Tolerancja wyznaniowa
Swoboda religijna jako następstwo swobód politycznych. Położenie Żydów. Wobec reformacji. Ustawa tolerancyjna z roku 1573. Równouprawnienie wszystkich wyznań. Polska schronieniem prześladowanych. Jak wyglądała reakcja religijna w Polsce? Unia brzeska.
Naród, który na gruncie życia politycznego wytworzył kult najwyższej swobody jednostki, nie mógł tej swobody ukrócać tym bardziej w subtelnej dziedzinie wiary. Z wolności obywatelskiej, z tego źródła, które zabarwiło wszystkie cechy ustrojowe polskie, z którego rozwinęły się różnorodne autonomie historycznych i plemiennych odrębności w ramach jednej Rzeczypospolitej, konsekwentnie wyrosła także swoboda religijna i wzajemna tolerancja wyznaniowa, nigdzie dawniej nieznana w tym stopniu, a w najświetniejszym swym okresie wykazująca wręcz charakter nowoczesny.
W najbardziej wymowny sposób przejawiło się to w stosunku do Żydów, tego społeczeństwa, które niezależnie zresztą od innych przyczyn ściąganej na siebie nienawiści było wszędzie typowym kozłem ofiarnym przesądów i namiętności religijnych. Mimo, że Polacy byli narodem arcychrześcijańskim i mimo ze osiadły miedzy nimi żywioł starozakonny od najdawniejszych czasów okazywał wobec gościnnego dla siebie państwa w chwilach jego ciężkich terminów bardzo kruchą lojalność, co tym bardziej mogło pogłębić istniejącą przepaść, nieznane były tu srogie prześladowania jakich doświadczyli Żydzi w całej niemal Europie. W czasach największej reakcji katolickiej tumulty przeciw Żydom były dziecinną igraszką wobec pełnych grozy okrucieństw, których widownią był Zachód. Gwałty, znęcania się bestialskie i mordy pozostały nawet wówczas obce naturze polskiej. Nie było również owych gromadnych wypędzeń., tak pospolitych gdzie indziej. Badacz historii Żydów na naszych ziemiach dr Mojżesz Schorr stwierdza: „Na chwałę dziejów Polski należy podnieść, że w przeciwieństwie do wszystkich innych europejskich krajów średniowiecza, przez cały ośmiowiekowy przeciąg niepodległego bytu Polski nie zdarzył się ani jeden wypadek wypędzenia Żydów z państwa” (M. Schorr – „Rechtstellung u. innere Verfas- sung der Juden in Polen” Berlin 1917r). Wyznanie żydowskie posiadało zupełna wolność rozwoju w krajach polskich. Nauka rabinacka mogła tu stworzyć najbardziej kwitnące swoje centra. Żydzi – konstatuje jeden z pisarzy żydowskich – cieszyli się w Polsce w ciągu jej całego bytu państwowego „wielkoduszną tolerancją i daleko idąca swobodą” (miesięcznik „Morlah” grudzień 1916 r)
Polska nie znała na ogół religijnego fanatyzmu i sprawę stosunku do Boga zostawiała sumieniu każdego ze swoich mieszkańców. Już podczas soboru w Konstancji (1414) nauka polska przez usta rektora Akademii Krakowskiej Pawła Włodkowica z Brudzewa postawiła naprzeciw powszechnej doktrynie i praktyce średniowiecza zasadę zupełnie nowoczesną, że „wiara nie ma być z przymusu” (fides ex necessitate esse non debet – jak brzmiała w oryginale wiekopomna ta deklaracja). Stanowisko to zajaśniało u nas w pełnym blasku w epoce Reformacji. Ruch reformacyjny zjawił się wcześnie i znalazł łatwy przystęp w Rzeczpospolitej, która tysięcznymi więzami związana była z Zachodem
i z ośrodków jego życia umysłowego obficie czerpała. Szerokie rozpowszechnienie humanizmu w wyższych warstwach narodu przygotowało grunt dla reformy religijnej. Najpierwsze rody polskie: Radziwiłłów, Leszczyńskich, Górków, Oleśnickich, Stadnickich, Zborowskich, Ostrorogów, Łaskich, Tomickich, Jazło- wieckich, Działyńskich, Firlejów, i dziesiątki innych częściowo lub zupełnie odpadły od katolicyzmu. Prymas państwa, arcybiskup Uchański, skłaniał się ku wytworzeniu narodowego kościoła. Reformie religijnej uległ pierwszy narodowy pisarz polski Mikołaj Rey. Zaroiło się na obszarach Rzeczypospolitej od różnowier- czych zborów, szkół, drukarń. Rozszerzył się kalwinizm i luteranizm, pojawili się wyznawcy religii Braci Czeskich, wyłoniła się polska sekta Aria nów (Braci Polskich), nie licząc mnóstwa sekt drobnych, a Polak Jan Łaski, którego wybitnej indywidualności obcy badacze poświęcają dziś monografie (holenderska monografia Kuypera, niemiecka Daltona), sięgnął działalnością swą do Fryzji, Danii i Anglii.
Tej wielkiej przemianie pojęć towarzyszy tolerancja, jakiej w Europie ówczesnej nie tylko nigdzie nie było, ale której nawet tam często zrozumieć nie umiano. Na Zachodzie wznosiły się stosy, na których płonęli „heretycy”. Strumieniami lała się krew na chwałę Boga”. Dziesiątki tysięcy ludzi mordowano na rusztowaniach, drugie dziesiątki tysięcy, tropione jak dzikie zwierzęta, uciekały z kraju do kraju. Polska nie znała tortur inkwizycji. Nie gwałciła sumień. Nie wszczynała wojen religijnych. Krwawe prześladowania innowierców, to zjawisko zgoła w tym katolickim kraju nieznane. Wobec Reformacji władze polskie zajęły od razu stanowisko pełne tolerancji. Od początków tego ruchu panowała w Polsce faktyczna, choć nie potwierdzona żadną jeszcze ustawą swoboda wyznaniowa. Przez cały wiek XV i XVI, chociaż katoliccy królowie ostro potępiali w specjalnych rozporządzeniach „nowinki religijne”, tj. nauki reformatorów, innowiercy cieszyli się w praktyce pełną swobodą. Wśród pierwszych dostojników państwa, otaczających tron królewski, spotykamy protestantów. W 1569 roku posiadają oni większość w senacie: 38 krzeseł na 73. Protestanci przewodzą na sejmach Rzeczypospolitej. Innowierstwo nie zagradza nikomu drogi do służby publicznej. Ohydna zasada „cuius regio – eius religio”, uchwalona w Niemczech na zjeździe augsburskim 1555 roku, zasada, która stała się zarzewiem strasznych i długotrwałych wojen religijnych, nigdy w Polsce nie istniała. W czasie, gdy różni książęta Europy pławią we krwi swych poddanych wierzących inaczej, niż król, wielki twórca Unii Lubelskiej, Zygmunt August wypowiada do swego narodu wiekopomne słowa:
„ Nie jestem królem waszych sumień”, a Stefan Batory oświadcza: „Mniemam, że wiary nie wolno nigdy rozszerzać prześladowaniem i krwią, ani sumień ludzkich zniewalać gwałtem”. Stanowisko to podziela ogół społeczeństwa. Nawet jezuita polski, Skarga, po którym najmniej możnaby oczekiwać jakichkolwiek względów dla innowierców i który zwalcza ich płomienną wymową, nie woła o represje, lecz ogarnięty nastrojem powszechnym, mówi: „Złe odszczepieństwo, ale krew miła”. Podobnież inny wysokiego stanowiska duchowny katolicki, ks. podkanclerzy Myszkowski, którego słowa – zauważa Kubla („Stanisław Orzechowski”) – „płynęły jakby z pod serca całego narodu”, zachęca: „Różne rozumienie pisma niech nie mąci miłości między nami, niechaj nie urąga jeden drugiemu a każdy przy swoim rozumieniu zostaje”. Kanclerz koronny Jan Zamojski wyrzekł typowo charakterystyczne dla ducha polskiego słowa: „Kiedyby to mogło być, abyście wszyscy mogli być papieżnikami, dałbym za to połowę zdrowia mojego, żebym drugą połową żyjąc, cieszył się z tej świętej jedności. Ale jeśli kto będzie wam gwałt czynił, dam wszystko swe zdrowie przy was, abym na tą niewolę nie patrzył”.
Obok faktycznej, zyskali innowiercy polscy także ustawodawczo zagwarantowaną wolność sumienia. Prawo swobodnego wyznawania religii wymierzyła Rzeczpospolita szeroką i szczodrą dłonią na pamiętnym sejmie konwokacyj- nym w roku 1573, który we wspaniały sposób zadokumentował polityczną i kulturalną Polski dojrzałość. W chwili, gdy na Zachodzie szalał fanatyzm, a ów sławny „pokój augsburski”, który orzekł, że wiara księcia ma być wiarą poddanych, zdołał doprowadzić na krótko do porozumienia się dwóch tylko uprzywiliowa- nych wyznań, wiekopomna sejmowa ustawa polska „ De paces inter dissidentes” z dnia 28 stycznia 1573 roku – współczesna niemal nocy św. Bartłomieja – urównouprawniła wszystkie wyznania w kraju i orzekła, że bezwzględnie nikt w Polsce nie może być prześladowany z powodu swoich przekonań religijnych. Pojęcie tolerancji religijnej weszło do konstytucji Rzeczypospolitej, stało się jedną z ustaw zasadniczych, która każdy król zaprzysięgał odtąd przy obejmowaniu władzy. Swoboda wyznaniowa przysługująca de jure tylko szlachcie i mieszczaństwu, de facto przysługiwała również chłopom, których możnowładcy – dysydenci, pominąwszy oczywiście wyjątki,. Nawet w czasie największego wzrostu Reformacji nie zmuszali do przyjmowania swojej wiary, jak to się wszędzie wówczas działo. „Aby kogo do zboru niewolono – mówi pisarz polityczny polski XVII wieku – aby penowano (karano), iż tak wierzyć nie chce jako pan, albo iż do kościoła chodzi, to nigdy nie było”. (Rembowski – „Konfederacja i rokosz”).
W Europie, zalanej potokami krwi podczas wojen religijnych, Polska wyglądała jak wyjątkowe, bezprzykładne zjawisko. (Obchód czterechsetlecia reformacji w Polsce, odbyty w Warszawie w r. 1917, otwarty został przez mówcę-ewangelika słowami: „ Chcemy wybiedz myślą do owej krainy szczęśliwej, która obywateli swoich największą darzyła wolnością, do dawnej Rzeczypospolitej polskiej… “)
Wobec tych obyczajów ludzkich, wobec praw i swobód, jakich naród polski używał, zwracały się ku niemu z sąsiednich a nawet dalekich krajów oczy wszystkich, którzy cierpieli za przekonania religijne. Tuż po nocy św. Bartłomieja hugenoci we Francji domagają się, aby król francuski poszedł za „a l’exemple de Pologne”. Erazm z Rotterdamu sławił swobodę myśli w Polsce, mówiąc o kraju naszym, że jest „jedyną ojczyzną tych co mają odwagę być uczonymi”. W okresie wrzenia wielkiej reformacji zamieniła się Polska w wielkie asylum dla prześladowanych na zachodzie nowatorów. Działali tu wypędzeni skądinąd wybitni reformatorzy obcy: Ochino, Stankar, Statorius, Lismanin, Lelio i Faust Socyni. Całe sekty szukały tu bezpiecznego schronienia i pola działania. Odłam husy- tów, Bracia Czescy, po wyganianiu z Czech schronili się tłumnie do Wielkopolski w roku 1548. Jeszcze w XVII w., podczas przekwitu tolerancji, na zachodzie Rzeczypospolitej wzdłuż granicy brandenburskiej i śląskiej osiadło mnóstwo Niemców, którzy w gościnnej Polsce kryli się przed prześladowaniem za wiarę we własnej ojczyźnie. Później tzw. Staro- wiercy rosyjscy, ścigani przez carat, chcąc swobodnie wyznawać swą wiarę, przechodzili wielkimi gromadami polską granicę.
Ten stan rzeczy trwał dwa stulecia. W ciągu XVII w., gdy katolicyzm wziął ostatecznie górę nad wyznaniami reformowanymi, przyszły ograniczenia dawnej swobody innowierców, nie były one jednak niczem w porównaniu z tem, co przeżywała zachodnia Europa. Największe napięcie rozdrażnienia religijnego w Polsce wyładowywało się w przeważnie bezkrwawych tumultach miejskich, przeciw którym zresztą kilka razy uchwalano specjalne „konstytucje o tumultach” i które nigdy nie zmieniły się w domową wojnę, jakich pełno było gdzie indziej. W wojnach kozackich, które miały charakter zrazu socjalny a później polityczny, moment wyznaniowy był ubocznym. Obecności jego, mianowicie w dalszym rozwinięciu się wypadków, mimo to nie myślimy przeczyć ani osłabiać. Polska sprzeniewierzała się już wówczas swym długoletnim zasadom tolerancyjnym, które znalazły tak wspaniały i bezprzykładny na owe czasy wyraz w ustawie sejmowej z r. 1573.
O ile przecież idzie o dyzunitów, którzy upośledzani i krzywdzeni przez katolików, stali się czynnikiem ciągłego wrzenia na wschodzie Rzeczypospolitej, nie wolno zapominać o podżegającej roli Moskwy, płynącej z pobudek czysto politycznych, o drażnieniu celowym, które utrudnić miało wszelką akcję porozumiewawczą. Z tych samych pobudek sąsiad protestancki podsycał ferment wyznaniowy na zachodzie.
Pomimo wszystko reakcj ą katolicką w Polsce nazywa się właściwie epoka tłumnego powrotu dysydentów na stare wyznanie rzymskie, a okresem fanatyzmu nazywa się schyłek wieku XVII i pierwsza połowa XVIII, gdy zabroniono wznoszenia nowych zborów protestanckich w miastach o większości katolickiej, gdy ograniczano ostentacyjnie formy innowierczego kultu oraz wypędzono – jeszcze w 1658 – najbardziej znienawidzonych Arian, podejrzanych o zdradzieckie konszachty z najazdem szwedzkim. Charakterystyczne przy tym, że tym wyj ątkowo niecierpianym sekciarzom dano jednak dwa lata czasu na zlikwidowanie stosunków prywatnych. Pisarze niemieccy rozdmuchują tendencyjnie tzw. sprawę toruńską z roku 1724(skazanie na ścięcie burmistrza Rosnera i jego dziewięciu towarzyszy oraz liczne kary więzienia na mieszczan) zapominając, że nie odegrali oni w tym wypadku bynajmniej roli niewinnych baranków, gdyż w odwet za zaczepki katolickich żaków szkolnych napadli i spalili kolegium jezuickie, Czymże zresztą był odosobniony i dlatego tak łatwo w oczy wpadający epizod z całą srogością swego wyroku wobec strumieni krwi, która lała się na Zachodzie, wobec tysięcy stosów, które tam płonęły przez wieki? Podobnie jak to dziś czynią niemieccy historycy, rozdmuchiwały te sprawę obłudnie już wówczas dla politycznych celów dwory protestanckie, a w spółce z nimi, w masce opiekuna uciśnionych, taki miłośnik wolności, jak car moskiewski Piotr „Wielki”. Autorów rosyjskich, bolejącym w ogóle nad rzekomo smutnym losem innowierców w naszej ojczyźnie należy przywołać do porządku przypomnieniem zupełnie nowoczesnego męczeństwa unii, autorów niemieckich należy otrzeźwić faktem, że gdy polska Konstytucja 3 maja 1791 roku zatarła ostatnie u nas ślady nietolerancji religijnej, to niemal w sto lat potem w północnej połowie Niemiec wrzała jeszcze walka z katolicyzmem i wtrącano biskupów do więzień (Kulturkampf Bismar- ka).
Jako szczyt nietolerancji występuje w dawnej Polsce fakt, że wreszcie zamknięto dysydentom dostęp do urzędów i godności ziemskich (niemieccy sędziowie naszej przeszłości, którzy tak surowo piętnują owe zamykanie urzędów przed innowiercami w Polsce XVIII wieku, zechcą zwrócić uwagę na często powtarzające się skargi dzisiejszych katolików niemieckich na pomijanie ich przy obsadzaniu, stanowisk publicznych przez rząd pruski. Równouprawnienie na papierze nie przeszkadza tu praktyce wręcz przeciwnej) – w miastach zachowali go w znacznej części do końca. Ale patrzmy jak wolno postępowała ta reakcja, jakby na dowód, że nie wypływała z instynktu narodowego. Przez cały wiek XVII, chociaż dewocja katolicka coraz gwałtowniej wzbiera pod wpływem działalności zakonu Jezuitów, prawa polityczne dysydentów pozostają nienaruszone. Aż do roku 1773 zasiadają oni jako obieralni sędziowie w trybunałach i piastują urzędy publiczne. Więc niemal do polowy XVIII wieku nie tracą najważniejszych praw obywatelskich, a ledwie się to stało – na krótki czasu przeciąg – już powiew „oświecenia” wdzierał się pod dachy szlacheckich siedzib i niósł zapowiedź reform Wielkiego Sejmu lat 1788 – 1791. Łagodny przebieg i stosunkowa krótkotrwałość reakcji religijnej w Polsce może a contrario służyć za dowód, jak głęboko w naturze polskiej tkwiła zasada tolerancji.
W Polsce też, i jedynie tu, dokonano dzieła pojednania dwóch kościołów, wschodniego i rzymskiego, dzieła, które z ujemnym skutkiem podejmowane było gdzie indziej. W niespełna trzydzieści lat po ostatecznym złączeniu się Polski i Litwy na sejmie lubelskim w roku 1569, w epoce rozkwitu unii politycznej, powiodło się Polsce doprowadzić do skutku również unię dwóch wielkich odłamów chrześcijaństwa. Na pamiętnym synodzie w Brześciu Litewskim 1595 r. stanął wiekopomny akt, mocą którego kościół grecki na ziemiach Rzeczypospolitej ponownie został z rzymskim zjednoczony, uznaj ąc zwierzchność papieża, a zachowując odrębność ustroju swego i obrzędów.
Gdy unia florencka 1439 roku po kilkunastu zaledwie latach rozpadła się znowu na wrogie sobie kościoły, wschodni i zachodni, polska Unia Brzeska wykazała tak wielką siłę trwania, że po upływie trzech stuleci, chcąc na zagrabionych obszarach Rzeczypospolitej rozszerzyć prawosławie, Rosja musiała strzałami karabinowymi nawracać w 1874 roku unitów, a miliony ich jeszcze do dziś uznają zwierzchność Rzymu.
W opinii naszych kół wykształconych utrzymują się dotychczas mętne i krzywdzące przeszłość narodową zapatrywania na znaczenie swobody wyznaniowej w dawnej Polsce. Zawdzięczamy to historykom ze szkoły krakowskiej, którzy obdzierając ze wszelkiej wartości przewodnie idee w dziejach Rzeczypospolitej, nie zaniedbali uczynić tego również ze wspaniałym zjawiskiem, jakim była tolerancja religijna naszych przodków: skwalifikowano ją po prostu jako objaw „niezdolności do silnych namiętnych porywów”, jako wypływ kwietyzmu, bezwładu i niemal bezmyślności. Zdaniem tych historyków tolerancja była objawem niższości polskiej wśród powszechnej walki o byt. Pogląd – równie oszczerczy jak paradoksalny i nie wytrzymujący krytyki. Możnaby z nie mniejszą ani o włos słusznością, że upowszechnienie się nowoczesnej procedury sądowej w miejsce dawnego prawa pięści jest dowodem nie postępu w kulturze prawnej i obyczajowej, lecz zniedołężnienia ludzkości. Skoro narzucanie komuś siłą własnych wierzeń religijnych uchodzi dziś słusznie za rzecz brutalną, dziką i głupią, a przodkowie nasi stali na wyżynie tego poglądu już przed setkami lat, to zamiast naciąganych wycieczek w dziedzinie temperamentu, polskiego naturalniejszą będzie konkluzja, że po prostu wyprzedzili oni w rozwoju pojęć prawnych i etycznych współczesne sobie narody. Że tak było, że tolerancja polska płynęła z głębokich pokładów duchowych i była wytworem świadomie działającej myśli, to potwierdza bijący w oczy ścisły związek, jaki zachodzi między zjawiskiem tolerancji religijnej a zasadą szerokiej wolności, która przenikała całokształt polskiego życia. A że praktyczna wartość tej zasady w międzynarodowym współzawodnictwie bywa niekiedy gorszą od wartości kłów i pazurów, będących wykładnikiem także „silnych namiętności ”, tego dowodzi ogromny rozrost, jaki Polska osiągnęła w epoce największego rozkwitu nie tylko religijnej swej tolerancji i właśnie dzięki niej.






