Życie polityczne Rzeczypospolitej rozwinęło się w tych ramach z niezmierną intensywnością.
O ile mieszczaństwo faktycznie rychło zeszło z widowni, a pewne przysługujące mu prawa wykonywało raczej tylko manifestacyjnie, aby stwierdzić, że je w zasadzie posiada, to ogół ziemiański coraz bardziej zaprawiał się w szerokim życiu państwowym. W ciągu długiej i nieprzerwanej praktyki trzech stuleci wyrabia się kultura polityczna, która wchodzi w krew szlachty polskiej. Sprawy publiczne – źle lub dobrze pojmowane – pochłaniają ja, są zajęciem ulubionym i zaszczytnym, jak w starych republikach greckich, i równie jak tam posiadają zdolność roznamiętniania. Na sejmach, zwyczajnych, zwoływanych obowiązkowo co dwa lata i nadzwyczajnych, zbierających się w razie potrzeby, na niezliczonych rodzajach sejmików powiatowych i wojewódzkich (sejmiki przedsejmowe, elekcyjne, deputackie, gospodarskie, relacyjne, generalne), w obieralnych trybunałach sądowych i na licznych urzędach, jest szlachta nieustannie zaprzątnięta sprawami bądź samorządu lokalnego bądź odnoszącymi się do interesów państwa.
Obraz powyższy jest w ogólnych zarysach wykończony już pod koniec XVI wieku i bez zmian zasadniczych pozostanie takim przez dwa następne stulecia, właśnie wtedy, gdy niemal cała Europa kontynentalna poddała szyje pod jarzmo absolutyzmu. Ponieważ we wszystkich tych prawach i swobodach politycznych bierze udział cały, niezmiernie liczny i różnoli- ty w swym społecznym uwarstwieniu ogół szlachty, a tron od dawna już przestał być dziedzicznym, Polska krystalizuje się ostatecznie jako ustrój szlachecko – demokratyczny i szlachecko – republikański. W ustach narodu zjawia się samorzutnie na oznaczenie tak ukształtowanego państwa nazwa „Rzeczypospolitej”, która odpowiadając wiernie duchowi urządzeń publicznych, upowszechnia się szybko jako nieurzędowe określenie konstytucyjnej monarchii polskiej
W naszej literaturze historycznej, niekoniecznie nawet autoramentu szkoły krakowskiej, i w ogóle w całej współczesnej umysło- wości, tendencja do obniżania wartości urządzeń i idei państwowych własnego narodu stała się czymś w rodzaju dobrego tonu. Z którym, zdaje się, stoimy odosobnieni w Europie. Dla przykładu spróbujemy tu w zwięzłym przy- pisku skontrolować parę poglądów na dawny sejm Rzeczypospolitej.
Al. Rembowski („Konfederacja iro- kosz”)pisze: „ – uważam za stosowne nadmienić, że twierdzenie prof. Bobrzyńskiego, jakoby ustawa polska z roku 1505, uświęcająca udział szlachty w życiu państwowym, stworzyła parlamentaryzm, może w nauce o państwie spowodować tylko pomieszanie pojęć. Przez wyraz „parlamentaryzm ” rozumie nauka polityki zgodnie z historykami prawa państwowego system rządzenia czyniący „ministerium zawisłym od poparcia większości izby gmin. System powyższy wyrobił się i utrwalił w Anglii dopiero na początku XVIII stulecia ”. Otóż kryterium powyższe jest zupełnie dowolne. Dowodzi tego jasno fakt, ze w Prusiech, a nawet w Rzeszy niemieckiej dotychczas ministeria stoją zaufaniem i wolą korony, nie izb, i żadne wotum nieufności ze strony reprezentacji ludowej nie może zmusić ich do ustąpienia. Co więcej, nawet w Stanach Zjednoczonych północnej Ameryki ministrowie nie są odpowiedzialni przed kongresem, lecz wyłącznie przed prezydentem. Czy można jednak twierdzić jakoby Niemcy czy Ameryka północna nie były państwami parlamentarnymi? Nie! Gdyż istotą parlamentaryzmu jest po prostu taki układ stosunków, w którym społeczeństwo posiada głos współdecydujący w sprawach państwowych za pośrednictwem swego mniej lub więcej zakreślonego przedstawicielstwa, układ, w którym społeczeństwo to, jak obrazowo wyraża się St. Kutrzeba „nie jest tylko miękką glina w rękach władcy”.
Ze stanowiska teorii przesadnie podkreśla się i przeciwstawia dzisiejszemu stanowi rzeczy fakt, że posłowie byli u nas przed reforma 3 maja 1791 roku tylko mandatariuszami sejmików a nie przedstawicielami całego państwa: że „ ci co w sejmie zasiadali reprezentowali interesy stanu a nie państwa, zaś interesy państwa o tyle tylko o ile one schodziły się z tamtymi”. Jedno i drugie jest oczywiście zgodne z martwa literą urządzeń ówczesnych. Skoro jednak weźmiemy pod uwagę praktykę, która wobec „szarej teorii” ma chyba tezjakieś znaczenie, to stwierdzić należy: 1). że członkowie sejmu polskiego, mimo że byli mandata- riuszami sejmików, wznosili się niejednokrotnie na wysoki poziom przedstawiciela całości państwowej, czego mamy mnóstwo przykładów. 2). że deputowani dzisiejsi, aczkolwiek nie prawnie, to faktycznie, czują się również – nieraz przede wszystkim przedstawicielami swoich „okręgów” imandatariuszami swoich wyborców, od których na zgromadzeniach przedwyborczych otrzymują sui generis przy czym wiadomo jak wrażliwi bywają na punkcie zyskania osobistej nawet wdzięczności tych od których wzięli mandaty. 3). że dawne stany w znaczeniu prawno – państwowym zastąpione zostały przez „klasy” społeczne i że w dzisiejszych ciałach ustawodawczych posłowie, podobnie jak kiedyś było w Polsce reprezentują przede wszystkim interesy swojej klasy, a państwa o tyle tylko o ile one schodzą się z tamtymi. Wystarczy wskazać na posłów robotniczych, posłów agrariuszy np. pruskiego typu, na walki o reformy wyborcze podszyte zupełnie wyraźnie klasowymi interesami itd. pozostawienie zresztą dotąd w składzie ciał prawodawczych izby „wyższej”, izby „lordów”, izby, która na Węgrzech nazywa się wprost „izba magnatów”, dowodzi, że pierwiastek stanowo- ści nie został całkowicie usunięty nie tylko z ducha, ale nawet z organizacji nowoczesnego parlamentaryzmu.
Prof. Oswald Balzer („Reformy polityczne i społeczne konstytucji 3 maja ”) mówi znowu: „Przywykliśmy nazywać sejm polski ciałem parlamentarnym, reprezentacja narodu ”. Jeżeli do tych nazwprzywiążemy znaczenie ścisłe, dzisiejsze, to trzeba je chyba zarzucić: izba poselska nie była izbą parlamentarna w znaczeniu dzisiejszym ”. Z równa słusznością należałoby odmówić i dziś istotnych cech parlamentu sejmom, które nie opierają się na głosowaniu powszechnym, bo i one reprezentują tylko ułamek narodu. Gdyby o istocie parlamentaryzmu miała rozstrzygać zasada bezwzględnie doskonałej reprezentacji, to pokazałoby się, że nie ma na ś wiecie w ogóle parlamentów, albo istnieją one tylko w paru krajach i to przeważnie egzotycznych. Za wyjątkiem bowiem dalekiej Australii, Nowej Zelandii oraz dwóch północno – amerykańskich stanów Wyoming i Colorado, a w Europie Finlandii i Norwegii we wszystkich krajach i państwach usunięta jest od udziału w życiu reprezentacyjnym polowa ludności t. j. kobiety. Wyłączenie to jest niezawodnie krzywdzące i niedorzeczne: nie zechcemy mimo to jednak twierdzić, ze parlament francuski, w którym kobiety nie maja prawa głosu, nie jest dlatego parlamentem. Wysuwane dla kontrastu z dawnym polskim sejmem określenie „parlamentaryzm w znaczeniu dzisiejszym ” jest arcyśliskie, gdyż to „ dzisiejsze znaczenie ” ogarnia w dobrej zgodzie dzisiejsze przedstawicielstwa o tak znacznych odchyleniach jak parlament angielski czy przedrewolucyjna Duma rosyjska, sejm pruski i parlament nowozelandzki. Ze sejm Rzeczypospolitej polskiej nie był „ dzisiejszym parlamentem ” tego chyba nie trzeba dowodzić. Jeżeli jednak Bobrzyński widzi w roku 1505 narodziny parlamentaryzmu w Polsce, to atakowanie tego słusznego twierdzenia „dzisiej- szością ” nie może bynajmniej zachwiać istotą rzeczy, która nie tylko w perspektywie dziejowej, ale jak widzieliśmy, nawet dziś, w obrębie tego samego czasu, przejawia się w bardzo różnych postaciach.
Pomiędzy dawnym sejmem polskim a najliberalniejszym z sejmów nowoczesnych zachodzi głównie i przede wszystkim różnica ilościowa, naturalna ze względu na upływ stuleci, podczas gdy między ustrojem i duchem Polski historycznej a większością państw w Europie, nie tylko współczesnych jej, leczjeszcze nawet w XIX i XX wieku zachodzi różnica jakościowa, zasadnicza, taka, jaka wyraża się w stosunku wolności do despotyzmu.
Naród i król
Wolna elekcja panującego. Stosunek do monarchy Prawo do korony. „Artykuły henrycjań- skie ”. Król – prezydent. Prawo o wypowiadaniu posłuszeństwa. Król dla narodu, nie naród dla króla. Królobójstwo w Polsce nieznane.
Polityczna społeczność polska od schyłku średniowiecza aż po koniec swego istnienia wyznaje zasadę, ze człowiek powinien podlegać tylko tej władzy, którą sam z siebie wyłonił. Król w Polsce nie jest też narzucony ślepym trafem urodzenia – wybrano go wolną elekcj ą,
na zgromadzeniu wyborczym. Na którym mógł zjawić się i oddać swój głos każdy pełnoprawny obywatel państwa. Obok senatorów i posłów od ziem i znaczniejszych miast, cała osiadła szlachta Korony i Litwy, bez względu na stopień zamożności, miała prawo przybyć na sejm konwokacyjny do Warszawy i osobiście brać udział w wyborze króla. Był to więc wybór na podstawie powszechnego głosowania, jednej wprawdzie warstwy, lecz niezmiernie licznej.
Zasada elekcyjności tronu w Polsce istniała już właściwie od roku 1382, po wymarciu głównej linii Piastów i po zgonie Ludwika węgierskiego, którego jeszcze Kazimierz Wielki po prostu „przeznaczył” na króla na mocy układów familijnych, nie pytając o niczyją zgodę. Utrwaliło ją ostatecznie wygaśnięcie rodu Jagiellonów, który dynastią był tylko na Litwie. Odtąd, od roku 1572, datują się owe niezwykłe akty wyborcze, w których brała udział cała szlachta, stanowiąca w danym okresie dziejowym „naród” polityczny, akta wadliwie zorganizowane ale istota swą, poprzez absolutyzm, utrwalający się wówczas w Europie, wybiegające ku wyżej rozwiniętym a dziś w wielu krajach praktykowanym pojęciom nowoczesnym. Dopiero w roku 1791 niebezpieczeństwo grożące ze strony sąsiednich mocarstw autokratycznych zmusiło Polskę upodobnić się do otoczenia i wprowadzić monarchię dziedziczną. Niemniej przez cały ciąg panowanie dynastii Jagiellońskiej naród polski dobrowolnie obierał siedmiu po kolei królów z jednej rodziny, a wczasach późniejszych obrał trzech z rzędu Wazów i dwóch Wettinów, co wymownie dowodzi, iż chroniąc zasadę polityczną, nie popadał bynajmniej w doktrynerstwo.
Przez długie wieki szlachta polska strzegła zasady elekcyjności tronu jako kardynalnej cechy swobód obywatelskich. Dziś niezmiernie łatwo wykazać szkody, jakie przyniosła Polsce wolna elekcja. Niemniej motywy ogółu szlacheckiego miały za sobą głębokie racje polityczne. Dziedziczność tronu na całym kontynencie europejskim została wyzyskana przez monarchów jako narzędzie do wprowadzenia rządów absolutnych, a oprócz tego była źródłem wojen sukcesyjnych, które ustawicznie zawichrzały Europę. Naród, który nie chciał absolutyzmu, musiał bronić się przeciw zasadzie dziedziczenia i zamiast „pana dziedzicznego” chętniej uznawać władzę „pana obieralnego”.
Między narodem a królem panuje w Polsce stosunek, który dobitnie charakteryzuje ducha urządzeń publicznych. Wobec osoby królewskiej zachowuje szlachcic polski pełne poczucie swej godności obywatelskiej i ludzkiej. „Króla szanował – mówi historyk Kalinka – jako powagę moralną, jako głowę federacji szlacheckiej, której członkiem sam się być wyznawał, ale króla się nie bał, bo nic od niego doświadczyć nie mógł. Rad był pozyskać jego łaskę, lecz w potrzebie bez niej się obchodził. Czem był, nie z króla był, ale sam z siebie”. W przeciwieństwie do tego we Francji np. za Ludwika XIV już nie zabiegano o względy, ale kult osoby monarszej doszedł do szczytu upodlenia. Wschodząc na ucztę biesiadnicy składali ukłon przed serwetą przeznaczoną do obtarcia ust królewskich, a każdy przechodzący przez sypialnię „króla – słońce” musiał kłaniać się przed pustym łóżkiem. W Polsce w stosunku do panującego nie ma ani śladu owego bi- zantynizmu, owego służalczego płaszczenia się, owego czołgania się „u stop tronu”, które typowo występuj ą w Europie ówczesnej, a także
o wiele późniejszej. Do Stefana Batorego rzekł Jakub Niemojewski z całą swoboda wolnego człowieka: „Miłościwy panie, chowaj w całości nasze przywileje a będziesz nam miłościwym królem, jeśli nie – będziesz Stefanem Batorym, a ja Jakubem Niemojewskim”. Porównajmy to odezwanie się z owym znanym w historii rosyjskiej faktem, iż pewien bojar za drobne jakieś przewinienie wbity na pal na rozkaz Iwana Groźnego, męcząc się przez całą dobę, mówił do dzieci i żony, stoj ących opodal słupa: „Boże chroń cara”. Był to tylko jeden z tysięcy przykładów niezrozumiałego dla Polaka „heroizmu niewoli”, o którym powiedział Mickiewicz, że jest „psu zasługą, człowiekowi grzechem”. W atmosferze polskiej sami panujący wzdragają się przed przyjmowaniem bałwochwalczego kultu. Kiedy na sejmie lubelskim w roku 1569 magnaci litewscy, jeszcze pod wpływem starych wyobrażeń, padli na kolana przed Zygmuntem Augustem, król rzekł: „ Klękanie Panu Bogu samemu czynić mamy, a nie ziemskim panom”. (W. Sobieski „Król a car”). Tenże król podkreśla, że rozkazuje” swoim poddanym „prawem, nie czym innym”, a chociaż nie jest autokratą, chociaż nikt nie pełza przed nim i nie wybija pokłonów, to on kocha ten swój naród i mówi do niego: „Gdybyście się gardła naparli, aby to było z dobrem waszym, tedy dla was powinienem uczynić – tak was miłuj ę”.
Szlachcicowi polskiemu towarzyszy dumne poczucie, że jest nie tylko „wyborcą królów”, ale posiada nadto sam prawo do korony. Dla każdego z członków olbrzymiej rzeszy szlacheckiej stoi otworem droga do tronu, jeżeli na mocy wyj ątkowych talentów i zasług powołać go tam zechce zaufanie współobywateli. Wypadek taki zdarza się w dziejach Polski cztery razy, a dwaj z tych elektów, Sobieski i Leszczyński, pomnożyli szereg nie najgorszych monarchów. Obaj oni, dostawszy się na tron, czuli się nie jakimiś istotami nadprzyrodzonymi, lecz ludźmi wyrosłymi z krwi i kości społeczeństwa i mimo wszystkie niedostatki polskiego rządu odczuwali szlachetna dumę, że mogą sprawować władzę w państwie opartym na wolności i prawie. Sobieski w pierwszej mowie tronowej, nazajutrz po elekcji, nazwał siebie „prostym szlachcicem”, obranym „z życzliwej woli swobodnego i prawowicie władnego narodu”. Leszczyński, ów zwolennik ukrócenia nadmiernych przywilejów szlacheckich i wróg „liberum veto”, wyznawał jednak, iż „daleko większy honor panować nad wolnym narodem, niż niewolniczym”. O stosunku narodu do króla decydował sam ustrój Rzeczypospolitej, ustrój, który zapobiegając tyranii jednostki, przesuwał punkt ciężkości życia politycznego na zgromadzenia sejmowe, który każdego obywatela czynił tym sposobem bezpośrednio uczestnikiem rządu i który w krew narodu wszczepiał poczucie odpowiedzialności za tok spraw publicznych.
Władza królewska była ograniczona szerokimi, jak widzieliśmy, kompetencjami Sejmu. Od roku 1573 wstępującym na tron monarchom przekłada sejm elekcyjny do przyjęcia ustawy zasadnicze („artykuły henrycjańskie”) i warunki rządzenia („pacta conventa”), rozgraniczające obowiązki i prawa króla od obowiązków i praw narodu. Król zatwierdza tę umowę przysięgą. Po takim unormowaniu obupólnego stosunku, po uznaniu kierowniczej roli sejmu i zatwierdzeniu swobód narodowych, król polski rozpoczyna swe funkcje, które są funkcjami najwyższego przedstawiciela władzy wykonawczej i pierwszego obywatela państwa, funkcjami w istocie swej – prezydenta republiki, pomimo tytułu i majestatu monarszego.
Naród zabezpiecza się dalej przed wszelkimi próbami autokratyzmu ze strony swego władcy, a czyni to w sposób zarówno prosty, jak uczciwy. „Gdyby król prawa, swobody, artykuły i pacta nadwyrężał lub ich nie dopełnił tedy obywatele będą uwolnieni od wierności i posłuszeństwa monarsze”. Chodziło przy tym nie o „ludzka omylność”, lecz wyraźnie o złą wolę, o świadome zamachy na prawa narodu, co sejm w 1576 roku osobno zastrzegł, „aby dla króla i dla obywateli wola Rzeczypospolitej nie była wątpliwą”. Ustawa z roku 1609 „ de non pra- estenda oboedientia” dokładnie określa postępowanie, jakie ostatecznie ma wyprzedzić wypowiedzenie posłuszeństwa, nie jest to bowiem procedura ani krótka ani lekkomyślna. Jeżeli król targnął się w sposób jawny i oczywisty na zaprzysiężone prawa, ma być uchwała sejmu trzykrotnie przestrzeżony i upomniany przez prymasa państwa i dopiero „w razie odrzucenia prośby”, w razie notorycznego szkodnictwa, może sejm rozwiązać umowę, której jedna ze stron nie dotrzymała. Naród tedy był obowiązany wyczerpać cały szereg prób porozumienia się z królem, zanimby wypowiedział mu wiarę. Ten stosunek wyjątkowej lojalności wobec panującego mógł w praktyce prowadzić do nadużyć. I temu jednak zapobiegało prawodawstwo polskie, ustanawiając najsroższe kary dla awanturników wzniecaj ącym zaburzenia pod pozorem, że król „na zgubę Rzeczypospolitej zamiary knuje”.
Artykuł „de non praestenda oboedientia” świadczy o wysokiej w Polsce czci dla prawa, które wyżej stawiano niż osobę królewską. Rzecz charakterystyczna przy tym, że warunek ten nie przeszkodził królowi tej siły moralnej, co Stefan Batory, sprawować rządów żelazna ręką i karać gardłem najpotężniejszych magnatów, gdy udowodniono im złamanie ustaw: ogół solidaryzował się z królem, który nie dopuszczał deptania prawi sam je uczciwie wypełniał. Stosunek ten obywateli do osoby królewskiej (jeżeli weźmiemy poza nawias Węgry, których swobody zresztą zaczynają gasnąć już w pierwszej połowie XVI w.) jest czymś nieznanym w dziejach reszty ówczesnej Europy, która na przemian korzy się w prochu przed najdzikszymi wybrykami swoich władców i pozwala im po sobie deptać, to znowu rzuca ich sobie pod stopy, pastwi się nad nimi, więzi, truje, obcina głowy itd. Naród polski załatwia swe porachunki z monarchą uczciwie i jasno, jak przystało ludziom wolnym. Gdyby nie mógł dłużej znosić jego panowania, wówczas stanie przed nim z podniesionym czołem, oko w oko, bez niewolniczego podstępu, w biały dzień i z ręka na księdze praw przypomni artykuł „de non praestanda oboedientia” ( o nie stawaniu w posłuszeństwie, wypowiedzenie posłuszeństwa), artykuł który przewiduje po prostu rozwiązanie obupólnej umowy. „Chceszli starzeć się miedzy nami – woła naród polski do swego władcy – szanuj nasze swobody”. Jeśli nie, tedy król bezie odesłany tam, skąd przybył, z całym jego majestatu szacunkiem i z pełnym swej osoby bezpieczeństwem. Nic złego nie stanie się mu wśród Polaków. Nie błyśnie mu w cieniach nocy maska najętego zbira, nie zagrozi mu sztylet, trucizna ani szarfa. Przez całych ósm wieków swojego bytu państwowego i przez ciąg czterdziestu kilku różnych panowań Polska nie miała ani jednego wypadku królobójstwa. (Jeden z pisarzy historycznych, omawiając to niezwykłe zjawisko, zapytuje sceptycznie, czy nie pochodzi ono stąd iż „u nas monarcha nie mógł nikomu szkodzić, jak gdzie indziej ”. Oczywiście! Polska nie potrzebowała mordować królów, gdyż uczyniła wszystko możliwe, by zapobiec działaniu ich na szkodę narodu. Ale czyżby odwrotny stosunek miałby być lepszy?
W nowszym okresie dziejów od chwili gdy zaczyna się rozwijać władza sejmu, szlachta żyje w nieustannej obawie przed „absolutum dominium”, którego wzrost widzi w całej Europie, czuwa ciągle, aby korona nie nadużyła swoich praw na szkodę swobód obywatelskich, ale królów nie wlecze na szafot, nie morduje skrytobójczo. Król w Polsce nie potrzebował tez otaczać się strażą, obracał się wśród swego narodu śmiało i swobodnie. Zygmunt Stary mówił, że nie ma w całej Rzeczypospolitej ani jednego człowieka, na którego piesi spokojnie by nie zasnął. Bohaterski oswobodziciel Wiednia, Sobieski, który słynął z popularności, nie wahał się stanąć do tańca wśród szarego tłumu, na weselu u prostego kowala, jak wolny człowiek wśród wolnych ludzi.
Ten wybitnie charakterystyczny rys polskiego społeczeństwa, iż nigdy nie rozprawiało się z panującymi w sposób podstępny i zbójecki, lecz jawnie i po rycersku, mógł powstać tylko tam, gdzie równie jawnie i otwarcie głoszona była zasada, że nie naród istnieje dla króla, lecz król dla narodu, zasada nawskroś nowoczesna, a wyznawana w Polsce wówczas, gdy dookoła państwa europejskie coraz bardziej staczały się na poziom, prywatnej własności swych monarchów.






