Antoni Chołoniecki: Duch dziejów Polski

Article Index

Tolerancja wyznaniowa

Swoboda religijna jako następstwo swobód po­litycznych. Położenie Żydów. Wobec reforma­cji. Ustawa tolerancyjna z roku 1573. Równo­uprawnienie wszystkich wyznań. Polska schro­nieniem prześladowanych. Jak wyglądała reak­cja religijna w Polsce? Unia brzeska.

Naród, który na gruncie życia politycznego wy­tworzył kult najwyższej swobody jednostki, nie mógł tej swobody ukrócać tym bardziej w sub­telnej dziedzinie wiary. Z wolności obywatel­skiej, z tego źródła, które zabarwiło wszystkie cechy ustrojowe polskie, z którego rozwinęły się różnorodne autonomie historycznych i ple­miennych odrębności w ramach jednej Rzeczy­pospolitej, konsekwentnie wyrosła także swo­boda religijna i wzajemna tolerancja wyzna­niowa, nigdzie dawniej nieznana w tym stop­niu, a w najświetniejszym swym okresie wyka­zująca wręcz charakter nowoczesny.

W najbardziej wymowny sposób przejawiło się to w stosunku do Żydów, tego społeczeństwa, które niezależnie zresztą od innych przyczyn ściąganej na siebie nienawiści było wszędzie typowym kozłem ofiarnym przesądów i na­miętności religijnych. Mimo, że Polacy byli na­rodem arcychrześcijańskim i mimo ze osiadły miedzy nimi żywioł starozakonny od najdaw­niejszych czasów okazywał wobec gościnnego dla siebie państwa w chwilach jego ciężkich terminów bardzo kruchą lojalność, co tym bar­dziej mogło pogłębić istniejącą przepaść, nie­znane były tu srogie prześladowania jakich do­świadczyli Żydzi w całej niemal Europie. W czasach największej reakcji katolickiej tumulty przeciw Żydom były dziecinną igraszką wobec pełnych grozy okrucieństw, których widownią był Zachód. Gwałty, znęcania się bestialskie i mordy pozostały nawet wówczas obce naturze polskiej. Nie było również owych gromadnych wypędzeń., tak pospolitych gdzie indziej. Ba­dacz historii Żydów na naszych ziemiach dr Mojżesz Schorr stwierdza: „Na chwałę dziejów Polski należy podnieść, że w przeciwieństwie do wszystkich innych europejskich krajów śre­dniowiecza, przez cały ośmiowiekowy przeciąg niepodległego bytu Polski nie zdarzył się ani jeden wypadek wypędzenia Żydów z państwa” (M. Schorr – „Rechtstellung u. innere Verfas- sung der Juden in Polen” Berlin 1917r). Wy­znanie żydowskie posiadało zupełna wolność rozwoju w krajach polskich. Nauka rabinacka mogła tu stworzyć najbardziej kwitnące swoje centra. Żydzi – konstatuje jeden z pisarzy ży­dowskich – cieszyli się w Polsce w ciągu jej ca­łego bytu państwowego „wielkoduszną toleran­cją i daleko idąca swobodą” (miesięcznik „Morlah” grudzień 1916 r)

Polska nie znała na ogół religijnego fanatyzmu i sprawę stosunku do Boga zostawiała sumieniu każdego ze swoich mieszkańców. Już podczas soboru w Konstancji (1414) nauka polska przez usta rektora Akademii Krakowskiej Pawła Włodkowica z Brudzewa postawiła naprzeciw powszechnej doktrynie i praktyce średniowie­cza zasadę zupełnie nowoczesną, że „wiara nie ma być z przymusu” (fides ex necessitate esse non debet – jak brzmiała w oryginale wieko­pomna ta deklaracja). Stanowisko to zajaśniało u nas w pełnym blasku w epoce Reformacji. Ruch reformacyjny zjawił się wcześnie i zna­lazł łatwy przystęp w Rzeczpospolitej, która ty­sięcznymi więzami związana była z Zachodem

i   z ośrodków jego życia umysłowego obficie czerpała. Szerokie rozpowszechnienie humani­zmu w wyższych warstwach narodu przygoto­wało grunt dla reformy religijnej. Najpierwsze rody polskie: Radziwiłłów, Leszczyńskich, Górków, Oleśnickich, Stadnickich, Zborow­skich, Ostrorogów, Łaskich, Tomickich, Jazło- wieckich, Działyńskich, Firlejów, i dziesiątki innych częściowo lub zupełnie odpadły od ka­tolicyzmu. Prymas państwa, arcybiskup Uchań­ski, skłaniał się ku wytworzeniu narodowego kościoła. Reformie religijnej uległ pierwszy na­rodowy pisarz polski Mikołaj Rey. Zaroiło się na obszarach Rzeczypospolitej od różnowier- czych zborów, szkół, drukarń. Rozszerzył się kalwinizm i luteranizm, pojawili się wyznawcy religii Braci Czeskich, wyłoniła się polska sekta Aria nów (Braci Polskich), nie licząc mnóstwa sekt drobnych, a Polak Jan Łaski, którego wy­bitnej indywidualności obcy badacze poświęca­ją dziś monografie (holenderska monografia Kuypera, niemiecka Daltona), sięgnął działal­nością swą do Fryzji, Danii i Anglii.

Tej wielkiej przemianie pojęć towarzyszy tole­rancja, jakiej w Europie ówczesnej nie tylko nigdzie nie było, ale której nawet tam często zrozumieć nie umiano. Na Zachodzie wznosiły się stosy, na których płonęli „heretycy”. Stru­mieniami lała się krew na chwałę Boga”. Dzie­siątki tysięcy ludzi mordowano na rusztowa­niach, drugie dziesiątki tysięcy, tropione jak dzikie zwierzęta, uciekały z kraju do kraju. Pol­ska nie znała tortur inkwizycji. Nie gwałciła sumień. Nie wszczynała wojen religijnych. Krwawe prześladowania innowierców, to zja­wisko zgoła w tym katolickim kraju nieznane. Wobec Reformacji władze polskie zajęły od ra­zu stanowisko pełne tolerancji. Od początków tego ruchu panowała w Polsce faktyczna, choć nie potwierdzona żadną jeszcze ustawą swobo­da wyznaniowa. Przez cały wiek XV i XVI, chociaż katoliccy królowie ostro potępiali w specjalnych rozporządzeniach „nowinki religij­ne”, tj. nauki reformatorów, innowiercy cieszyli się w praktyce pełną swobodą. Wśród pierw­szych dostojników państwa, otaczających tron królewski, spotykamy protestantów. W 1569 roku posiadają oni większość w senacie: 38 krzeseł na 73. Protestanci przewodzą na sej­mach Rzeczypospolitej. Innowierstwo nie za­gradza nikomu drogi do służby publicznej. Ohydna zasada „cuius regio – eius religio”, uchwalona w Niemczech na zjeździe augsbur­skim 1555 roku, zasada, która stała się zarze­wiem strasznych i długotrwałych wojen religij­nych, nigdy w Polsce nie istniała. W czasie, gdy różni książęta Europy pławią we krwi swych poddanych wierzących inaczej, niż król, wielki twórca Unii Lubelskiej, Zygmunt August wy­powiada do swego narodu wiekopomne słowa:

„ Nie jestem królem waszych sumień”, a Stefan Batory oświadcza: „Mniemam, że wiary nie wolno nigdy rozszerzać prześladowaniem i krwią, ani sumień ludzkich zniewalać gwał­tem”. Stanowisko to podziela ogół społeczeń­stwa. Nawet jezuita polski, Skarga, po którym najmniej możnaby oczekiwać jakichkolwiek względów dla innowierców i który zwalcza ich płomienną wymową, nie woła o represje, lecz ogarnięty nastrojem powszechnym, mówi: „Złe odszczepieństwo, ale krew miła”. Podobnież inny wysokiego stanowiska duchowny katolic­ki, ks. podkanclerzy Myszkowski, którego sło­wa – zauważa Kubla („Stanisław Orzechow­ski”) – „płynęły jakby z pod serca całego naro­du”, zachęca: „Różne rozumienie pisma niech nie mąci miłości między nami, niechaj nie urą­ga jeden drugiemu a każdy przy swoim rozu­mieniu zostaje”. Kanclerz koronny Jan Zamoj­ski wyrzekł typowo charakterystyczne dla du­cha polskiego słowa: „Kiedyby to mogło być, abyście wszyscy mogli być papieżnikami, dał­bym za to połowę zdrowia mojego, żebym dru­gą połową żyjąc, cieszył się z tej świętej jedno­ści. Ale jeśli kto będzie wam gwałt czynił, dam wszystko swe zdrowie przy was, abym na tą niewolę nie patrzył”.

Obok faktycznej, zyskali innowiercy polscy także ustawodawczo zagwarantowaną wolność sumienia. Prawo swobodnego wyznawania reli­gii wymierzyła Rzeczpospolita szeroką i szczo­drą dłonią na pamiętnym sejmie konwokacyj- nym w roku 1573, który we wspaniały sposób zadokumentował polityczną i kulturalną Polski dojrzałość. W chwili, gdy na Zachodzie szalał fanatyzm, a ów sławny „pokój augsburski”, który orzekł, że wiara księcia ma być wiarą poddanych, zdołał doprowadzić na krótko do porozumienia się dwóch tylko uprzywiliowa- nych wyznań, wiekopomna sejmowa ustawa polska „ De paces inter dissidentes” z dnia 28 stycznia 1573 roku – współczesna niemal nocy św. Bartłomieja – urównouprawniła wszystkie wyznania w kraju i orzekła, że bezwzględnie nikt w Polsce nie może być prześladowany z powodu swoich przekonań religijnych. Pojęcie tolerancji religijnej weszło do konstytucji Rze­czypospolitej, stało się jedną z ustaw zasadni­czych, która każdy król zaprzysięgał odtąd przy obejmowaniu władzy. Swoboda wyznaniowa przysługująca de jure tylko szlachcie i miesz­czaństwu, de facto przysługiwała również chło­pom, których możnowładcy – dysydenci, pomi­nąwszy oczywiście wyjątki,. Nawet w czasie największego wzrostu Reformacji nie zmuszali do przyjmowania swojej wiary, jak to się wszę­dzie wówczas działo. „Aby kogo do zboru nie­wolono – mówi pisarz polityczny polski XVII wieku – aby penowano (karano), iż tak wierzyć nie chce jako pan, albo iż do kościoła chodzi, to nigdy nie było”. (Rembowski – „Konfederacja i rokosz”).

W Europie, zalanej potokami krwi podczas wo­jen religijnych, Polska wyglądała jak wyjątko­we, bezprzykładne zjawisko. (Obchód czte­rechsetlecia reformacji w Polsce, odbyty w Warszawie w r. 1917, otwarty został przez mówcę-ewangelika słowami: „ Chcemy wybiedz myślą do owej krainy szczęśliwej, która obywa­teli swoich największą darzyła wolnością, do dawnej Rzeczypospolitej polskiej… “)

Wobec tych obyczajów ludzkich, wobec praw i swobód, jakich naród polski używał, zwracały się ku niemu z sąsiednich a nawet dalekich kra­jów oczy wszystkich, którzy cierpieli za prze­konania religijne. Tuż po nocy św. Bartłomieja hugenoci we Francji domagają się, aby król francuski poszedł za „a l’exemple de Pologne”. Erazm z Rotterdamu sławił swobodę myśli w Polsce, mówiąc o kraju naszym, że jest „jedyną ojczyzną tych co mają odwagę być uczonymi”. W okresie wrzenia wielkiej reformacji zamieni­ła się Polska w wielkie asylum dla prześlado­wanych na zachodzie nowatorów. Działali tu wypędzeni skądinąd wybitni reformatorzy ob­cy: Ochino, Stankar, Statorius, Lismanin, Lelio i   Faust Socyni. Całe sekty szukały tu bezpiecz­nego schronienia i pola działania. Odłam husy- tów, Bracia Czescy, po wyganianiu z Czech schronili się tłumnie do Wielkopolski w roku 1548. Jeszcze w XVII w., podczas przekwitu tolerancji, na zachodzie Rzeczypospolitej wzdłuż granicy brandenburskiej i śląskiej osia­dło mnóstwo Niemców, którzy w gościnnej Polsce kryli się przed prześladowaniem za wia­rę we własnej ojczyźnie. Później tzw. Staro- wiercy rosyjscy, ścigani przez carat, chcąc swobodnie wyznawać swą wiarę, przechodzili wielkimi gromadami polską granicę.

Ten stan rzeczy trwał dwa stulecia. W ciągu XVII w., gdy katolicyzm wziął ostatecznie górę nad wyznaniami reformowanymi, przyszły ograniczenia dawnej swobody innowierców, nie były one jednak niczem w porównaniu z tem, co przeżywała zachodnia Europa. Największe napięcie rozdrażnienia religijnego w Polsce wy­ładowywało się w przeważnie bezkrwawych tumultach miejskich, przeciw którym zresztą kilka razy uchwalano specjalne „konstytucje o tumultach” i które nigdy nie zmieniły się w domową wojnę, jakich pełno było gdzie indziej. W wojnach kozackich, które miały charakter zrazu socjalny a później polityczny, moment wyznaniowy był ubocznym. Obecności jego, mianowicie w dalszym rozwinięciu się wypad­ków, mimo to nie myślimy przeczyć ani osła­biać. Polska sprzeniewierzała się już wówczas swym długoletnim zasadom tolerancyjnym, które znalazły tak wspaniały i bezprzykładny na owe czasy wyraz w ustawie sejmowej z r. 1573.

O  ile przecież idzie o dyzunitów, którzy upo­śledzani i krzywdzeni przez katolików, stali się czynnikiem ciągłego wrzenia na wschodzie Rzeczypospolitej, nie wolno zapominać o pod­żegającej roli Moskwy, płynącej z pobudek czysto politycznych, o drażnieniu celowym, które utrudnić miało wszelką akcję porozumie­wawczą. Z tych samych pobudek sąsiad prote­stancki podsycał ferment wyznaniowy na za­chodzie.

Pomimo wszystko reakcj ą katolicką w Polsce nazywa się właściwie epoka tłumnego powrotu dysydentów na stare wyznanie rzymskie, a okresem fanatyzmu nazywa się schyłek wieku XVII    i pierwsza połowa XVIII, gdy zabroniono wznoszenia nowych zborów protestanckich w miastach o większości katolickiej, gdy ograni­czano ostentacyjnie formy innowierczego kultu oraz wypędzono – jeszcze w 1658 – najbardziej znienawidzonych Arian, podejrzanych o zdra­dzieckie konszachty z najazdem szwedzkim. Charakterystyczne przy tym, że tym wyj ątkowo niecierpianym sekciarzom dano jednak dwa lata czasu na zlikwidowanie stosunków prywatnych. Pisarze niemieccy rozdmuchują tendencyjnie tzw. sprawę toruńską z roku 1724(skazanie na ścięcie burmistrza Rosnera i jego dziewięciu towarzyszy oraz liczne kary więzienia na mieszczan) zapominając, że nie odegrali oni w tym wypadku bynajmniej roli niewinnych ba­ranków, gdyż w odwet za zaczepki katolickich żaków szkolnych napadli i spalili kolegium je­zuickie, Czymże zresztą był odosobniony i dla­tego tak łatwo w oczy wpadający epizod z całą srogością swego wyroku wobec strumieni krwi, która lała się na Zachodzie, wobec tysięcy sto­sów, które tam płonęły przez wieki? Podobnie jak to dziś czynią niemieccy historycy, rozdmu­chiwały te sprawę obłudnie już wówczas dla politycznych celów dwory protestanckie, a w spółce z nimi, w masce opiekuna uciśnionych, taki miłośnik wolności, jak car moskiewski Piotr „Wielki”. Autorów rosyjskich, bolejącym w ogóle nad rzekomo smutnym losem inno­wierców w naszej ojczyźnie należy przywołać do porządku przypomnieniem zupełnie nowo­czesnego męczeństwa unii, autorów niemiec­kich należy otrzeźwić faktem, że gdy polska Konstytucja 3 maja 1791 roku zatarła ostatnie u nas ślady nietolerancji religijnej, to niemal w sto lat potem w północnej połowie Niemiec wrzała jeszcze walka z katolicyzmem i wtrąca­no biskupów do więzień (Kulturkampf Bismar- ka).

Jako szczyt nietolerancji występuje w dawnej Polsce fakt, że wreszcie zamknięto dysydentom dostęp do urzędów i godności ziemskich (nie­mieccy sędziowie naszej przeszłości, którzy tak surowo piętnują owe zamykanie urzędów przed innowiercami w Polsce XVIII wieku, zechcą zwrócić uwagę na często powtarzające się skargi dzisiejszych katolików niemieckich na pomijanie ich przy obsadzaniu, stanowisk pu­blicznych przez rząd pruski. Równouprawnienie na papierze nie przeszkadza tu praktyce wręcz przeciwnej) – w miastach zachowali go w znacznej części do końca. Ale patrzmy jak wol­no postępowała ta reakcja, jakby na dowód, że nie wypływała z instynktu narodowego. Przez cały wiek XVII, chociaż dewocja katolicka co­raz gwałtowniej wzbiera pod wpływem działal­ności zakonu Jezuitów, prawa polityczne dysy­dentów pozostają nienaruszone. Aż do roku 1773 zasiadają oni jako obieralni sędziowie w trybunałach i piastują urzędy publiczne. Więc niemal do polowy XVIII wieku nie tracą naj­ważniejszych praw obywatelskich, a ledwie się to stało – na krótki czasu przeciąg – już powiew „oświecenia” wdzierał się pod dachy szlachec­kich siedzib i niósł zapowiedź reform Wielkie­go Sejmu lat 1788 – 1791. Łagodny przebieg i stosunkowa krótkotrwałość reakcji religijnej w Polsce może a contrario służyć za dowód, jak głęboko w naturze polskiej tkwiła zasada tole­rancji.

W Polsce też, i jedynie tu, dokonano dzieła po­jednania dwóch kościołów, wschodniego i rzymskiego, dzieła, które z ujemnym skutkiem podejmowane było gdzie indziej. W niespełna trzydzieści lat po ostatecznym złączeniu się Polski i Litwy na sejmie lubelskim w roku 1569, w epoce rozkwitu unii politycznej, po­wiodło się Polsce doprowadzić do skutku rów­nież unię dwóch wielkich odłamów chrześci­jaństwa. Na pamiętnym synodzie w Brześciu Litewskim 1595 r. stanął wiekopomny akt, mo­cą którego kościół grecki na ziemiach Rzeczy­pospolitej ponownie został z rzymskim zjedno­czony, uznaj ąc zwierzchność papieża, a zacho­wując odrębność ustroju swego i obrzędów.

Gdy unia florencka 1439 roku po kilkunastu za­ledwie latach rozpadła się znowu na wrogie so­bie kościoły, wschodni i zachodni, polska Unia Brzeska wykazała tak wielką siłę trwania, że po upływie trzech stuleci, chcąc na zagrabionych obszarach Rzeczypospolitej rozszerzyć prawo­sławie, Rosja musiała strzałami karabinowymi nawracać w 1874 roku unitów, a miliony ich jeszcze do dziś uznają zwierzchność Rzymu.

W opinii naszych kół wykształconych utrzymują się dotychczas mętne i krzywdzące przeszłość narodową zapatrywania na znaczenie swobody wyznaniowej w dawnej Polsce. Zawdzięczamy to historykom ze szkoły krakowskiej, którzy ob­dzierając ze wszelkiej wartości przewodnie idee w dziejach Rzeczypospolitej, nie zaniedbali uczynić tego również ze wspaniałym zjawi­skiem, jakim była tolerancja religijna naszych przodków: skwalifikowano ją po prostu jako objaw „niezdolności do silnych namiętnych po­rywów”, jako wypływ kwietyzmu, bezwładu i niemal bezmyślności. Zdaniem tych historyków tolerancja była objawem niższości polskiej wśród powszechnej walki o byt. Pogląd – rów­nie oszczerczy jak paradoksalny i nie wytrzymu­jący krytyki. Możnaby z nie mniejszą ani o włos słusznością, że upowszechnienie się nowocze­snej procedury sądowej w miejsce dawnego prawa pięści jest dowodem nie postępu w kultu­rze prawnej i obyczajowej, lecz zniedołężnienia ludzkości. Skoro narzucanie komuś siłą wła­snych wierzeń religijnych uchodzi dziś słusznie za rzecz brutalną, dziką i głupią, a przodkowie nasi stali na wyżynie tego poglądu już przed setkami lat, to zamiast naciąganych wycieczek w dziedzinie temperamentu, polskiego natural­niejszą będzie konkluzja, że po prostu wyprze­dzili oni w rozwoju pojęć prawnych i etycznych współczesne sobie narody. Że tak było, że tole­rancja polska płynęła z głębokich pokładów du­chowych i była wytworem świadomie działają­cej myśli, to potwierdza bijący w oczy ścisły związek, jaki zachodzi między zjawiskiem tole­rancji religijnej a zasadą szerokiej wolności, która przenikała całokształt polskiego życia. A że praktyczna wartość tej zasady w międzyna­rodowym współzawodnictwie bywa niekiedy gorszą od wartości kłów i pazurów, będących wykładnikiem także „silnych namiętności ”, tego dowodzi ogromny rozrost, jaki Polska osiągnę­ła w epoce największego rozkwitu nie tylko re­ligijnej swej tolerancji i właśnie dzięki niej.


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location