Antoni Chołoniecki: Duch dziejów Polski

Article Index

Życie polityczne Rzeczypospolitej rozwinęło się w tych ramach z niezmierną intensywnością.

O  ile mieszczaństwo faktycznie rychło zeszło z widowni, a pewne przysługujące mu prawa wy­konywało raczej tylko manifestacyjnie, aby stwierdzić, że je w zasadzie posiada, to ogół ziemiański coraz bardziej zaprawiał się w sze­rokim życiu państwowym. W ciągu długiej i nieprzerwanej praktyki trzech stuleci wyrabia się kultura polityczna, która wchodzi w krew szlachty polskiej. Sprawy publiczne – źle lub dobrze pojmowane – pochłaniają ja, są zaję­ciem ulubionym i zaszczytnym, jak w starych republikach greckich, i równie jak tam posiada­ją zdolność roznamiętniania. Na sejmach, zwy­czajnych, zwoływanych obowiązkowo co dwa lata i nadzwyczajnych, zbierających się w razie potrzeby, na niezliczonych rodzajach sejmików powiatowych i wojewódzkich (sejmiki przed­sejmowe, elekcyjne, deputackie, gospodarskie, relacyjne, generalne), w obieralnych trybuna­łach sądowych i na licznych urzędach, jest szlachta nieustannie zaprzątnięta sprawami bądź samorządu lokalnego bądź odnoszącymi się do interesów państwa.

Obraz powyższy jest w ogólnych zarysach wy­kończony już pod koniec XVI wieku i bez zmian zasadniczych pozostanie takim przez dwa następne stulecia, właśnie wtedy, gdy nie­mal cała Europa kontynentalna poddała szyje pod jarzmo absolutyzmu. Ponieważ we wszyst­kich tych prawach i swobodach politycznych bierze udział cały, niezmiernie liczny i różnoli- ty w swym społecznym uwarstwieniu ogół szlachty, a tron od dawna już przestał być dzie­dzicznym, Polska krystalizuje się ostatecznie jako ustrój szlachecko – demokratyczny i szla­checko – republikański. W ustach narodu zja­wia się samorzutnie na oznaczenie tak ukształ­towanego państwa nazwa „Rzeczypospolitej”, która odpowiadając wiernie duchowi urządzeń publicznych, upowszechnia się szybko jako nieurzędowe określenie konstytucyjnej monar­chii polskiej

W naszej literaturze historycznej, nie­koniecznie nawet autoramentu szkoły krakow­skiej, i w ogóle w całej współczesnej umysło- wości, tendencja do obniżania wartości urzą­dzeń i idei państwowych własnego narodu sta­ła się czymś w rodzaju dobrego tonu. Z któ­rym, zdaje się, stoimy odosobnieni w Europie. Dla przykładu spróbujemy tu w zwięzłym przy- pisku skontrolować parę poglądów na dawny sejm Rzeczypospolitej.

Al. Rembowski („Konfederacja iro- kosz”)pisze: „ – uważam za stosowne nadmie­nić, że twierdzenie prof. Bobrzyńskiego, jakoby ustawa polska z roku 1505, uświęcająca udział szlachty w życiu państwowym, stworzyła par­lamentaryzm, może w nauce o państwie spo­wodować tylko pomieszanie pojęć. Przez wyraz „parlamentaryzm ” rozumie nauka polityki zgodnie z historykami prawa państwowego sys­tem rządzenia czyniący „ministerium zawisłym od poparcia większości izby gmin. System po­wyższy wyrobił się i utrwalił w Anglii dopiero na początku XVIII stulecia ”. Otóż kryterium powyższe jest zupełnie dowolne. Dowodzi tego jasno fakt, ze w Prusiech, a nawet w Rzeszy niemieckiej dotychczas ministeria stoją zaufa­niem i wolą korony, nie izb, i żadne wotum nieufności ze strony reprezentacji ludowej nie może zmusić ich do ustąpienia. Co więcej, na­wet w Stanach Zjednoczonych północnej Ame­ryki ministrowie nie są odpowiedzialni przed kongresem, lecz wyłącznie przed prezydentem. Czy można jednak twierdzić jakoby Niemcy czy Ameryka północna nie były państwami parla­mentarnymi? Nie! Gdyż istotą parlamentary­zmu jest po prostu taki układ stosunków, w którym społeczeństwo posiada głos współdecy­dujący w sprawach państwowych za pośrednic­twem swego mniej lub więcej zakreślonego przedstawicielstwa, układ, w którym społe­czeństwo to, jak obrazowo wyraża się St. Ku­trzeba „nie jest tylko miękką glina w rękach władcy”.

Ze stanowiska teorii przesadnie pod­kreśla się i przeciwstawia dzisiejszemu stanowi rzeczy fakt, że posłowie byli u nas przed refor­ma 3 maja 1791 roku tylko mandatariuszami sejmików a nie przedstawicielami całego pań­stwa: że „ ci co w sejmie zasiadali reprezento­wali interesy stanu a nie państwa, zaś interesy państwa o tyle tylko o ile one schodziły się z tamtymi”. Jedno i drugie jest oczywiście zgod­ne z martwa literą urządzeń ówczesnych. Sko­ro jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, któ­ra wobec „szarej teorii” ma chyba tezjakieś znaczenie, to stwierdzić należy: 1). że członko­wie sejmu polskiego, mimo że byli mandata- riuszami sejmików, wznosili się niejednokrot­nie na wysoki poziom przedstawiciela całości państwowej, czego mamy mnóstwo przykła­dów. 2). że deputowani dzisiejsi, aczkolwiek nie prawnie, to faktycznie, czują się również – nieraz przede wszystkim przedstawicielami swoich „okręgów” imandatariuszami swoich wyborców, od których na zgromadzeniach przedwyborczych otrzymują sui generis przy czym wiadomo jak wrażliwi bywają na punkcie zyskania osobistej nawet wdzięczności tych od których wzięli mandaty. 3). że dawne stany w znaczeniu prawno – państwowym zastąpione zostały przez „klasy” społeczne i że w dzisiej­szych ciałach ustawodawczych posłowie, po­dobnie jak kiedyś było w Polsce reprezentują przede wszystkim interesy swojej klasy, a pań­stwa o tyle tylko o ile one schodzą się z tamty­mi. Wystarczy wskazać na posłów robotni­czych, posłów agrariuszy np. pruskiego typu, na walki o reformy wyborcze podszyte zupełnie wyraźnie klasowymi interesami itd. pozosta­wienie zresztą dotąd w składzie ciał prawo­dawczych izby „wyższej”, izby „lordów”, izby, która na Węgrzech nazywa się wprost „izba magnatów”, dowodzi, że pierwiastek stanowo- ści nie został całkowicie usunięty nie tylko z ducha, ale nawet z organizacji nowoczesnego parlamentaryzmu.

Prof. Oswald Balzer („Reformy poli­tyczne i społeczne konstytucji 3 maja ”) mówi znowu: „Przywykliśmy nazywać sejm polski ciałem parlamentarnym, reprezentacja naro­du ”. Jeżeli do tych nazwprzywiążemy znacze­nie ścisłe, dzisiejsze, to trzeba je chyba zarzu­cić: izba poselska nie była izbą parlamentarna w znaczeniu dzisiejszym ”. Z równa słusznością należałoby odmówić i dziś istotnych cech par­lamentu sejmom, które nie opierają się na gło­sowaniu powszechnym, bo i one reprezentują tylko ułamek narodu. Gdyby o istocie parla­mentaryzmu miała rozstrzygać zasada bez­względnie doskonałej reprezentacji, to pokaza­łoby się, że nie ma na ś wiecie w ogóle parla­mentów, albo istnieją one tylko w paru krajach i to przeważnie egzotycznych. Za wyjątkiem bowiem dalekiej Australii, Nowej Zelandii oraz dwóch północno – amerykańskich stanów Wyoming i Colorado, a w Europie Finlandii i Norwegii we wszystkich krajach i państwach usunięta jest od udziału w życiu reprezenta­cyjnym polowa ludności t. j. kobiety. Wyłącze­nie to jest niezawodnie krzywdzące i niedo­rzeczne: nie zechcemy mimo to jednak twier­dzić, ze parlament francuski, w którym kobiety nie maja prawa głosu, nie jest dlatego parla­mentem. Wysuwane dla kontrastu z dawnym polskim sejmem określenie „parlamentaryzm w znaczeniu dzisiejszym ” jest arcyśliskie, gdyż to „ dzisiejsze znaczenie ” ogarnia w dobrej zgodzie dzisiejsze przedstawicielstwa o tak znacznych odchyleniach jak parlament angiel­ski czy przedrewolucyjna Duma rosyjska, sejm pruski i parlament nowozelandzki. Ze sejm Rzeczypospolitej polskiej nie był „ dzisiejszym parlamentem ” tego chyba nie trzeba dowodzić. Jeżeli jednak Bobrzyński widzi w roku 1505 narodziny parlamentaryzmu w Polsce, to ata­kowanie tego słusznego twierdzenia „dzisiej- szością ” nie może bynajmniej zachwiać istotą rzeczy, która nie tylko w perspektywie dziejo­wej, ale jak widzieliśmy, nawet dziś, w obrębie tego samego czasu, przejawia się w bardzo różnych postaciach.

Pomiędzy dawnym sejmem polskim a najliberalniejszym z sejmów nowoczesnych za­chodzi głównie i przede wszystkim różnica ilo­ściowa, naturalna ze względu na upływ stuleci, podczas gdy między ustrojem i duchem Polski historycznej a większością państw w Europie, nie tylko współczesnych jej, leczjeszcze nawet w XIX i XX wieku zachodzi różnica jakościo­wa, zasadnicza, taka, jaka wyraża się w sto­sunku wolności do despotyzmu.

Naród i król

Wolna elekcja panującego. Stosunek do monar­chy Prawo do korony. „Artykuły henrycjań- skie ”. Król – prezydent. Prawo o wypowiada­niu posłuszeństwa. Król dla narodu, nie naród dla króla. Królobójstwo w Polsce nieznane.

Polityczna społeczność polska od schył­ku średniowiecza aż po koniec swego istnienia wyznaje zasadę, ze człowiek powinien podle­gać tylko tej władzy, którą sam z siebie wyło­nił. Król w Polsce nie jest też narzucony ślepym trafem urodzenia – wybrano go wolną elekcj ą,

na zgromadzeniu wyborczym. Na którym mógł zjawić się i oddać swój głos każdy pełnoprawny obywatel państwa. Obok senatorów i posłów od ziem i znaczniejszych miast, cała osiadła szlachta Korony i Litwy, bez względu na sto­pień zamożności, miała prawo przybyć na sejm konwokacyjny do Warszawy i osobiście brać udział w wyborze króla. Był to więc wybór na podstawie powszechnego głosowania, jednej wprawdzie warstwy, lecz niezmiernie licznej.

Zasada elekcyjności tronu w Polsce ist­niała już właściwie od roku 1382, po wymarciu głównej linii Piastów i po zgonie Ludwika wę­gierskiego, którego jeszcze Kazimierz Wielki po prostu „przeznaczył” na króla na mocy ukła­dów familijnych, nie pytając o niczyją zgodę. Utrwaliło ją ostatecznie wygaśnięcie rodu Ja­giellonów, który dynastią był tylko na Litwie. Odtąd, od roku 1572, datują się owe niezwykłe akty wyborcze, w których brała udział cała szlachta, stanowiąca w danym okresie dziejo­wym „naród” polityczny, akta wadliwie zorga­nizowane ale istota swą, poprzez absolutyzm, utrwalający się wówczas w Europie, wybiega­jące ku wyżej rozwiniętym a dziś w wielu kra­jach praktykowanym pojęciom nowoczesnym. Dopiero w roku 1791 niebezpieczeństwo grożą­ce ze strony sąsiednich mocarstw autokratycz­nych zmusiło Polskę upodobnić się do otocze­nia i wprowadzić monarchię dziedziczną. Nie­mniej przez cały ciąg panowanie dynastii Ja­giellońskiej naród polski dobrowolnie obierał siedmiu po kolei królów z jednej rodziny, a wczasach późniejszych obrał trzech z rzędu Wazów i dwóch Wettinów, co wymownie do­wodzi, iż chroniąc zasadę polityczną, nie popa­dał bynajmniej w doktrynerstwo.

Przez długie wieki szlachta polska strzegła zasady elekcyjności tronu jako kardy­nalnej cechy swobód obywatelskich. Dziś nie­zmiernie łatwo wykazać szkody, jakie przynio­sła Polsce wolna elekcja. Niemniej motywy ogółu szlacheckiego miały za sobą głębokie ra­cje polityczne. Dziedziczność tronu na całym kontynencie europejskim została wyzyskana przez monarchów jako narzędzie do wprowa­dzenia rządów absolutnych, a oprócz tego była źródłem wojen sukcesyjnych, które ustawicznie zawichrzały Europę. Naród, który nie chciał ab­solutyzmu, musiał bronić się przeciw zasadzie dziedziczenia i zamiast „pana dziedzicznego” chętniej uznawać władzę „pana obieralnego”.

Między narodem a królem panuje w Polsce stosunek, który dobitnie charakteryzuje ducha urządzeń publicznych. Wobec osoby kró­lewskiej zachowuje szlachcic polski pełne po­czucie swej godności obywatelskiej i ludzkiej. „Króla szanował – mówi historyk Kalinka – ja­ko powagę moralną, jako głowę federacji szla­checkiej, której członkiem sam się być wyzna­wał, ale króla się nie bał, bo nic od niego do­świadczyć nie mógł. Rad był pozyskać jego ła­skę, lecz w potrzebie bez niej się obchodził. Czem był, nie z króla był, ale sam z siebie”. W przeciwieństwie do tego we Francji np. za Lu­dwika XIV już nie zabiegano o względy, ale kult osoby monarszej doszedł do szczytu upodlenia. Wschodząc na ucztę biesiadnicy składali ukłon przed serwetą przeznaczoną do obtarcia ust królewskich, a każdy przechodzący przez sypialnię „króla – słońce” musiał kłaniać się przed pustym łóżkiem. W Polsce w stosun­ku do panującego nie ma ani śladu owego bi- zantynizmu, owego służalczego płaszczenia się, owego czołgania się „u stop tronu”, które ty­powo występuj ą w Europie ówczesnej, a także

o  wiele późniejszej. Do Stefana Batorego rzekł Jakub Niemojewski z całą swoboda wolnego człowieka: „Miłościwy panie, chowaj w całości nasze przywileje a będziesz nam miłościwym królem, jeśli nie – będziesz Stefanem Batorym, a ja Jakubem Niemojewskim”. Porównajmy to odezwanie się z owym znanym w historii rosyj­skiej faktem, iż pewien bojar za drobne jakieś przewinienie wbity na pal na rozkaz Iwana Groźnego, męcząc się przez całą dobę, mówił do dzieci i żony, stoj ących opodal słupa: „Boże chroń cara”. Był to tylko jeden z tysięcy przy­kładów niezrozumiałego dla Polaka „heroizmu niewoli”, o którym powiedział Mickiewicz, że jest „psu zasługą, człowiekowi grzechem”. W atmosferze polskiej sami panujący wzdragają się przed przyjmowaniem bałwochwalczego kultu. Kiedy na sejmie lubelskim w roku 1569 magnaci litewscy, jeszcze pod wpływem sta­rych wyobrażeń, padli na kolana przed Zyg­muntem Augustem, król rzekł: „ Klękanie Panu Bogu samemu czynić mamy, a nie ziemskim panom”. (W. Sobieski „Król a car”). Tenże król podkreśla, że rozkazuje” swoim poddanym „prawem, nie czym innym”, a chociaż nie jest autokratą, chociaż nikt nie pełza przed nim i nie wybija pokłonów, to on kocha ten swój naród i mówi do niego: „Gdybyście się gardła naparli, aby to było z dobrem waszym, tedy dla was powinienem uczynić – tak was miłuj ę”.

Szlachcicowi polskiemu towarzyszy dumne poczucie, że jest nie tylko „wyborcą królów”, ale posiada nadto sam prawo do koro­ny. Dla każdego z członków olbrzymiej rzeszy szlacheckiej stoi otworem droga do tronu, jeżeli na mocy wyj ątkowych talentów i zasług powo­łać go tam zechce zaufanie współobywateli. Wypadek taki zdarza się w dziejach Polski czte­ry razy, a dwaj z tych elektów, Sobieski i Lesz­czyński, pomnożyli szereg nie najgorszych mo­narchów. Obaj oni, dostawszy się na tron, czuli się nie jakimiś istotami nadprzyrodzonymi, lecz ludźmi wyrosłymi z krwi i kości społeczeństwa i mimo wszystkie niedostatki polskiego rządu odczuwali szlachetna dumę, że mogą sprawo­wać władzę w państwie opartym na wolności i prawie. Sobieski w pierwszej mowie tronowej, nazajutrz po elekcji, nazwał siebie „prostym szlachcicem”, obranym „z życzliwej woli swo­bodnego i prawowicie władnego narodu”. Leszczyński, ów zwolennik ukrócenia nadmier­nych przywilejów szlacheckich i wróg „liberum veto”, wyznawał jednak, iż „daleko większy honor panować nad wolnym narodem, niż nie­wolniczym”. O stosunku narodu do króla decy­dował sam ustrój Rzeczypospolitej, ustrój, któ­ry zapobiegając tyranii jednostki, przesuwał punkt ciężkości życia politycznego na zgroma­dzenia sejmowe, który każdego obywatela czy­nił tym sposobem bezpośrednio uczestnikiem rządu i który w krew narodu wszczepiał poczu­cie odpowiedzialności za tok spraw publicz­nych.

Władza królewska była ograniczona szerokimi, jak widzieliśmy, kompetencjami Sejmu. Od roku 1573 wstępującym na tron mo­narchom przekłada sejm elekcyjny do przyjęcia ustawy zasadnicze („artykuły henrycjańskie”) i warunki rządzenia („pacta conventa”), rozgra­niczające obowiązki i prawa króla od obowiąz­ków i praw narodu. Król zatwierdza tę umowę przysięgą. Po takim unormowaniu obupólnego stosunku, po uznaniu kierowniczej roli sejmu i zatwierdzeniu swobód narodowych, król polski rozpoczyna swe funkcje, które są funkcjami najwyższego przedstawiciela władzy wyko­nawczej i pierwszego obywatela państwa, funk­cjami w istocie swej – prezydenta republiki, pomimo tytułu i majestatu monarszego.

Naród zabezpiecza się dalej przed wszelkimi próbami autokratyzmu ze strony swego władcy, a czyni to w sposób zarówno prosty, jak uczci­wy. „Gdyby król prawa, swobody, artykuły i pacta nadwyrężał lub ich nie dopełnił tedy obywatele będą uwolnieni od wierności i posłu­szeństwa monarsze”. Chodziło przy tym nie o „ludzka omylność”, lecz wyraźnie o złą wolę, o świadome zamachy na prawa narodu, co sejm w 1576 roku osobno zastrzegł, „aby dla króla i dla obywateli wola Rzeczypospolitej nie była wątpliwą”. Ustawa z roku 1609 „ de non pra- estenda oboedientia” dokładnie określa postę­powanie, jakie ostatecznie ma wyprzedzić wy­powiedzenie posłuszeństwa, nie jest to bowiem procedura ani krótka ani lekkomyślna. Jeżeli król targnął się w sposób jawny i oczywisty na zaprzysiężone prawa, ma być uchwała sejmu trzykrotnie przestrzeżony i upomniany przez prymasa państwa i dopiero „w razie odrzucenia prośby”, w razie notorycznego szkodnictwa, może sejm rozwiązać umowę, której jedna ze stron nie dotrzymała. Naród tedy był obowiąza­ny wyczerpać cały szereg prób porozumienia się z królem, zanimby wypowiedział mu wiarę. Ten stosunek wyjątkowej lojalności wobec pa­nującego mógł w praktyce prowadzić do nad­użyć. I temu jednak zapobiegało prawodawstwo polskie, ustanawiając najsroższe kary dla awan­turników wzniecaj ącym zaburzenia pod pozo­rem, że król „na zgubę Rzeczypospolitej zamia­ry knuje”.

Artykuł „de non praestenda oboedientia” świadczy o wysokiej w Polsce czci dla prawa, które wyżej stawiano niż osobę królewską. Rzecz charakterystyczna przy tym, że warunek ten nie przeszkodził królowi tej siły moralnej, co Stefan Batory, sprawować rządów żelazna ręką i karać gardłem najpotężniejszych magna­tów, gdy udowodniono im złamanie ustaw: ogół solidaryzował się z królem, który nie dopusz­czał deptania prawi sam je uczciwie wypełniał. Stosunek ten obywateli do osoby królewskiej (jeżeli weźmiemy poza nawias Węgry, których swobody zresztą zaczynają gasnąć już w pierw­szej połowie XVI w.) jest czymś nieznanym w dziejach reszty ówczesnej Europy, która na przemian korzy się w prochu przed najdzik­szymi wybrykami swoich władców i pozwala im po sobie deptać, to znowu rzuca ich sobie pod stopy, pastwi się nad nimi, więzi, truje, ob­cina głowy itd. Naród polski załatwia swe pora­chunki z monarchą uczciwie i jasno, jak przy­stało ludziom wolnym. Gdyby nie mógł dłużej znosić jego panowania, wówczas stanie przed nim z podniesionym czołem, oko w oko, bez niewolniczego podstępu, w biały dzień i z ręka na księdze praw przypomni artykuł „de non praestanda oboedientia” ( o nie stawaniu w po­słuszeństwie, wypowiedzenie posłuszeństwa), artykuł który przewiduje po prostu rozwiązanie obupólnej umowy. „Chceszli starzeć się miedzy nami – woła naród polski do swego władcy – szanuj nasze swobody”. Jeśli nie, tedy król bez­ie odesłany tam, skąd przybył, z całym jego majestatu szacunkiem i z pełnym swej osoby bezpieczeństwem. Nic złego nie stanie się mu wśród Polaków. Nie błyśnie mu w cieniach no­cy maska najętego zbira, nie zagrozi mu sztylet, trucizna ani szarfa. Przez całych ósm wieków swojego bytu państwowego i przez ciąg czter­dziestu kilku różnych panowań Polska nie mia­ła ani jednego wypadku królobójstwa. (Jeden z pisarzy historycznych, omawiając to niezwykłe zjawisko, zapytuje sceptycznie, czy nie pochodzi ono stąd iż „u nas monarcha nie mógł nikomu szkodzić, jak gdzie indziej ”. Oczywiście! Polska nie potrzebowała mordować królów, gdyż uczy­niła wszystko możliwe, by zapobiec działaniu ich na szkodę narodu. Ale czyżby odwrotny sto­sunek miałby być lepszy?

W nowszym okresie dziejów od chwili gdy zaczyna się rozwijać władza sejmu, szlach­ta żyje w nieustannej obawie przed „absolutum dominium”, którego wzrost widzi w całej Euro­pie, czuwa ciągle, aby korona nie nadużyła swoich praw na szkodę swobód obywatelskich, ale królów nie wlecze na szafot, nie morduje skrytobójczo. Król w Polsce nie potrzebował tez otaczać się strażą, obracał się wśród swego narodu śmiało i swobodnie. Zygmunt Stary mówił, że nie ma w całej Rzeczypospolitej ani jednego człowieka, na którego piesi spokojnie by nie zasnął. Bohaterski oswobodziciel Wied­nia, Sobieski, który słynął z popularności, nie wahał się stanąć do tańca wśród szarego tłumu, na weselu u prostego kowala, jak wolny czło­wiek wśród wolnych ludzi.

Ten wybitnie charakterystyczny rys polskiego społeczeństwa, iż nigdy nie rozprawiało się z panującymi w sposób podstępny i zbójecki, lecz jawnie i po rycersku, mógł powstać tylko tam, gdzie równie jawnie i otwarcie głoszona była zasada, że nie naród istnieje dla króla, lecz król dla narodu, zasada nawskroś nowoczesna, a wyznawana w Polsce wówczas, gdy dookoła państwa europejskie coraz bardziej staczały się na poziom, prywatnej własności swych monar­chów.


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location