podcięła do­tychczasowe przywileje i monopole stanu szla­checkiego, a zarazem na oścież otwarła wrota do tego stanu przed świeżym dopływem. Prawo do nobilitacji zyskali automatycznie wojskowi i urzędnicy pewnych stopni, zaś każdy sejm miał obowiązek udzielenia klejnotu szlacheckiego znaczniejszej liczbie mieszczan zasłużonych na jakimkolwiek polu, przede wszystkim w prze­myśle i handlu. Dawny cenzus krwi rycerskiej został całkowicie zniesiony, szlachectwo stało się dostępne dla każdego osobnika o pewniej wartości społecznej, zamieniło się w obywatel­stwo Rzeczypospolitej w szerokim znaczeniu tego słowa, otwierając niebywałą zupełnie per­spektywę do stopniowej nobilitacji całego na­rodu. Stan miejski jako całość otrzymywał jak gdyby połowę szlachectwa: przyznawano mu prawo „neminem captivabimus”, dostęp do wyższych godności duchownych, urzędów cy­wilnych i rang wojskowych, większy udział w sejmie, do którego dopuszczono przedstawicieli 21 miast z głosem doradczym, a w sprawach miejskich i handlowych stanowczym, wreszcie szeroki zreformowany samorząd i prawo posia­dania ziemi, to ostatnie przyznane w Prusiech dopiero w roku 1807, w szesnaście lat później niż w Polsce. Były to prawa o jakich nie śniło się wówczas mieszczaństwu np. niemieckiemu. Zajęcia miejskie zrównane zostały w swej war­tości z ziemiańskimi. Najprzedniejsi dygnitarze na znak braterstwa ostentacyjnie przyjmowali obywatelstwo miejskie. Stan chłopski wreszcie, który według wstępu do odpowiedniego artyku­łu ustawy „tworzy najdzielniejsza kraju siłę”, otrzymał opiekę prawną. W sprawie położenia mieszczaństwa, a zwłaszcza włościan, twórcy ustawy czuli sami i wyraźnie to zaznaczyli, że reforma jest daleka od doskonałości, wybierali jednak drogę pośrednią w przeświadczeniu, że najpewniejszą rękojmią utrwalenia się reform jest wprowadzenie ich drogą stopniowej ewolu­cji.

Podkreślamy z naciskiem, że tą konsty­tucję, wychodząca na niekorzyść szlachty, uchwalił sejm wyłącznie szlachecki. „Gdy gdzie indziej – pisze K. Hoffmen („Historia re­form politycznych w Polsce”) – wszystkie re­formy zasadzone na równouprawnieniu stanów były dziełem klas nieszlacheckich albo korony,

konstytucja 3 maja była dziełem dobrowolnym samego tylko uprzywilejowanego stanu. Szlachta polska wyrzekła się odwiecznych pre­rogatyw na korzyść władzy i wolności ogólnej, bez żadnego ze strony korony lub klas nieszla­checkich nacisku, powodowana jedynie wzglę­dami dobra pospolitego”. „ W swoim rodzaju jest to wypadek jedyny i niegdzie na tak wielki rozmiar w dziejach ludzkości nie powtarzający się” – stwierdza O. Balzer.

Równie ważną i zgoła wyj ątkową cechę konstytucji polskiej stanowiło, że reformy jej były obliczone na przeciąg jednego tylko poko­lenia. Przy całym swym niewspółczesnym libe­ralizmie ustawa zasadnicza 3 maja miała być nie skostniałą kodyfikacją, lecz żywą wytyczną dla dalszego rozwoju. Osobny artykuł ustawy postanawiał mianowicie, że co 25 lat ma się zbierać umyślny sejm dla rewizji i poprawy konstytucji, a to „uznaj ąc potrzebę udoskonale­nia onej po doświadczeniu jej skutków co do pomyślności publicznej”. Głęboka mądrość twórców reformy 3 maja zajaśniała pełnym bla­skiem w tej instrukcji, która już następnemu pokoleniu nakazywała dostosować ustrój pań­stwa do nowych pojęć a tym samym zapobie­gała z góry gwałtownym wstrząśnieniom we­wnętrznym. Najbliższa konstytuanta polska by­łaby znowu pchnęła potężnie naprzód dążenie do ideału wolności, obejmującej już teraz wszystkie warstwy narodu, gdyby tego procesu nie przerwał gwałt rozbiorów.

Dalszą wielką grupę zjawisk, w której duch po­lityczny polski poszedł naprzód w stosunku do reszty kontynentu europejskiego, stanowi sztu­ka łączenia narodów, jaką rozwinęła Polska w ciągu swego historycznego bytu i która prześci­gnęła znowu nie tylko współczesne sobie, ale i dzisiejsze państwa wielonarodowe. Historia zna przykłady kojarzenia ze sobą obcych krajów. Czynili to władcy w dynastycznym swym inte­resie, posługując się w tym celu mieczem, trak­tatami lub związkami małżeńskimi i tworząc za pomocą tych środków mniej lub więcej zwarte całości. Lecz Polska osiągnęła to nie na drodze podboju, który zostawia po sobie gorycz poni­żenia i zapalne ogniska „buntów” – i nie na drodze układów sukcesyjnych, zawieranych przez dynastie ponad głowami ludów, bez względu na ich wolę, a często wbrew niepoko­nanym ich wstrętom. Unie polskie dokonywały

się: 1). nie w interesie głów koronowanych.

2). bez przymusu 3). przez porozumienie się narodu z narodem. Specjalnie ten ostatni nie­zmiernie doniosły moment jest czymś dla owej epoki niewspółczesnym, niezwykłym, nowym i wyprzedzającym o całe wieki ogólny rozwój pojęć politycznych. „Tym bardziej – zauważa St. Kutrzeba – ten rodzaj łączenia terytoriów w jedną spoistą całość może być Polski dumą, że nie miała ona pod tym względem żadnych przykładów, żadnych wzorów. Trzeba było tworzyć formy nowe dla nowych myśli, które się u nas zrodziły” („Społeczno – państwowe idee Polaków”). W historii świata nie wiele można spotkać przykładów, by społeczeństwa przy tworzeniu takich związków w ogóle jaki­kolwiek głos miały sobie przyznany. Tu głos nie tylko istnieje, ale nabiera wagi decydującej.

0     złączeniu się Polski z Litwą układały się w latach 1499, 1501, 1569 istniejące już wówczas w obu krajach sejmy, w których reprezentowa­ny był ogół dostojników i szlachty. Lecz już o tyle wcześniejszy zjazd w Horodle w r. 1413 dał dobitny wyraz temu, że unia obu państw ma być unią narodów, gdy 47 „rodów” polskich („ród” obejmował znaczną liczbę rodzin nie- spokrewnionych ze sobą w znaczeniu dzisiej­szym) nadało tyluż rodom litewskim swe herby, tj., to, co było tak wyjątkowo cennym w owych czasach, co z taką zazdrosną dumną było no­szone, co nazywało się też symbolicznie „klej­notem”. Rody bojarów litewsko – ruskich sta­wały się przez tę adaptację herbową niejako krewnymi polskich rodów. „Niezwykły – pisze Kutrzeba – genialny ten pomysł, jedyny w hi­storii całego świata, takiej masowej adopcji herbowej z tej wyszedł myśli, by związek państw umocnić związkiem warstw wyższych”, zanim w r. 1569 już same narody zawrą z sobą wieczysty związek. Akt horodelski wprowadził niebywałe dotąd w stosunkach międzynarodo­wych pojęcia – miłości i braterstwa. Te pojęcia, wzmocnione niebawem bujnym rozkwitem pol­skich swobód politycznych, doprowadziły osta­tecznie do unii w Lublinie, która z obustronna zgodą, uroczyście wyrzekła, iż „Korona i Wiel­kie Księstwo Litewskie jest nienaruszalne i nie- różne ciało”, „jedna wspólna Rzeczpospolita, która się z dwóch państw i narodów w jeden lud

1państwo zrosła i spoiła”.

„Bezprzykładnym jest – mówi znakomity pisarz polski Julian Kłaczko – podobne złączenie się państw, długo sobie nieprzyjaznych, o różnych rasach, obyczajach, języku i religii, a jednoczą­cych się w końcu w imię Ewangelii, wolności i tej miłości, która „sama wznosi państwa”; po raz to pierwszy powstaje w dziejach potężne mocarstwo bez krwi rozlewu”. „Zjazd w Horo­dle – stwierdza historyk niemiecki Jakub Caro – przyłożył pieczęć do takiej unii narodów, jakiej nie napotkać w całej historii Europy”.

Mamy tu przed sobą jedno z najbardziej zasta­nawiających zjawisk dziejowych. Nie gwałtem fizycznym, lecz siłą ducha, nie mieczem, lecz kodeksem praw i naokół promieniująca wolno­ścią dokonywa Polska swego wspaniałego „podboju” ludów ościennych. Tą drogą wytwo­rzyliśmy wielką federację ludów na wschodzie Europy. Unie z Litwą, z Rusią, z Prusami, z Inf­lantami, przeistoczyły małe piastowskie pań­stwo w rozległe mocarstwo związkowe, które przy dwóch tylko organach centralnych, przy wspólnym sejmie i wspólnej osobie panuj ące- go, a przy ścisłym przestrzeganiu odrębnych indywidualności swych części składowych, wykazało tak wielką spójnię wewnętrzną, że – jak to zaznaczyliśmy już – przetrwała ona w warstwach historycznych nawet upadek samej konstrukcji państwowej. Stworzyła tu Polska dzieło, które nie miało sobie podobnego wów­czas, a w tych rozmiarach pozostało w ogóle unikatem w Europie. To co dziś kreujące umy­sły lepszej części ludzkości stawiają jako pro­gram porozumienie się „od narodu do narodu”, to, co w zmienionych warunkach jako ideał świeci znakomitym duchom kontynentu euro­pejskiego: dobrowolna federacja ludów, to my na obszarze od Wisły do Dźwiny przed cztere­ma wiekami w czyn wprowadziliśmy.

W równym stopniu wyprzedziła Rzeczpospolita Polska świat tolerancja religijną, która była zawsze znamienna ideą naszych dziejów, której nieśmiertelny pomnik prawodawczy powstał w ustawie z r. 1573 („De pace inter dissidentes”), głoszącej równouprawnienie wszystkich wy­znań, a ogłoszonej w czasie, gdy ludzie maso­wo zarzynali się w Europie w imię Boga, tak jak dziś zarzynają się w imię „miłości ojczyzn”. Samotne wśród reszty Europy, nieznane tam w owych odległych epokach., niedoścignięte czę­stokroć, nawet dziś, stoją przed nami środki, ja­kimi rozum stanu i duch Polski posługiwał się dla osiągnięcia swoich wielkich celów dziejo­wych. Bez walk wyniszczających i gwałtow­nych wstrząśnień wewnętrznych przeprowadzili przodkowie nasi tak olbrzymie dzieła, jak wła­śnie złączenie w jedną wyższą całość sąsiadują­cych ze sobą obszarów państwowych, jak rów­nouprawnienie wszystkich wyznań i urzeczy­wistnienie swobody sumienia. Wielka zasadni­cza reforma państwowa: konstytucja „Nihi novi” z r. 1505, która rzuciła trwałe podstawy pod ustrój przedstawicielstwa narodowego i za­gwarantowała owe szerokie swobody politycz­ne, jakimi Polska odcięła się na trzy stulecia od rosnącego dokoła, a wreszcie triumfuj ącego wszędzie, absolutyzmu, doszła do skutku jako proste uwieńczenie szeregu stopniowych prze­obrażeń poprzednich. Konstytucja 3 maja 1791, która te zdobycze przystosowała do potrzeb nowoczesnych, dokonała się również jako wy­nik pokojowej ewolucji myśli politycznej. W tym pamiętnym roku Polska wstąpiła na drogę rozszerzenia praw człowieka na warstwy „niż­sze”. Nie kosztowało to ani jednej kropli krwi, ani jednaj łzy ludzkiej. Gdy inne narody konty­nentu musiały w nowszych czasach tysiącami ofiar okupywać każdy krok ku swobodzie. „To

–    mówi Stefan Buszczyński – do czego gdzie indziej dobijano się przez krew, przez rozruchy, bunty, rewolucje, królobójstwa, rusztowania, gilotyny, naród polski otrzymał i utrzymał spo­kojnie, na drodze legalnej”.

Wyższości tego sposobu budownictwa poli­tycznego towarzyszyła niezaprzeczona wyż­szość moralna Polski nad bliższym i dalszym jej otoczeniem. Państwo, które uczyło mło­dzież, że polityka nie ma być chytrością, zdradą ani sztuką używania przemocy, które wśród powszechnego panowania instynktów drapież­nych nie uprawiało z zasady napastniczych wo­jen i do rozboju cudzego mienia czuło wstręt, a niosło ościennym ludom – wolność, które wśród powszechnego fanatyzmu jedyne w Eu­ropie dało wspaniały przykład tolerancji religij­nej, które taką samą tendencję stosowało do wszelkich przejawów historycznie wytworzonej odrębności, które w swoich granicach nie znało zgoła żadnych form prześladowania ludzi za to czem są i w co wierzą, które nie zamordowało żadnego ze swych królów, ale też żadnemu nie pozwoliło mordować poddanych, które blask prawa ceniło wyżej niż blask korony, to pań­stwo zostawiło daleko za sobą w tyle nie tylko ówczesną Europę, ale i dzisiejszą.


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location