Przyjrzyjmy się z kolei najliczniejszej klasie narodu, ludności włościańskiej.
W okresie największego rozkwitu praw politycznych szlachty chłop polski – przez szereg wieków wolny kmieć, podlegający sądownictwu swoich sołtysów – zepchnięty zostaje do stanu poddaństwa i podporządkowany nieograniczone z czasem władzy patrymonialnej pana. Drogą ta idzie nie sama Polska, lecz także Europa Zachodnia, a idzie tak szybko, że nas znacznie wyprzedza. Wcześniej i w sposób nierównie dotkliwszy ukształtowało się tam panowanie szlachty nad ludem, rozwijając się w ciemięstwo pełne odrażających okrucieństw. Pomimo smutnego położenia poddanych nie było w Polsce ani owych książąt noszących na sobie pasy ze skóry chłopskiej, ani nędzy która zmuszała ludność pograniczną do gromadnych ucieczek, ani handlu ludźmi, który kwitnął jeszcze w XVIII wieku w samym środku Europy (dostawa rekrutów za gotówkę do Anglii przez landgrafa heskiego Fryderyka w latach 1776 – 1784), ani, za wyjątkiem wiecznie burzliwych ukraińskich kresów Rzeczpospolitej, krwawych buntów poddanych, ani straszliwych wojen chłopskich, po których następowały akty szalonej represji. Wybuchów rozpaczy w klasie włościańskiej, jakimi zapełnione są karty historii europejskiej, nie spotyka się u nas. (Historia nasza zapisała jedyny znaczniejszy „bunt” polskich chłopów pod wodzą Kostki Napierskiego na Podhalu w 1651 roku, o rozmiarach wprost miniaturowych w stosunku do tego co w tym czasie działo się na Zachodzie). Natomiast obce źródła wyraźnie stwierdzają, że chłop z krajów sąsiednich często uciekał do Polski, aby poprawić swój byt. Podczas pierwszego rozbioru rząd rosyjski jako jedną z rzekomych krzywd sobie wyrządzonych przytoczył, że 300000 chłopów z pogranicznych krajów moskiewskich uciekło do Polski (Tadeusz Lubomirski „Ludność rolnicza w Polsce”). Chronili się u nas tłumnie chłopi z Pomorza, ze Śląska, z Moraw. Gdy w XVIII wieku rząd austryjacki doprowadził do traktatu o wydawanie zbiegów – jedyna Polska wyrzekła się prawa wzajemności, gdyż włościanie jej nigdzie nie uciekali.( Grunberg – „Bauernbefreiung in Bohmen, Mahren u. Schlesien” – „Die reciproitat scheint auch von diesen Landern, mit Ausnahme Polens, gewahr worden zu sein, was sich leicht dadurch erklart, da wohl schlesische Unterthanen in grossen Massen nach Polen fluchteten, nicht aber um- gekehrt”)
W najgorszej nawet epoce nie było w Polsce pastwienia się nad poddanymi, tak często spotykanego gdzie indziej, a dotąd nie znaleziono śladu, by szlachcic korzystając z prawa patry- monialnego, wykonał kiedykolwiek karę śmierci na chłopie. Los chłopów był tu ponadto krócej ciężkim, niż w innych krajach, gdyż tylko w wieku XVII i XVIII, gdy jeszcze XVI zachował sporo z blasku złotego okresu dwóch poprzednich stuleci. „ Wymiar pańszczyzny i pokrewnych jej świadczeń – stwierdza Oswald Balzer, znakomity znawca ustroju Polski – nie doszedł był nigdy do tych granic, jakie tu i ówdzie ustaliły się na Zachodzie”. Przytem, spełniając powinności dworskie, odrabiaj ąc pańszczyznę, płacąc czynsz, chłop wiedział, że w zamian miał prawo do opieki pańskiej, że w razie elementarnej klęski dozna ulgi w opłatach i zapomogi w inwentarzu, zaś pewną autonomię, pewien współudział w załatwieniu spraw bieżących, dawały mu instytucje gromadzkie, których postanowienia przybierały niejednokrotnie charakter ustaw (Ulanowski – „Wieś polska pod względem prawnym od XVI do XVII w.”). Nie można również zapomnieć, że znaczna część stany włościańskiego – włościanie dóbr koronnych, a po części i duchownych – korzystała z pewnych praw cywilnych pod opieką państwa.
Zabiegi na koniec prywatne około poprawy położenia ludu przybrały w Polsce o wiele większą miarę niż gdziekolwiek indziej. Polska miała pod tym względem stare i dobre wskazania, gdyż w najlepszej epoce dziejów narodu w XVI w wołali o to Skarga, Górnicki, Ostroróg, a znakomity pisarz polityczny, Andrzej Frycz Modrzewski, domagał się wręcz zniesienia poddaństwa i zrównania wszystkich wobec prawa, wtedy, gdy o możliwości takiego postulatu nikomu jeszcze nie śniło w Europie.. Z początkiem XVIII w. Utorował drogę idei podniesienia stanowiska prawnego, dobrobytu i oświaty włościan król Stanisław Leszczyński w swym traktacie „Głos wolny” (rozdział „Plebe- i”). Inicjatywa społeczna w tym kierunku szybkie poczyniła postępy i wydała znakomite owoce. Próby zreformowania stosunków włościańskich w duchu nowoczesnym, rozpoczęte w roku1740, objęły wielkie latyfundia magnackie Jabłonowskich, Zamoyskich, Lubomirskich, Brzostowskich, Chreptowiczów, Potockich, Czartoryskich, Poniatowskich. W drugiej połowie tego wieku prąd ten stał się prawie powszechnym. Zrywano z pańszczyzną, zamieniano robociznę na czynsz, nadawano włościanom wolność osobistą, obdarzano ich samorządem. „Wszędzie – stwierdza T. Lubomirski („Rolnicza ludność w Polsce”) – dziedzice zrzekają się przewagi władzy patrymonialnej, wszędzie wznawiaj ą lub tworzą samodzielny ustrój sądowy i wszędzie objawia się ruch restauracji gmin i ich niezawisłości”. O rozmiarach tej samorzutnej reformy może dać wyobrażenie fakt, że posiadłości Stanisława Poniatowskiego, w których większą część poddanych wyzwolono „uczyniono właścicielami”, liczyły same tylko do 400.000 ludności. „Nie dopuszczając się przesady – mówi A. Rembowski („Porównanie konstytucja stanowych”) – można utrzymywać, ze w żadnym z krajów europejskich inicjatywa prywatna nie uczyniła tyle dobrego dla włościan i to z takim niezaprzeczonym zaparciem się stanowych interesów, co w Polsce.
Wielka reforma państwowa 3 maja 1791 roku położyła prawne warunki bytu warstwy włościańskiej . Była ona, przy całej swej połowicz- ności, tak liberalną w porównaniu ze stosunkami panującymi u sąsiadów, że kanclerz rosyjski Biezborodko bał się „rozprzestrzeniania się polskiej zarazy” („ wolność włościan – pisał 25 listopada 1794 roku – może również rozdrażnić naszych wieśniaków”),. A cesarz Austrii rozkazał gubernatorowi Galicji pisać memoriał „co robić należy dla mieszczan i chłopów wobec reform dokonanych w Polsce”. W trzy lata później, w roku 1794, Kościuszko, jako naczelny wódz i faktyczny dyktator narodu, poszedł o znaczny krok naprzód ogłaszaj ąc w uniwersale połanieckim nowe ważne postanowienia na korzyść włościan. Ostatni ten akt prawny niepodległego państwa polskiego, reguluj ący stosunki włościańskie, zapewniał ludności chłopskiej między innymi bezpośrednia opiekę rządu, nieusuwalność z uprawianego gruntu i wolność osobistą – zdobycze niezmiernej jak na swój czas doniosłości. Ta reforma wydała się naszym sąsiadom tak wywrotową, że generał moskiewski Cycjanow po bitwie pod Maciejowicami ogłosił w Grodnie ukaz, w którym nakazywał „uległość panom według dawnych zwyczajów” i zabronił powoływać się na uniwersał Kościuszki. (po rozbiorach Polska, pozbawiona własnych organów państwowych, już nie mogła kontynuować reformy włościańskiej, a rządy rozbiorowe tamowały na naszych ziemiach celowo wszelką w tej dziedzinie inicjatywę społeczną, pragnąc jak najbardziej pogłębić przedział miedzy ludem i szlachtą. W różnych dzielnicach podejmowano bezskutecznie prób ustawodawczego rozwiązania kwestii włościańskiej w duchu nowoczesnym. Rządy obce zachowywały się opornie lub paraliżowały te akcje. W Galicji ówczesny ruch rewolucyjny podniósł hasło uwłaszczenia włościan. W Królestwie pierwszym aktem rządu powstańczego z roku 1863 było uwłaszczenie, co zmusiło rząd rosyjski do wprowadzenie tej reformy w życie. Historyczny manifest Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, datowany z Poitiers, ogłosił, już w roku 1836program przyznania ziemi włościanom na własność. Gdyby Polska nie została przez rozbiory pozbawiona swobody ruchów, byłaby jedna z pierwszych w Europie rozwiązała u siebie kwestię włościańską.)
Obok tych faktów znajdziemy w dziejach Polski jeszcze pewne momenty psychologiczne, które pośrednio mogą nam posłużyć do odtworzenia obrazu rzekomego „piekła” chłopskiego w Polsce, a posiadają również wartość dokumentalną. I tak niezmiernie wiele mówi stosunek szlachty z końca XVIII wieku do Kościuszki. Kościuszko reprezentował to, co dzisiaj nazwalibyśmy radykalizmem społecznym. Podczas sześcioletniego pobytu w Ameryce dojrzały w nim przekonania demokratyczne zupełnie nowoczesne, które po powrocie do kraju w całym swym publicznym działaniu śmiało i jawnie wyznawał. Parafrazując deklaracje Jeffersona, głosił, że „w naturze wszyscy równi jesteśmy”, przystosowuj ąc zaś tę zasadę do stosunków praktycznych, szerzył pogląd, ze „słowo poddany powinno być przeklęte u oświeconych narodów”. Gdy ujął za broń przeciw najazdowi- oświadczył wyraźnie, że „za samą szlachtę bić się nie będzie”, że ”chce wolności całego narodu”, a po zwycięskiej bitwie pod Racławicami,. W której krakowscy kosynierzy wzięli szturmem armaty moskiewskie, przebiera się manifestacyjnie w chłopską sukmanę. Potem przyszedł uniwersał połaniecki,. Akt kompromisowy, ale w danych warunkach prawnych oznaczający niemal przewrót. Szlachta, gdyby wyglądała w stosunku do chłopów tak czarno jak ją malują tendencyjni portreciści, powinna tego człowieka obwołać dawno Jakobinem. Wcale nie. On był wszak dyktatorem szlacheckiej Rzeczypospolitej. Jego postać już wówczas otoczył powszechny entuzjazm. Noszono jego medaliony, rozpowszechniano tysiącami jego portrety, wielbiono w nim bohatera. Ten kult ze strony społeczeństwa przecież wyłącznie szlacheckiego, kult, któremu nie przeszkodziły bynajmniej wyznawane tak dobitnie przekonania socjalistyczne Kościuszki, jest nader charakterystyczny. Gdyby nie było innych świadectw, on jeden wystarczyłby za dowód, że przepaść między szlachtą ludem w Polsce nie była chyba – niezgłębioną. (coś mówi także fakt, że małżeństwo szlachcica z kobietą innego stanu, a więc i włościanką, nie miało żadnego wpływu na uprawnienia potomstwa. Dzieci nie traciły przez to „klejnotu ” szlacheckiego.)
Do praktykowanych gdzie indziej orgii ucisku chłopa nie dopuszczał także wrodzony Polakom łagodny charakter, owa „dulcis sanguis Polono- rum”, zaobserwowana przez obcych już W XVI wieku, charakter, który nawet wobec nieprzyjaciela nie zatracał w sobie ludzkiego poczucia. Dla ilustracji przytoczymy przykłady choćby pierwsze z brzegu. Rada Najwyższa Narodowa, która w roku 1794 kieruje ostatnią obroną Polski przed najazdem, rzuca ludowi swemu wzniosłe pouczenie, że „kiedy o zemście na nieprzyjacielu mówią, nie rozumie się przez to zemsty na ludziach kraju moskiewskiego bezbronnych, w pojmaniu lub zabezpieczeniu narodowym zostających, których los należy szanować”, „idzie o zemstę godna Polaka przez okazanie odwagi” itd. W roku 1831 oswobodzona chwilowo Warszawa daje wspaniały przykład ludzkości wobec wroga: lud okazuje miłosierdzie jeńcom, ranni żołnierze polscy ustępują miejsca na wozach rannym moskiewskim, a rząd narodowy umieszcza w budżecie wydatek na utrzymanie szkoły dla pozostałych dzieci rosyjskich. (A. Kraushar „Życie potoczne Warszawy 1830 – 1831”). W narodzie, który wobec wroga miał tyle ludzkości okazać, nie mogło być okrucieństwa wobec własnego ludu. To też ciężkie prawo które normowało w ubiegłych wiekach byt chłopa polskiego, było raczej łagodzone niż zaostrzane w praktyce. Przekonawszy się, ze nie tak czarno wyglądało u nas położenie mieszczaństwa i włościan, jak to głosi kursujące oszczerstwo, stwierdźmy teraz, że położenie to – aczkolwiek smutne – nie może być żadną miarą podstawą do kwestionowania wartości swobód i praw politycznych, które Rzeczpospolita szlachecka tak bujnie rozwinęła. Zaprzeczać tej wartości jest to popełniać taką samą bijącą w oczy niedorzeczność, jak gdyby ktoś chciał utrzymywać, że Francja nie była nigdy narodem rycerskim, gdyż ta typowa cecha jej rozwinęła się w ramach jednej tylko warstwy.
Zjawisko szerokiego wymiaru praw dla ograniczonej części zaludnienia nie przeszkadza wszak, iż dotąd ludzkość żywi podziw do starożytnych republik z ich wysoka kulturą wolności i demokracji. Jeszcze dobitniej występuje to na przykładzie, późniejszym nie tylko pod tych przedtysiącletnich ustrojów, ale – od Polski, na przykładzie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Konstytucja federacyjna tego państwa, jedna z najliberalniejszych na świecie, uposażając prawami politycznymi całą ludność
– białą, nie przyznała ich murzynom, co więcej, nie zniosła ich niewolnictwa. „Wszyscy murzyni, wraz z potomstwem istniejącym i przyszłym, maja pozostać na zawsze niewolnikami i będą podlegać kupnu, darowiźnie i przysądzeniu na równi z majątkiem ruchomym i zgodnie ze swa naturą” – głosiły ustawy kraju, który miał już za sobą nieśmiertelną Deklarację Jeffersona. Aż do roku 1866 w nowoczesnej, na wskroś demokratycznej republice północnoamerykańskiej istniało i było prawnie uznane niewolnictwo kilkumilionowej warstwy ludności! Nikomu przecież dotąd nie przyszło do głowy, aby kwestionować z tego powodu wielkość tych zasad, jakie zajaśniały przy narodzinach wolnej Ameryki i których doskonałym rozwinięciem świeci ona do dziś starej Europie. Gdy tą samą miarę zastosujemy do idei i prawno – państwowych urządzeń szlacheckiej Rzeczypospolitej Polskiej, to okaże się w całej pełni niedorzeczność pseudo-krytyki dziejowej, która odmawia im znaczenia z powodu upośledzonego stanowiska mieszczaństwa i włościan. Skoro bowiem z praw politycznych i obywatelskich zostały obdarte gdzie indziej wszystkie warstwy społeczne, a w Polsce przynajmniej jedna, niezmiernie liczna, te prawa posiadała, skoro tam od kaprysu jednego człowieka zależą losy całych państw, a w Polsce milion ludzi ma zabezpieczony współudział w rządach, to jakie- goż żonglerstwa logicznego lub grubej złej woli trzeba, aby wysokiej wartości swobód polskich przeczyć dlatego, że z nich nie korzystał cały naród – choćby nawet jego szerokie i pełne pojęcie nie było dziełem ostatnich dopiero czasów.






