Prawo i życie
Wstręt do przymusu. Moralne więzy życia gromadnego. Praktyczna próba ich wartości.
Sto lat rozwoju. Poczucie prawa. Sądownictwo. Zasada obrony i jawności rozpraw. „Palestra”. Własność. Bezpieczeństwo publiczne jako probierz systemu karnego.
Przez całą polityczną twórczość narodu polskiego – przez jego ustrój państwowy wysnuty z zasady „nic o nas bez nas”, przez wolną elek- cj ę pokreślona artykułem o wypowiedzeniu posłuszeństwa królowi. Przez unie i autonomie oparte na podwalinach wszechstronnej tolerancji – przewija się charakterystyczna cecha natury polskiej : wstręt do przymusu. Rys ten występuje jako jeden z najbardziej znamiennych w typie polskim. Wielkie czyny skoncentrowanej energii w naszym narodzie były zawsze uwarunkowane istnieniem pobudek swobodnie uznanych i głęboko odczutych. Więzy życia gromadnego posiadały konieczny podkład w sankcji moralnej wszystkich, którzy w skład organizacji wchodzili. Autor „Sejmu czteroletniego” Kalinka kreśli w następuj ący sposób typ szlachcica polskiego na tle środowiska: „Służbę lub urząd pełniąc, nie czuł się podwładnym, tylko dobrowolnym pracy towarzyszem. W życiu prywatnym, tak dobrze jak publicznym, wiązała go wiara, tradycja, obyczaj, hierarchia, ale wszystko to było dobrowolnie przez niego uznane i przyjęte; przymusu nie pojmował i nie cierpiał”.
Wbrew utartym poglądom na państwo jako na organizację przymusu, Polska istniała z tymi pojęciami przez setki lat. W XVBI i XVII w była potężną i umiała być groźną: stanęła zwycięską stopą w Moskwie na dwieście lat przed Napoleonem, obroniła chrześcijaństwo pod Wiedniem, złamała potęgę Turcji. A jednak „cały ustrój Rzeczypospolitej – mówi Kalinka – opierał się na dobrej woli obywatela”. Pod koniec istnienia państwa polskiego wielka reforma z dnia 3 maja 1791 roku, reorganizując administrację publiczną, powołała do życia tzw. komisje cywilno – wojskowe -p pierwszy w Polsce przejaw nowoczesnej biurokracji. Ale biurokracja ta posiadała swoiste cechy polskie, właściwe i poprzedniemu okresowi: urzędnicy spełniali swe obowiązki jako zaszczytną służbę obywatelską, a za wszystkie środki rygoru, jakimi dziś utrzymuje się ogół we karności, miało tam wystarczyć poszanowanie dla prawa. I o tej administracji pisze historyk owych czasów Korzon w swych „Dziejach wewnętrznych Polski za Stanisława Augusta”: „Przejrzawszy księgi, protokoły i wyroki, przyjdziemy do przekonania, że komisje cywilno – wojskowe funkcjonowały ku zadowoleniu tak władz wyższych, jak ludności, i ze społeczeństwo okazywało niezwykłą powolność ich zarządzeniom, bez żadnych prawie środków przymusowych”. Polska ze swoim niemal zupełnym brakiem przymusu państwowego musiała tym samym stawiać swym obywatelom niezmiernie wysokie wymagania moralne. Tym wymaganiom Polacy umieli sprostać przez wiek XV i XVI, gdy państwo było bardzo silne, w znacznym stopniu jeszcze w wieku XVII, gdy zdołaliśmy się obronić przed napaścią równoczesną wszystkich niemal sąsiadów. Pomiędzy okresem najświetniejszego rozkwitu Rzeczypospolitej w wiekach XV, XVI, aż ku połowie wieku XVII – a epoką reform 3 maja 1791 roku, pomiędzy tymi dwoma okresami, w których mechanizm polskiego życia mimo braku przymusu funkcjonował prawidłowo, leży około stuletni przeciąg czasu, w którym założenia pierwotne rozwinęły się chorobliwie, wolność stawała się niejednokrotnie swawolą, decentralizacja nadmierna groziła rozbiciem całości, a dobra wola obywateli okazywała się siłą zbyt słabo spajającą wewnętrzne wiązania państwowe. Był to najsmutniejszy w dziejach Rzeczypospolitej okres osławionej i przez czcicieli silnej pięści tendencyjnie jaskrawionej – „polskiej anarchii”. Ale i wtedy o ileż wyżej stał naród polski od despotycznie rządzonych społeczeństw sąsiednich. Nawet w tej smutnej epoce istnieje w zbiorowości powszechnej, aczkolwiek w słabszym natężeniu i nieraz zwyrodniała,. Ta siła moralna, która przenika cały obszar dziejów narodu polskiego: poczucie prawa.
Zjawisko to jest łatwo zrozumiałe. Naród, któremu od wieków nie narzucano ustaw od góry, który sam był swoim ustawodawcą, musiał z samej natury rzeczy rozwinąć w sobie poczucie prawa wyżej, niż społeczeństwa, które p[oddane samowładnej woli jednostki nie brały udziału w tworzeniu prawnych form życia. Stąd charakterystyczny, że kanclerz państwa mógł u nas odmówić nawet samemu królowi położenia pieczęci pod aktem, gdy jego treść była niezgodna z duchem obowiązujących ustaw.
Uderzająco znamiennym jest w dziejach Polski brak epoki „prawa osobistej pomocy” (prawa pięści), tego wykwitu istotnej anarchii, gdy rozstrzyganie sporu na własną rękę przez gwałt fizyczny (w Niemczech po czteru wiekach istnienia wznowione jeszcze w czasie wojny 30 – to letniej uchodziło właściwie za legalną instytucję, gdy nie było rządu ani sądu, a samowolny wymiar sprawiedliwości był przywilejem przyznanym każdemu silnemu. W Polsce podobnych wynaturzeń prawnych nie było nigdy. U nas, gdy władza państwowa osłabła, to zjawiła się – jako daleki refleks prawa pięści – awanturniczy „zajazd”, tj. samowolna egzekucja wyroku, która, nie mówiąc już o zasadniczej różnicy prawnej, wyglądała wobec dzikiego „Fau- strechtu” jak igraszka dziecięca (wystarczy sięgnąć do na wpół humorystycznego opisu mickiewiczowskiego) i zresztą zdarza się rzadko a uważana jest zawsze za gwałt publiczny, nigdy za legalną instytucję. Już około połowy XVIII wieku zdarzają się takie przykłady surowości prawa, jak fakt, że potężny magnat litewski Wołłowicz za występne swe awantury, schwytany i postawiony przed sąd poniósł karę śmierci przez rozstrzelanie w Mińsku.
W całej prawie dziedzinie polskiego życia widzimy refleks tych naczelnych zasad, na których wspierała się budowa państwa: kultu wolności – poszanowania indywidualizmu. Na sądownictwie polskim, podobnie jak na ustroju politycznym wycięły te dwie podstawowe cechy piętno niezwykle wczesnej dojrzałości.
Gdy z wyjątkiem Anglii we wszystkich monarchiach europejskich panował, w procedurze proces śledczy inkwizycyjny, połączony z badaniem tajemnym opartym głownie na torturach, na podstępnych pytaniach (captiose Fra- gen) i na pisemnych protokółach, to w postępowaniu sądowym polskim, wobec jednej przynajmniej warstwy narodu, tj. szlachty, spotykamy wszędzie zachowanie zasady jawności, rozprawy ustnej, oskarżenia i obrony, te znakomite zasady, które dopiero za wpływem wielkiej rewolucji francuskiej wprowadzone zostały w XIX wieku we wszystkich państwach europejskich, a przed rewolucja istniały tylko w Anglii i w Polsce. Wytwarzało to w ludności, korzystającej z tych urządzeń, poczucie prawne zgoła inne niż w krajach tkwiących w absolu- tyźmie. Wystarczy powołać się tu na niezmiernie charakterystyczny rys, że skazany stawiał się zwykle sam, by „zasiąść wieżę”, skoroby zaś nie chciał zadość uczynić wyrokowi, stawał się banitą i każdy mógł zabić go bezkarnie, co od XVI wieku zdarzało się nie raz. Człowiek, uciekający przed karą wymierzoną przez sąd, uważany był w Polsce za tchórza.
Jak głęboko prawo ukorzeniało się w pojęcia narodu świadczy fakt, iż w XVIII wieku powoływano się w sądach polskich jeszcze na niektóre postanowienia statutu wiślickiego z XIV wieku. Słynne pieniactwo polskie z czasów upadku, tak zgubne jako zjawisko społeczne, dowodzi jednak pośrednio istnienia autorytetu prawa. „Palestra” była po wszystkie czasy niwą uprawianą ze szczególnym zamiłowaniem, stanowiła jedna z pasji narodowych – jak praca rolnicza i rzemiosło rycerskie – gdyż zawsze, nawet wśród rozgwaru namiętności, wśród obłędu i występków politycznych, cześć dla prawa tkwiła głęboko w umysłach Polaków. Byli oni zdolni „mieć fanatyczna głowę na punkcie prawa”, zauważył nienawidzący Polski, a długo w Warszawie przebywaj ący ambasador rosyjski Repnin w roku 1767.
Szczególnie mocno ugruntowane było nie tylko w umysłach ogółu szlacheckiego, ale w instynkcie całego narodu pojęcie własności. Istniało przysłowie, że łatwiej w Polsce stracić życie niż własność. O bezpieczeństwie publicznym, tym niezawodnym probierzu wartości państwa posiadamy z czasów największej właśnie „anarchii” polskiej cenne zeznania cudzoziemców.
Rulhière w „Histoire de l’anarchie de la Pologne” (Paryż 1807) pisze: „Niepodobne prawie do wiary, ze wśród takiej anarchii Polska zdawała się szczęśliwą i spokojną; bezpieczeństwo panowało w miastach, podróżny bez żadnej obawy mógł przebywać lasy najsamotniejsze jak drogi najliczniej uczęszczane, nie słychać nigdzie rozmów o jakiejś zbrodni i nic lepiej nie popiera mniemania niektórych filozofów, że człowiek z natury jest dobry”. W roku 1779 podróżował po Polsce historyk angielski Wiliam Cox, profesor uniwersytetu w Cambridge, w towarzystwie lorda Herberta. Cox zapisał spostrzeżenie, że w ciągu całej podroży przez kraje polskie nic mu nie zginęło, choć powóz zostawał zawsze na dworze bez dozoru, tymczasem w Rosji po każdym noclegu spostrzegali jakąś kradzież, mimo iż w powozie sypiał służący. (Cox – „Travels into Poland, Russia and Denemark”). Niemiec Blester podróżując w 1791 roku zapewnia, że „w Polsce czy we dnie, czy w nocy jechać można bardzo bezpiecznie: kilkakroć sto tysięcy dukatów wiezie kabrioletem jeden człowiek. (Ksawery Liske – „Cudzoziemcy w Polsce”). Niechętny Polakom Schultz („Reise eines Lieflanders”), kiedy podróżował przez Polskę w latach 1788 – 1793, pisze o bezpieczeństwie publicznym w krajach Rzeczypospolitej: „Nie należy wierzyć temu co mówią o niepewności dróg. Ja sam odbyłem te drogę (przez Polskę) trzy razy, wiele moich przyjaciół również i nigdy nie pokazało się nic podejrzanego”. Dodajmy do tych wynurzeń świadectwo Tadeusza Korzona („Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta”), który pisze: ”Co kwartał przewożona była z każdej prowincji skarbowej, a wiec z poznania, z Krakowa, z kamieńca, kasa prowincjonalna do Warszawy, wynosząca czasem około miliona złotych, pod eskotrą jednego a rzadko dwóch strażników konnych. Można się zdumiewać, ze te kasy dochodziły miejsca przeznaczenia. Przejrzawszy wszystkie akta codziennych czynności Komisji Skarbowej, wiemy dokładnie, ze ani jeden transport w ciągu lat trzydziestu nie zginął, ze raz tylko była złupio- na kasa egzaktorowi w Latyczowie przez hajdamaków nad granicą turecką”.
Ponieważ – zauważa Korzon słusznie – bezpieczeństwo publiczne jest głównym i ostatecznym celem wszelkiego systemu karnego, zaś cel ten był w Polsce osiągany z podziwu godnym powodzeniem, przeto i samemu systemowi przyznać należy niepospolite zalety, górujące nad wszystkim i wadami”.






